Opowiadanka 1-10
Rodzinny business
Śniadanie
Kto taki?...
Dzień odpustu
Wujek z Ameryki
Niespodzianka
Dupa nie rządzi
Śmierdzący zarobek
Latorośl
Pokusa
©2005prawa autorskie humoru iście żenującego
Wzniósł ku
niebu oczy
ściągając dla
efektu brwi.
Wargi poruszały
się szybko
w niemej modlitwie.
Nagle przerwał
ciszę grzmot
jego głosu
wydostającego się mocą swej
chwały z
cherlawej piersi
apostoła tajemnic
duchowych.
- Marnacja ! O
zgrozo niepojęta
! A toż
ci Chrystus
sam przemawia
w pokorze
skruchy mojej!
W odwiecznej
prawdzie słów
tajemnica ukryta
odsłania swe
lico niebagatelne...
Jam ci bowiem
prawdą i
promieniem zbawienia
! A kto proroctwa
me nie wzgardzi,
ten zasługę
miał będzie
poprzez żywot
błogosławiony u
boku Stworzyciela
! -Potrząsnął różańcem
i otarł
palcem usta
przesuszone wielogodzinnym
paplaniem. W
izbie natłoczonej
wyznawcami rozległa
się przelotna
fala aprobaty,
aczkolwiek na
niejednej gębie
wyciskało się
piętno zmęczenia.
Jakże, od
świtu gonieni
bez wytchnienia,
a o kromce
waciastej bułeczki,
Bracia Świętej
Racji jedno
tylko piastowali
pragnienie ; usiąść…a
rozprostować kości.-
Biada !!! - zagrzmiał
głos z nową
energią - A
to ci grzech
oblicze chytrego
lisa ukazuje
!... Nicponie ! Darmozjady
!... Lenistwem nahajki
na ciała
swe ściągacie
!...- Kaszlnął, żegnając
się trzykrotnie.
Szybkim ruchem
wydobył zza
chałata kartkę.
Potrząsając nią
energicznie, wołał;
- Tu !... Tu
! Przede mną,
jak przed
Panem samym,
ukryć się
nic nie da
! Tak to
się staracie
w imieniu
Chrystusa ? Dla
przykładu ; Czemu
to, w zeszły
tydzień było
osiem portfeli,
a teraz tylko
dwa ?... Brać
od grzeszników
to nie grzech
! Świat dziś
zły ! Z
dobrej woli
nikt nie
da ! ...A
zima na karku,
opału mało.
Nie pragniecie
chyba, by
brat wasz
natchniony światłem
wiekuistym podzielał
niewygody życia
doczesnego !...-
Znienacka przerwał, uśmiechając
się dobrotliwie
;
- Ojcze Zbigniewie...-
skinął na
stojącego w
głębi zgromadzonych
- podejdźcież no
tutaj...-
Postać skulona, a
ubogiej postury,
chyżo zbliżyła
się chyląc
z respektem
twarz okalaną
brodą sędziwą.
- Niech będzie
Pochwalony ! Bracia
! A cóż
to widzicie
?...-
Cisza wyczekiwania zawisła
wokół głów
strapionych.
- Ha ! A
to wam rzeknę,
jako że
sam Pan przemówił
właśnie poprzez
myśli moje
!... Nieposłuszeństwo sieje
grozę kary
! Ojcze Zbigniewie,
buty !!!...-
- Ależ, Wasza
Świętobliwość, zimno
się robi...-
- I o to
chodzi ! - Zniżył
jednak szybko
głos - A
komu myślicie
wrzucą większy
grosz, temu
w butach
?...Przecież miłosierdzie
pańskie zagląda
w serca grzeszników
w postaci
naocznej niedoli
-
Ktoś podniósł w
górę rękę
na znak,
że pragnie
głos zabrać.
- Słucham, Bracie
Edwardzie ?- Odezwał
się Guru
łaskawie.
- Wybacz mą
śmiałość, Proroku,
lecz pochwalam
wasze szlachetne
spostrzeżenie. Chciałem
aczkolwiek radą
posłużyć Bratu
swemu, otóż
mądrość Pana
łaskawego jest
bezgraniczna, więc
ja buty zzuwam
jak tylko
wysiadam z
tramwaju... Trik
ci to oryginalny,
bo na ten
przykład, całe
sto złotych
wczoraj zebrałem...-
- Chwała ku
temu. Dobrzyście
i szlachetni
Edwardzie. W
nagrodę dolewka
grochówki. Tak
Pan postanowił,
a w podzięce
różaniec należy
odmówić i
ciało wychłostać
o poranku
dla hartu
ducha...Słucham
?- Skinął na
następną rękę
oczekującą swej
kolejki dojścia
do głosu.
Wysoki a
chudy młodzieniec
przecisnął się
do przodu.
Bez słowa
zaczął coś
tarmosić spod
obcisłej kurtczyny.
Był to królik
ze związanymi
sznureczkiem kickami.
Uszy miał
ściągnięte gumką.
Podrygując, pacnął
o stół
za którym
spoczywał Guru.
Obok potoczyła
się puszka
sardynek, a
na koniec
dwa mydełka
Nivea.
- To wszystko
!?...- Jego świętobliwość
był poirytowany.
- A wszystko
! O ! Sranie
mnie napadło
! Tu nic
tylko grochówka
! A tam psami
po farmach
szczują i
drzwiami trzaskają
przed nosem.
Dziś w sklepie
to omal mnie
nie zwinęli,
ledwom uciekł...-
Guru puścił te
słowa mimo
uszu, lamentując
;
- Och cierpimy
my, cierpimy.
Ale Chrystus
też cierpiał...-
Nagle zawołał
w przypływie
nowej energii
- W Nim też
zwykli śmiertelnicy
Pana nie
dostrzegli! I
Jemu drzwiami
trzaskano !... Ale
nic to, nic,
w porównaniu
tego, co
oto nastąpić
ma ! Łaska
bowiem Chrystusa
jest chwalebna!
Oto bowiem
w Jego imieniu...Tak!...Przemawia
właśnie w
duchu mym
głos Jego
miłosierny...I.
nakazuje
mianować cię...Bratem
Odnowy Dusz
!!! Ale...- Zaczął
teraz cicho,
zniżając głos;
- za pokutę
tej łaski,
dwa dni postu
i biczowanie
ciała przed
krzyżem zaleca...-
Młodzieniec rozziawił głupawo
szczęki, zaciskając
pięści. Posiniał
na gębie...ale
Guru przebierając
różaniec szeptał
już modlitwę.
