Opowiadanka 1-10

główna strona
strona informacyjna
opowiadanka      1-10
opowiadanka    11-20
opowiadanka    21-30
opowiadanka    31-40
opowiadanka    41-50
opowiadanka    51-60
opowiadanka    61-70 
opowiadanka    71-80
opowiadanka    81-90
opowiadanka    91-100
opowiadanka  101-110
opowiadanka  111-120
opowiadanka  121-130
opowiadanka  131-140
opowiadanka  141-150

Rodzinny business

Śniadanie

Kto taki?...

Dzień odpustu

Wujek z Ameryki

Niespodzianka

Dupa nie rządzi

Śmierdzący zarobek

Latorośl

Pokusa

  ©2005prawa autorskie humoru iście żenującego

Rodzinny business

Wzniósł ku niebu oczy ściągając dla efektu brwi. Wargi poruszały się szybko w niemej modlitwie. Nagle przerwał ciszę grzmot jego głosu wydostającego się mocą swej chwały z cherlawej piersi apostoła tajemnic duchowych.
- Marnacja ! O zgrozo niepojęta ! A toż ci Chrystus sam przemawia w pokorze skruchy mojej! W odwiecznej prawdzie słów tajemnica ukryta odsłania swe lico niebagatelne... Jam ci bowiem prawdą i promieniem zbawienia ! A kto proroctwa me nie wzgardzi, ten zasługę miał będzie poprzez żywot błogosławiony u boku Stworzyciela ! -Potrząsnął różańcem i otarł palcem usta przesuszone wielogodzinnym paplaniem. W izbie natłoczonej wyznawcami rozległa się przelotna fala aprobaty, aczkolwiek na niejednej gębie wyciskało się piętno zmęczenia. Jakże, od świtu gonieni bez wytchnienia, a o kromce waciastej bułeczki, Bracia Świętej Racji jedno tylko piastowali pragnienie ; usiąść…a rozprostować kości.- Biada !!! - zagrzmiał głos z nową energią - A to ci grzech oblicze chytrego lisa ukazuje !... Nicponie ! Darmozjady !... Lenistwem nahajki na ciała swe ściągacie !...- Kaszlnął, żegnając się trzykrotnie. Szybkim ruchem wydobył zza chałata kartkę. Potrząsając nią energicznie, wołał; - Tu !... Tu ! Przede mną, jak przed Panem samym, ukryć się nic nie da ! Tak to się staracie w imieniu Chrystusa ? Dla przykładu ; Czemu to, w zeszły tydzień było osiem portfeli, a teraz tylko dwa ?... Brać od grzeszników to nie grzech ! Świat dziś zły ! Z dobrej woli nikt nie da ! ...A zima na karku, opału mało. Nie pragniecie chyba, by brat wasz natchniony światłem wiekuistym podzielał niewygody życia doczesnego !...-
Znienacka
przerwał, uśmiechając się dobrotliwie ;
- Ojcze Zbigniewie...- skinął na stojącego w głębi zgromadzonych - podejdźcież no tutaj...-
Postać
skulona, a ubogiej postury, chyżo zbliżyła się chyląc z respektem twarz okalaną brodą sędziwą.
- Niech będzie Pochwalony ! Bracia ! A cóż to widzicie ?...-
Cisza
wyczekiwania zawisła wokół głów strapionych.
- Ha ! A to wam rzeknę, jako że sam Pan przemówił właśnie poprzez myśli moje !... Nieposłuszeństwo sieje grozę kary ! Ojcze Zbigniewie, buty !!!...-
- Ależ, Wasza Świętobliwość, zimno się robi...-
- I o to chodzi ! - Zniżył jednak szybko głos - A komu myślicie wrzucą większy grosz, temu w butach ?...Przecież miłosierdzie pańskie zagląda w serca grzeszników w postaci naocznej niedoli -
Ktoś
podniósł w górę rękę na znak, że pragnie głos zabrać.
- Słucham, Bracie Edwardzie ?- Odezwał się Guru łaskawie.
- Wybacz śmiałość, Proroku, lecz pochwalam wasze szlachetne spostrzeżenie. Chciałem aczkolwiek radą posłużyć Bratu swemu, otóż mądrość Pana łaskawego jest bezgraniczna, więc ja buty zzuwam jak tylko wysiadam z tramwaju... Trik ci to oryginalny, bo na ten przykład, całe sto złotych wczoraj zebrałem...-
- Chwała ku temu. Dobrzyście i szlachetni Edwardzie. W nagrodę dolewka grochówki. Tak Pan postanowił, a w podzięce różaniec należy odmówić i ciało wychłostać o poranku dla hartu ducha...Słucham ?- Skinął na następną rękę oczekującą swej kolejki dojścia do głosu. Wysoki a chudy młodzieniec przecisnął się do przodu. Bez słowa zaczął coś tarmosić spod obcisłej kurtczyny. Był to królik ze związanymi sznureczkiem kickami. Uszy miał ściągnięte gumką. Podrygując, pacnął o stół za którym spoczywał Guru. Obok potoczyła się puszka sardynek, a na koniec dwa mydełka Nivea.
- To wszystko !?...- Jego świętobliwość był poirytowany.
- A wszystko ! O ! Sranie mnie napadło ! Tu nic tylko grochówka ! A tam psami po farmach szczują i drzwiami trzaskają przed nosem. Dziś w sklepie to omal mnie nie zwinęli, ledwom uciekł...-
Guru
puścił te słowa mimo uszu, lamentując ;
- Och cierpimy my, cierpimy. Ale Chrystus też cierpiał...- Nagle zawołał w przypływie nowej energii - W Nim też zwykli śmiertelnicy Pana nie dostrzegli! I Jemu drzwiami trzaskano !... Ale nic to, nic, w porównaniu tego, co oto nastąpić ma ! Łaska bowiem Chrystusa jest chwalebna! Oto bowiem w Jego imieniu...Tak!...Przemawia właśnie w duchu mym głos Jego miłosierny...I. nakazuje mianować cię...Bratem Odnowy Dusz !!! Ale...- Zaczął teraz cicho, zniżając głos; - za pokutę tej łaski, dwa dni postu i biczowanie ciała przed krzyżem zaleca...-
Młodzieniec
rozziawił głupawo szczęki, zaciskając pięści. Posiniał na gębie...ale Guru przebierając różaniec szeptał już modlitwę. W ciszy słychać jedynie było telepanie się królika na stole.
W
upływie niewielkiej chwili czasu teraźniejszego, ryk szaleńczy przeszył zaduch izby jeżąc swą nagłością włos na głowach jeszcze niedotkniętych zjawiskiem łysienia naturalnego, to znowu wywołując trwogę okrutną swą manifestacją szału nagłego!... Kilka postaci pochwyciło młodego złodzieja pod pachy. Ktoś wetknął mu w rozdarte usta but podniszczony, a mocno zdarty na obcasie.
- Związać go, bo ucieknie - skomentował inny.
Guru
ukończywszy co akurat modlitwę, oczy wzniósł ku niebu...
- Oj cierpimy my, cierpimy... W Chrystusie wybawienie wieczne. A to wam bracia orzeknę, jako co Chrystus orzekł; Głodny byłem, a nakarmiliście mnie...Byłem spragniony, a napoiliście mnie...Kto mnie się przysłuży, to jak Panu samemu przysługę by dał...Amen.-
Drzwi
się otworzyły i weszła stara, a pomarszczona niewiasta. Ignorując wszystkich, podeszła do stołu. Guru opuścił różaniec.
- A mama co tutaj...-
- Przyszła, bo Wiesiu załatwił robote przy tartaku i pedział, co ty by móg stawić sie z rana. Dziesięć złotych na godzinę dajo...Worek grochu, trochę czystej bielizny...To Tadziu potem przyniesie...-
- Dobra, niech mama weźmie i to...- Podał jej mydełka i królika.
- A gdzie gotówka za ten tydzień?...-
Sięgnął
pod chałat i wyjął niewielki woreczek. Stara łypnęła okiem.
- Tu jest czterysta złotych, acha, Truteń i Mietek jeszcze nie wrócili -
- Dokąd to dziś posłałeś?...-
- Kazałem kręcić się pod kinem -
- A bo to nielepiej siąść przy kościele? Spowiedź dziś i tłumy tam walo...-
Rozmowa
owa prowadzona głosem ściszonym nie odbiła się echem zdradzieckim, toteż już po chwili Guru uroczyście obiad zapowiedział. Wstał, zdejmując wieko z beczki, na której spoczywał. Zanurzył palec. Zupa była jeszcze letniawa. Z miną filozofa utkwił oczy w suficie, poruszył niemo wargami i zaczął; - Boże, pobłogosław te dary, które oto dano nam spożywać. Amen.-
Nagle
w izbie zakotłowało się.
- Wasza Świętość! - Krzyknął ktoś z gromady - A to właśnie przyłapano niegodziwca na zdradzie nikczemnej! - Przed oblicze Guru przyciągnięto szamoczącego się starowinę.
- Puść!!! Puszczaj! Ty...bo jak zdzielę !... Jaki ja tam nikczemnik...-
- Bracie Leonardzie, a o cóż to was posądzono?-
- O nic ! Jak Boga kocham! A w kieszeń nic nie schowałem! Jest tak pusta jak mój żołądek..-
Guru
ściągnął brwi;
- Pusta, powiadasz?...A to niedobrze. Znak ci to nieomylny, co myśli mieliście niekoszerne i Pan Niebieski nie raczył was pobłogosławić. Coście to dzisiaj porabiali?...-
- W domu towarowym na czatach byłem. Ale jak widzicie, palto mam dziadoskie, gębę straszną, to i uciekano ode mnie na różne strony. Wyszedłem więc na dwór kucając przy czapce, ale nawet na piwo nikt nie dał…-
Mistrz
przysiadł na beczce. Po twarzach zebranych przebiegł cień zwątpienia, a głód wydłużył je jak stare trepy Kułaka na wygnaniu.
- Bo dusza u was grzeszna !...- Zagrzmiał na nowo Jego Świętość - Zalecam trzy dni postu na oczyszczenie i puryfikację myśli -
Starzec
poderwał się wartko i rozrywając na boki palto ukazując pierś cherlawą, a mocno przesuszoną wiekiem i dietą chrystusową.
- Oczyścić mnie chcecie, ale z tych kości chyba! A sami zadem zasłaniacie swe judaszowe triki i głodem nakazujecie modlić się do beczki o chochelkę lury!...A to wam powiem, że gdzieś mam wasze przykazy, pokuty, posty i oczyszczenia! -
To
mówiąc, Brat Leonard rzucił się w stronę drzwi uchylonych, ale wnet pochwyciły go szpony apostołów Świętej Racji, w kąt zawlekły i czapką żebracką usta ciasno zakleiły, co by złości w Mistrzu głębszej nie wywabił...
Guru
zaś pobożnie w sufit spoglądał, ciszy wyczekując.
Lecz
tym razem na znak niewidzialny a nagły, piorun czarci w ludzi strzelił. Szturmem ruszyli na beczkę z pożywieniem, która wkrótce wraz z Mistrzem została przewrócona pod masą nacierających. W zgiełku i kotłowaninie walka zacięta się wywiązała, lecz cieńka zupka w podłogę zdradliwie wsiąkła i nikt jej nawet nie polizał. Zaś Prorok okryty chałatem znikł za drzwiami. Tak wraz z nim, znikły też i łaski miłosierdzia pokuty....


