opowiadanka 101-110

 

główna strona
strona informacyjna
opowiadanka      1-10
opowiadanka    11-20
opowiadanka    21-30
opowiadanka    31-40
opowiadanka    41-50
opowiadanka    51-60
opowiadanka    61-70 
opowiadanka    71-80
opowiadanka    81-90
opowiadanka    91-100
opowiadanka  101-110
opowiadanka  111-120
opowiadanka  121-130
opowiadanka  131-140
opowiadanka  141-150

Upierdliwy gość ( tabu społeczne )

Kanapka z serem

Płonący srocz

Bierz pan

Nagonka na kawalera

Zawiedzione zwiady

Palić nie pozwalał

Wizyta Pana Boga

Przytułek dla zwierząt

 ©2005prawa autorskie humoru iście żenującego 

Upierdliwy gość ( tabu społeczne)

Nadużywanie gościnności to iście żenujący problem tych, co goszczą. Dzieje się tak szczególnie wtedy, kiedy okres gościny jest mocno przeterminowany czasowo, a gość świadomie tego nie dostrzega, bawiąc się w najlepsze. Sytuacje tego typu nigdy bowiem nie zdarzają się nieświadomie. Osoby miękkiego pokroju a spragnione towarzystwa nie bynajmniej jedynymi kozłami ofiarnymi i śmiało można wyznać, nieszczęście goszczenia gościa upierdliwego przytrafić się może każdemu z nas. Miejsce scenarii jest zawsze takie same, a mianowicie pod dachem ofiary. Bo wiadomo, że gości się kogoś tylko u siebie, gdyż gdzie indziej jest to niemożliwe.
Istnieją
dwa rodzaje gości upierdliwych: tych, których zapraszamy na okres krótki, to znaczy na parę godzin, i tych, którzy zostają na okres dłuższy, kiedy tzw. nocleg ma miejsce. Z obu wymienionych grup, ta druga jest twardszym orzechem do zgryzienia, gdyż następuje tu tzw. „zawojowanie wyra gospodarza”. Czyli prościej mówiąc, dotyczy to kiciusiów przyjezdnych i oferta noclegu jest koniecznością tego typu zaprosin. Wszystko gra na dobrą melodię, gdy obie strony uświadomione wzajemnym oczekiwaniem. Pan Marian zjawia się na ten przykład u pana Zbigniewa na trzy dni i obaj się rozstają w ustalonym terminie. Podobna sytuacja nie zalicza się do upierdliwości gdyż ma tu miejsce obustronna zgoda. Gorzej jest, gdy gość przedłuża wizytę i przeciska się ze spodziewanej liczby powiedzmy trzech dni, na dziesięć.
Taki
niewypał sytuacji iście niepożądanej spotkał Janusza Słabińskiego, do którego to dnia pewnego zawitał dawno niewidziany koleś, Bolesław Zawadiacki. Poznali się jeszcze w przedszkolu i razem to przebrykali podstawówkę. Potem los ich rozdzielił na lat blisko trzydzieści, Bolek przez kogoś-od-kogoś wyczaił adresik dawnego koleżki. Los też sprawił, że mieszkali na odmiennych falach zamożności materialnej, a daleko od siebie. Podczas gdy Słabiński w willi luksusowej kawior na podwieczorki smakował, Zawadiacki na komornym u gospodarza cienkie zupki chłeptał, bo to grosz się go nie trzymał, a i robić się nie chciało.
Ten
pierwszy zaryczał z radości, gdy oto dnia pewnego głos kamrata z piaskownicy w słuchawce jego komórki zabzyczał. Nieświadom sytuacji jego srodze zbiedziałej, serdecznie a hałaśliwie zarecytował słowa zaprosin w progi swe gościnne. Bolesław Zawadiacki zjawił się nazajutrz. W paletko ci to liche przyodziany był, portki ledwo ponad kostkę brzegi swe zwisały, a trepy poddarte stopy zdobiły do kompletu strasznością swoją. Bez walizki ci to był, teczkę stareńką pod pachą dźwigając - bo to dni cztery gościć miał u Słabińskiego. Cmoknął na widok willi okazałej, a potem i na całą resztę. Słabiński mimo uszu cmoktanie to puścił, bo po prawdzie, sam cmoktać nie miał na co. Gdy tylko w progu ujrzał gościa swego, wnet zapałów gościnności swej pożałował. Kumpel śmierdział biedą, i nie tylko. Niedomyty był, niedogolony jakiś. Wietrząc strapienie na twarzy bogatego kolesia, czarem słownym z ust sypnął by rozruszać brzemienną sytuację. A że z gadki niebylejakiej słynął wśród znajomków, to i teraz kluczył po zakamarkach wyobraźni, słowa pochlebne a wielce wyszukane z entuzjazmem wykrzykując. Tak ci to omotał gospodarza oniemiałego, że nim godzina upłynęła, przy stole zastawionym wykwitnie siedział, trunki mocne a obce jego podniebieniu smakując rozkosznie. A że i ten drugi w smakach tych mu wtórował, to i atmosfera iście kamracka rozhasała się po pokoju w stylu Ludwika 16-go.