W ciszy słychać
jedynie było
telepanie się
królika na
stole.
W upływie niewielkiej
chwili czasu
teraźniejszego, ryk
szaleńczy przeszył
zaduch izby
jeżąc swą
nagłością włos
na głowach
jeszcze niedotkniętych
zjawiskiem łysienia
naturalnego, to
znowu wywołując
trwogę okrutną
swą manifestacją
szału nagłego!...
Kilka postaci
pochwyciło młodego
złodzieja pod
pachy. Ktoś
wetknął mu
w rozdarte
usta but
podniszczony, a
mocno zdarty
na obcasie.
- Związać go,
bo ucieknie
- skomentował inny.
Guru ukończywszy co
akurat modlitwę,
oczy wzniósł
ku niebu...
- Oj cierpimy
my, cierpimy...
W Chrystusie
wybawienie wieczne.
A to wam
bracia orzeknę,
jako co Chrystus
orzekł; Głodny
byłem, a
nakarmiliście mnie...Byłem
spragniony, a
napoiliście mnie...Kto
mnie się
przysłuży, to
jak Panu
samemu przysługę
by dał...Amen.-
Drzwi się otworzyły
i weszła
stara, a
pomarszczona niewiasta.
Ignorując wszystkich,
podeszła do
stołu. Guru
opuścił różaniec.
- A mama
co tutaj...-
- Przyszła, bo
Wiesiu załatwił
robote przy
tartaku i
pedział, co
ty by móg
stawić sie
z rana. Dziesięć
złotych na
godzinę dajo...Worek
grochu, trochę
czystej bielizny...To
Tadziu potem
przyniesie...-
- Dobra, niech
mama weźmie
i to...-
Podał jej
mydełka i
królika.
- A gdzie
gotówka za
ten tydzień?...-
Sięgnął pod chałat
i wyjął
niewielki woreczek.
Stara łypnęła
okiem.
- Tu jest
czterysta złotych,
acha, Truteń
i Mietek
jeszcze nie
wrócili -
- Dokąd to
dziś posłałeś?...-
- Kazałem kręcić
się pod
kinem -
- A bo to
nielepiej
siąść przy
kościele? Spowiedź
dziś i tłumy
tam walo...-
Rozmowa owa prowadzona
głosem ściszonym
nie odbiła
się echem
zdradzieckim, toteż
już po chwili
Guru uroczyście
obiad zapowiedział.
Wstał, zdejmując
wieko z beczki,
na której
spoczywał. Zanurzył
palec. Zupa
była jeszcze
letniawa. Z
miną filozofa
utkwił oczy
w suficie,
poruszył niemo
wargami i
zaczął; - Boże,
pobłogosław te
dary, które
oto dano
nam spożywać.
Amen.-
Nagle w izbie
zakotłowało się.
- Wasza Świętość!
- Krzyknął ktoś
z gromady
- A to właśnie
przyłapano niegodziwca
na zdradzie
nikczemnej! - Przed
oblicze Guru
przyciągnięto szamoczącego
się starowinę.
- Puść!!! Puszczaj!
Ty...bo jak
zdzielę !... Jaki
ja tam nikczemnik...-
- Bracie Leonardzie,
a o cóż
to was posądzono?-
- O nic
! Jak Boga
kocham! A
w kieszeń
nic nie schowałem!
Jest tak
pusta jak
mój żołądek..-
Guru ściągnął brwi;
- Pusta, powiadasz?...A
to niedobrze.
Znak ci to
nieomylny, co
myśli mieliście
niekoszerne i
Pan Niebieski
nie raczył
was pobłogosławić.
Coście to
dzisiaj porabiali?...-
- W domu
towarowym na
czatach byłem.
Ale jak widzicie,
palto mam
dziadoskie, gębę
straszną, to
i uciekano
ode mnie
na różne
strony. Wyszedłem
więc na
dwór kucając
przy czapce,
ale nawet
na piwo nikt
nie dał…-
Mistrz przysiadł na
beczce. Po
twarzach zebranych
przebiegł cień
zwątpienia, a
głód wydłużył
je jak stare
trepy Kułaka
na wygnaniu.
- Bo dusza
u was grzeszna
!...- Zagrzmiał na
nowo Jego
Świętość - Zalecam
trzy dni
postu na
oczyszczenie i
puryfikację myśli
-
Starzec poderwał się
wartko i
rozrywając na
boki palto
ukazując pierś
cherlawą, a
mocno przesuszoną
wiekiem i
dietą chrystusową.
- Oczyścić mnie
chcecie, ale
z tych kości
chyba! A
sami zadem
zasłaniacie swe
judaszowe triki
i głodem
nakazujecie modlić
się do beczki
o chochelkę
lury!...A
to wam powiem,
że gdzieś
mam wasze
przykazy, pokuty,
posty i oczyszczenia!
-
To mówiąc, Brat
Leonard rzucił
się w stronę
drzwi uchylonych,
ale wnet
pochwyciły go
szpony apostołów
Świętej Racji,
w kąt zawlekły
i czapką
żebracką usta
ciasno zakleiły,
co by złości
w Mistrzu
głębszej nie
wywabił...
Guru zaś pobożnie
w sufit spoglądał,
ciszy wyczekując.
Lecz tym razem
na znak niewidzialny
a nagły,
piorun czarci
w ludzi strzelił.
Szturmem ruszyli
na beczkę
z pożywieniem,
która wkrótce
wraz z Mistrzem
została przewrócona
pod masą
nacierających. W
zgiełku i
kotłowaninie walka
zacięta się
wywiązała, lecz
cieńka zupka
w podłogę
zdradliwie wsiąkła
i nikt jej
nawet nie
polizał. Zaś
Prorok okryty
chałatem znikł
za drzwiami.
Tak wraz
z nim, znikły
też i łaski
miłosierdzia pokuty....
KONIEC ( 14 / 9
/ 99 )
Stłukł delikatnie
parujące jeszcze
jajeczko. Straszny
smród powędrował
w jego delikatne
nozdrza. Ach
!!! Zawołał, opuszczając
zbuka. Diabelski
fetor rozhulał
się teraz
po całym
pokoju.
Włodzimierz Pedałek rozejrzał
się bezradnie.
Obtarł cherlawą
dłoń o
róg obrusa
i poszedł
otworzyć okno.
Takie coś
zdarzyło mu
się po raz
pierwszy...