KONIEC
( 14 / 9 / 99 )

 

Śniadanie

Stłukł delikatnie parujące jeszcze jajeczko. Straszny smród powędrował w jego delikatne nozdrza. Ach !!! Zawołał, opuszczając zbuka. Diabelski fetor rozhulał się teraz po całym pokoju.
Włodzimierz
Pedałek rozejrzał się bezradnie. Obtarł cherlawą dłoń o róg obrusa i poszedł otworzyć okno. Takie coś zdarzyło mu się po raz pierwszy...
Spojrzał
na maleńką bułeczkę i przykro mu się zrobiło. Z czym to zje ?...
Fyrdnął
szczupłą nogą i zły jak diabeł przed ołtarzem powędrował do małej kuchenki.
Słoik
po dżemie świecił pustką...
Serek
! Pedałek uchylił lodówkę i wydobył pokurczone zawiniątko. Nie należał do ludzi wybrednych ale ten serek, Boże pożal się, była tego odrobinka i do tego nieświeża...
Ujął
w dwa palce i powąchał. Serek śmierdział. I to tak strasznie, że Pedałek wytrzeszczył cytrynowe oczy. Omal nie zapłakał. Wtem ktoś zatarabanił do drzwi.
Poszedł
zobaczyć, kto taki. Uchylił małą szparkę wysuwając chudy a długi nos.
Na
wycieraczce stał sąsiad. bulgotał z irytacji.
- Co pan smrodzisz cały budynek !? Co, znowu...?-
- Nieprawda-
- A niech mnie pan tu nie pieprzy, że to kurwa jeden dzień nie przejdzie spokojnie, kolekcja zgniłych jaj, cholera jasna, już wytrzymać nie można !...-
Włodzimierz
Pedałek też już nie wytrzymywał. Sąsiad miał rację. Od tygodnia konsumował nieświeże potrawy. Dlaczego ?...
Bo
lodówka się zepsuła.

KONIEC ( 1994 )

 

Kto taki ?...

Pociąg kołysał się monotonnie przebijając mrok nocy. Był pełen. Przedział, w którym znalazł się Kazimierz Ofiara, zawierał dziesięciu podróżnych. Większość to pokurczone stare baby ze wsi. Oprócz niego było dwóch przedstawicieli płci męskiej. Wyjątek stanowiły dwie zakonnice. Siedziały obok siebie z ramionami wywiniętymi do przodu. Jedna stara, druga młoda. Ta stara, z czarną torbą na kolanach. Ścisk i zaduch był omdlewający. Kazimierz Ofiara siedział tuż przy oknie na jednym półdupku z twarzą wciśniętą w nieświeżą firankę, a z drugiej strony nieźle przyduszony bokiem ogromnego torsu jednej z bab.
Próbował
zasnąć. Za każdym jednak razem coś go budziło...
Najpierw
jedna z bab, ta koło drzwi, dostała ataku kichania. Potem, ten na przeciwko, łysawy i brzydki, kopcił mu w twarz  papierosem. Następnie był konduktor. Suchy, zwinny i krzykliwy. Narobił zamieszania i tak jak szybko pojawił się, tak jeszcze szybciej znikł.
Zapanowała
cisza i Ofiara znowu przyłożył strudzoną głowę z nadzieją, że się prześpi...
Jednak
ostry smród przejechał mu po twarzy z taką siłą, że otworzył wnet opadłe powieki i dosyć trzeźwo spojrzał po kamiennych twarzach towarzyszy podróży.
Nikt
nie powiedział słowa, nikt się nawet nie poruszył. A śmierdziało coraz gorzej.
To
rozwiało jego obawy, że mu się wydaje. Zrobiło mu się też trochę nieprzyjemnie i jakby mało było tego, jego obwisłe policzki zarumieniły się...
Stara
zakonnica zmierzyła go ostro wzrokiem, wymownie zaciskając usta. Siedzące obok babsko też widocznie zauważyło ten gest, gdyż czuł jak obraca odziany w chustkę łeb w jego stronę.
Ani
się obejrzał, jak cały przedział gapił się na niego...
Smród
też stawał się już nie do zniesienia. Kazimierz chciał za wszelką cenę dać im znać, że to nie on, że to ktoś inny..., ale wszystko na co się zdobył, to uśmiech zakompleksionego idioty, co wyprowadziło z równowagi starą zakonnicę. Wstała z rozmachem i zarzucając torbę pod ramię, wyszła.
Gdy
w godzinę potem Ofiara ocknął się z małej drzemki, znowu cuchnęło. Stara zakonnica siedziała na swoim
miejscu...

