opowiadanka 11-20

główna strona
strona informacyjna
opowiadanka      1-10
opowiadanka    11-20
opowiadanka    21-30
opowiadanka    31-40
opowiadanka    41-50
opowiadanka    51-60
opowiadanka    61-70 
opowiadanka    71-80
opowiadanka    81-90
opowiadanka    91-100
opowiadanka  101-110
opowiadanka  111-120
opowiadanka  121-130
opowiadanka  131-140
opowiadanka  141-150

 

Menu dla grubasa

Pierniczenie o Ambrożym

Głód

Mikołaj

Zydowska kabała

Potrzeba fizjologiczna

Pokimś

Tronowe atrakcje

Wycug

Smaki zakazane

 ©2005prawa autorskie humoru iście żenującego 

Menu dla grubasa

Bar był prawie pusty, gdy drzwi uchyliły się zamaszyście i wszedł, a właściwie wtoczył się grubas... Ubrany był w siwy garnitur, na nogach przyciasne lakierki. Biała koszula opinała spaśny brzuch, który kołysał się jak niedostygła galareta, a coraz to pruł do przodu poprzez rozpiętą marynarkę. Był czyściutko ogolony. Opadły na wydęte wargi nos drgał, węsząc...
Grubas
był głodny. A to nie żarty, bo z reguły grubasy niezbyt dobrze znoszą głód.
Z
hukiem odsunął najbliższe krzesło i spoczął olbrzymim zadem. Następnie wyłowił z kieszeni maleńkie okularki i sięgnął po jadłospis. Dosyć szybko przejrzał i ryknął na kelnera. Nikt jednak nie podchodził. Konsument niezdarnym ruchem pociągnął za łodyżkę tulipana, co to chylił się z flakonu. Utrwał pąk i rozgniótł w grubych paluchach. Spojrzał na zegarek i ponownie zaryczał, tym razem nieludzkim głosem.
Kilka
stolików opodal siedział przysuszony dziadyga i żarł jakieś danie w sosie. Lampka białego wina stała obok. Grubas zerkął na sąsiada z irytacją. Był zły. Do tego zapachy z kuchni doprowadzały go do szału. Pociągnął za następnego tulipana. Tym razem poturlał pąk o biały obrus i włożył do oślinionej mordy. Akt ten zauważył kelner, który wyrósł jakby spod ziemi.
- Słucham pana?...- Zapytał, sięgając po ołówek wetknięty za małżowinę uszną.
- Befsztyk w kalarepie..! - Beknął konsument
- Nie ma.-
- To sznycel wiedeński w koperku -
- Nie ma.-
Grubas
zmróżył oczki; - A co jest?..-
- Nic nie ma. Zaraz zamykamy -
- Zamykamy ?...A on, co on żre?!...- Wskazał z rozmachem na dziadygę w kącie.
- Befsztyk w kalarepie ...ha-ha-ha-ha-!!!

KONIEC ( 1990 )

 

Pierniczenie o Ambrożym

Miał swoje. Tak, tak; świnki były i to pole, ta ziemia święta, była i chałupa słomą kryta, ale swoja. Była też studnia, a w niej świeża woda, no bo przecież Ambroży musiał czasem i wody łyknąć, jako że w polu od rana do wieczora...
Koryto
tam stało podłużne, no to i kaczki a gąski też miały gdzie zajrzeć, a zamoczyć płetwiaste stopy, czy dziób płaski. I ogród był, a chwasta tam nie zobaczył, ino buraczki a marchewka, a to porzeczki na strzelistych krzaczkach. Rosa tam co rano, krople w pięty łaskotały, gdy Ambroży zbierał co nie bądź, by przegryźć na śniadanie. Nie kupował. Miał swoje. A jakże, w sklepie drogo. Czasem se kupił kawałeczek kiełbaski, jako że świnki to stworzenia Boże i zarżnąć nie potrafił. A po plasterku kładł na porcję białej bułeczki. Kroił cieniutko, a powoli, by na dłużej starczyło. Do tego pomidorek ( pół-dojrzały, bo taki lubił), a reszta kiełbaski owinięta pieszczołowicie w pergaminowy papierek była ułożona w chłodnej spiżarce na półce. Tak się złożyło, że i grzybki tam były w słojach, osolona a biała słoninka, mąka w płóciennym woreczku... Ho-ho-ho, czego tam nie było!... Czego tam Ambroży nie miał...! A wszystko świeże i smaczne. Jesienią kartofelki tam wtaczał w pękatych workach. Przybywało też słoi na półkach. Gdy się miało ku zimie, oczka Ambrożego robiły się chytre i przebiegłe. Musiał jakoś strzec swego dobra... A bo to kuzyn zawitał, a to córka z rodziną. Przeżuwali wtedy pracę jego rąk wytrzeszczając głupio ślepia. A po biesiadzie odzywały się tu i ówdzie głosy;
- Dobre było. Tak, było dobre. Bardzo dobre. Niezłe...- I na tym koniec.
Odjeżdżali,
zostawiając za sobą pusty papier po kiełbasie, do połowy opróżnione słoje, i o jeden kaczy dziób mniej...