Spojrzał na maleńką
bułeczkę i
przykro mu
się zrobiło.
Z czym to
zje ?...
Fyrdnął szczupłą nogą
i zły jak
diabeł przed ołtarzem
powędrował
do małej
kuchenki.
Słoik po dżemie
świecił pustką...
Serek ! Pedałek uchylił
lodówkę i
wydobył pokurczone
zawiniątko. Nie
należał do
ludzi wybrednych
ale ten serek,
Boże pożal
się, była
tego odrobinka
i do tego
nieświeża...
Ujął w dwa
palce i powąchał.
Serek śmierdział.
I to tak
strasznie, że
Pedałek wytrzeszczył
cytrynowe oczy.
Omal nie
zapłakał. Wtem
ktoś zatarabanił
do drzwi.
Poszedł zobaczyć, kto
taki. Uchylił
małą szparkę
wysuwając chudy
a długi
nos.
Na wycieraczce stał
sąsiad. Aż
bulgotał z
irytacji.
- Co pan
smrodzisz cały
budynek !? Co,
znowu...?-
- Nieprawda-
- A niech
mnie pan
tu nie pieprzy,
że to kurwa
jeden dzień
nie przejdzie
spokojnie, kolekcja
zgniłych jaj,
cholera jasna,
już wytrzymać
nie można
!...-
Włodzimierz Pedałek też
już nie
wytrzymywał. Sąsiad
miał rację.
Od tygodnia
konsumował nieświeże
potrawy. Dlaczego
?...
Bo lodówka się
zepsuła.
KONIEC ( 1994 )
Pociąg kołysał
się monotonnie
przebijając mrok
nocy. Był
pełen. Przedział,
w którym
znalazł się
Kazimierz Ofiara,
zawierał dziesięciu
podróżnych. Większość
to pokurczone
stare baby
ze wsi. Oprócz
niego było
dwóch przedstawicieli
płci męskiej.
Wyjątek stanowiły
dwie zakonnice.
Siedziały obok
siebie z
ramionami wywiniętymi
do przodu.
Jedna stara,
druga młoda.
Ta stara,
z czarną
torbą na
kolanach. Ścisk
i zaduch
był omdlewający.
Kazimierz Ofiara
siedział tuż
przy oknie
na jednym
półdupku z
twarzą wciśniętą
w nieświeżą
firankę, a
z drugiej
strony nieźle
przyduszony bokiem
ogromnego torsu
jednej z
bab.
Próbował zasnąć. Za
każdym jednak
razem coś
go budziło...
Najpierw jedna z
bab, ta koło
drzwi, dostała
ataku kichania.
Potem, ten
na przeciwko,
łysawy i
brzydki, kopcił
mu w twarz
papierosem.
Następnie był
konduktor. Suchy,
zwinny i
krzykliwy. Narobił
zamieszania i
tak jak szybko
pojawił się,
tak jeszcze
szybciej znikł.
Zapanowała cisza i
Ofiara znowu
przyłożył strudzoną
głowę z
nadzieją, że
się prześpi...
Jednak ostry smród
przejechał mu
po twarzy
z taką siłą,
że otworzył
wnet opadłe
powieki i
dosyć trzeźwo
spojrzał po
kamiennych twarzach
towarzyszy podróży.
Nikt nie powiedział
słowa, nikt
się nawet
nie poruszył.
A śmierdziało
coraz gorzej.
To rozwiało jego
obawy, że
mu się wydaje.
Zrobiło mu
się też
trochę nieprzyjemnie
i jakby mało
było tego,
jego obwisłe
policzki zarumieniły
się...
Stara zakonnica zmierzyła
go ostro
wzrokiem, wymownie
zaciskając usta.
Siedzące obok
babsko też
widocznie zauważyło
ten gest,
gdyż czuł
jak obraca
odziany w
chustkę łeb
w jego stronę.
Ani się obejrzał,
jak cały
przedział gapił
się na niego...
Smród też stawał
się już
nie do zniesienia.
Kazimierz chciał
za wszelką
cenę dać
im znać,
że to nie
on, że to
ktoś inny...,
ale wszystko
na co się
zdobył, to
uśmiech zakompleksionego
idioty, co
wyprowadziło z
równowagi starą
zakonnicę. Wstała
z rozmachem
i zarzucając
torbę pod
ramię, wyszła.
Gdy w godzinę
potem Ofiara
ocknął się
z małej
drzemki, znowu
cuchnęło. Stara
zakonnica siedziała
na swoim
miejscu...
KONIEC ( 1990 )
Ledwo co
siedli do
stołu, jak
rozległo się
w sieni łomotanie
do drzwi.
Nie w porę,
ale trza
otworzyć.
- Matka, ano
wyjrzyj tam...-
odezwał się
z nad michy
kopiasto nałożonej
pierogami gospodarz,
Kazimierz Studnia.
Nim zdążyła wstać
w drzwiach
stanął sąsiad,
ten od lewej
strony sadu.
- Tak sem
umyślał co
dam wam znać,
że dziś
na placu
kościelnym odpust...Właśnie
się zaczęło,
cudeńka sprzedają...
To, gdybyście
nie wiedzieli...-
- Co mają
?-
- A nawieźli
różności, o!...-
Wyciągnął z
kieszeni gwizdek
w kształcie
kogutka i
z całej
siły weń
zadmuchał. Piskliwa
a natrętna
nuta rozdarła
wnętrze izby
gdzie biesiadowali.
Nie w smak
to poszło
gospodarzowi, ale
grzecznie zapytał;
- I wiele
za to?-
- A po dwa
złote. Som
też cukierki,
wisiorki mają,
a jakże,
i wiatraczki
też...-
Poderwał się najmłodszy
od stołu.
- Da tata
pare złotych?-
- Siedź! Bo
jak wezmę
bata, to...-
Spojrzał wymownie na
sąsiada, ale
ten, zupełnie
nieproszony przysiadł
na ławie
koło pieca
i obracając
w palcach
gwizdek prawił
dalej ;
- Moja wybrała
się zaras
z południa,
tyle, co
ziemniaków obrała...-
Przełknął głośno
ślinę zerkając
na stół.
- Mielone dziś
mamy...-
Studnia wpakował do
ust potężny
kęs pieroga.
- Świnięście ubili
?- spytał, głośno
mlaskając.
- Świnię?...A
gdzieżby zaś
tam. Trzymamy
na święta.
