opowiadanka 101-110
Upierdliwy gość ( tabu społeczne )
Kanapka z serem
Płonący srocz
Bierz pan
Nagonka na kawalera
Zawiedzione zwiady
Palić nie pozwalał
Wizyta Pana Boga
Przytułek dla zwierząt
©2005prawa autorskie humoru iście żenującego
Upierdliwy gość ( tabu społeczne)
Nadużywanie
gościnności to iście żenujący problem tych, co goszczą. Dzieje się tak szczególnie wtedy, kiedy okres gościny jest mocno przeterminowany czasowo, a gość świadomie tego nie dostrzega, bawiąc się w najlepsze. Sytuacje tego typu nigdy bowiem nie zdarzają się nieświadomie. Osoby miękkiego pokroju a spragnione towarzystwa nie są bynajmniej jedynymi kozłami ofiarnymi i śmiało można wyznać, iż nieszczęście goszczenia gościa upierdliwego przytrafić się może każdemu z nas. Miejsce scenarii jest zawsze takie same, a mianowicie pod dachem ofiary. Bo wiadomo, że gości się kogoś tylko u siebie, gdyż gdzie indziej jest to niemożliwe.KONIEC 25.5.05
Piesek Bzykaj był
człowiekiem interesu.
Interesował się
bowiem tym,
co mówią
inni na temat
bezinteresowności w
przypadku gdy
np. ktoś
sprytnie a
tajemnie obmacuje
kieszenie starszyzny
społecznej w
kolejce pod
kioskiem. Temat
ci to był
iście absorbujący,
jako że
Piesek Bzykaj
na złodzieja
kieszonkowego praktykował.
Obcykiwanie możliwości
lekkiego żywota
łechtało jego
smaki zniechęcenia
do wysiłków.
Nie lubił
bowiem chodzić
do roboty,
jak to czyniła
dziatwa ogółu.
Wyrachował, co
upierdliwa to
strata energii
żywotnej, a
nie na tą
ci też melodię
pragnął tańcować.
Wierzył w
darmochę. Bo
to i tylko
nyknąć po
linii wzroku,
a cuda istne
wokoło lico
swe przyświecały.
Panie nosiły
na ten przykład
torebki ze
skórki tak
cieniutkiej, że
jedno cmychnięcie
nożyka otwierało
czeluść wnętrza.
A tam już
portwelik jakiś
siedział, to
znowu parasolka
automatycznie składana,
czy też
rękawiczki irchowe.
U panów
zaś portwele
na płasko
w kieszeniach
spoczywały. A
że płeć
brzydka zarobkami
często-gęsto
grubszymi przydzwania,
to i nie
puste owe
płaskości bywają.
Są też
i dokumenciki,
a Piesek
Bzykaj znachorem
w tym zakresie
niezgorszym był.
Potrafił wypatrzyć
różnicę pomiędzy
prawem jazdy
a legitymacją
rencisty. Znał
się też
na walucie
obcej, jako
że sąsiad
dolara mu
niegdyś pokazał.
Z takoma to
walorami wiedzy
ogólnej o
krafcie kieszonkowym
wyruszył dnia
pewnego a
srodze pochmurnego
ścieżynką w
głąb osiedla.
Tam ci to
bowiem sklepików
rząd sterczał,
a pośrodku
placyk targowy
podrygiwał gwarem
różnorakim. Piesek
Bzykaj kurteczkę
z kapturem
srogo na
twarz naciągniętym
piastował, bo
to na ten
przykład pierwsze
bębnienie deszczu
świat zrosiło.
Ale w to
mu graj,
bo i pośpiech
zawarczał też
na placyku,
jako że
handlarze budy
swe poczeli
wartko zwijać,
a kupujący
pilnie ostatnie
sprawunki załatwiać.
A tak to
zajęci wszyscy
byli czynnościami
owymi, co
mało który
kieszeni stróżował,
na niecnotę
niełaski je
wystawiając.