KONIEC ( 1990 )

 

Głód

Starucha zardzewiałym głosem trzepała modlitwę. Przebierała przy tym w zeschłych jak stare korzenie palcach na podniszczonym różańcu. Jej małżonek, studwuletni Kadłubiusz Tatuś, leżał na prawym boku i mlaskał bezzębnymi ustami od czasu do czasu jęcząc cichutko.
Burza
za oknem waliła w szyby piaskiem, gałęźmi urwanymi z pobliskich drzew, pierwszymi kroplami deszczu i Bóg tam jeszcze wie czym !
Stara
powstała z klęczek, odłożyła różaniec na zagracony lekami stolik i z wykrzywioną gębą podeszła do Kadłubiusza.
- Jeść ?!...- Skrzeknęła mu w ucho.
Przytaknął
zdzieciniałym głosikiem. Ożył jakby na moment. Próbował się nawet podnieść, lecz stara przygniotła go do poduszek, strzepując chudą pierzynę. Podreptała do okna i zaczęła pociągać za róg podartej firanki. Spod łóżka wylazł pies o krótkiej sierści i uśmiechniętym pysku. Ogonek miał niewielki, jak ucięty palec. Merdał więc nim szybko, mu się cała dupa ruszała. Zaczął łazić po całym pokoju wsadzając nos do każdego talerza czy miski. Starucha wyjęła z lodówki pasztecik. Pies zamerdał ogonkiem i przyczaił się koło stołu... Wiedział, że to dla niego.
A
Kadłubiusz tymczasem oczy wytrzeszczał w agonii głodu. Który to już raz usłyszał skrzekliwe Jeść ?!... Sto, może dwieście razy, i na tym koniec...
Cholera
go już brała. Piesek za to gryzł pasztecik, a stara, że to trawiła skleroza wieku podeszłego zasiadła z powrotem do różańca... Przebierała nim cedząc jedne i te same słowa modlitwy. Kadłubiusz zwątpił. Rosnące za oknem odgłosy burzy przygłuszały jego krótkie i cichutkie mlaśnięcia. Przeżył dwie wojny. Siedział w obozach, ba, był nawet na Syberii, lecz nigdy nie głodował tak, jak teraz... Gdyby to chociaż mógł wstać ; lodówka stała tuż po drugiej stronie pokoju...
Westchnął
, wysuwając stopę spod pokurczonej pierzyny. Chwycił też ręką za krzesło i już miał się podnieść, gdy starucha trzepnęła różańcem o stół i mamrocząc, że się przeziębi, przydusiła go do łóżka nakrywając pierzyną po siwe wąsy.
- Jeść ?!...- Zaskrzeczała, ale stary zwariował w odpowiedzi na to. Złapał za gardło i wydając dźwięki opentańca, dusił.
Słaby
był jednak. Zbyt słaby, by udusić. Wyrwała mu się.
- Szaleje, dziadyga jeden...- mruczała, a stary wił się pod pierzyną łapiąc oddech.
Przyszedł
sąsiad, niby soli pożyczyć, a tak naprawdę, by przyjrzeć się staremu.
- Co to pan Tatuś tak zeszczuplał ? - Zapytał starej
- A cholera go wie - mruknęła
- Jeść nie chce ?...-
Na
słowo Jeść Kadłubiusz poderwał się znowu z pościeli z myślą, że może sąsiad co zaradzi, może się domyśli ? Może co da ? Ale gdzie tam. Wziął sól i poszedł.
A
starucha jak zwykle ;
- Jeść ?!...- I hyc do różańca...