Dyszel sprzedał
kawałek...A
z czym to
te pierożki,
o ile mogę
spytać?...-
- Ano, z
serem i słoninką...-
Znowu włożył
do ust spory
kęs i smacznie
przeżuwał, po
czym zanurzył
łyżkę w
miseczce ze
śmietaną.
- Bielutka!...- skomentował
sąsiad.
- Tak, dzisiejsza...-
Łyżka znikła
na chwilę
w jego przepastnej
jamie ustnej.
W chwili ciszy
całkowitej biesiadnicy
mieli możność
usłyszeć natarczywe
burczenie w
brzuchu przybysza.
Jego jastrzębi
wzrok wędrował
po powierzchni
stołu. Studnia
udając, że
tego nie
widzi, spojrzał
beznamiętnie na
ścianę przeciwną.
Źle jednak ulokował
swą uwagę,
gdyż ogromna
postać Chrystusa
uderzyła go
swym surowym
licem z obrazu.
Skurczył się
nieco w sobie
niezbyt rad,
że umieścili
ten obraz
właśnie tam...
U dołu bowiem
napis widniał;
‘Błogosławiony ten,
co swym miłosierdziem
drugich obdarza’
Było to wezwanie
na jego ambit,
jako że
skąpy z
natury był.
Zaczął wiercić
się niespokojnie
na krześle.
- No to co,
pójdziecie na
odpust? - Podjął
znowu sąsiad.
- Może potem,
po obiedzie...-
- Oczywiście. Obiad
trza zjeść
wpierw, a
nieco odpocząć.
Narobił się
ja też
przy
wykopkach, że
gnatów nie
czuję. Z
pół zagonu
jeszcze tam
ostało, a
deszczu ano
patrzeć. Dach
w stajni
przecieka...- Mówiąc
to, wzroku
nie spuszczał
ze stołu.
- A my już
zwieźli wszystko
z pola...-
Studnia znowu
wpakował do
ust nadziany
na widelec
kawał pieroga
z serem i
słoninką...
- Matka, ano
dolej śmietany,
bo w misce
dnieje - dodał.
Niepomny nawet
był, że
stara obserwuje
go z groźną
miną przez
cały czas
i że nawet
nie tknęła
jeszcze obiadu.
Gdy więc zażądał
dolewki śmietany,
twarz jej
aż poszarzała.
Poderwała się
wartko, że
miski i talerze
zatelepały się
na stole.
- Ty sknero
żarłoczna!- Zawołała
- A to nie
widzisz co
pan Staszek
ma smaki
by choć
skosztować!? Toś
już zapomniał
jak Stachowa
nas wspomagała,
gdy w rok
temu krowa
nam padła!?
A to ci
i mleka i
serków naniosła,
często - gęsto
i innych
różności nie
skąpiła, a
ty co!? Do
stołu go
teraz nie
poprosisz ! Dzieci
batem straszysz!
Ty draniu
stary!...A
masz!-
Chwyciła pustą miskę
po śmietanie
i szurnęła
nią w stronę
ślubnego.
Sąsiad skurczył się
w sobie i
jakby zmalał.
Wstał, tonąc
w luźnych
portkach, które
spoczywały fałdami
na starych,
ledwo się
kupy trzymających
butach.
- Nie, nie
trza,...Po
prawdzie na
brzucho niedomagam
już od wiosny
i po pierogach
mnie wzdyma, że
potem noc
całą wiatry
odchodzą i
moja rumianek
parzyć musi...-
Zmieszało to gospodynię,
a chłopcy
aż się
dusili z
przytłumionego śmiechu.
Studnia zerwał się
na równe
nogi.
- A widzisz!?-
zawołał z
triumfem - Stachowi
pierogi nie
służą!-
Wziął miskę i
podszedł do
kredensu, gdzie
stała spora
kobiałka śmietany.
Ulał część
i powrócił
do stołu.
Sąsiad przysiadł
nieśmiało na
ławie.
- To może
pan Stasio
kompotu się
napije?- Spytała
stara.
Błyskawicznie wyraził zgodę.
Chwycił podany
garnuszek i
pił tak
zachłannie, aż
mu ciekło
po brodzie
i ginęło
za oberwanym
kołnierzem lichej
koszuli. Oczy
mu pojaśniały
i z wielkim
entuzjazmem począł
zachwalać treść
i smak;
- Ale to
dobre! Ojej-jej!
Niebo w gębie
! Porzeczki, truskawki!
I z cukrem,
no-no, rarytas
wprost niespotykany
! Smaczne!!!-
Gospodyni bez słowa
dolała mu
do garnuszka.
Znowu opróżnił
go łapczywie
i aż poczerwieniał
na gębie.
- Może pan
jednak skosztuje?
- Podsunęła mu
talerzyk z
kilkoma pierogami.
- Skosztować? A
czemu nie...-
Od razu chwycił
widelec i
zdawał się
połykać nieprzeżute
kęsy. Bez
pytania umoczył
ostatniego w
miseczce ze
śmietaną.
- Cie choroba...-
mruknął gospodarz
wycierając ręce
w róg obrusa.
Wstał.
- Ide zajrzeć
do koni,
siana tsza
im przyłożyć.-
Nasunął czapkę i
wyszedł z
izby.
Chwilę potem, sąsiad
siedział przy
stole i pałaszował
nową porcję
omaszczoną suto
śmietaną. Nie
dokończył jednak.
Poderwał się
nagle i oznajmił,
że na odpust
musi biec...
Kazimierz Studnia opowiadał
potem, jak
widział Staszka
pędzącego sadem
w stronę
domu i jak
kroki jego
paraliżowały odchodzące
wiatry...
A pod kościołem
było cicho,
jedynie wicher
szumiał po
pustym placu...
KONIEC ( Listopad 2001)
Wyruszyli
KONIEC 15.8.2001
Grigoryj Pierniczenko był naczelnikiem więzienia.
Niski, krępawy, z rozjechaną
od siedzenia i dobrego jadła dupą.
Właściwie,
to nie robił nic. Ożywiał
się tylko wtedy, gdy sprowadzano nowego
weterana sowieckiej sprawiedliwości. Łaził
wtedy po korytarzach i ryczał nieludzkim głosem,
chcąc tym wzbudzić
strach w nowo-przybyłym...
Na tym się jednak kończyło,
bo w sumie nie był to zły
człowiek. Oto na przykład
w święto
rocznicy urodzin Lenina pokazywał więźniom
sztuczki. Polegało to na tym, że
gdy wszyscy siedzieli w celach jak trusie, on zawołał
gromkim głosem o szczególną
uwagę... Szedł
teraz spacerkiem i krył coś
w nakrytych chusteczką dłoniach.