Tak
to i gość w łaski kolesia się zakradł, pod pierzynką puchową sypiając i najprzedniejsze dania konsumując. Ululany w luksusach, ani się spojrzał jak dni cztery pierzchły mu iście prędko, czmychając tempem wolniejszym dla gospodarza. Ale że ten klasę miał, to i poznać nie dał po gębie swej bogactwem wypieszczonej co mu gość upierdliwością już drugiego dnia zapachniał. Ze stoicką zaciętością wizytę wytrzymał, humorem nagłym dnia czwartego tryskając, jako że był to oststni dzionek gościny owej.
Ale
gdy pora pakowania teczki nastała, Zawadiacki ogłosił ból głowy tak gigantyczny, że ponoć nie dowidział. Strapiony Słabiński pod pierzyną go ułożył, srodze zmartwiony obrotem sytuacji tej nieprzyjemnej. Zmierziło go bowiem skakanie koło gościa. A to żarcie co rusz trza było szykować i to niebylejakie (bo gość w domu!!!), a to napitki wygrzebywać z barku najlepsze, a potem nim uporał się ze zmywaniem talerzyków i sztućców, już pora zdradziecka kły swe szczerzyła by stół na nowo zastawiać... Ale i na tym końca nie było, bo to i rozmową bawić trzeba, i muzykę wyszukaną puszczać, to znowu programy co ciekawsze w telewizji nastawiać. I w tym całym zgiełku o siebie też zadbać trza, a tu czasu na nic nie starcza, bo to samego gościa zostawić nie wypada. Biegał więc Słabiński przez dni cztery z energii wycmoktany, uśmiechy sztuczne na gębie umęczonej piastując. I tu taka ci teraz heca...
Owy
tajemny ból głowy trzy dni harce uprawiał, a potem przydybał się inny, ten co w ślepej kiszce grasuje. Minęły dwa tygodnie, boleści nagle też ustały w sposób iście tajemniczy, ale cwaniak ze wsi ani myślał teczułkę zapakowaś i progi gościnne opuścić. Bo po prawdzie dobrze mu tam było a dostatnio i przytulnie, że i u matuli rodzonej lepiej by nie miał. Miękkość serca kolegi z piaskownicy też przygrywała do taktu woli jego, to i siedział. A że teren pobytu do czasu tego dobrze był wymacał usiedlając pozycję swoją, to i częstować się wszystkim począł jak swoim poklepując przy tym bary struchlałego niechęcią Słabińskiego, a rześko i z rozmachem ci też klepał.
Słabiński
zaś, że to klasę miał, to i upierdliwe te odczucia czaił w myślach przed światem ukrytych, a pilnie strzegąc, co by się nie wysmykły. Ale i to do czasu. Gdy księżyc fazy trzy na niebie przebrykał światłością swoją różnorodną, siła wytrzymałości Słabińskiego wyraźnie osłabła przechodząc pomaleńku w tan nerwicy przyczajonej. Mrukliwy teraz się stał, odszczekując powściągliwie coraz to skrócone zwroty słów na przyjazne zaczepki gościa swego upierdliwego. Hałas ci też czynił stół zastawiając, bo to złość okrutna bębniła we wnętrzu jego, dynamicznie atakując ruchy jego kończyn górnych. Dla zniechęty, potrawy niesmaczne na stole ustawiał. A to źle doprawiona cienka zupina, przesolone srodze kurze udka, to znowu jakieś serki nieświeże a tanio kupione.
Ale
gościa i to nie ruszało, jako że przywykły ci był do straszności kulinarnych a zahartowany na niedoskonałości wszelkie. Toteż żarł wielkimi kęsami co mu podano i jeszcze wychwalał.
Trik
Słabińskiego się nie udał i on sam na tym ucierpiał, biegunkę lecząc przez tydzień. A gość, że to zahartowany był, biegunce się na cało wysmyknął. Trik numer dwa, to zamiana pierzyny na kocyk cienkawy. Zimowa ci to pora była i Słabiński chłodem gościa zaatakował w rozpaczy swej ostatecznej. Zawadiacki, że to na wsi w izdebce nieopalanej pomieszkiwał, przywykł był i do takich niewygód doczesnych. Ku niechęci gospodarza, ani razu nie kłapnął zębami w dreszczach chłodu.
Słabiński
po poradę do brata Zbigniewa poszedł. A tamten na to: Przepędź dziada i kwita. Co się będziesz patyczkował? -
Tak
też i zrobił. Na tym etapie umysł jego srodze umęczony etyk towarzyskich był niepomny. Toteż gdy tylko w progu stanął, gromko zawołał: - A to dziadu, wąt-stąd! -
Chwila
, psie proszące oczy, mignięcie cherlawego paltka w przelocie ku drzwiom - i po kłopocie. Jakież to proste!...
Ale
skoro tak, to dlaczego rzeczy proste zawsze najtrudniejsze?