Piesek Bzykaj przy
straganie z
butami jak
posąg się
ustawił, pilnie
studiując klapeczki
jakieś różowe.
Chłop wysokiej
postury a
w garniturek
przyodziany nawinął
się w sąsiedztwo
jego i pochylając
tułów do
przodu, stopę
uwolnioną z
buta starego
wsunął ano
w but nowy
w ramach
przymiarki. Spieszył
ci się przy
tym, bo deszcz
rozbębnił się
na dobre
a i handlarz
gestami ponaglał
częstymi.
Piesek Bzykaj uczynił
tylko jeden
gest, a tak
nieznaczny, co
i nikt nie
pomiarkował. Nim
chłop powrócił
do postury
wyprostowanej, Bzykaj
był już
cztery budki
dalej, gdzie
jak duch
czmychnął przez
nikogo niewypatrzony.
W łapie
złodziejskiej pod
kurtką zdobycz
zaciskał i
zaszywszy się
w kąt cichy,
antycypację wartości
jej zaspokoić
pragnął.
Torebeczka ci to
była płaskawa,
a papierowej
maści. Rozdarł
ci ją nerwowymi
ruchami. W
środku była
kanapka z
serem...
KONIEC 12.5.05
Bernard
Zapomoga od czterech lat warował na zasiłku. Zaglądanie po garnkach swych kamratów niedoli i upierdliwe harce bycia na garnuszku u tego i owego syczały mu bezambitnie nad resztkami przegniłego ego.KONIEC 25.5.05
Zygmund Prośba lubił,
jak mu coś
ktoś dał.
Sam dawać
nie lubił,
bo skąpy
z natury
był. Wypraszał
od ludzi
różności baczenie
mając, by
upatrzona rzecz
była średnio-potrzebna
właścicielowi. Gdy
była bardzo
potrzebna nie
prosił, bo
mógł spotkać
się z odmową
a tego nie
lubił. Nie
mogło to
być także
coś zupełnie
niepotrzebne, bo
wtedy fant
taki miał
bezwartość całkowitą
i stąd stawał
się mniej
atrakcyjny.
Przyszedł ci oto
dnia pewnego
do sąsiada,
Pawła Karkówki,
niby o zdrowie
wypytać, a
tak naprawdę
kopyta szewskiego
potrzebował, świadomy,
co Karkówka
to u siebie
miał, bo
biedneńki był
i sam se
buty rozlatujące
się reperował.
- Brzuch mnie
dziś dokucza
- powiedział sąsiad
o zdrowie
zapytany
- To niedobrze
- odparł Prośba,
wędrując wzrokiem
po kątach
izby a szacując
prędko, co
by tu jeszcze
oprócz kopyta
wyprosić.
Karkówka przy piecu
ano siedział,
węgielki doń
podrzucając z
miną człeka
cierpiącego. Zygmund
wnet to wypatrzył
i za dobry
atut przyjął,
bo doświadczeniem
obyty wiedzę
posiadał, iż
od kamrata
bólami przypartego
łatwiej jest
wycyganić to
czy tamto.
Dla przyzwoitości
spytał czy
bardzo go
brzuch boli.
- Bardzo - usłyszał,
i w to
mu graj.
- W takiej
satuacji, to
najlepiej jest
zrobić kupę
- rzucił z
miną wielkiego
znachora.
Rada ta nieszlachetna
speszyła Karkówkę
i zażenowany
wielce a
wg. przewidywań
Prośby, temat
wstydliwy zmienił.
- No, a studnia
już u pana
naprawiona..? Słyszałem,
co korba
odleciała -
- Ano odleciała,
ale już
naprawili -
- Tak, tak,
a to cholera
co krok coś
się psuje,
że i nic
ino wydatki
niepotrzebne człowiek
ma. Patrz
pan, a to
tygodnia nie
ma jak dach
załatać musiałem.
Zlem odmierzył
i więcej
jak dwa metry
blachy zostało
-
To ostatnie wyznanie
podekscytowało Zygmunda
Prośbę.