Zmurszałe a wydłużone
głodem gęby
przylegały do krat.
- Ten, kto odgadnie co tu mam, będzie
wynagrodzony...! - zawołał
głosem wzbudzającym
nadzieję i ogólne zainteresowanie. Wokół
rozległy się
szepty aprobaty. Już od dawna krążyły
pogłoski a różne
domysły, że
tego dnia stanie się coś
nad wyraz ciekawego. Spekulacjom nie było
końca. Jedni byli pewni, że
będzie ekstra dolewka zupy, inni, że
dadzą po dwie kromki chleba. A co niektórzy
łudzili się
nawet, że zezwolą
na wizyty krewnych zza krat...
Zarcie jednak było jak codzień,
a po gościach ani śladu.
Jedynie Pierniczenko snuł się
wzdłuż
korytarza przybierając dech zapierającą
minę. Jego grube dupsko falowało
pod luźnymi portkami, a misiowate oczka
latały na prawo i lewo. Nie tylko miał
władzę,
ale i skupiał na sobie całą
uwagę.
- No to jak? - odezwał się
znowu - Nie ma chętnych?... Zgadywać!
I to już! - wkurzył
się nagle.
Zza kraty obok rozległo się
nieśmiałe
pochrząkiwanie.
- A to, panie naczelniku, a to mi się
widzi, że to coś
to można zjeść...
-
- Zjeść! Ha, a widzicie? Mołodziec..!
- zawołał
z triumfem i jednym machnięciem ramion do
przodu zrzucił z dłoni
chusteczkę. Na pulchnej łapce
leżała
czekoladka.
Najbliźsi sąsiedzi
wytrzeszczyli oczy.
- A cóż to takiego..? - zapytał
znowu ten sam ochotnik
- Chciałbyś,
co?... - i mlasnąwszy głośno,
szybko przeżuł
i połknął
smakołyk.
- Obywatelu...- odezwał się
znowu - widzę, co świecicie
przykładem nienadużywania,
co świadczy o patriotyźmie
i dobrym wychowaniu na rzecz Wielkiego Sojuzu. Tylko bowiem skromnością
a pokorą wyzwolić
można w sobie posłuszeństwo
oddaniu Partii i jej ideii... Zasługujecie
zatem na zaszczyt!... - Przerwał na chwilę
dla zwiększenia efektu, to znowu dopingując
wzrokiem wzdychy pochwał, które przeleciały
szmerem jak szczury wzdłuż
korytarza.
- Nastała więc
chwila uroczysta!... - huknął wznowioną
mocą swego głosu
- Oto bowiem, przejawi się za chwilę
hojność rządu
sprawiedliwości...!!! -
Rozległy się
siarczyste brawa. Pierniczenko wykonał półobrót
i skinął gestem wielce zniecierpliwionym w
kierunku kancelarii. Niemal od razu wyłoniła
się stamtąd
postać o uderzająco
podobnej dupie i przyodzieniu. Osobnik zbliżył
się wśród
oklasków do naczelnika i wręczył
mu niewielkie pudełeczko. Zrobiło
się znowu cicho i sto par oczu z napięciem
obserwowało owy pakunek. Pierniczenko z miną
wyższości,
a zarazem z rozbrajającą
czułością
podał to “zwycięzcy”
konkursu. Na szkapiej twarzy więźnia
malował się
niemal pobożny grymas. Ręce
mu drżały,
a grdyka łykała
nagły przypływ
śliny do ust. Kiepskiej jakości
tekturowe pudełeczko było
podejrzanie lekkie... Kromka chleba waży
dwieście gram... “Szkapia twarz” szybko
jednak przepędził
te myśli. Zaśby
tam chleb! Przecież nagroda od samej partii
to musi być coś
wielce wyśmienite podniebieniu, rarytas
godny wyróżnienia... Dobrze pamiętał
minę rozkosznej lubości,
gdy naczelnik przełykał
ciemno-brązową
muszelkę. Bez wątpienia
musiało to być
nad wyraz smaczne.
Niecierpliwym ruchem palców zerwał
wreszcie wieczko pakunku.
W środku było
zdięcie Lenina...
KONIEC 8.12. 2000
Edward Spadek odziedziczył
dom po dziadku. Dobry był to człowiek,
pracowity a pobożny. Już
pierwszego dnia, portret Chrystusa zawisł w
kuchni, a na honorowym miejscu. Nie miał
wiele. Ubranie odświętne
powiesił w szafie, kilka par skarpetek
szurnął do szuflady, to znowu sweter z wełny
stuprocentowej pieściwie ułożył
na półce...
Dom był stary i cichy, pełen
dziadkowych mebli i fotografii. Przed tygodniem nieborak naciągnął
nogi. Babka zrobiła to rok temu.
Edek wyjrzał na świat
kuchennym okienkiem. Sciemniało się
i wicher okrutny hulał jak czort w Wigillię...
W zaniedbanym ogrodzie tańcowały
stare gerusze i jabłonie. Dojrzałe
owoce pacały co chwila na ziemię
jak kał z odbytu na dno drewnianego
wychodka! Chrystus patrzał groźnie
z obrazu wskazując palcem na skrwawione
serce. Przeżegnał
się nieborak w obawie nagłej,
to znowu nasłuchiwał
trzasków i westchnięć burzy. W zimnym
piecu szczury tarzały się
w resztkach popiołu. Stuknął
w drzwiczki pogrzebaczem i nagle poczuł,
jak w brzuchu bulgocze początek biegunki...
Na śniadanie pałaszował
bigos podejrzanej świeżości,
ale stryj przekonywał, że
skoro nie śmierdzi, to zjeść
można... I tu nagle taka heca. Rozejrzał
się przez moment bezradnie wokoło.
Ubikacja była po drugiej stronie sadu...
Zwinął w końcu
do kieszeni stronę gazety, naciągnął
na uszy czapkę i wyszedł
na dwór. Ciężkie chmury pochłonęły
resztki dnia i zanim wlazł pomiędzy
grusze, lunął gęsty
deszcz.