KONIEC ( 1990 )

 

Mikołaj

Nadeszła Gwiazdka. U Zadusznego w domu panowało podniecenie. Od dawna czekano na ten wieczór. On, teść, babka i pradziadek.
W
rogu izby stała chuda choinka. Pradziadek dawno zdzieciniał, więc jemu to przypadła rola ubierania. Był nią niezwykle przejęty. Bąbki mu pękały w powykręcanych palcach, więc obwiesił drzewko pomalowanymi klockami. Gdy tamci nie widzieli, to się nimi bawił. Teraz wisiały na choince. Na czubek nadział ucięty kurzy łeb.
Prezent
zrobił tylko babce. Tamtych dwóch nie lubił. Prezent niebylejaki. Był pewien, że się ucieszy... Przed kilkoma miesiącami schował jej trzewiki. Szukała, płacząc, gdyż były to jej jedyne buty. No to teraz się ucieszy !!! Pradziadek zacierał ręce.
Teść
Zadusznego był ze wszystkimi skłócony, ale honorowo złożył prezenty pod choinką. Uśmiechał się jedynie złośliwie. Babka, biedna jak mysz kościelna, olała sprawę prezentów.
Po
wieczerzy wszyscy zebrali się w kącie pod choinką. Teść był zawiedziony widząc, że oprócz jego prezentów jest tylko jeden, a i ten należał do babki...
Jako
najmłodszy, Zaduszny pierwszy porwał prezent. Wytrzeszczył zęby i z pasją rozerwał worek, skąd wypadła para zgniłych jabłek... Teść zaśmiał się jak szatan, a babka wydała okrzyk;
- A to co za cholera ?!!!...-
Była
też jej kolej. Na nią czekały dwa. Łypnęła siwym okiem i podniosła spory pakunek ważąc go w rękach pokurczonych jak wykręcona szmata. Nerwowymi ruchami rozerwała papier, skąd wylazł obcas jej trzewika... Pradziadek zatarł ręce dając tym znać, że to od niego.
- Ty złodzieju !...- Warknęła i rzuciła butami w kąt. Skoczyła po ten drugi. Zawiniątko było malutkie i lekkie. Coś długie a miękkie było w środku. Rozwinęła. W środku był kawałek zepsutej kiełbasy.
- To ta z Wielkanocy - odezwał się teść.
Pradziadek
dostał dwa zgniłe jaja... Śmierdziało też w izbie, że niech to cholera weźmie !!!!

KONIEC ( 1990 )

 