- Od przybytku
głowa nie
boli. Daj
pan mnie,
a nie zmarnuje
się -
- Bierz pan
- szepnął Karkówka,
w boleściach
do przodu
zgięty
- No a
to wiaderko?
Widzę, co
masz pan
dwa. Wziąłbym
jedno -
- Prawda. Po
co mnie dwa?
Bierz pan...
-
Prośba roześmiał się
teatralnie.
- To znaczy
rozumieć się
ma, że pożyczyć
- wkręcił sprytnie,
co by nie
wyglądało że
dziaduje. Gospodarz
ręką jeno
machnął, co
różnorakie znaczenie
miało, z
cyklu ‘dać
czy pożyczyć,
wsio mi rawno.’
I jakoś
w chwili
owej Zygmund
Prośba kopyto
szewskie dojrzał
w kącie
pod kredensem.
Kurzem ci
spowite tam
spoczywało, to
znaczy co
niepotrzebne. Tak
ci to rozumował,
namiętności swe
cygańskie usprawiedliwiając.
- O..! - zawołał,
wyszperując na
środek izby
fant upatrzony
- A to potrzebne
panu? -
- Eee tam,
- machnął ręką
Karkówka, gestem
tym obrazując
co bezużytek
to był nieciekawy.
A Prośba
sru, i do
worka ściągniętego
z oparcia
krzesełka pakować
już zaczyna.
Ale akcja ta
mocno zaśmierdziała
gospodarzowi nagłością
swoją, bo
oto wyprostował
się znienacka
i jak nie
warknie, nad
boleściami siłą
woli panując:
- Nie ruszaj,
psia twoja
mać! Rura
stąd..! -
I przepędził dziada.
KONIEC 31.5.05
Bogumił Świder był
starym kawalerem.
Mieszkał w
starej kawalerce,
we wsi Smutna
Twarz, gdzie
jedyną rozrywką
dla niewielkiej
masy obywateli
było stanie
na przestanku
autobusowym. Tak
to bowiem
już się
złożyło, że
jedyny na
dobę autobus
co to wiózł
miejscowych do
miasteczka pokazywał
się tam
o różnych,
nieustalonych porach
i prawdziwym
trafem szczęścia
było tam
trafić w
odpowiedni czas.
Stali ci
to więc
zamieszkałki Smutnej
Twarzy nieraz
i godzin
parę, stłoczeni
wokół maciupeńkiej
budki na
rozdrożu. Gdy
na dworze
lało, każdy
chciał wdepnąć
do środka.
A że daszek
dziurawy był,
to i w
środku też
lało. I
wtedy pojawiały
się niesnaski,
jako że
dziury były
dwie, a każda
innej wielkości.
Rzecz jasna,
że niepożądane
wielce było
stać pod
tą większą.
Bogumił Świder raz
w miesiącu
do miasteczka
się wybierał
by rentę
pobrać i
to czy owo
kupić, bo
sklepik na
wsi skąpo
zaopatrzony był,
a on ci
tak lubił
smakami miejskimi
podniebienie łechtać.
Kupował ciasteczka
jakieś fantazyjne,
to znowu
paczuszkę mrożonych
krewetek czy
też tuzin
ptysiów wprost
z piekarni.
Czasem flaszeczkę
trunku lepszego
też ze sobą
przywiózł.
Miejscowych nie lubił,
bo to swatać
go chcieli
na prześcigi,
dwie stare
baby pod
nos podsuwając.
Obie brzydkie,
i obie w
arkanach biedy
piszczącej po
kątach dobrze
obeznane, a
jedna gorsza
od tej drugiej.
Z racji tej,
wyczmychliwość kamratem
mu była
i w domu
się przyczajał,
a cicho siedział
by nie zwęszyli
że tam wysiaduje.