KONIEC ( 1990 )

 

Dzień odpustu

Ledwo co siedli do stołu, jak rozległo się w sieni łomotanie do drzwi. Nie w porę, ale trza otworzyć.
- Matka, ano wyjrzyj tam...- odezwał się z nad michy kopiasto nałożonej pierogami gospodarz, Kazimierz Studnia.
Nim
zdążyła wstać w drzwiach stanął sąsiad, ten od lewej strony sadu.
- Tak sem umyślał co dam wam znać, że dziś na placu kościelnym odpust...Właśnie się zaczęło, cudeńka sprzedają... To, gdybyście nie wiedzieli...-
- Co mają ?-
- A nawieźli różności, o!...- Wyciągnął z kieszeni gwizdek w kształcie kogutka i z całej siły weń zadmuchał. Piskliwa a natrętna nuta rozdarła wnętrze izby gdzie biesiadowali.
Nie
w smak to poszło gospodarzowi, ale grzecznie zapytał;
- I wiele za to?-
- A po dwa złote. Som też cukierki, wisiorki mają, a jakże, i wiatraczki też...-
Poderwał
się najmłodszy od stołu.
- Da tata pare złotych?-
- Siedź! Bo jak wezmę bata, to...-
Spojrzał
wymownie na sąsiada, ale ten, zupełnie nieproszony przysiadł na ławie koło pieca i obracając w palcach gwizdek prawił dalej ;
- Moja wybrała się zaras z południa, tyle, co ziemniaków obrała...- Przełknął głośno ślinę zerkając na stół.
- Mielone dziś mamy...-
Studnia
wpakował do ust potężny kęs pieroga.
- Świnięście ubili ?- spytał, głośno mlaskając.
- Świnię?...A gdzieżby zaś tam. Trzymamy na święta. Dyszel sprzedał kawałek...A z czym to te pierożki, o ile mogę spytać?...-
- Ano, z serem i słoninką...- Znowu włożył do ust spory kęs i smacznie przeżuwał, po czym zanurzył łyżkę w miseczce ze śmietaną.
- Bielutka!...- skomentował sąsiad.
- Tak, dzisiejsza...- Łyżka znikła na chwilę w jego przepastnej jamie ustnej.
W
chwili ciszy całkowitej biesiadnicy mieli możność usłyszeć natarczywe burczenie w brzuchu przybysza. Jego jastrzębi wzrok wędrował po powierzchni stołu. Studnia udając, że tego nie widzi, spojrzał beznamiętnie na ścianę przeciwną.
Źle
jednak ulokował swą uwagę, gdyż ogromna postać Chrystusa uderzyła go swym surowym licem z obrazu. Skurczył się nieco w sobie niezbyt rad, że umieścili ten obraz właśnie tam...
U
dołu bowiem napis widniał; ‘Błogosławiony ten, co swym miłosierdziem drugich obdarza’
Było
to wezwanie na jego ambit, jako że skąpy z natury był. Zaczął wiercić się niespokojnie na krześle.
- No to co, pójdziecie na odpust? - Podjął znowu sąsiad.
- Może potem, po obiedzie...-
- Oczywiście. Obiad trza zjeść wpierw, a nieco odpocząć. Narobił się ja też  przy wykopkach, że gnatów nie czuję. Z pół zagonu jeszcze tam ostało, a deszczu ano patrzeć. Dach w stajni przecieka...- Mówiąc to, wzroku nie spuszczał ze stołu.
- A my już zwieźli wszystko z pola...- Studnia znowu wpakował do ust nadziany na widelec kawał pieroga z serem i słoninką...
- Matka, ano dolej śmietany, bo w misce dnieje - dodał. Niepomny nawet był, że stara obserwuje go z groźną miną przez cały czas i że nawet nie tknęła jeszcze obiadu.
Gdy
więc zażądał dolewki śmietany, twarz jej poszarzała. Poderwała się wartko, że miski i talerze zatelepały się na stole.
- Ty sknero żarłoczna!- Zawołała - A to nie widzisz co pan Staszek ma smaki by choć skosztować!? Toś już zapomniał jak Stachowa nas wspomagała, gdy w rok temu krowa nam padła!? A to ci i mleka i serków naniosła, często - gęsto i innych różności nie skąpiła, a ty co!? Do stołu go teraz nie poprosisz ! Dzieci batem straszysz! Ty draniu stary!...A masz!-
Chwyciła
pustą miskę po śmietanie i szurnęła nią w stronę ślubnego.
Sąsiad
skurczył się w sobie i jakby zmalał. Wstał, tonąc w luźnych portkach, które spoczywały fałdami na starych, ledwo się kupy trzymających butach.
- Nie, nie trza,...Po prawdzie na brzucho niedomagam już od wiosny i po pierogach
mnie
wzdyma, że potem noc całą wiatry odchodzą i moja rumianek parzyć musi...-
Zmieszało
to gospodynię, a chłopcy się dusili z przytłumionego śmiechu.
Studnia
zerwał się na równe nogi.
- A widzisz!?- zawołał z triumfem - Stachowi pierogi nie służą!-
Wziął
miskę i podszedł do kredensu, gdzie stała spora kobiałka śmietany. Ulał część i powrócił do stołu. Sąsiad przysiadł nieśmiało na ławie.
- To może pan Stasio kompotu się napije?- Spytała stara.
Błyskawicznie
wyraził zgodę. Chwycił podany garnuszek i pił tak zachłannie, mu ciekło po brodzie i ginęło za oberwanym kołnierzem lichej koszuli. Oczy mu pojaśniały i z wielkim entuzjazmem począł zachwalać treść i smak;
- Ale to dobre! Ojej-jej! Niebo w gębie ! Porzeczki, truskawki! I z cukrem, no-no, rarytas wprost niespotykany ! Smaczne!!!-
Gospodyni
bez słowa dolała mu do garnuszka. Znowu opróżnił go łapczywie i poczerwieniał na gębie.
- Może pan jednak skosztuje? - Podsunęła mu talerzyk z kilkoma pierogami.
- Skosztować? A czemu nie...-
Od
razu chwycił widelec i zdawał się połykać nieprzeżute kęsy. Bez pytania umoczył ostatniego w miseczce ze śmietaną.
- Cie choroba...- mruknął gospodarz wycierając ręce w róg obrusa. Wstał.
- Ide zajrzeć do koni, siana tsza im przyłożyć.-
Nasunął
czapkę i wyszedł z izby.
Chwilę
potem, sąsiad siedział przy stole i pałaszował nową porcję omaszczoną suto śmietaną. Nie dokończył jednak. Poderwał się nagle i oznajmił, że na odpust musi biec...
Kazimierz
Studnia opowiadał potem, jak widział Staszka pędzącego sadem w stronę domu i jak kroki jego paraliżowały odchodzące wiatry...
A
pod kościołem było cicho, jedynie wicher szumiał po pustym placu...


KONIEC
( Listopad 2001)

 