Żydowska kabała

Stół był okryty serwetą, a meble wypolerowane do połysku. Po pokoju biegała stara Żydówka, jej obwisłe woreczki piersi podskakiwały pod fartuchem. Czarne kudły spięte miała w kok, a w kościstej ręce szmatę trzymała. Zmachana była i ożywiona. To już dziś!...
To
już za chwilę.
Niedawno
, tuż przed szabasem natknęła się w piekarni na znajomą, która szeptem poinformowała , akurat co pojawił się w mieście krajowej sławy wróż...
- Podobno wszystko wie..! A jaki natchniony ! Z kuli kryształowej odgaduje niesamowite rzeczy...I jeszcze rady trafne udziela...- Zniżyła szept, że ledwie było słychać - O waszej Hawie myślałam...Bo wszyscy wiedzą przecież, że lata swoje już ma...- Te ostatnie słowa były aluzją do staropanieństwa Hawy. Na rok dwudziesty drugi szło jej, wysoka, rumiana na twarzy, cnotliwa...!
Kłopot
też był z tym niemały. Przeterminowana świeżość hormonów uderzała jej często do głowy, wywołując dąsy i migrenę. Obfite piersi się prosiły o choćby pogłaskanie, a niedopieszczone łono obrastała coraz to grubsza warstwa dziewiczego sadełka...
Załamywała
też stara ręce i zawodziła do Boga o łaskę. Bo i jak to ? Córka jak malowana łania, zdrowa i dorodna, pracowita jak mało która i z posagiem, a tu chłopa na horyzoncie nie widać. Tyle co listonosz co rano portkami zaszeleści pod drzwiami...
Zmartwienie
więc było a zgryzota, co i nocami sen zdzierały z powiek. Stara, dbając o opinię jedynaczki, w domu trzymała, a pod kluczem. Wyjść za próg nie pozwalała. Sama dowiadywała się po okolicy, to tu, to tam, czy nie kryje się gdzie odpowiedni kandydat na zięcia. Jedyny jednak kawaler był biedny jak szczur z synagogi, a z czterech wdowców, najmłodszy miał sześćdziesiąt cztery lata.
Gdy
przed rokiem wprowadził się do kamienicy na przeciwko postawny młodzieniec z brodą do pasa a czarnej jak sadza, stara pościła cały szabas w intencję podzięki za szczęśliwy traf losu. Była pewna, że to znak nieomylny... Dwa dni później okazało się jednak, że to Świadek Jehowy... Zadem się odwracała do niego od tamtej pory.
Punktualnie
o piątej odezwał się dzwonek przy drzwiach. Przybysz miał na sobie powycierane paletko i taki sam kapelusz. Pod pachą trzymał niewielką torbę.
- Zygmunt Pociecha we własnej osobie..! - Przywitał się.
- A prosimy mistrzu.. - I za chwilę siedział już przy stole, na którym położył wydobytą z torby niewielką szklaną kulę. Córka starej siedziała obok, a ona sama stanęła po drugiej stronie. Jak upiorny posąg wpatrywała się we wróża, oczekując cudu. Jej śniade obwisłe lico naciągnięte było teraz do przodu przez wysuniętą dolną szczękę. Ręce z wrażenia zaciśnięte w pięści. Pociecha natomiast tkwił nieruchomo w zastygłej pozie natchnienia. Przymknięte powieki wolno się uchyliły i spojrzał z niesmakiem na siedzącą obok postać o nalanej niepokojąco gębie a długim nosie. Jej kawowe oczy wnet to spostrzegły i od razu oblała się silnym rumieńcem.
- I cóż to takiego widzicie mistrzu...?- Spytała stara z nadzieją w głosie iście natarczywą.
- Widzę was matko, przy kuchni...-
Starucha
klasnęła w ręce ;
- To chyba wizja prorocza ! Wesele mam na myśli, to jasne, że gotować będę !...-
- Gotujecie owszem, ale nie na weselu...-
- Jakby to nie ? Gości przecież mam na myśli...! -
- Jedynym gościem jest wasza córka... Przekarmiacie ! Tłuszcz zalewa jej lico niepokojem, a wy o zięciu marzycie !?... -
Stara
sprężyła się w sobie jak czort przy ołtarzu:
- Na psa z taką kabałą ! Obraza to i zgorszenie !...-
Pociecha
kulę spakował do torby.
- I pies tu nie zajrzy, bo czosnkiem smrodzicie !...- Skłonił się nisko, do drzwi prędko klucząc pomiędzy starymi fotelami, co to drogę uciążliwie tarasowały.
Lament
i groza wypełniła progi żydowskiej twierdzy. Zamiast ciąży poweselnej, cnota się ciężarem stała...

KONIEC ( 16/ 11 / 2001 )

 