Piotr Druhenka co
to na parterze
tegoż budyneczku
urzędował, żony
trzy pochował
i z czwartą
od roku pod
pierzyną harce
wyczyniał. On
ci też to
często-gęsto
spacerki po
schodach zdradliwie
skrzypiących do
góry urządzał
i do wrot
sąsiada poszczącego
wypukiwał palcem
swym kościstym.
Tak stukał
i pukał,
aż dnia
pewnego niechęci
srogie go
zniechęciły i
pukania zaprzestał.
Gdy niedługo potem
obaj na przestanku
się spotkali,
deszcz się
rozbębnił nagle,
pod dziurawy
daszek budki
ich zaganiając.
A że inni
podróżni jeszcze
nie nadeszli,
miejsca starczyło
dla obydwóch
by pod tą
mniej cieknącą
dziurą postacie
swe ustawić.
Zażenowani bliskością
ramion swych
niemal przyległych
stali tak
wsłuchani w
siorpanie przecieku
owej mniejszej
dziurki w
daszku, a
każden z
osobna obmyślając,
co by tu
takiego rzec
a dbając
by nie popatrzeć
jeden na
drugiego, bo
to wiadomo,
że kto pierwszy
spojrzy ten
pierwszy zagadać
musi.
Aż Piotr Druhenka
nie wytrzymał
sytuacji tej
iście napiętej,
co to wielce
ociężała się
stała na
przestanku pekaesu
nieobecnego, który
nawet zdradliwie
bliskością swoją
nie zahuczał
na zakręcie
drogi. Chrząknął
dla odwagi,
połami płaszcza
srogo potrząsając,
bo to ponoć
kusztu dodaje,
energię nieciekawie
nagromadzoną rozładowywując.
- Widzę, co
zasłonki nowe
w kuchni
pan zawiesił
- powiedział w
końcu.
- Ano zawiesiłem
- usłyszał w
odpowiedzi.
- I po ile
to za metr?
-
- Gotowe kupiłem
-
- A gdzie
to? - zawołał
z entuzjazmem
nagłym, rad,
co rozmowa
rozmachu nabrała.
- Eee, czy
to ważne?
- ziewnął tamten
i cisza chwilowa
nastała, nawołując
do zmiany
tematu nieciekawego,
a w kąt
Piotra Druhenkę
zapędzając. Ale
nie na długo.
- No, a czy
tego roku
wybiera się
pan do sanatorium?
- odezwał się
ponownie.
- Wybieram -
- I tak sam?
-
- Sam -
- Bo wiesz
pan, ja znam
taką, co
by też chętnie
pojechała... -
Bogumił Świder wnet
pomiarkował co
to chodzi
o jedną
z podsuwanych
mu starych
bab i nim
tamten zdanie
o woni matrymonialnej
dokończył, odkrzyknął:
- Cie!... Już
mi tu jazgoczesz!?
I jak bohater
najodważniejszy krokiem
wielkim w
bok uskoczył,
tuż pod
tę większą
dziurę w
daszku, skąd
wartka struga
deszczówki wnet
zrosiła ramiona
płaszcza jego.
KONIEC 29.5.05
Kwadratowa twarz Wiesława
Ptaszyny przylegała
na płasko
do szybki
okienka kuchennego
skupiając w
intensywnościach wielkich
wzrok na
szosie pobok
przebiegającej. Tamtędy
bowiem znajomek
jego, Bolesław
Kucaj, każdego
ranka od
tygodni paru
chyłkiem przebiegał,
worek na
plecach dźwigając
a pod ciężarem
jego kucając,
aż mu ślepia
na wierzch
wyłaziły. Intrygi
ci wielkie
wywoływał w
ciekawskiej naturze
Ptaszyny, który
to odgadnąć
nijak nie
potrafił zawartości
worka owego,
choć dobry
w odgadywaniu
był. Pytać
nie śmiał,
bo to kumali
się na odległość,
czapkami jeno
dla grzeczności
wymachując na
dzień dobry,
a i to
nieczęsto.