Wujek z Ameryki


Wyruszyli
o świcie. Pięciorga ich siedziało na dwóch deseczkach ułożonych w poprzek wozu drabiniastego. Odświętnie odziani, w butach, jak przystało.
Od
tygodnia w domu ich ubogim panował szał podniecenia. To od momentu, kiedy listonosz przyniósł kartkę na której widniały pięknie wymalowane trzy wielkanocne jaja i żółciutki jak złoto kurczaczek. Na odwrocie, drobnym a wąskim pismem, widniały słowa świątecznych pozdrowień...
Pan
domu, Zygmunt Nadzieja, puszył się jak paw. Ustawił kartkę na honorowym miejscu pomiędzy Świętą Panienką a dzbanuszkiem ze stokrotkami i nikomu tknąć nie pozwolił.
To
od brata. Niemały honor i wyróżnienie, jako że w Ameryce był i nieopisanych bogactw a cudów stamtąd nawiózł do kraju. Wprawdzie wrócił kilka roków wstecz, ale Zygmunt słyszał jakoby to hojności jego końca nie było, z serdecznym wprost zapałem obdarowywał przyjaciół, sąsiadów, ba...nawet obcych. A że Zygmunt był człowiekiem honoru, to i nie śmiał do tej oto pory narzucać bratu swą obecność... Nawet w obliczu biedy, kiedy to nie było co do garnka włożyć. Ośmielony jednak kartką nabrał wreszcie odwagi i przez dni kilka pouczał rodzinę jak to mają wypaść na tej niezwykłej wizycie; - Siedzieć cicho a skromnie. Nie rozglądać się po mieszkaniu, bo to nieładnie, a jak wujek spyta o cokolwiek...czy obojętnie z czym się odezwie, to trza z zapałem przytakiwać...ciągle uśmiechać się i mówić, że ładnie wygląda... - Pouczał córki.
- A może i da pare dolarów? - Wtrąciła żona.
- Cicho! Cicho. Da, na pewno da. On to już wie najlepiej. Ja słyszał, że daje ludziom niemało. Tyle to przywióz, to i da. Ale ty siedź cicho! To trza pomaleńku...Na pewno i obiad bedzie i prezenty, bo ja słyszał dobrze ile on tam ma. Podobno...- Nachylił się ściszając głos,- podobno dolarów samych cały worek ma... A co złota! Na pewno już ci da jakie kolczyki, albo i zegarek!...-
Jechali
więc teraz wyboistą drogą wjeżdżając do miasteczka. Nadzieja wyprostował się nagle i ostro zdzielił batem konia przez portki. Zimno mu było i gorąco na przemian.
Rankiem
długo ćwiczył przed lusterkiem, jaką to twarz ma pokazać bratu jedynemu. Więc nabożna powaga, podcieniona respektem i uznaniem... Wjechali na podwórze. Domek był piętrowy, położony  w cieniu lip. Zleźli z wozu szybciej niż przystało i gdy tylko znaleźli się pod drzwiami, Zygmunt zakałatał w nie delikatnym truchcikiem gości, którzy znają się na rzeczy. Chrząknął i czekał, nakazując rodzinie skinięciem ręki, by zachowali ciszę absolutną. I cisza odpowiedziała też na ponowne, nieco śmielsze pukanie.
Powtarzał
czynność jeszcze kilka razy, owe pukanie przerodziło się w niecierpliwe tarabanienie...
Nareszcie
za drzwiami rozległo się ciche człapanie i ochrypłe pytanie;
- Kto tam !?...-
- Stasiu, to ja !...-
Zygmunta
głos przesiąknięty był emocją. W rozwartych na oścież drzwiach stanął jego brat. Zmierzył przybyszów ospałym wzrokiem, ziewnął, i dopiero wtedy jego nieświeże lico rozjaśniło się namiastką uśmiechu.
- A to niespodzianka !...- Zawołał nagle - Wejdźcie. Akurat co reperowałem podeszwy od sandałów. Ciepło się robi, to na skarpety nie trzeba będzie wydawać...Ale! Jak to twe pannice już wzrosły! No-no..! -
Uszszypnął największą w policzek. Zareagowała przesadnym uśmiechem wznosząc oczy ku suficie. Dwie najmłodsze też szczerzyły zęby w jego stronę. Oczy ich jednak nie podzielały uśmiechu. Wnet bowiem spostrzegły iż pokój gościnny do którego zostali wprowadzeni, prezentował się biedneńko... Na starym dywanie stały dwie równie stare kanapy, a pośrodku stół nakryty ceratą. Na wierzchu stało siodło szewskie obciągnięte ciemnobrązowym sandałem. Obok leżały szpulki jasnej dratwy, dłutka, nożyce... Jednym słowem, pokój ten był taki sam jak pięć lat temu, kiedy to ostatnio gościli tam na przyjęciu pożegnalnym, tuż przed wyjazdem wujka Stasia do Ameryki.
- No, i jak? Mów, co słychać! - zaczął ochoczo Zygmunt.
Było mu teraz zdecydowanie gorąco. Zdiął kapelusz, poluzował krawat i usiadł w rogu kanapy, aż sprężyny pod nim jęknęły.
- Ano, pomaleńku. Pracę wczoraj załatwiłem -
- Pracę...? -
- Przy budowie. Jurkiewicz stawia córce willę. Pamiętasz Anię? Właśnie co ją wydali. Zięć podobno majętny, a i sami na pieniądzach siedzą, ot, to i budują. Mnie tam tyle do tego, co se trochę zarobię. Trudno dziś o robotę, a jeść trza... - spojrzał żwawo po przybyszach.
Bratanice siedziały sztywno, w równiutkim rządku. Wymuszone uśmiechy powodowały nerwowe drgawki w kącikach ust, a sztuczny zachwyt w oczach nadawał im wyraz debili... Bratowa zaś bledła, to czerwieniła się na przemian, aż w końcu nieśmiało zapytała:
- No a jak tam Stasiu było w kraju zamorskm?... -
- Aaa! Cie choroba! Ależ ze mnie durak, dobrześ co mi Wiesia przypomniała! Mam coś dla was... - zawołał z tajemniczą miną i wyszedł z pokoju.
W mig rozległ się szelest aprobaty, co niemal od razu zostało ucięte groźnym wymachiwaniem palca wskazującego prawej ręki Zygmunta.
- Szszsz-szszsz!... - zasyczał pod wąsem nakazując tym ciszę i wstrzemięźliwość okazywania wszelkich rozkoszy, jakie to wiążą się z oczekiwaniem na coś niezwykłego a szalenie miłego duszy. Zygmunt bowiem wyczuł, że nadszedł punkt kulminacyjny ich wizyty i przez nikły moment sam doznał coś w rodzaju zawrotu głowy, co sprawiło, że i jemu omal nie udzielił się nastrój pozostałych. Wykorzystując dłuższą chwilę nieobecności pana domu szepnął żonie:
- Prawy z niego człowiek. Bogaty, a żyje po spartańsku... Zobacz no tylko, nawet buty sam se reperuje..! Dobrze robi, bo gdyby jawnie się obnosił ze swym majątkiem, to by go już dawno okradli, albo jeszcze co gorszego... -
- Ale czy musiałby pracować..? - szepnęła, pilnie śledząc drzwi
- To tylko dla dalszych pozorów. Człowiek który nie pracuje a żyje w beztroskim luksusie, szybko wzbudza podejrzenia. Rozumiesz? -
Nie zdążyła odpowiedzieć, bo oto powrócił ich gospodarz niosąc w ręku wypchaną czymś torbę. Zachwyt wyczekiwania wisiał w powietrzu jak chmura przed oberwaniem. Po chwili wahania ustawił torbę na podłodze i wypiąłwszy zad schylił się by rozsunąć zamek, który to co rusz się zacinał. Pięć par oczu śledziło zachłannie każdy jego ruch. Gdy wreszcie uporał się z zamkiem, wyprostował tułów ocierając czoło wierzchem dłoni.
- Zrób no, Zygmuś, miejsce na stole. Łacniej będzie niż tyle się schylać... -
I razem z bratem przesunęli rupiecie na jedną stronę stołu. Gdy torba spoczęła na honorowym miejscu, Stanisław Nadzieja z miną magika zanurzył w niej rękę i - wydobył stary damski but... W rozepchanym czółenku widniał przepocony ślad stopy, a wierzch pokryty był bruzdami spękanego lakieru. Obcasik miał nieco przetarty, a w bok wykrzywiony. Z gracją ustawił go na stole i szybko wydobył drugi, podobny...
- Na Wiesię w sam raz... - powiedział i znowu wsadził rękę do magicznej torby, która nagle utraciła swą magię, a złośliwie wyszczerzyła kły dziadoskiej rzeczywistości...
- A teraz...Hokus-pokus!... - zawołał i wyciągnął cudo ponad cuda - wełniany sweter z szalowym kołnierzem, a pasiasty i żywy w kolorze.
- To dla ciebie Zygmuś. Zimy u was na Polnej srogie, więc ja se tak pomyślał, co ci sie przyda... -
Brat pochwycił podany mu przyodziewek świecąc oczami jak dziecię przed otwarciem prezentu spod choinki. Wnet jednak blask owy znikł z jego oczogałek, a pojawił się w to miejsce tzw. “Wytrzeszcz zdziwienia po obrazie urojonym”. Sweter bowiem był w stanie ostatniego etapu sfilcowania naturalnego, czego wynikiem jest wielokrotne pranie w niezbyt wybrednym mydle... Robiąc szybko grdyką pocierał w palcach skołtuniony filc, aż sztywny miejscami.
- To z kościoła św. Piotra - uzupełnił z dumą Stanisław.
- Wujku, ale to ładne!... - zawołała najstarsza bratanica.
- Szszsz... - syknął pod wąsem obdarowany, latając ogłupiałym wzrokiem po tęczowych ściegach.
- Ale, drogie!.. - podjął z entuzjazmem wujek - Bo widzisz Gosia, taki sweterek kosztuje osiemdziesiąt dolarów... - ostatnie dwa słowa wypowiedział zniżonym, a mocno zaakcentowanym tonem głosu.
- Aż tyle?... - wtrąciła nieśmiało Wiesława.
- No, ja dał nieco mniej... Dużo mniej...O! - zawołał nagle - A to, dla Marysi... -
Z torby wyłowił skajową torebkę na długim pasku i ze pstryczkiem pośrodku. Najmłodsza bratanica dostała elastyczny golf z dziurą pod pachą, a Gosia podobny, tyle że z lekka nadpruty u dołu. Na ciche “Dziękuję wujku” obruszył się głośno, że “Nie ma za co!”.
Bo i nie było za co!... Zygmunt aż się pienił. Wąs mu latał nerwowo na boki, a z poniżenia i złości na czoło wystąpił pot kroplisty. Ledwo już się hamował, gdy brat nagle zapowiedział, że pójdzie do kuchni odgrzać zupę.
- Zjemy po talerzu. Mam też bułki... -
- A w dupę se je wsadź!!! - zaryczał nagle Zygmunt - To potośmy się trzęśli tyle godzin na wozie!? Po te stare trepy i szmaty!? A teraz chcesz nas częstować jakąś lurą z przed dwóch dni!? Tak to gościsz brata!? Dość tego udawania! Ludzie gadają od dawna ileś to przywiózł! Ja wiem. Małoś to narozdawał!? A nam, co?...
Stanisław w odpowiedzi na to pochylił się jeszcze raz nad torbą, zupełnie niepomny skargom i z łobuzim uśmiechem wydobył z dna jeszcze jedną rzecz...
- Cie choroba, ależ ze mnie durak! Jeszczem zapomniał ci dać i to... -
Podał mu brązową marynarkę. Nie miała guzików, ale za to miała wyprutą podszewkę...