Potrzeba fizjologiczna

Truskawki tego roku obrodziły słabo. Owoc był maleńki i cierpkawy w smaku. Antoni Makówka już od rana raczkował po poletku wytrzeszczając oczodoły. Na dnie koszyczka turlało się kilka plonów jego nadziei. Cie, i jak tu nająć ludzi ? Ni w dupę, ni w oko. Splunął ze złością i wstał, prostując zastygłe pozycją zgięcia torso. Dzionek ano wstał pochmurny, na deszcz się miało. Poprawił spodnie wygładzając wypchane kolana i rozejrzał się bezradnie po horyzoncie. Przegryzłby co, jako że był bez śniadania gdyż rodziny budzić nie chciał szurając garami po kuchni. Zaklął siarczyście gdy wzrok jego spoczął na grządce z marchewką. Podszedł, pociągając za natkę. Pępkowata gulka gniła od spodu. Ciepnął to za siebie i poszedł obejrzeć kapustę. Małe piąstkowate główki pokryte były kłębowiskiem gąsiennic... Splunął, kopiąc pierwszą z brzegu.
- Na psa taka robota !...- Zawołał
Zaczęły
pacać pierwsze krople deszczu. Obejrzał się na chałupę i dostrzegł w oknie teścia...
W
piżamie był, nieogolony, ziewał a przeciągał się zerkając na świat spoza firanki. Coś mamrotał pod nosem, mu podgardle latało. Od lat był postrachem rodziny. Antek chyrał od rana do wieczora, a dobrego słowa nie usłyszał.
Dziś
miał przykazane zerwać dwa kosze truskawek. Torba cukru i weki w kuchni czekały. Wszedł do sieni ciskając w kąt pusty kosz.
- To już z pola ?...- Usłyszał przez drzwi.
- Pada, tom wrócił -
- Truskawki obrodziły ?...-
- A jakżeby nie - wszedł do kuchni
- Ileś uzbierał ? -
- Trochu tego jest, zjadł bym co...-
- Witek ano poszet do piekarni. Skocz do stajni. Coś mi sie widzi, że krowa łazi niespętana. Jeszcze sie potknie i kulasy połamie -
Antek
narzucił dopiero co zdjętą kurtkę i śpiesznie wybiegł na dwór. Piorun świsnął wskroś nieba rozdzierając ulewą chmury ciężkie jak piersi matki karmiącej. Pies rzucił się na łańcuchu przewracając pędem kołtunów miskę stęchłej wody pobok. Dramatycznie zamerdał ogonem na widok gospodarza, poczym wlazł do budy o daszku pochyłym, a dziurawym srodze.
Antoni
wielkimi krokami dopadł stajni. Uwiązał krowę, co to ślizgała się we własnym łajnie i poczuł, że...musi oddać kał.
A
ubikacja stała za stodołą nieco w pole wysunięta, jako że teść kazał przenieść spod domu bo niby mu śmierdziało, a on człowiek o higienę przecie dbający.
Antoni
podjął się gorączkowej kalkulacji. Zdąży dobiec ? Czy też zaryzykować i rozkraczyć się tu... Nim zdecydował, usłyszał głośne nawoływanie teścia spod domu.
- A weź wiadra i goń po wodę ! Herbaty nie ma z czego zrobić !...-
Siłą
woli zacisnął odbyt w pół już rozwarty i pobiegł do studni, co to pośrodku podwórka siedziała. Kręcił korbą jak wariat czując nie tylko wzrastającą ulewę, ale i to, że nie wytrzyma i lada moment... Napełnił wiadro i wychlapując połowę pognał w kierunku otwartych sieni. Ledwo co przestąpił próg, jak potoczył mu się pod nogi kosz który przyniósł z pola.
- Gdzie truskawki !?...-
- A nie widzi tata jaka pogoda ?...-
- A widze, widze, ty tylko żreć i srać, a do roboty cie nie ma ! Coś porabiał od rana !? Nic tylko leniem śmierdzi od ciebie ! -
- Leniem ?! To niech tata powącha co lepszego...! -
Podniósł
nogę i tak trzasnął w pory długo wstrzymywanym stolcem a hałas wielki czyniąc, że stary omało nie upadł.
- Ty pierdziawo zasrana ! To tak ojca szanujesz ?!...-
- A tak ! -
Przykucnął
, energicznie wysuwając przed siebie drugą nogę. Okrutny podmuch sfermentowanej biegunki zabulgotał jak krew w żyłach jego pradziada na pierwszej randce..!
 Rozhulał się jednak na dobre, coś w nim zagrało, hej, noga w nogę, kazaczaka nieborak tańcował...!
- Anim nie podejrzewał, co ty masz talenty ukryte ! - Zawołał teść.

 KONIEC ( 15 / 9 / 99 )

 