Tak to i
tego ranka,
ciekawością łechtany
Wiesław Ptaszyna
wyczekiwał widoku
kucającego Bolesława
Kucaja, ale
się nie
doczekał. Tamten
bowiem się
nie pojawił.
Strapiło to
Ptaszynę niemało.
Od dawna
podejrzewał Kucaja
o smykałkę
złodziejską i
pasję ci
piastował, by
przyłapać nicponia
na transakcjach
niekoszernych. Nie
po to, by
tam zaraz
donieść komu,
ale by rację
podejrzeniom swym
przyznać.
Poirytowany wielce, buty
wzuł i na
zwiady wyruszył.
A że owego
czasu rzadko
na świat
gębę swą
wysuwał, wyczyn
to był niemały.
Wiaterek jesienny
chuchał mu
upierdliwie w
szpary przyodzienia,
dreszcze chłodu
wywołując nieprzyjemne
tu i tam.
Aż pod chałupę
Bolesława Kucaja
zawędrował.
Połowica jego ano
miotełką wiklinową
próg wymiatała.
- Bolek w
domu? - zagadał
na powitanie,
bo to nieładnie
tak było
przeczmychnąć się
pobok, słowa
nie zamieniwszy.
- A gdzieżby
tam. Do pracy
ano pojechał
-
- Do pracy?...
-
- No a cóż
w tym dziwnego?
Przecież co
dnia jeździ.
Pracowity z
niego chłop,
a to cały
miesiąc kartofle
z pola co
rano znosił
-
- Znosił z
pola? -
- No a co
my mieli
zrobić, jak
dyszel od
woza odleciał
i zwieźć
nie było
czym?... -
KONIEC 29.5.05
Ludwig Tarantula weterynarzem
był. We
wsi Racice
Mielone urzędował,
a tak zawzięcie
cierpiące zwierzyny
wylekiwał, co
żadna sztuka
tygodnia nie
przeżyła. Zdychały
jałówki, padały
byczki, w
torsjach konała
wieprzowina. Na
lament gospodarzy
ręce swe
doktorskie a
w rękawice
gumowe spowite
szeroko rozkładał
i twarzą
smutną przyświecał.
W przypływie
woli samarytańskiej
pomagał w
transporcie zdechlizny
na pole,
gdzie w dołkach
głębokich resztki
tych kopytników
grzebano. Palić
nie pozwalał.
Ponoć dymy
zarazę rozwiewały
po okolicy,
a że to
wykształcony człek
był niebylejak
to i nikto
sprzeciwiać się
nie śmiał
woli jego
doktorskiej. Żaden
też we wsi
szeptem choćby
nie odważył
się pochodzenia
Ludwiga Tarantuli
dociekać. Ponoć
z Krakowa
był, bo
o Wawelu
różności prawił,
to znowu
mądrze o
Sukiennicach opowiadał
i owe gadki
niejednego w
nastroje wyższego
podziwu wprawiały,
bo taki ci
się widział
obeznany i
światowy.
W Racicach Mielonych
sto piętnaście
chałup stało,
a żadna
z nich nie
wydała na
świat obywatela
tak obytego,
bo to wszyscy
we wsi twardo
siedzieli i
jaki-taki
najdalej to
do boru za
grzybkami na
piechotę się
zapuścił. Ludwig
Tarantula za
zalety te
nieświatowości sobie
przyjął, pozycję
swoją szarlatańską
wysiadując, jako
że w ciemnotę
przyodziany naród
słowo jego
za sakralne
uważał. Twierdził,
co wierzy
w siły nieczyste
i historie
upiorne po
chałupach opowiadał,
a wieczorami
to czynił
dla postarchu
większego. Potem
wymykał się
po cichuteńku
i z taczką
w pola wyruszał.
A działo
się to po
północce, gdy
nadziani trwogą
gospodarze w
izbach przyczajeni
siedzieli, że
i niejeden
do wiaderka
w sieni mocz
oddawał, bojając
się kroczyć
w ciemnicy
za stodołę
czy obórkę.