KONIEC 25.5.05

 

Kanapka z serem

Piesek Bzykaj był człowiekiem interesu. Interesował się bowiem tym, co mówią inni na temat bezinteresowności w przypadku gdy np. ktoś sprytnie a tajemnie obmacuje kieszenie starszyzny społecznej w kolejce pod kioskiem. Temat ci to był iście absorbujący, jako że Piesek Bzykaj na złodzieja kieszonkowego praktykował. Obcykiwanie możliwości lekkiego żywota łechtało jego smaki zniechęcenia do wysiłków. Nie lubił bowiem chodzić do roboty, jak to czyniła dziatwa ogółu. Wyrachował, co upierdliwa to strata energii żywotnej, a nie na ci też melodię pragnął tańcować. Wierzył w darmochę. Bo to i tylko nyknąć po linii wzroku, a cuda istne wokoło lico swe przyświecały. Panie nosiły na ten przykład torebki ze skórki tak cieniutkiej, że jedno cmychnięcie nożyka otwierało czeluść wnętrza. A tam już portwelik jakiś siedział, to znowu parasolka automatycznie składana, czy też rękawiczki irchowe. U panów zaś portwele na płasko w kieszeniach spoczywały. A że płeć brzydka zarobkami często-gęsto grubszymi przydzwania, to i nie puste owe płaskości bywają. też i dokumenciki, a Piesek Bzykaj znachorem w tym zakresie niezgorszym był. Potrafił wypatrzyć różnicę pomiędzy prawem jazdy a legitymacją rencisty. Znał się też na walucie obcej, jako że sąsiad dolara mu niegdyś pokazał.
Z
takoma to walorami wiedzy ogólnej o krafcie kieszonkowym wyruszył dnia pewnego a srodze pochmurnego ścieżynką w głąb osiedla. Tam ci to bowiem sklepików rząd sterczał, a pośrodku placyk targowy podrygiwał gwarem różnorakim. Piesek Bzykaj kurteczkę z kapturem srogo na twarz naciągniętym piastował, bo to na ten przykład pierwsze bębnienie deszczu świat zrosiło. Ale w to mu graj, bo i pośpiech zawarczał też na placyku, jako że handlarze budy swe poczeli wartko zwijać, a kupujący pilnie ostatnie sprawunki załatwiać. A tak to zajęci wszyscy byli czynnościami owymi, co mało który kieszeni stróżował, na niecnotę niełaski je wystawiając.
Piesek
Bzykaj przy straganie z butami jak posąg się ustawił, pilnie studiując klapeczki jakieś różowe. Chłop wysokiej postury a w garniturek przyodziany nawinął się w sąsiedztwo jego i pochylając tułów do przodu, stopę uwolnioną z buta starego wsunął ano w but nowy w ramach przymiarki. Spieszył ci się przy tym, bo deszcz rozbębnił się na dobre a i handlarz gestami ponaglał częstymi.
Piesek
Bzykaj uczynił tylko jeden gest, a tak nieznaczny, co i nikt nie pomiarkował. Nim chłop powrócił do postury wyprostowanej, Bzykaj był już cztery budki dalej, gdzie jak duch czmychnął przez nikogo niewypatrzony. W łapie złodziejskiej pod kurtką zdobycz zaciskał i zaszywszy się w kąt cichy, antycypację wartości jej zaspokoić pragnął.
Torebeczka
ci to była płaskawa, a papierowej maści. Rozdarł ci nerwowymi ruchami. W środku była kanapka z serem...

KONIEC 12.5.05

 

Płonący srocz

Bernard Zapomoga od czterech lat warował na zasiłku. Zaglądanie po garnkach swych kamratów niedoli i upierdliwe harce bycia na garnuszku u tego i owego syczały mu bezambitnie nad resztkami przegniłego ego.
Człek
ci to był uduchowiony i pełen wiary. Wierzył na ten przykład, że nim dzionek ułoży się spać, on usta swe nadzieje błogosławieństwem konsumowania. Lubił smakować smakowite smaki. Ale cóż, skoro od lat cmoktał cudzą łyżkę. Zaglądał w okna i pukał do drzwi w porach iście paskudnych dla innych, a wspaniałością nadzianych dla siebie, gdy taki-siaki strawę na talerz wykładał z garnka dymiącego. Wpierw to go witali jak przystało, bo to przecie po bożemu jest ugościć bliźniego, ale gdy te powitania były tak częste jak mokra pielucha u noworodka to miast powitania z woli bożej, irytacja złości bunty odwarkiwać poczęła. Bo ileż można do stołu prosić a karmić natrętnika, co to dnia każdego w porze obiadowej gębę w progu pokazuje? A gęba ci to była jak bezodnia na moczarach, co to nienasyceniem swym zmiatała z talerza, pustki żenujące czyniąc.
Tak
to i popołudnia pewnego u Radosława Skarpety zawitał, a nie z woli dziadowania tym razem. Radek przy kuchni ano stał i w rondelku coś przysmażał. A moment to ci taki, co nikto nie pochwala tarabanienia przy drzwiach wylewem radości. Skarpeta, pół-etatowy pracownik skupu żywca wieprzowego, pensyjki miał cienkawe, bo to zaraza w zagrodach gospodarzy hasała pustki czyniąc a dziesiątkując kwikaczy. Stąd oszczędności wielkie piastował, suchy prowiant konsumując, tyle co raz na dni parę garnek do ognia przystawiał. Z racji tej biesiadników nie przyjmował, a już w porze karmienia ciała swego suchawego to i drzwi nie ważył się otworzyć.
Bernarda
Zapomogę znał z widzenia. A i niemało słyszał, co ten spacerki po sąsiadach wyczynia gdy ludzie do stołów zasiadają. Poirytowany nicpoństwem tym upierdliwość wyczuł na horyzoncie niedalekim, gdy pukanie zdradzieckie w sieni się rozległo. W okienku też ano dojrzał kto to taki i w duchu intuicję przeklinał, co to złośliwie w zakamarkach przeczuć merdała.
- Czego!? - warknął, drzwi nie otwierając
- Panie Skarpeta, a to srocz u pana płonie - usłyszał i wychyliwszy się, pożar wypatrzył.
Chwilę
potem z wiaderkiem wody gnał na podwórze, a Bernard Zapomoga z patelni zasmażki pałaszował...