Nerwowe parcie na krocze mówiło, że
nie zdąży! Napinając
pośladki parł
do przodu. Moczyła go ulewa, rozrosłe
krzaki agrestu czepiały się
portek, a natarczywy bulgot rozrywał jelito
grube i łaskotał
odbyt... Spadkobierca rozkraczył stopy i
wypiął zad, rozrywając
jednocześnie guziki przy spodniach. Głośny
trzask pierdziawy dmuchnął strumieniem
masy haniebnej, o woni srogo niegodziwej! Chcąc
uniknąć wdepnięcia
we własne łajno,
Edward Spadek dał kroka do przodu. Nowy
skurcz odbytu zatarabanił jak żebrak
do drzwi zakrystii. Nieśmiało,
ale natarczywie. Wtedy to twórca rozpuszczonego stolca pośliznął
się na rozmokłej
trawie. Padł nieco w bok zanurzając
dłoń w
odchodach. Bliski rozpaczy próbował
jeszcze przykucnąć, ale zaplątał
się o spuszczone spodnie. Znowu runął
na ten sam bok, trafiając tym razem łokciem
w miejsce parszywe. Poderwał się
wartko z nadzieją, że
dobiegnie jeszcze do drewniaka, ale dupa znowu zawarczała
i ze zdwojoną siłą
pyskowała na różno-głosowe
nuty, które zadziwiłyby nawet najwrażliwszego
komozytora muzyki poważnej! Tym razem
rozkrczyć się
zdołał
tak nieforemnie, że nieświadomie
zapaskudził obcasy obuwia.
Zmoczony do nitki i pół żywy
stwierdził, że
zrobi stryjowi awanrurę. Bigosem starym go
poczęstował,
bo szkoda było wyrzucać...
Tak nie można!
Obtarł ręce
o buszujące na wietrze liście
rabarbaru i zawrócił do chałupy.
Zzuł w sieni osrane buty i podreptał
do kuchni, gdzie zwlekł koszulę.
Następnie przytkał
koreczkiem zlew, napuścił
wody i kołując
mydełkiem tu i ówdzie, starannie się
umył. Zapaskudzone odzienie namoczył
potem w wanience obok. Poszedł do pokoju,
gdzie przyodział się
w szlafrok i kapcie. I wtedy to właśnie,
znowu poczuł złowieszczy
bulgot w okolicy odbytu...
Znieruchomiał na moment, po czym jak ryś
skoczył w stronę
szafy skąd zerwał
z wieszaka jesionkę. Szerokim łukiem
narzucił ją
na ramiona i z łomotem pognał
do sieni. Nie zdążył
jednak dopaść drzwi ani porwać
z wieszaka beretu, gdyż ostry trzask
zatelepał połami
szlafroka. Smród jak wydech szatana rozszalał
się po obejściu.
Spadek stał w rozkroku intensywnie się
rozglądając,
gdy nagle rozległo się
pukanie do drzwi...
- Kto tam..? -
- Swój! - usłyszał,
rozpoznając głos
stryja.
Nim zdołał
się poruszyć,
drzwi się otwarły
i niespodziewany gość wszedł,
otrzepując palto ze stróg deszczowych. W ręku
trzymał torbę...
- A to Edziu, ja tu ci coś przyniósł...
Tak sem pomyślał,
a co ma się zmarnować...
-
Ignorując smrodliwą
sytuację poszedł
do kuchni i postawił na stole wydobyty z
torby garnek.
- Na, odgrzejesz sobie na kolację -
powiedział rzeczowo.
Spadkobierca majątku poczuł,
że robi mu się
dziwnie gorąco. Podszedł
i uchylił pokrywkę.
W środku był...
Złość
białej gorączki
obdarzyła go siłą
Herkulesa. Chwycił gar za ucho i posłał
w stronę ściany.
Stryj zdążył
tylko przykucnąć pod stołem.
Garnek odbił się
od portretu Chrystusa przechylając go w bok
i wpadł do wanienki, gdzie moczyły
się spodnie i koszula.
- Edek! Co ty wyprawiasz!? - zawołał
stryj
Lecz nim Edek zdołał
cokolwiek powiedzieć, rozrzadzona potrzeba
fizjologiczna już warczała
złowrogo spod szlafroka.
- Chryste Panie! - krzyknął stryj, w bok
uskakując
Chwycił w biegu torbę
i uciekł w stronę
drzwi. Nim udało mu się
zwiać na dwór, zdołał
jeszcze usłyszeć
dwa potężne pierdy. Chwilę
potem pędził
w dół drogą
i gdy przystanął na moment by złapać
dech, zauważył
sylwetkę Edwarda, jak susami, na bosaka,
podąża w stronę
sadu.
KONIEC 9.12.2000
Ś
mierdzący zarobek
Jacek Struś
obudził się
o siódmej.
Spał źle.
Puszka fasolki
po bretońsku
na kolację
wzdęła się
w nim złośliwie
w postaci
wulkanicznych gazów,
które z
trzaskiem uchodziły
przez całą
noc z jego
odbytu. Nawet
teraz gdy
się przeciągał,
trzasnęło głuchą
salwą. Smród
spod pierzyny
był wprost
niemożliwy. Okrył
się więc
szczelnie aż po same pachy, czując
że w jelicie grubym znowu zbiera się
parszywy pocisk...
Jacek był zrozpaczony. Od tygodnia łaził
po biurach zatrudnień w poszukiwaniu pracy.
Wszędzie jednak odprawiano go z niczym. Nie
miał żadnych
kwalifikacji. Zdolności i talentów też
nie posiadał. Dach nad głową
zawdzięczał
bratu, który przyjął go do siebie na
kilka miesięcy. Pochodzili obaj z maleńkiej
podwrocławskiej wioski. To Józek namówił
go by przeniósł się
do miasta gdy dziadek pewnego dnia w polu nogi wyciągnął.
- Chodź, - powiedział
- u mnie jest miejsce, a i robota się
znajdzie. Nie będziesz chyba do końca
życia tańcował
za krowim ogonem -
To i wyjechał. U Józka pół
litra czekało na stole i czyste posłanie.
Przyszły też
i dwie chętne dupeńki.
Potem była fucha na budowie. Za zaliczkę
Jacek nabył nowe ubranie. Starczyło
też na skarpetki, mydełko
i wodę kolońską...
Wypłata miała
pójść na dołożenie
się do opłaty
za mieszkanie. Firma jednak zbankrutowała,
robota stanęła i Jacek gówno do domu
przyniósł. Przez miesiąc
brat cierpliwie tolerował jego bezrobocie.
Ba, pocieszał nawet, dawał
coraz to nowe rady gdzie szukać, no - i żywił.