Tarantula zaś rześkim
marszem a
pogwizdując, ku
mogiłkom świeżym
podążał, skąd
wygrzebywał na
ten przykład
świniaka co
to niby na
zapalenie ryja
uszy po sobie
położył, i
na taczce
do siebie
zwoził.
Tydzień później szynki
i kiełbasy
ludziom sprzedawał,
powiadając, co
to brat jego
z miasta
zwozi, a
nocą, bo
ponoć za
dnia nie
ma czasu...
KONIEC 31.5.05
Piotr Kiciunia był
srodze zmartwiony. Merdając skórką
chleba po talerzu wylizywał resztki zupy.
Znowu się nie najadł...
Bo i co to taka niewielka puszeczka dla rosłego
chłopa, który pasł
się na darmowym wikcie bogatej wdowy przez
lat siedem?... Jadał wykwitnie i robić
nie musiał nic. Utrzymanka jego jednej
tylko posługi wymagała,
pilnie przestrzegając, by dbał
o rozkosze ciała jej rozłożystego.
To i bzykał zawzięcie,
a co noc, sztuczki siurakowe czarując iście
podnietliwe. Starał się,
a jakże. Kiciunia, murarz z zawodu, z niechęciami
okrutnymi wspominał sterczenie nad
betoniarką w upały
i słoty. Jakże
dostojniej było w piżamce
atłasowej po pokojach se spacerować,
gdzie gosposia oprała i nakarmiła
smakami wykwitnymi. Bogata wdowa paść go
kazała, by to sił
się nie wyzbył
w czasie rajcowania pod pierzyną. Przywykł
ci też do nicności
tych, pozycję swą
pieściwie szanując.
Aż dnia pewnego, los
parszywą nutą
zagrał melodię
iście diabelską,
jako co znudzona jego harcami wdowa walizeczkę
mu spakowała i za drzwi wystawiła.
Palto i kapelusz z wełenki stuprocentowej
na drogę łaskawie
sprawiła, bo to na zimę
szło, a niewiasta miękkiego
serca była. Do brata Zygmunta poczłapał,
o zmroku do drzwi jego kałacząc.
Zygmunt, człowiek
stateczny, w chwale morałów żył.
W wytwórni grzechotek pracował za dnia, a
wieczorami szczoty kominiarskie w domu wyrabiał,
które to w ramach dobrej woli rozdawał
ubogim stowarzyszeniom kominiarzy, że to
duszę litościwą
miał. Raz w miesiącu,
krupniku gar gotował i ofiarowywał
na izbę wytrzeźwień,
bo ponoć tam pijaków głodzono
straszliwie. Po latach kilku tego samarytanizmu kulinarnego, sam komendant
policji, Mieczysław Glina, gest ten
pochwalił i na znak doceny, zbiorową
fotografię pracowników komendy mu przesłał.
Fant ten w ramkę oprawiony u Zygmunta w
kuchni wisiał, a tuż
nad piecem, by dopingi czynić przy
kucharzeniu jego charytatywnym... Właśnie
co do gotowania się zabierał,
gdy tarabanienie przy drzwiach usłyszał.
Brata swego nie rozpoznał, bo spasiony ci
był, a gładki
i wypaniały jakiś.
Jeno co licem zmartwionym rysy znajomej gęby
sprzed lat pokazał. Zygmunt przy stole go
usadził i herbatką
poczęstował.
Po wysłuchaniu historii jego markotnej,
robotę przy grzechotkach mu zaproponował.
- Pogadam z szefem, może cię
przyjmie -
- Eee tam, co ja bede przy takich duperelkach robił.
Poszukam se co innego -
To i szukał, a tak raźno,
że gdy po miesiącu
nie znalazł nic, Zygmunt kazał
mu też i mieszkania szukać...
Znajomek sprzed lat, Jan Kokietka, w altance na działce
go ulokował.