KONIEC 25.5.05

 

Bierz pan

Zygmund Prośba lubił, jak mu coś ktoś dał. Sam dawać nie lubił, bo skąpy z natury był. Wypraszał od ludzi różności baczenie mając, by upatrzona rzecz była średnio-potrzebna właścicielowi. Gdy była bardzo potrzebna nie prosił, bo mógł spotkać się z odmową a tego nie lubił. Nie mogło to być także coś zupełnie niepotrzebne, bo wtedy fant taki miał bezwartość całkowitą i stąd stawał się mniej atrakcyjny.
Przyszedł
ci oto dnia pewnego do sąsiada, Pawła Karkówki, niby o zdrowie wypytać, a tak naprawdę kopyta szewskiego potrzebował, świadomy, co Karkówka to u siebie miał, bo biedneńki był i sam se buty rozlatujące się reperował.
- Brzuch mnie dziś dokucza - powiedział sąsiad o zdrowie zapytany
- To niedobrze - odparł Prośba, wędrując wzrokiem po kątach izby a szacując prędko, co by tu jeszcze oprócz kopyta wyprosić.
Karkówka
przy piecu ano siedział, węgielki doń podrzucając z miną człeka cierpiącego. Zygmund wnet to wypatrzył i za dobry atut przyjął, bo doświadczeniem obyty wiedzę posiadał, od kamrata bólami przypartego łatwiej jest wycyganić to czy tamto. Dla przyzwoitości spytał czy bardzo go brzuch boli.
- Bardzo - usłyszał, i w to mu graj.
- W takiej satuacji, to najlepiej jest zrobić kupę - rzucił z miną wielkiego znachora.
Rada
ta nieszlachetna speszyła Karkówkę i zażenowany wielce a wg. przewidywań Prośby, temat wstydliwy zmienił.
- No, a studnia już u pana naprawiona..? Słyszałem, co korba odleciała -
- Ano odleciała, ale już naprawili -
- Tak, tak, a to cholera co krok coś się psuje, że i nic ino wydatki niepotrzebne człowiek ma. Patrz pan, a to tygodnia nie ma jak dach załatać musiałem. Zlem odmierzył i więcej jak dwa metry blachy zostało -
To
ostatnie wyznanie podekscytowało Zygmunda Prośbę.
- Od przybytku głowa nie boli. Daj pan mnie, a nie zmarnuje się -
- Bierz pan - szepnął Karkówka, w boleściach do przodu zgięty
- No a to wiaderko? Widzę, co masz pan dwa. Wziąłbym jedno -
- Prawda. Po co mnie dwa? Bierz pan... -
Prośba
roześmiał się teatralnie.
- To znaczy rozumieć się ma, że pożyczyć - wkręcił sprytnie, co by nie wyglądało że dziaduje. Gospodarz ręką jeno machnął, co różnorakie znaczenie miało, z cyklu ‘dać czy pożyczyć, wsio mi rawno. I jakoś w chwili owej Zygmund Prośba kopyto szewskie dojrzał w kącie pod kredensem. Kurzem ci spowite tam spoczywało, to znaczy co niepotrzebne. Tak ci to rozumował, namiętności swe cygańskie usprawiedliwiając.
- O..! - zawołał, wyszperując na środek izby fant upatrzony - A to potrzebne panu? -
- Eee tam, - machnął ręką Karkówka, gestem tym obrazując co bezużytek to był nieciekawy. A Prośba sru, i do worka ściągniętego z oparcia krzesełka pakować już zaczyna.
Ale
akcja ta mocno zaśmierdziała gospodarzowi nagłością swoją, bo oto wyprostował się znienacka i jak nie warknie, nad boleściami siłą woli panując:
- Nie ruszaj, psia twoja mać! Rura stąd..! -
I
przepędził dziada.