KONIEC 15.8.2001

 

Niespodzianka


Grigoryj Pierniczenko był naczelnikiem więzienia. Niski, krępawy, z rozjechaną od siedzenia i dobrego jadła dupą. Właściwie, to nie robił nic. Ożywiał się tylko wtedy, gdy sprowadzano nowego weterana sowieckiej sprawiedliwości. Łaził wtedy po korytarzach i ryczał nieludzkim głosem, chcąc tym wzbudzić strach w nowo-przybyłym...
Na tym się jednak kończyło, bo w sumie nie był to zły człowiek. Oto na przykład w święto rocznicy urodzin Lenina pokazywał więźniom sztuczki. Polegało to na tym, że gdy wszyscy siedzieli w celach jak trusie, on zawołał gromkim głosem o szczególną uwagę... Szedł teraz spacerkiem i krył coś w nakrytych chusteczką dłoniach. Zmurszałe a wydłużone głodem gęby przylegały do krat.
- Ten, kto odgadnie co tu mam, będzie wynagrodzony...! - zawołał głosem wzbudzającym nadzieję i ogólne zainteresowanie. Wokół rozległy się szepty aprobaty. Już od dawna krążyły pogłoski a różne domysły, że tego dnia stanie się coś nad wyraz ciekawego. Spekulacjom nie było końca. Jedni byli pewni, że będzie ekstra dolewka zupy, inni, że dadzą po dwie kromki chleba. A co niektórzy łudzili się nawet, że zezwolą na wizyty krewnych zza krat...
Zarcie jednak było jak codzień, a po gościach ani śladu. Jedynie Pierniczenko snuł się wzdłuż korytarza przybierając dech zapierającą minę. Jego grube dupsko falowało pod luźnymi portkami, a misiowate oczka latały na prawo i lewo. Nie tylko miał władzę, ale i skupiał na sobie całą uwagę.
- No to jak? - odezwał się znowu - Nie ma chętnych?... Zgadywać! I to już! - wkurzył się nagle.
Zza kraty obok rozległo się nieśmiałe pochrząkiwanie.
- A to, panie naczelniku, a to mi się widzi, że to coś to można zjeść... -
- Zjeść! Ha, a widzicie? Mołodziec..! - zawołał z triumfem i jednym machnięciem ramion do przodu zrzucił z dłoni chusteczkę. Na pulchnej łapce leżała czekoladka.
Najbliźsi sąsiedzi wytrzeszczyli oczy.
- A cóż to takiego..? - zapytał znowu ten sam ochotnik
- Chciałbyś, co?... - i mlasnąwszy głośno, szybko przeżuł i połknął smakołyk.
- Obywatelu...- odezwał się znowu - widzę, co świecicie przykładem nienadużywania, co świadczy o patriotyźmie i dobrym wychowaniu na rzecz Wielkiego Sojuzu. Tylko bowiem skromnością a pokorą wyzwolić można w sobie posłuszeństwo oddaniu Partii i jej ideii... Zasługujecie zatem na zaszczyt!... - Przerwał na chwilę dla zwiększenia efektu, to znowu dopingując wzrokiem wzdychy pochwał, które przeleciały szmerem jak szczury wzdłuż korytarza.
- Nastała więc chwila uroczysta!... - huknął wznowioną mocą swego głosu - Oto bowiem, przejawi się za chwilę hojność rządu sprawiedliwości...!!! -
Rozległy się siarczyste brawa. Pierniczenko wykonałłobrót i skinął gestem wielce zniecierpliwionym w kierunku kancelarii. Niemal od razu wyłoniła się stamtąd postać o uderzająco podobnej dupie i przyodzieniu. Osobnik zbliżył się wśród oklasków do naczelnika i wręczył mu niewielkie pudełeczko. Zrobiło się znowu cicho i sto par oczu z napięciem obserwowało owy pakunek. Pierniczenko z miną wyższości, a zarazem z rozbrajającą czułością podał to “zwycięzcy” konkursu. Na szkapiej twarzy więźnia malował się niemal pobożny grymas. Ręce mu drżały, a grdyka łykała nagły przypływ śliny do ust. Kiepskiej jakości tekturowe pudełeczko było podejrzanie lekkie... Kromka chleba waży dwieście gram... “Szkapia twarz” szybko jednak przepędził te myśli. Zaśby tam chleb! Przecież nagroda od samej partii to musi być coś wielce wyśmienite podniebieniu, rarytas godny wyróżnienia... Dobrze pamiętał minę rozkosznej lubości, gdy naczelnik przełykał ciemno-brązową muszelkę. Bez wątpienia musiało to być nad wyraz smaczne.
Niecierpliwym ruchem palców zerwał wreszcie wieczko pakunku.
W środku było zdięcie Lenina...