Józek zatrudniony jako kucharz w barze mlecznym, źle
nie miał. Choć
zarobek mały, to w pracy przecież
i pojadł i czasem coś-niecoś
w torbie do domu przemycił.
Nie starczało to jednak na dwóch i z
czasem cierpliwość Józka też
się przatarła.
Szafkę z jedzeniem zamknął
na kluczyk, który nosił ze sobą,
a to co czasem przyniósł z pracy zjadał
potem sam zaszyty za drzwiami w kuchni - aby Jacek nie widział.
W tym też czasie zrobił
się niezbyt przyjemny i doszło
do tego, że otwarcie robił
wymówki, gdy cukier w słoiczku obniżył
się pod poziomem flamastrowej kreski...
Nic też dziwnego, że
Jackowi kiszki marsza grały z głodu!
Całe dnie spędzał
na szukaniu jakiegoś zajęcia
i - nic. Czasem zachodził do sklepu i tam
przyczajony w kącie połykał
wielkimi kęsami porwany z półki
rogalik, czy też jakąś
wędzoną
rybkę. Niczego jednak nie wynosił.
Aż wczoraj...
Po raz pierwszy odważył
się i ukradł
puszkę fasolki, którą
ukrył w rękawie
marynarki. Zdobycz jednak okazała się
trefna... Zjadł owszem z wielkim apetytem,
ale już po godzinie tak zatruł
powietrze, że brat uciekł
do drugiego pokoju wyzywając go od
bezrobotnych śmierdzieli... Taki był
początek, a potem calutką
noc bzyczał pod pierzyną
na różne nuty, a tak smrodliwie, że
budził się
co parę minut. Wykręcał
się na boki, zakrywał
nos w róg poduszki, nic nie pomagało.
Fetor wisiał w powietrzu i złowrogo
a bezczelnie wciskał się
w okolice jego nozdrzy. Nagle drzwi się
otworzyły i do pokoju zajrzał
Józek. Bez żadnych wstępów
kategorycznie zażądał,
by Jacek nie pokazywał się
tam więcej jak nie znajdzie tego dnia
pracy.
Gorąco mu się
z wrażenia zrobiło,
bowiem to równało się
wymówieniu z mieszkania. Chwilę potem
trzasnęły drzwi w przedpokoju. Józek
wyszedł do pracy.
Godzinę później,
głodny i niewyspany, Jacek wlókł
się znajomą
trasą. Mózg jego pracował
na wysokich obrotach. Przy kuble na śmieci
coś błyszczało...
Wśród porzuconych tam papierów, znalazł
10 złotych... Chryste! Aż
przykucnął z wrażenia
i omal nie zasłabł
przy tym. Od razu poszedł do baru na śniadanie.
Niestety, ale za ten marny miedziak mógł
kupić tylko - talerz fasolki po bretońsku...
Nawet na herbatę już
nie starczyło. Siadł
więc przy stoliku obok okna i pałaszował,
aż uszy mu drgały
jak bielizna na wietrze! Przy wyjściu z
baru poprosił jakiegoś
starszego gościa o papierosa. A że
zapałek nie miał,
to też i o ognia.
Wtedy to się zaczęło.
Nie zdążył
nawet podziękować,
gdy znienacka głośno
pierdnął. Nim się
zorientował, gapiły
się na niego wszystkie twarze z przystanku
autobusowego. Kilku obywateli zaczęło się
śmiać,
a stojący obok chłop
zawołał,
że i dziadek jego nie potrafił
łepiej, a ponoć
niezły był
w tej sztuce... Wywołało
to ogólną radość.
Jacek zaś osłabły
ze wstydu naturalnego, zaczął się
przeciskać uliczką
w dół. Coś
upadło za nim na chodnik. Kątem
oka spostrzegł, że
to...pieniążek. Szybko się
po niego schylił podniecony nagłą
perspektywą, że
tym razem pojedzie do biura pracy tramwajem...
Schylił się
jednak tak nieopatrznie, że i tym razem się
spierdział. W jego kierunku posypał
się grad drobnych... Zbierając
na kolanach wiedział już,
co zrobi. Zdał sobie nagle sprawę,
że - znalazł
pracę, a właściwie,
zajęcie płatne.
Szybko znikł za rogiem ulicy i ustawił
się koło
głównego wejścia
do sklepu z odzieżą. Przymknął
oczy i wolno uniósł nogę.
Kilka osób od razu zwróciło na to uwagę
i przystanęło w oczekiwaniu. Na co?
Jeszcze nie wiedzieli.
Nagle, jak ryk z czeluści piekieł,
wyrwał się
trzask z okolicy portek Jacka. Trzepnął
dla efektu uniesioną nogą,
a przy tym wyrzucił rękę
w górę wskazując
palcem w stronę niebios. Potem wykonał
szybki półobrót lądując
w nieprzyzwoitym rozkroku, a trzeszcząc
niemiłosiernie odbytem. Przez następne
pół godziny zebrany wokół
tłum był
świadkiem skoków, przysiadów, żabek,
ruchów w stylu “karate” i podrygów wprost diabelskich, a to wszystko przy
akompaniamancie bardzo skomplikowanej gamie gazów jelitowych na głośno...
Czasem była to nuta cieniutka,
zaakcentowana odpowiednim ruchem rąk i tułowia,
a chwilami bas nisko-tonowy.
Rozbawiony tłum ryczał
z uciechy, sypiąc mniejsze lub większe
datki waluty pod nogi popisującego się.
Aż ukazał
się przedstawiciel władzy
i kazał się
rozstąpić
zebranym. Przecisnął się
do Jacka... Akurat w tej chwili stał
pochylony w pół i klepał
się po wypiętym
siedzeniu w takt pierdów drobniutkich, a nieco piskliwych.
- Obywatelu!... - rozległo się
nagle - Poproszę o dokumenty -
Wśród gwaru i śmiechu
“obywatel” go jednak nie usłyszał.
Wyprostował się
bowiem nagle, podskoczył i tak trzasnął,
że echo poniosło
w czeluść otwartego sklepu.
- Tego już za wiele. Dowód poproszę!
- zawołał
znowu gliniarz.
Jacek dopiero teraz go spostrzegł. Otarł
wierzchem dłoni twarz i oznajmił
że nie ma. Podał
tylko adres zamieszkania. O dziwo, gliniarz nieco znieszany szybko odszedł.