KONIEC 31.5.05

 

Nagonka na kawalera

Bogumił Świder był starym kawalerem. Mieszkał w starej kawalerce, we wsi Smutna Twarz, gdzie jedyną rozrywką dla niewielkiej masy obywateli było stanie na przestanku autobusowym. Tak to bowiem już się złożyło, że jedyny na dobę autobus co to wiózł miejscowych do miasteczka pokazywał się tam o różnych, nieustalonych porach i prawdziwym trafem szczęścia było tam trafić w odpowiedni czas. Stali ci to więc zamieszkałki Smutnej Twarzy nieraz i godzin parę, stłoczeni wokół maciupeńkiej budki na rozdrożu. Gdy na dworze lało, każdy chciał wdepnąć do środka. A że daszek dziurawy był, to i w środku też lało. I wtedy pojawiały się niesnaski, jako że dziury były dwie, a każda innej wielkości. Rzecz jasna, że niepożądane wielce było stać pod większą.
Bogumił
Świder raz w miesiącu do miasteczka się wybierał by rentę pobrać i to czy owo kupić, bo sklepik na wsi skąpo zaopatrzony był, a on ci tak lubił smakami miejskimi podniebienie łechtać. Kupował ciasteczka jakieś fantazyjne, to znowu paczuszkę mrożonych krewetek czy też tuzin ptysiów wprost z piekarni. Czasem flaszeczkę trunku lepszego też ze sobą przywiózł.
Miejscowych
nie lubił, bo to swatać go chcieli na prześcigi, dwie stare baby pod nos podsuwając. Obie brzydkie, i obie w arkanach biedy piszczącej po kątach dobrze obeznane, a jedna gorsza od tej drugiej. Z racji tej, wyczmychliwość kamratem mu była i w domu się przyczajał, a cicho siedział by nie zwęszyli że tam wysiaduje.
Piotr
Druhenka co to na parterze tegoż budyneczku urzędował, żony trzy pochował i z czwartą od roku pod pierzyną harce wyczyniał. On ci też to często-gęsto spacerki po schodach zdradliwie skrzypiących do góry urządzał i do wrot sąsiada poszczącego wypukiwał palcem swym kościstym. Tak stukał i pukał, dnia pewnego niechęci srogie go zniechęciły i pukania zaprzestał.
Gdy
niedługo potem obaj na przestanku się spotkali, deszcz się rozbębnił nagle, pod dziurawy daszek budki ich zaganiając. A że inni podróżni jeszcze nie nadeszli, miejsca starczyło dla obydwóch by pod mniej cieknącą dziurą postacie swe ustawić. Zażenowani bliskością ramion swych niemal przyległych stali tak wsłuchani w siorpanie przecieku owej mniejszej dziurki w daszku, a każden z osobna obmyślając, co by tu takiego rzec a dbając by nie popatrzeć jeden na drugiego, bo to wiadomo, że kto pierwszy spojrzy ten pierwszy zagadać musi.
Piotr Druhenka nie wytrzymał sytuacji tej iście napiętej, co to wielce ociężała się stała na przestanku pekaesu nieobecnego, który nawet zdradliwie bliskością swoją nie zahuczał na zakręcie drogi. Chrząknął dla odwagi, połami płaszcza srogo potrząsając, bo to ponoć kusztu dodaje, energię nieciekawie nagromadzoną rozładowywując.
- Widzę, co zasłonki nowe w kuchni pan zawiesił - powiedział w końcu.
- Ano zawiesiłem - usłyszał w odpowiedzi.
- I po ile to za metr? -
- Gotowe kupiłem -
- A gdzie to? - zawołał z entuzjazmem nagłym, rad, co rozmowa rozmachu nabrała.
- Eee, czy to ważne? - ziewnął tamten i cisza chwilowa nastała, nawołując do zmiany tematu nieciekawego, a w kąt Piotra Druhenkę zapędzając. Ale nie na długo.
- No, a czy tego roku wybiera się pan do sanatorium? - odezwał się ponownie.
- Wybieram -
- I tak sam? -
- Sam -
- Bo wiesz pan, ja znam taką, co by też chętnie pojechała... -
Bogumił
Świder wnet pomiarkował co to chodzi o jedną z podsuwanych mu starych bab i nim tamten zdanie o woni matrymonialnej dokończył, odkrzyknął:
- Cie!... Już mi tu jazgoczesz!?
I
jak bohater najodważniejszy krokiem wielkim w bok uskoczył, tuż pod większą dziurę w daszku, skąd wartka struga deszczówki wnet zrosiła ramiona płaszcza jego.