KONIEC 8.12. 2000

 

Dupa nie rządzi

Edward Spadek odziedziczył dom po dziadku. Dobry był to człowiek, pracowity a pobożny. Już pierwszego dnia, portret Chrystusa zawisł w kuchni, a na honorowym miejscu. Nie miał wiele. Ubranie odświętne powiesił w szafie, kilka par skarpetek szurnął do szuflady, to znowu sweter z wełny stuprocentowej pieściwie ułożył na półce...
Dom był stary i cichy, pełen dziadkowych mebli i fotografii. Przed tygodniem nieborak naciągnął nogi. Babka zrobiła to rok temu.
Edek wyjrzał na świat kuchennym okienkiem. Sciemniało się i wicher okrutny hulał jak czort w Wigillię... W zaniedbanym ogrodzie tańcowały stare gerusze i jabłonie. Dojrzałe owoce pacały co chwila na ziemię jak kał z odbytu na dno drewnianego wychodka! Chrystus patrzał groźnie z obrazu wskazując palcem na skrwawione serce. Przeżegnał się nieborak w obawie nagłej, to znowu nasłuchiwał trzasków i westchnięć burzy. W zimnym piecu szczury tarzały się w resztkach popiołu. Stuknął w drzwiczki pogrzebaczem i nagle poczuł, jak w brzuchu bulgocze początek biegunki...
Na śniadanie pałaszował bigos podejrzanej świeżości, ale stryj przekonywał, że skoro nie śmierdzi, to zjeść można... I tu nagle taka heca. Rozejrzał się przez moment bezradnie wokoło. Ubikacja była po drugiej stronie sadu...
Zwinął w końcu do kieszeni stronę gazety, naciągnął na uszy czapkę i wyszedł na dwór. Ciężkie chmury pochłonęły resztki dnia i zanim wlazł pomiędzy grusze, lunął gęsty deszcz.
Nerwowe parcie na krocze mówiło, że nie zdąży! Napinając pośladki parł do przodu. Moczyła go ulewa, rozrosłe krzaki agrestu czepiały się portek, a natarczywy bulgot rozrywał jelito grube i łaskotał odbyt... Spadkobierca rozkraczył stopy i wypiął zad, rozrywając jednocześnie guziki przy spodniach. Głośny trzask pierdziawy dmuchnął strumieniem masy haniebnej, o woni srogo niegodziwej! Chcąc uniknąć wdepnięcia we własne łajno, Edward Spadek dał kroka do przodu. Nowy skurcz odbytu zatarabanił jak żebrak do drzwi zakrystii. Nieśmiało, ale natarczywie. Wtedy to twórca rozpuszczonego stolca pośliznął się na rozmokłej trawie. Padł nieco w bok zanurzając dłoń w odchodach. Bliski rozpaczy próbował jeszcze przykucnąć, ale zaplątał się o spuszczone spodnie. Znowu runął na ten sam bok, trafiając tym razem łokciem w miejsce parszywe. Poderwał się wartko z nadzieją, że dobiegnie jeszcze do drewniaka, ale dupa znowu zawarczała i ze zdwojoną siłą pyskowała na różno-głosowe nuty, które zadziwiłyby nawet najwrażliwszego komozytora muzyki poważnej! Tym razem rozkrczyć się zdołał tak nieforemnie, że nieświadomie zapaskudził obcasy obuwia.
Zmoczony do nitki i pół żywy stwierdził, że zrobi stryjowi awanrurę. Bigosem starym go poczęstował, bo szkoda było wyrzucać... Tak nie można!
Obtarł ręce o buszujące na wietrze liście rabarbaru i zawrócił do chałupy. Zzuł w sieni osrane buty i podreptał do kuchni, gdzie zwlekł koszulę. Następnie przytkał koreczkiem zlew, napuścił wody i kołując mydełkiem tu i ówdzie, starannie się umył. Zapaskudzone odzienie namoczył potem w wanience obok. Poszedł do pokoju, gdzie przyodział się w szlafrok i kapcie. I wtedy to właśnie, znowu poczuł złowieszczy bulgot w okolicy odbytu...
Znieruchomiał na moment, po czym jak ryś skoczył w stronę szafy skąd zerwał z wieszaka jesionkę. Szerokim łukiem narzucił ją na ramiona i z łomotem pognał do sieni. Nie zdążył jednak dopaść drzwi ani porwać z wieszaka beretu, gdyż ostry trzask zatelepał połami szlafroka. Smród jak wydech szatana rozszalał się po obejściu.
Spadek stał w rozkroku intensywnie się rozglądając, gdy nagle rozległo się pukanie do drzwi...
- Kto tam..? -
- Swój! - usłyszał, rozpoznając głos stryja.
Nim zdołał się poruszyć, drzwi się otwarły i niespodziewany gość wszedł, otrzepując palto ze stróg deszczowych. W ręku trzymał torbę...
- A to Edziu, ja tu ci coś przyniósł... Tak sem pomyślał, a co ma się zmarnować... -
Ignorując smrodliwą sytuację poszedł do kuchni i postawił na stole wydobyty z torby garnek.
- Na, odgrzejesz sobie na kolację - powiedział rzeczowo.
Spadkobierca majątku poczuł, że robi mu się dziwnie gorąco. Podszedł i uchylił pokrywkę. W środku był... Złość białej gorączki obdarzyła go siłą Herkulesa. Chwycił gar za ucho i posłał w stronę ściany. Stryj zdążył tylko przykucnąć pod stołem. Garnek odbił się od portretu Chrystusa przechylając go w bok i wpadł do wanienki, gdzie moczyły się spodnie i koszula.
- Edek! Co ty wyprawiasz!? - zawołał stryj
Lecz nim Edek zdołał cokolwiek powiedzieć, rozrzadzona potrzeba fizjologiczna już warczała złowrogo spod szlafroka.
- Chryste Panie! - krzyknął stryj, w bok uskakując
Chwycił w biegu torbę i uciekł w stronę drzwi. Nim udało mu się zwiać na dwór, zdołał jeszcze usłyszeć dwa potężne pierdy. Chwilę potem pędził w dół drogą i gdy przystanął na moment by złapać dech, zauważył sylwetkę Edwarda, jak susami, na bosaka, podąża w stronę sadu.


KONIEC 9.12.2000

 