Uliczne przedstawienie ciągnęło
się dalej. Tym razem ze zdwojoną
siłą, bo Jacek podochocony pieniędzmi
przechodził w popisach samego siebie! Niektórzy
aż kiwali z niedowiary głowami.
Czegoś podobnego nie widzieli nigdzie.
W niedługim jednak czasie, w tłumie
pojawił się
kucharz... A obok, ten sam stróż prawa i
porządku. Obaj przepychali się
do przodu, aż...
- Jacek!... Czyś ty zwariował!?
- znajomy głos zasyczał
mu do ucha, gdy akuratnie stał w półobrocie,
cwaniacko mróżąc oczy.
- Chodź do domu! Szybko! Taki wstyd..! Sąsiad
“z góry” na dyżurze przyszedł
aż po mnie do pracy...! -
- “Chodź do domu”? A potem co? Zarcie
przede mną zamykasz, do roboty gonisz, a
mnie z urzędów też
gonią! Wstyd?!... Fasolę
żarłem
na śniadanie, a teraz mi za to płacą!
O!.....-
I znowu napiął się,
ale zdradziecki cichacz nie zaświstał
tym razem żadną
nutą... Dupa się
zacięła, ludzie zaczęli
się rozchodzić.
Józek, że to pracy jeszcze nie zakończył,
przyprowadził ze sobą
pierdzącego rodaka do barowej kuchni. Jako że
to pora obiadowa przeminęła w kotłach
pokazały się
dna. Trza było jadnak co-nieco przekąsić.
Józek zajrzał pod pokrywkę
do brytfanki.
Na dnie było nieco fasolki po bretońsku...
KONIEC 8.9.2001
Powyższe opowiadanko zainsparowane jest faktem, że w podobny sposób zarabiali zawodowi pierdziele na ulicach Paryża w osiemnastym wieku.
Ustawili go
przed owalnym
lustrem w
przedpokoju. Nowiutki
garnitur, wyglancowane
na wysoki
połysk buty,
świeżo ogolony,
elegancko przycięte
włosy... Udał
się synek!
- Ano to,
Tadziu, chyba
z tej okazji
przechylimy po
kieliszeczku... - odezwała
się rodzicielka.
Zbysiu akurat co z wojska w rodzinne strony zawitał.
Duma to rodzinna, ale i kłopot niemały.
Jakże, a to i o podziale majątku
trza pomyśleć,
i dziewczynę odpowiednią
znaleźć, bo przecie Zbysiu w latach to i
potrzeby swe ma... Aby ino ksiądz poświęcił
wpierw, bo to inaczej nie po bożemu, a i
wstyd by był na całą
wieś!
Trzymali też go w chałupie,
a dogadzali jak mogli. A może Zbysiu zje
kawałeczek serka? A może
mleka ciepłego się
napije? Babka ucierała pyszne makowce,
prawiła mądrze
a długo o męce
Pańskiej i jeszcze na koronce modlitwy uczyła!
Okna zamykali, by przypadkiem przeciągi nie
złamały
chorobą jego głowy
młodej. Piwa - broń
Boże, a już
o tańcach w remizie strażackiej,
mowy nie było... Toć
tam najgorsza chołota waliła.
Chlali, palili i ruchali na prawo i lewo. Zęby
im próchnica selektowała jeszcze przed
trzydziestką, a taki-siaki gnił
w kryminale, pięcioro bękartów
piastował i całych
portek na dupie nie miał.
Ich Zbysiu taki nie był. Chłopak
prosty jak świeca, usta jak maliny, pobożny,
usłuszny! Garnitur mu właśnie
sprawili, być może
jaka panienka się trafi, to będzie
w sam raz.
Ale nie dla psa kiełbasa, nie. Bo to i
robotna musi być i urodna, a z posagiem.
Od roku matka łaziła
tu i tam, zwiadywała się
a węszyła,
lecz jak dotąd, ach, szkoda gadać...
Właśnie
sobota była. Za oknami drogą
ciągnęli
już ludzie na potańcówkę.
Czort nakazał, co letnia ci to pora była,
słonko jeszcze przyświecało
i za wczas by firanki zasunąć, by Zbysiu
na świat nie zerkał...
Kręcił
się ano niespokojnie, marudził
przy obiedzie i odmówił babce pacierza na
koronce. Siedział właśnie
w rogu przy ścianie, krem jakiś
w ręce wcierał
i co chwila naciągał
szyję zerkając
w lusterko na komodzie, a nasłuchując...
- Zagrajmy w bierki! - zawołał
z entuzjazmem stary
- A co bede grał... -
- Batonika i orzeszków stawiam -
Zbysiu wstał i przejechał
ręką
po włosach.
- A da tata spokój -
- Coś ty taki..? -
- Na piwo bym poszet i zapalił co -
- Święta Maryjo! - zawołała
matka - Czyś ty synu zwariował?!
-
- A niech mama nie przesadza... - niepewny już
był, czerwienił
się i bladł
na przemian.
- Co by ludzie powiedzieli? Z wojska wrócił
i już gna w świat,
a to by gadali! -
- Dobra, niech tata stawia te bierki... -
Stary z tajemniczą miną
a szarmancko wyciągnął
z kieszeni podłużną
czekoladkę. Drugą
ręką
zagarnął z półki
pudełeczko i sypnął
bierkami na stół. Z powagą
a w skupieniu, łowili haczyki, pałeczki
i widełki.
A za oknem wesołe śpiewy
i śmiechy kusiły...
Z remizy rozlegały się
pierwsze dźwięki
perkusji. Zbysio przetarł czoło
zroszone i nagle wyprostował sylwetkę
pochyloną dotąd
na stołem. Sprężył
się w sobie, zmróżył
powieki jak lis przed skokiem, zacisnął
kurczowo usta i wolno unosząc stopę
dmuchnął w spodnie...
- Synu! Bój ty się Boga! - zawołał
stary
- A bo co?! W dupie mam wasze pacierze, gry i czekoladki. Nudno tu! -
- Jak to? Przecie babcia naszykowała dziś
na wieczór gawędy o świętym
Antonim. Toć to takie ciekawe! -
- I gawędy mam w dupie! - Uniósł
drugą nogę
i ponownie dmuchnął w spodnie.
KONIEC 10.12.99
Benedykt
Podnieta kurczył się w swych słabościach. W osowiałym nastroju gryzł otchłań myśli, jak pies ostatnią kość przed skonaniem. Niewesoły nastał czas. Swoboda niewyżytych chuci zagnała go ku skrajnej marności. A było to tak...
KONIEC 2.10.2002