KONIEC 29.5.05

 

Zawiedzione zwiady

Kwadratowa twarz Wiesława Ptaszyny przylegała na płasko do szybki okienka kuchennego skupiając w intensywnościach wielkich wzrok na szosie pobok przebiegającej. Tamtędy bowiem znajomek jego, Bolesław Kucaj, każdego ranka od tygodni paru chyłkiem przebiegał, worek na plecach dźwigając a pod ciężarem jego kucając, mu ślepia na wierzch wyłaziły. Intrygi ci wielkie wywoływał w ciekawskiej naturze Ptaszyny, który to odgadnąć nijak nie potrafił zawartości worka owego, choć dobry w odgadywaniu był. Pytać nie śmiał, bo to kumali się na odległość, czapkami jeno dla grzeczności wymachując na dzień dobry, a i to nieczęsto.
Tak
to i tego ranka, ciekawością łechtany Wiesław Ptaszyna wyczekiwał widoku kucającego Bolesława Kucaja, ale się nie doczekał. Tamten bowiem się nie pojawił. Strapiło to Ptaszynę niemało. Od dawna podejrzewał Kucaja o smykałkę złodziejską i pasję ci piastował, by przyłapać nicponia na transakcjach niekoszernych. Nie po to, by tam zaraz donieść komu, ale by rację podejrzeniom swym przyznać.
Poirytowany
wielce, buty wzuł i na zwiady wyruszył. A że owego czasu rzadko na świat gębę swą wysuwał, wyczyn to był niemały. Wiaterek jesienny chuchał mu upierdliwie w szpary przyodzienia, dreszcze chłodu wywołując nieprzyjemne tu i tam. pod chałupę Bolesława Kucaja zawędrował.
Połowica
jego ano miotełką wiklinową próg wymiatała.
- Bolek w domu? - zagadał na powitanie, bo to nieładnie tak było przeczmychnąć się pobok, słowa nie zamieniwszy.
- A gdzieżby tam. Do pracy ano pojechał -
- Do pracy?... -
- No a cóż w tym dziwnego? Przecież co dnia jeździ. Pracowity z niego chłop, a to cały miesiąc kartofle z pola co rano znosił -
- Znosił z pola? -
- No a co my mieli zrobić, jak dyszel od woza odleciał i zwieźć nie było czym?... -

KONIEC 29.5.05

 

Palić nie pozwalał

Ludwig Tarantula weterynarzem był. We wsi Racice Mielone urzędował, a tak zawzięcie cierpiące zwierzyny wylekiwał, co żadna sztuka tygodnia nie przeżyła. Zdychały jałówki, padały byczki, w torsjach konała wieprzowina. Na lament gospodarzy ręce swe doktorskie a w rękawice gumowe spowite szeroko rozkładał i twarzą smutną przyświecał. W przypływie woli samarytańskiej pomagał w transporcie zdechlizny na pole, gdzie w dołkach głębokich resztki tych kopytników grzebano. Palić nie pozwalał. Ponoć dymy zarazę rozwiewały po okolicy, a że to wykształcony człek był niebylejak to i nikto sprzeciwiać się nie śmiał woli jego doktorskiej. Żaden też we wsi szeptem choćby nie odważył się pochodzenia Ludwiga Tarantuli dociekać. Ponoć z Krakowa był, bo o Wawelu różności prawił, to znowu mądrze o Sukiennicach opowiadał i owe gadki niejednego w nastroje wyższego podziwu wprawiały, bo taki ci się widział obeznany i światowy.
W
Racicach Mielonych sto piętnaście chałup stało, a żadna z nich nie wydała na świat obywatela tak obytego, bo to wszyscy we wsi twardo siedzieli i jaki-taki najdalej to do boru za grzybkami na piechotę się zapuścił. Ludwig Tarantula za zalety te nieświatowości sobie przyjął, pozycję swoją szarlatańską wysiadując, jako że w ciemnotę przyodziany naród słowo jego za sakralne uważał. Twierdził, co wierzy w siły nieczyste i historie upiorne po chałupach opowiadał, a wieczorami to czynił dla postarchu większego. Potem wymykał się po cichuteńku i z taczką w pola wyruszał. A działo się to po północce, gdy nadziani trwogą gospodarze w izbach przyczajeni siedzieli, że i niejeden do wiaderka w sieni mocz oddawał, bojając się kroczyć w ciemnicy za stodołę czy obórkę.
Tarantula
zaś rześkim marszem a pogwizdując, ku mogiłkom świeżym podążał, skąd wygrzebywał na ten przykład świniaka co to niby na zapalenie ryja uszy po sobie położył, i na taczce do siebie zwoził.
Tydzień
później szynki i kiełbasy ludziom sprzedawał, powiadając, co to brat jego z miasta zwozi, a nocą, bo ponoć za dnia nie ma czasu...