Śmierdzący zarobek

Jacek Struś obudził się o siódmej. Spał źle. Puszka fasolki po bretońsku na kolację wzdęła się w nim złośliwie w postaci wulkanicznych gazów, które z trzaskiem uchodziły przez całą noc z jego odbytu. Nawet teraz gdy się przeciągał, trzasnęło głuchą salwą. Smród spod pierzyny był wprost niemożliwy. Okrył się więc szczelnie aż po same pachy, czując że w jelicie grubym znowu zbiera się parszywy pocisk...
Jacek był zrozpaczony. Od tygodnia łaził po biurach zatrudnień w poszukiwaniu pracy. Wszędzie jednak odprawiano go z niczym. Nie miał żadnych kwalifikacji. Zdolności i talentów też nie posiadał. Dach nad głową zawdzięczał bratu, który przyjął go do siebie na kilka miesięcy. Pochodzili obaj z maleńkiej podwrocławskiej wioski. To Józek namówił go by przeniósł się do miasta gdy dziadek pewnego dnia w polu nogi wyciągnął.
- Chodź, - powiedział - u mnie jest miejsce, a i robota się znajdzie. Nie będziesz chyba do końca życia tańcował za krowim ogonem -
To i wyjechał. U Józka pół litra czekało na stole i czyste posłanie. Przyszły też i dwie chętne dupeńki. Potem była fucha na budowie. Za zaliczkę Jacek nabył nowe ubranie. Starczyło też na skarpetki, mydełko i wodę kolońską... Wypłata miała pójść na dołożenie się do opłaty za mieszkanie. Firma jednak zbankrutowała, robota stanęła i Jacek gówno do domu przyniósł. Przez miesiąc brat cierpliwie tolerował jego bezrobocie. Ba, pocieszał nawet, dawał coraz to nowe rady gdzie szukać, no - i żywił.
Józek zatrudniony jako kucharz w barze mlecznym, źle nie miał. Choć zarobek mały, to w pracy przecież i pojadł i czasem coś-niecoś w torbie do domu przemycił.
Nie starczało to jednak na dwóch i z czasem cierpliwość Józka też się przatarła. Szafkę z jedzeniem zamknął na kluczyk, który nosił ze sobą, a to co czasem przyniósł z pracy zjadał potem sam zaszyty za drzwiami w kuchni - aby Jacek nie widział.
W tym też czasie zrobił się niezbyt przyjemny i doszło do tego, że otwarcie robił wymówki, gdy cukier w słoiczku obniżył się pod poziomem flamastrowej kreski...
Nic też dziwnego, że Jackowi kiszki marsza grały z głodu! Całe dnie spędzał na szukaniu jakiegoś zajęcia i - nic. Czasem zachodził do sklepu i tam przyczajony w kącie połykał wielkimi kęsami porwany z półki rogalik, czy też jakąś wędzoną rybkę. Niczego jednak nie wynosił. Aż wczoraj...
Po raz pierwszy odważył się i ukradł puszkę fasolki, którą ukrył w rękawie marynarki. Zdobycz jednak okazała się trefna... Zjadł owszem z wielkim apetytem, ale już po godzinie tak zatruł powietrze, że brat uciekł do drugiego pokoju wyzywając go od bezrobotnych śmierdzieli... Taki był początek, a potem calutką noc bzyczał pod pierzyną na różne nuty, a tak smrodliwie, że budził się co parę minut. Wykręcał się na boki, zakrywał nos w róg poduszki, nic nie pomagało. Fetor wisiał w powietrzu i złowrogo a bezczelnie wciskał się w okolice jego nozdrzy. Nagle drzwi się otworzyły i do pokoju zajrzał Józek. Bez żadnych wstępów kategorycznie zażądał, by Jacek nie pokazywał się tam więcej jak nie znajdzie tego dnia pracy.
Gorąco mu się z wrażenia zrobiło, bowiem to równało się wymówieniu z mieszkania. Chwilę potem trzasnęły drzwi w przedpokoju. Józek wyszedł do pracy.
Godzinęźniej, głodny i niewyspany, Jacek wlókł się znajomą trasą. Mózg jego pracował na wysokich obrotach. Przy kuble na śmieci coś błyszczało... Wśród porzuconych tam papierów, znalazł 10 złotych... Chryste! Aż przykucnął z wrażenia i omal nie zasłabł przy tym. Od razu poszedł do baru na śniadanie.
Niestety, ale za ten marny miedziak mógł kupić tylko - talerz fasolki po bretońsku... Nawet na herbatę już nie starczyło. Siadł więc przy stoliku obok okna i pałaszował, aż uszy mu drgały jak bielizna na wietrze! Przy wyjściu z baru poprosił jakiegoś starszego gościa o papierosa. A że zapałek nie miał, to też i o ognia.
Wtedy to się zaczęło. Nie zdążył nawet podziękować, gdy znienacka głośno pierdnął. Nim się zorientował, gapiły się na niego wszystkie twarze z przystanku autobusowego. Kilku obywateli zaczęło się śmiać, a stojący obok chłop zawołał, że i dziadek jego nie potrafił łepiej, a ponoć niezły był w tej sztuce... Wywołało to ogólną radość. Jacek zaś osłabły ze wstydu naturalnego, zaczął się przeciskać uliczką w dół. Coś upadło za nim na chodnik. Kątem oka spostrzegł, że to...pieniążek. Szybko się po niego schylił podniecony nagłą perspektywą, że tym razem pojedzie do biura pracy tramwajem...
Schylił się jednak tak nieopatrznie, że i tym razem się spierdział. W jego kierunku posypał się grad drobnych... Zbierając na kolanach wiedział już, co zrobi. Zdał sobie nagle sprawę, że - znalazł pracę, a właściwie, zajęcie płatne.
Szybko znikł za rogiem ulicy i ustawił się koło głównego wejścia do sklepu z odzieżą. Przymknął oczy i wolno uniósł nogę. Kilka osób od razu zwróciło na to uwagę i przystanęło w oczekiwaniu. Na co? Jeszcze nie wiedzieli.
Nagle, jak ryk z czeluści piekieł, wyrwał się trzask z okolicy portek Jacka. Trzepnął dla efektu uniesioną nogą, a przy tym wyrzucił rękę w górę wskazując palcem w stronę niebios. Potem wykonał szybki półobrót lądując w nieprzyzwoitym rozkroku, a trzeszcząc niemiłosiernie odbytem. Przez następne pół godziny zebrany wokół tłum był świadkiem skoków, przysiadów, żabek, ruchów w stylu “karate” i podrygów wprost diabelskich, a to wszystko przy akompaniamancie bardzo skomplikowanej gamie gazów jelitowych na głośno... Czasem była to nuta cieniutka, zaakcentowana odpowiednim ruchem rąk i tułowia, a chwilami bas nisko-tonowy.
Rozbawiony tłum ryczał z uciechy, sypiąc mniejsze lub większe datki waluty pod nogi popisującego się. Aż ukazał się przedstawiciel władzy i kazał się rozstąpić zebranym. Przecisnął się do Jacka... Akurat w tej chwili stał pochylony w pół i klepał się po wypiętym siedzeniu w takt pierdów drobniutkich, a nieco piskliwych.
- Obywatelu!... - rozległo się nagle - Poproszę o dokumenty -
Wśród gwaru i śmiechu “obywatel” go jednak nie usłyszał. Wyprostował się bowiem nagle, podskoczył i tak trzasnął, że echo poniosło w czeluść otwartego sklepu.
- Tego już za wiele. Dowód poproszę! - zawołał znowu gliniarz.
Jacek dopiero teraz go spostrzegł. Otarł wierzchem dłoni twarz i oznajmił że nie ma. Podał tylko adres zamieszkania. O dziwo, gliniarz nieco znieszany szybko odszedł.
Uliczne przedstawienie ciągnęło się dalej. Tym razem ze zdwojoną siłą, bo Jacek podochocony pieniędzmi przechodził w popisach samego siebie! Niektórzy aż kiwali z niedowiary głowami. Czegoś podobnego nie widzieli nigdzie.
W niedługim jednak czasie, w tłumie pojawił się kucharz... A obok, ten sam stróż prawa i porządku. Obaj przepychali się do przodu, aż...
- Jacek!... Czyś ty zwariował!? - znajomy głos zasyczał mu do ucha, gdy akuratnie stał w półobrocie, cwaniacko mróżąc oczy.
- Chodź do domu! Szybko! Taki wstyd..! Sąsiad “z góry” na dyżurze przyszedł aż po mnie do pracy...! -
- “Chodź do domu”? A potem co? Zarcie przede mną zamykasz, do roboty gonisz, a mnie z urzędów też gonią! Wstyd?!... Fasolę żarłem na śniadanie, a teraz mi za to płacą! O!.....-
I znowu napiął się, ale zdradziecki cichacz nie zaświstał tym razem żadną nutą... Dupa się zacięła, ludzie zaczęli się rozchodzić. Józek, że to pracy jeszcze nie zakończył, przyprowadził ze sobą pierdzącego rodaka do barowej kuchni. Jako że to pora obiadowa przeminęła w kotłach pokazały się dna. Trza było jadnak co-nieco przekąsić. Józek zajrzał pod pokrywkę do brytfanki.
Na dnie było nieco fasolki po bretońsku...


KONIEC 8.9.2001

Powyższe opowiadanko zainsparowane jest faktem, że w podobny sposób zarabiali zawodowi pierdziele na ulicach Paryża w osiemnastym wieku.

 