Pokimś

Wiesław Biedota miał zły dzień. Ledwo rano wyszedł na miasto, jak dostał sraczki. Nieraz mówił matce, aby nie podawała na śniadanie bigosu. Ale stara się uparła, grożąc że jak nie zje, to gówno dostanie na drugi raz...
Wiesio
był bezrobotny, bez grosza w kieszeni portek, które były - pokimś...
Właśnie
wujek, Piotr Wytrych z wąsem po pas dał znać, że załatwił robotę na budowie.
Słoneczko
świeciło cudnie i ptaszki pierniczyły po swojemu, gdy Wiesio zerwał się z cuchnącej pościeli i w pośpiechu wzuł buty na bose a ogromne stopy. Z kuchni dolatywał smród rozgrzewanego bigosu, który matka doprawiała od miesiąca. Jednego dnia dorzucała nieco kiszonki, a drugiego kilka plasterków mocno już zbutwiałego boczku. Żarli to rano, w południe i wieczorem, a gdy w rądlu pokazywało się dno, stara dokrajała tego i owego mieszając i podrzucając szczypty soli.
Podjęcie
pracy przez Wiesia miało wybawić ich z ubóstwa. Nie mieli radia ani telewizora, to Wiesio wieczorami popierdywał do taktu różne melodyjki, a matka tańczyła zachwycając się jego talentem. W biurze zatrudnień synek wpisał obok rubryki zawód - muzyk...
Gdy
go zapytali, a na czym to potrafi grać, wzruszył ramionami.
- Na niczym...-
- To jaki z pana muzyk ? -
- A taki !...- Podniósł nogę i pierdnął okrutnie.
- To chamstwo i brak kultury...!- Warknął urzędnik, mdlejąc z szoku.
Wiesław
Biedota wyleciał z biura zatrudnień, a za nim porwana deklaracja o pracę. Wrócił do domu akurat na obiad. Bigos już był na stole.
- I coś załatwił...? - Spytała stara
- A co ja mógł załatwić, kiedy dupa jest jedynym instrumentem na którym gram...?-
To
mówiąc, zwalił talerz z bigosem na podłogę.
- To po tej zgniłej kapuście pierdzę ! Niech mama poda co innego -
Rzucił
czapkę na stół i przysiadł na taborecie.
- Podać co innego? Załatwisz robote, to bedzie...-
- Co bedzie ? Wuj obiecał. Był to znowu...? -
- Był, i do taczek już tam nie chcą, ale, przyniósł tu ubranie, i płaszcz... - Stara wyciągła pokaźną torbę spod stołu, wyszarpując jej zawartość na podłogę.
- Angielskie...ponoć drogie, pomacaj, czysta wełna...-
Wiesław
ożył na chwilę, wypatrzył plamy na spodniach i brak guzików u płaszcza...
Ciuchy
były stare i zleżałe.
- Znowu pokimś...!? - warknął, rzucając szmaty i skacząc po nich jak wariat.
- Ano...pokimś!!!...- dodała starucha, rycząc ze śmiechu.

KONIEC ( 16 / 11 / 94 )

 

Tronowe atrakcje

Król siedział oklapnięty na tronie. Korona zjechała mu na bok, ziewał co chwila i zerkał znudzonym wzrokiem po ustawionych wokół jak palanty lokajach. Mieli bardzo zatroskane miny. Od dawna byli już wyzuci z pomysłów. A tu po chwili król jak się nie poderwie i jak nie warknie;
- No jazda ! Na co czekacie!? Zabawiać mnie, a żywo!!! -
- Tak Jaśnie Pana...- Ten o przydomku magika splótł nagle ręce i z tajemniczą miną, a wolno, zaczął sylabizować;
- ... I-dzie ko-mi-niarz po-dra-bi-nie, fiku-miku...-
Ale
zniecierpliwiony król przerwał mu;
- To już było, pokaż co innego...-
No
to magik wydobył z ukłonem białą chusteczkę z portek, ale nie zdążył nawet jej roztrzepać, jak oberwał w mordę berłem.
- Jazda...jazda, chcę coś nowego!...-
Przed
królem stanął klaun i zaczął stroić głupie miny. Jeszcze niedawno Jegomość śmiał się z tego w głos, ale teraz...znowu poszło w ruch berło.
- Co to za wariactwa mi tu wydziwiasz, wykrzywia ryja i to ma być śmieszne...? A wyrywaj ty...-
I
klaun pokoziołkował w kąt. Król osunął się znowu na tron.
- Już mnie dupa boli od tego siedzenia...- narzekał - a takiem to czekał, mnie tron po ojcu przypadnie...no i co teraz?...-
- A może tak Jaśnie Wielmożny Pan muzyki by posłuchał?...- Ukłonił się jeden w białej peruce, dał znak, i już cichutko zabrzęczały harfy i cymbałki. Nie na długo. Król cisnął w to rozanielone bractwo ciżemką i wnet się uciszyli.
- Już mnie cholera bierze, to ma być muzyka...?! Jak na pogrzebie. Poszli jazda!!!...-
I
muzykanci śpiesznie opuścili komnatę. Znowu zrobiło się cicho, król przypomniał sobie coś.
- A czy ten nowy kaftan gotowy...? -
Zrobił
się ruch i za chwilę wprowadzono krawca. Dech w piersiach zaparło niejednemu na widok pereł, cekinów i brylantów we wspaniale uszytej szacie. Ale ledwo co okryli tym Jegowysokościa, jak rozległ się lament;
- O nie...no nie..to kpiny...uszyj co innego...! -
Król
przysiadł z powrotem na tron i zawołał na magika;
- Pokazuj mi tu nowe sztuczki ! A żywo, bo każę wychłostać...! -
No
to magik znowu;
- ...I-dzie ko-mi-niarz po-dra-bi-nie... -
Nie
zdążył spleść palców, jak król bliski płaczu rzucił w niego koroną.
- I jak ja mam tu rządzić przy takiej zgrai nudziarzy...!? A wyrywaj ty. Gdzie klaun ? -
Przyszedł
, kłaniając się nisko.
- Tylko mi tu bez głupich min tym razem..! -
Ale
klaunowi dawno wyczerpał się repertuar. W desperacji, zrobił półobrót i przykucając, pierdnął soczyście. Król ryknął takim szatańskim śmiechem, że omało nie przewrócił się razem z tronem. A doradcy dworu nieśmiało zaklaskali brawo.
- To było dobre...! Ha-ha-ha!!! -
No
to rozochocony i zdopingowany klaun zaczął dalsze popisy. Skakał tym razem żabką, pierdząc przy każdym skoku...
Ale
to rozgniewało Jegomościa. Spoważniał nagle.
- To zniewaga! Dosyć, ty pierdzielu straszny..! Wyprowadzić go, a okna pootwierać! Co za dużo, to nie zdrowo. Zwariował cholera.Taki pierdzący klaun...jazda, gdzie muzyka?...-
Po
chwili już brzęczały harfy...