KONIEC 31.5.05

 

Wizyta Pana Boga

Piotr Kiciunia był srodze zmartwiony. Merdając skórką chleba po talerzu wylizywał resztki zupy. Znowu się nie najadł... Bo i co to taka niewielka puszeczka dla rosłego chłopa, który pasł się na darmowym wikcie bogatej wdowy przez lat siedem?... Jadał wykwitnie i robić nie musiał nic. Utrzymanka jego jednej tylko posługi wymagała, pilnie przestrzegając, by dbał o rozkosze ciała jej rozłożystego. To i bzykał zawzięcie, a co noc, sztuczki siurakowe czarując iście podnietliwe. Starał się, a jakże. Kiciunia, murarz z zawodu, z niechęciami okrutnymi wspominał sterczenie nad betoniarką w upały i słoty. Jakże dostojniej było w piżamce atłasowej po pokojach se spacerować, gdzie gosposia oprała i nakarmiła smakami wykwitnymi. Bogata wdowa paść go kazała, by to sił się nie wyzbył w czasie rajcowania pod pierzyną. Przywykł ci też do nicności tych, pozycję swą pieściwie szanując.
Aż dnia pewnego, los parszywą nutą zagrał melodię iście diabelską, jako co znudzona jego harcami wdowa walizeczkę mu spakowała i za drzwi wystawiła. Palto i kapelusz z wełenki stuprocentowej na drogę łaskawie sprawiła, bo to na zimę szło, a niewiasta miękkiego serca była. Do brata Zygmunta poczłapał, o zmroku do drzwi jego kałacząc.
Zygmunt, człowiek stateczny, w chwale morałów żył. W wytwórni grzechotek pracował za dnia, a wieczorami szczoty kominiarskie w domu wyrabiał, które to w ramach dobrej woli rozdawał ubogim stowarzyszeniom kominiarzy, że to duszę litościwą miał. Raz w miesiącu, krupniku gar gotował i ofiarowywał na izbę wytrzeźwień, bo ponoć tam pijaków głodzono straszliwie. Po latach kilku tego samarytanizmu kulinarnego, sam komendant policji, Mieczysław Glina, gest ten pochwalił i na znak doceny, zbiorową fotografię pracowników komendy mu przesłał. Fant ten w ramkę oprawiony u Zygmunta w kuchni wisiał, a tuż nad piecem, by dopingi czynić przy kucharzeniu jego charytatywnym... Właśnie co do gotowania się zabierał, gdy tarabanienie przy drzwiach usłyszał.
Brata swego nie rozpoznał, bo spasiony ci był, a gładki i wypaniały jakiś. Jeno co licem zmartwionym rysy znajomej gęby sprzed lat pokazał. Zygmunt przy stole go usadził i herbatką poczęstował. Po wysłuchaniu historii jego markotnej, robotę przy grzechotkach mu zaproponował.
- Pogadam z szefem, może cię przyjmie -
- Eee tam, co ja bede przy takich duperelkach robił. Poszukam se co innego -
To i szukał, a tak raźno, że gdy po miesiącu nie znalazł nic, Zygmunt kazał mu też i mieszkania szukać...
Znajomek sprzed lat, Jan Kokietka, w altance na działce go ulokował.
- Siedź tu - powiada - ile chcesz. Tylko nikomu nie opowiadaj. -Tu zniżył głos - Bo wiesz Piotruś, mam do ciebie sprawę. Ale ani mru-mru... bo to rzecz wstydliwa.  Żona nie wie, ale ja wolę panów... Krótko mówiąc, ja ci dam mieszkanie, a ty mnie dupy w zapłacie. -
  Że to słota jesienna chlupotała na świecie i chłód upierdliwy za kark się wciskał, zgodę wyraził w potulności swej wymuszonej. Jan Kokietka parę puszeczek zupiny pomidorowej i półbochenek na zgodę postawił, jako że kamrat jego niepijący był, a ponoć tam wygłodniały wielce.
Minęło dni kilka i gdy owe dary doczesne wycmoktane były do sucha, a czas dania dupy się nieuchronnie zbliżał, Piotr Kiciunia w starchu okrutnym Stworzyciela niebiańskiego na pomoc wezwał. A tak szczerze zawołał, co wnet figura w szaty świetliste przyodziana stanęła przy nim. Starzec ci to był o brodzie falistej, co to aż podłogę zamiatała długością swoją. Twarz jego niebiańska irytacje wielkie wystrugiwała ze świętości swojej.
- Gadaj czego chcesz, a szybko, bo sprawy pilne na świecie mam, że to cięgiem ktoś woła i jęczy. Czy ty wiesz ile to ja narzekań wysłuchiwać muszę a nicności wszelkich..? Do ciebiem przyszedł, boś nie zamiałczał, tylko krzyknął, a miałczenia nie znoszę. -
To mówiąc, Bóg porzysiadł na zydelku w kącie i głosem nagle wyzbytym z pośpiechu, a wielce konspiracyjnym, ciągnął dalej;
- Bo widzisz, to wygląda tak; stary już jestem i znurzony wielce, że to rasa ludzka tak mnie ze sił wyzbyła różnościami pierdołek swych. Chwili wytchnienia mi nie dają! Nic ino; Boże spraw to czy tamto, Boże dopomóż, Boże daj, Boże zmień, a mnie już cholera bierze! A najgorsi są ci, co modlitwy nieszczere paplają, a harce czynią. Nudzą mnie okrutnie! Potem taki nogi naciągnie i do nieba się dobija, bo twierdzi, co zasługi ma... a jęczy, a płacze. No cóż, przepędzić nie ma gdzie, bo to i nie po bożemu, to wpuszczam. A potem? Łazi taki po raju przyodziany w szatki nie do twarzy, bo to gust u niego trefny, i nawet na harfie zagrać nie umie. Czy ty wiesz, co tam się dzieje? W piekle jest weselej. Święty Piotr był z wizytą i tak powiada; Ojcze, a to tam tańce i muzyka taka, że hej! Diabeł se ano wino z czary popija, a ogonem wymachuje z radości, bo to zgraja piekielna psotami go zabawia... Jego nikt nie zanudza błagalnościami. Bo czy ty kiedy słyszał, by kto wołał; Diable daj! Diable zmień! Diable dopomóż!, Diable spraw to czy tamto... Wszyscy tylko do mnie lamentują, a ja nie znoszę lamentów! -
Bóg przerwał mowę swą, przyginając się od kaszlu nagłego.
- A nich to, a niech... Tak to bywa z tym ciałem doczesnym. Widzę, com spartaczył robotę, bom stworzył je z niedoskonałościami iście upierdliwymi. Zawsze, gdy postać człowieczą przybieram, dolegliwości mnie różne atakują. Ostatnio, gdym to objawił się koło namiotu na polanie, a w środku nocy to było, brzuch mnie bolał. No, ale warto było, bo stoję, słucham, a tu z namiotu ktoś woła; Boże! Jakiś ty wielki!... Przyznam, com łasy na pochwały, bo to rzadkość! No, a teraz, daj mnie sie coś napić, bo w gardle sucho od gadania...-
Piotr Kiciunia z klęczek się poderwał i wody z wiaderka do garnuszka nabrał. Bóg skosztował i skrzywił się z niesmakiem.
- A nie masz to herbaty?.. -
- Ano nie mam, bo oto Panie chwalebny bieda u mnie ostatnio... -
- Bieda?... To do roboty się weź stary dziadu, a mnie głowy nie zawracaj!... -
I w te słowa, Bóg rzucił garnuszkiem w kąt i znikł.