Latorośl

Ustawili go przed owalnym lustrem w przedpokoju. Nowiutki garnitur, wyglancowane na wysoki połysk buty, świeżo ogolony, elegancko przycięte włosy... Udał się synek!
- Ano to, Tadziu, chyba z tej okazji przechylimy po kieliszeczku... - odezwała się rodzicielka.
Zbysiu akurat co z wojska w rodzinne strony zawitał. Duma to rodzinna, ale i kłopot niemały. Jakże, a to i o podziale majątku trza pomyśleć, i dziewczynę odpowiednią znaleźć, bo przecie Zbysiu w latach to i potrzeby swe ma... Aby ino ksiądz poświęcił wpierw, bo to inaczej nie po bożemu, a i wstyd by był na całą wieś!
Trzymali też go w chałupie, a dogadzali jak mogli. A może Zbysiu zje kawałeczek serka? A może mleka ciepłego się napije? Babka ucierała pyszne makowce, prawiła mądrze a długo o męce Pańskiej i jeszcze na koronce modlitwy uczyła! Okna zamykali, by przypadkiem przeciągi nie złamały chorobą jego głowy młodej. Piwa - broń Boże, a już o tańcach w remizie strażackiej, mowy nie było... Toć tam najgorsza chołota waliła. Chlali, palili i ruchali na prawo i lewo. Zęby im próchnica selektowała jeszcze przed trzydziestką, a taki-siaki gnił w kryminale, pięcioro bękartów piastował i całych portek na dupie nie miał.
Ich Zbysiu taki nie był. Chłopak prosty jak świeca, usta jak maliny, pobożny, usłuszny! Garnitur mu właśnie sprawili, być może jaka panienka się trafi, to będzie w sam raz.
Ale nie dla psa kiełbasa, nie. Bo to i robotna musi być i urodna, a z posagiem.
Od roku matka łaziła tu i tam, zwiadywała się a węszyła, lecz jak dotąd, ach, szkoda gadać...
Właśnie sobota była. Za oknami drogą ciągnęli już ludzie na potańcówkę. Czort nakazał, co letnia ci to pora była, słonko jeszcze przyświecało i za wczas by firanki zasunąć, by Zbysiu na świat nie zerkał... Kręcił się ano niespokojnie, marudził przy obiedzie i odmówił babce pacierza na koronce. Siedział właśnie w rogu przy ścianie, krem jakiś w ręce wcierał i co chwila naciągał szyję zerkając w lusterko na komodzie, a nasłuchując...
- Zagrajmy w bierki! - zawołał z entuzjazmem stary
- A co bede grał... -
- Batonika i orzeszków stawiam -
Zbysiu wstał i przejechał ręką po włosach.
- A da tata spokój -
- Coś ty taki..? -
- Na piwo bym poszet i zapalił co -
- Święta Maryjo! - zawołała matka - Czyś ty synu zwariował?! -
- A niech mama nie przesadza... - niepewny już był, czerwienił się i bladł na przemian.
- Co by ludzie powiedzieli? Z wojska wrócił i już gna w świat, a to by gadali! -
- Dobra, niech tata stawia te bierki... -
Stary z tajemniczą miną a szarmancko wyciągnął z kieszeni podłużną czekoladkę. Drugą ręką zagarnął z półki pudełeczko i sypnął bierkami na stół. Z powagą a w skupieniu, łowili haczyki, pałeczki i widełki.
A za oknem wesołe śpiewy i śmiechy kusiły... Z remizy rozlegały się pierwsze dźwięki perkusji. Zbysio przetarł czoło zroszone i nagle wyprostował sylwetkę pochyloną dotąd na stołem. Sprężył się w sobie, zmróżył powieki jak lis przed skokiem, zacisnął kurczowo usta i wolno unosząc stopę dmuchnął w spodnie...
- Synu! Bój ty się Boga! - zawołał stary
- A bo co?! W dupie mam wasze pacierze, gry i czekoladki. Nudno tu! -
- Jak to? Przecie babcia naszykowała dziś na wieczór gawędy o świętym Antonim. Toć to takie ciekawe! -
- I gawędy mam w dupie! - Uniósł drugą nogę i ponownie dmuchnął w spodnie.

KONIEC 10.12.99

 

Pokusa

Benedykt Podnieta kurczył się w swych słabościach. W osowiałym nastroju gryzł otchłań myśli, jak pies ostatnią kość przed skonaniem. Niewesoły nastał czas. Swoboda niewyżytych chuci zagnała go ku skrajnej marności. A było to tak...
Rok
temu przebudził się pewnego ranka pod cudzą pierzyną... Po raz pierwszy, odkąd się ożenił ponad ćwierć wieku wstecz.
Wierność
ślubował z zapałem artysty na widok piękna. Lecz wiadomo jak bywa z pięknem, w miarę upływu czasu traci na uroku... A szczególnie, gdy ogląda się go każdego dnia, i które to przesłania nowe podniety. Jak na początku Benedykt był zachwycony, tak w miarę upływu czasu zachwyt tan przygasał, a do głosu przychodziła nuda przeplatana niecierpliwością, co jak kornik wierciła dziurę w masce akceptacji. Dziur tych powstawało coraz więcej gdy wybranka jego serca wdziała w biodra zwoje tłuszczu, a piersi jej wydłużyły się jak puste woreczki żebraka po nieudanym dniu pod kościołem. Twarz niegdyś pełna wstrzymującego dech czaru miała teraz wygląd zmiętej kiecki, a do tego wypranej poprzez czas z koloru...
Piękno
więc znikło, a pojawiły się wymagania tak zuchwałe i natarczywe, że biedak kurczył się i malał pod ich ciężarem, czując, że lada dzień zniknie i przestanie istnieć... Działo się tak bez chwili wytchnienia, dusząc i ujarzmiając resztki tlącej się w nim męskości.
pojawiła się Ona... Zwinna i gibka, z buzią jak cud o poranku. Obudzone na nowo wspomnienia o pięknie wstrząsnęły jego duszę jak huragan chałupą jago pradziada na Pomorzu! Rządze zawarczały na nowo, a pierdzieloski tyłek statusienia ujędrnił się mięśniami wieku studenckiego. Hej! Zagrała krew w żyłach jego i uderzyła psotliwie do głowy jak stare wino! Wyprostowany jak świeca, dziarsko rzucał wzrokiem pogardy na zmiętą i nieświeżą połowicę. Drażniły go jej ruchy, zjechane kapcie, nadłamane paznokcie, nieświeży oddech, i w końcu to, że w ogóle oddycha...
Wieczorami
robiła sobie parówki krocza. Stawała okrakiem nad miską gorącej wody, naga od pasa w dół a owinięta w koc. Mawiała, że to leczy nadżerkę, usuwa bakterie ze sromu i ujędrnia miejsca okutane całe życie szmatami, szumnie nazywanymi bielizną.
Ona
była inna. Oddech jej pachniał jak świeże poziomki, poruszała się z gracją sarny i - nigdy nie widział jej w trakcie parówek odkażających. Coraz częściej więc urządzał do niej spacery, które przemierzał sprężystym krokiem, wiedząc, że to zbliża go do odkrycia nowego cudu we wszechświecie. A że obrączka warczała morały o wstrzemięźliwości poza własnym wyrem, cierpiał katusze, co tylko sam Dante potrafiłby wymalować na płótnie wyobraźni...
Niemniej
przez pewien czas dawał sobie z tym radę. Sama świadomość, że była, istniała i mieszkała w odległości zaledwie pięciu chałup od jego sadu, dodawała mu mocy i siły witalnej.
Tamtego
wieczoru gdy tylko wtargnął w jej progi burza sroga rozszalała sią na świecie. Wicher potężny tarabanił i trzepał jak bydlę diabelskie, co to wiadomo tarza się po piachu pustynnym w czasie zawieji! A do tego drzwi chałupy trzeszczały zgrzytem czeluści pieca piekielnego! Nie sposób było głowy wychylić, a co dopiero wyjść i biec na ślepo w tym kotłowisku. Pozostał więc, skrzętnie usprawiedliwiając to wyrokiem sił wyższych. Widocznie tak już miało być.
Zdiął
przemoczoną marynarkę i zawiesił na sznurku koło pieca. Anioł jego westchnień nie tracił czasu. Kolacja już stała na pięknie zasłanym stole, ukwiecona tym razem butelką domowego wina. Ciepło tam było, przyjemnie, a odgłos żywiołu zza okien dosypywał iskier w rozpalonym sercu. Wino, powabność i pasja, szybko zagnała ich pod pierzynę.
Trzeba
jednak pamiętać, że owa mieszanka często bywa zgubną iluzją, która wyłancza rzeczywistość...
A
rzeczywistością było to, że wczesnym rankiem otworzył kacem powleczone oczy widząc okrutne spojrzenie potężnego wojaka, który mierzył w niego widłami. Z trudem uniknął ciosu przebijającego pierzynę tuż obok jego przyrodzenia. Jej oczywiście nie było.
Nie
pamięta jak znalazł się na dworze, gdzie połowa wsi zalegała podwórze rycząc na różne głosy w szale ubawu i przygody w obliczu jego nagości. Sadem i polem biegł do domu. A tam, już tylko stodoła otwarła wrota swe dla niego, gdyż zdradzona połowica drzwi od chałupy od tamtej pory na pięć zamków pozamykała.
Marzł
więc i gnił na stercie słomy i tylko wicher przedostający się przez szczeliny przypominał dlaczego tam był...i jest do dzisiaj.


KONIEC
2.10.2002