- Siedź tu - powiada - ile chcesz. Tylko
nikomu nie opowiadaj. -Tu zniżył
głos - Bo wiesz Piotruś,
mam do ciebie sprawę. Ale ani mru-mru... bo
to rzecz wstydliwa. Żona nie wie, ale ja wolę
panów... Krótko mówiąc, ja ci dam
mieszkanie, a ty mnie dupy w zapłacie. -
Że to słota jesienna chlupotała
na świecie i chłód
upierdliwy za kark się wciskał,
zgodę wyraził
w potulności swej wymuszonej. Jan Kokietka
parę puszeczek zupiny pomidorowej i półbochenek
na zgodę postawił,
jako że kamrat jego niepijący
był, a ponoć
tam wygłodniały
wielce.
Minęło dni kilka i gdy owe dary doczesne
wycmoktane były do sucha, a czas dania dupy
się nieuchronnie zbliżał,
Piotr Kiciunia w starchu okrutnym Stworzyciela niebiańskiego
na pomoc wezwał. A tak szczerze zawołał,
co wnet figura w szaty świetliste
przyodziana stanęła przy nim. Starzec ci
to był o brodzie falistej, co to aż
podłogę
zamiatała długością
swoją. Twarz jego niebiańska
irytacje wielkie wystrugiwała ze świętości
swojej.
- Gadaj czego chcesz, a szybko, bo sprawy pilne na świecie
mam, że to cięgiem
ktoś woła
i jęczy. Czy ty wiesz ile to ja narzekań
wysłuchiwać
muszę a nicności
wszelkich..? Do ciebiem przyszedł, boś
nie zamiałczał,
tylko krzyknął, a miałczenia
nie znoszę. -
To mówiąc, Bóg porzysiadł
na zydelku w kącie i głosem
nagle wyzbytym z pośpiechu, a wielce
konspiracyjnym, ciągnął
dalej;
- Bo widzisz, to wygląda tak; stary już
jestem i znurzony wielce, że to rasa ludzka
tak mnie ze sił wyzbyła
różnościami
pierdołek swych. Chwili wytchnienia mi nie
dają! Nic ino; Boże
spraw to czy tamto, Boże dopomóż,
Boże daj, Boże
zmień, a mnie już
cholera bierze! A najgorsi są ci, co
modlitwy nieszczere paplają, a harce czynią.
Nudzą mnie okrutnie! Potem taki nogi naciągnie
i do nieba się dobija, bo twierdzi, co zasługi
ma... a jęczy, a płacze.
No cóż, przepędzić
nie ma gdzie, bo to i nie po bożemu, to
wpuszczam. A potem? Łazi taki po raju
przyodziany w szatki nie do twarzy, bo to gust u niego trefny, i nawet na harfie
zagrać nie umie. Czy ty wiesz, co tam się
dzieje? W piekle jest weselej. Święty Piotr
był z wizytą
i tak powiada; Ojcze, a to tam tańce i
muzyka taka, że hej! Diabeł
se ano wino z czary popija, a ogonem wymachuje z radości,
bo to zgraja piekielna psotami go zabawia... Jego nikt nie zanudza błagalnościami.
Bo czy ty kiedy słyszał,
by kto wołał;
Diable daj! Diable zmień! Diable dopomóż!,
Diable spraw to czy tamto... Wszyscy tylko do mnie lamentują,
a ja nie znoszę lamentów! -
Bóg przerwał mowę
swą, przyginając
się od kaszlu nagłego.
- A nich to, a niech... Tak to bywa z tym ciałem
doczesnym. Widzę, com spartaczył
robotę, bom stworzył
je z niedoskonałościami
iście upierdliwymi. Zawsze, gdy postać
człowieczą
przybieram, dolegliwości mnie różne
atakują. Ostatnio, gdym to objawił
się koło
namiotu na polanie, a w środku nocy to było,
brzuch mnie bolał. No, ale warto było,
bo stoję, słucham,
a tu z namiotu ktoś woła;
Boże! Jakiś
ty wielki!... Przyznam, com łasy na pochwały,
bo to rzadkość! No, a teraz, daj mnie sie
coś napić,
bo w gardle sucho od gadania...-
Piotr Kiciunia z klęczek się
poderwał i wody z wiaderka do garnuszka
nabrał. Bóg skosztował
i skrzywił się
z niesmakiem.