KONIEC 1.11.2005

 

Przytułek dla zwierząt

Właśnie przywieziono do kancelarii dwa spasione koty. Podobno wykryto je w jakiejś suterenie. Stróż kamienicy zniknął stamtąd bez wypowiedzenia, jako że wygrał kilka milionów na loterii. W dupie ci miał fatygi by chociaż tam posprzątać, nie mówiąc już co całkiem zapomniał o kotach. Te przetrwały dzięki pladze grasujących tam myszy.
Stanisław Psina strapił się niemało. Przytułek był pełen i z braku miejsca tuż przy jego biurku spoczywało kilka klatek. Oto w jednej trzepotała się sikorka bez nóżki (ponoć kot odgryzł), w drugiej okrutnie wychudzona łasica zęby na marchewce ostrzyła, a ta trzecia mieściła żółwia stuletniego, ślepotą wieku starczego zniewolonego.
Z psiarni za ścianą koncert piekielny spokój zatruwał, jako że kilkaset sztuk mieszańców niechcianych tam szalało, a w pokoiku niewielkim w rozmiarach swych! Koty klatki wzdłuż korytarza okupowały, a po osiem sztuk na metr kwadratowy upchane. Miałki straszne ci też stamtąd dochodziły, bo zdziczałe towarzystwo było, a swobody spragnione.
Stanisław Psina zważyć najpierw nakazał nowo-przybyłe kocury i w książce przyjęć kolejno zapisał 11 i 14 kilo od sztuki. A że ten oststni na wadze się zesrał, to 40 deko od 14 kilogramów odpisał. Psina woluntariuszem w owej instytucji był i na rzeczach wielu obeznania nie miał, jako że raz w tygodniu lico swe samarytańskie tam pokazywał. A roboty było dużo, bo i klatki z paskudy oczyszczać trza było raz dziennie, i strawę szykować, to znowu w księgach zapiski różnorakie robić i jeszcze zbiórki funduszy organizować.
Gdy przełożony Marian Kiciulak przechadzki po biurze czasem urządzał, Psina miny inteligentne przywdziewał na twarz nieoświeconą by pokazać, co na rzeczach biurowych się zna. Przyszedł ci oto i teraz, i spacerkiem, a wokół biurka się przechadza, pilnie ci obserwując proces ważenia kocurów ogromnych.
- Ile waży porcja diety obiadowej kota? - spytał nagle
- A będzie jakieś 40 deko -
- To na co pan wpisał 14 kilo, minus 40 deko? -
- Bo kot ważył 14 kilo, ale nim zszedł z wagi oddał kał -
- Ale zaraz też będzie konsumował posiłek, tak czy nie? -
- No, tak -
- To wpisz pan 14 kilo -
Wzrok przełożonego zatrzymał się na klatce z ptaszkiem.
- Ile waży ta sikorka? -
- Siedem deko w dniu przyjęcia, a dzisiaj niecałe pięć -
- A czemuż to? Głodzicie? -
- Ee, tam. Jeść nie chce -
- To trza uśpić, bo to cholera i tak nikt nie kupi, a nas tylko utrzymanie kosztuje... -

KONIEC 26.7.05