- A nie masz to herbaty?.. -
- Ano nie mam, bo oto Panie chwalebny bieda u mnie ostatnio... -
- Bieda?... To do roboty się weź
stary dziadu, a mnie głowy nie zawracaj!...
-
I w te słowa, Bóg rzucił
garnuszkiem w kąt i znikł.
KONIEC 1.11.2005
Właśnie
przywieziono do kancelarii dwa spasione koty. Podobno wykryto je w jakiejś
suterenie. Stróż kamienicy zniknął
stamtąd bez wypowiedzenia, jako że
wygrał kilka milionów na loterii. W dupie
ci miał fatygi by chociaż
tam posprzątać,
nie mówiąc już
co całkiem zapomniał
o kotach. Te przetrwały dzięki
pladze grasujących tam myszy.
Stanisław Psina strapił
się niemało.
Przytułek był
pełen i z braku miejsca tuż
przy jego biurku spoczywało kilka klatek.
Oto w jednej trzepotała się
sikorka bez nóżki (ponoć
kot odgryzł), w drugiej okrutnie wychudzona
łasica zęby
na marchewce ostrzyła, a ta trzecia mieściła
żółwia stuletniego, ślepotą
wieku starczego zniewolonego.
Z psiarni za ścianą
koncert piekielny spokój zatruwał, jako że
kilkaset sztuk mieszańców niechcianych tam
szalało, a w pokoiku niewielkim w
rozmiarach swych! Koty klatki wzdłuż
korytarza okupowały, a po osiem sztuk na
metr kwadratowy upchane. Miałki straszne ci
też stamtąd
dochodziły, bo zdziczałe
towarzystwo było, a swobody spragnione.
Stanisław Psina zważyć
najpierw nakazał nowo-przybyłe
kocury i w książce przyjęć
kolejno zapisał 11 i 14 kilo od sztuki. A że
ten oststni na wadze się zesrał,
to 40 deko od 14 kilogramów odpisał. Psina
woluntariuszem w owej instytucji był i na
rzeczach wielu obeznania nie miał, jako że
raz w tygodniu lico swe samarytańskie tam
pokazywał. A roboty było
dużo, bo i klatki z paskudy oczyszczać
trza było raz dziennie, i strawę
szykować, to znowu w księgach
zapiski różnorakie robić
i jeszcze zbiórki funduszy organizować.
Gdy przełożony
Marian Kiciulak przechadzki po biurze czasem urządzał,
Psina miny inteligentne przywdziewał na
twarz nieoświeconą
by pokazać, co na rzeczach biurowych się
zna. Przyszedł ci oto i teraz, i
spacerkiem, a wokół biurka się
przechadza, pilnie ci obserwując proces ważenia
kocurów ogromnych.
- Ile waży porcja diety obiadowej kota? -
spytał nagle
- A będzie jakieś
40 deko -
- To na co pan wpisał 14 kilo, minus 40
deko? -
- Bo kot ważył
14 kilo, ale nim zszedł z wagi oddał
kał -
- Ale zaraz też będzie
konsumował posiłek,
tak czy nie? -
- No, tak -
- To wpisz pan 14 kilo -
Wzrok przełożonego
zatrzymał się
na klatce z ptaszkiem.
- Ile waży ta sikorka? -
- Siedem deko w dniu przyjęcia, a dzisiaj
niecałe pięć
-
- A czemuż to? Głodzicie?
-
- Ee, tam. Jeść nie chce -
- To trza uśpić,
bo to cholera i tak nikt nie kupi, a nas tylko utrzymanie kosztuje... -
KONIEC 26.7.05