KONIEC ( 1995 )

 

Wycug

Chałupa była stara. Okienka malutkie, przycienione muchami. Z tyłu poletko niewielkie, a z przodu od drogi przeżarty kornikami ganeczek. Kilka chudych kwoczek stukało dziobami pod śliwą w poszukiwaniu pestek, które Władysław Stypa cedził z pomarszczonych ust i łapiąc w sękatą dłoń zataczał koło a podrzucał pod drzewko.
Siadł
se właśnie przy ganeczku na obróconym do góry dnem korycie i dumał...
Niepokój
gryzł go już od tygodnia. Podejrzewał, że synowa go podtruwa. A syn gorąco zaprzecza i wmawia, że tatusiowi coś się pomyliło. Stypa, choć wytrwał 90 lat, to węchu jednak nie postratał... Kaszanka podana na śniadanie śmierdziała nieprzyjemnie. Zajęło mu trzy sekundy, by się zorientować, że chleb posmarowany był margaryną. A on tak lubił przecież masło...
Gdy
wczoraj się upomniał to mu powiedziała, że zjełczało. Ale kupić przecież mogła rano. Fakt, była w sklepie. Przyniosła coś w torbie... A może zapomniała?
Słonko
przygrzewało mocno i staremu zrobiło się gorąco z tych przemyśliwań. Siłując się, zdarł z nogi gumiaka cmoknęło, bo to skarpet nie miał. Z ulgą wyciągnął przed siebie sczerniałą od brudu stopę i oparł na kłaczku trawy. Dziś na obiad ma być ryba... W przypływie nagłego entuzjazmu odwrócił skapciałe lico ku uchylonemu oknu skąd dolatywał odgłos skwierczenia, a wraz z nim zapach drażniący podniebienie.
Władysław
Stypa lubił dobrze zjeść. Przymknął na chwilę pergaminowe powieki i myślami przeniósł się w nieco odległe czasy, kiedy to synowa świeżo po ślubie z jego jedynakiem, coraz to zagadywała;
- A może tatuś zje kawałeczek kiełbaski..? Świeżutka, akurat co kupiłam...- I zręcznie odwijała bielutki papier ukazując wianek szynkowej. Były parówki, była zwyczajna, a ostatnio kaszanka...
Pamiętał
też, jak często podtykała mu po plasterku i innych pyszności, to znowu jajecznica na boczku z dwunastu jaj... A teraz ?... Ocknął się prędko z tych medytacji, bo z okna rozległo się skrzekliwe nawoływanie na obiad. Wzuł gumiaki, przejechał naślinioną dłonią po rzadkiej siwiźnie i podreptał w stronę drzwi.
Niski
był, pochylony, zmurszały sędziwym wiekiem. Syn już siedział przy stole, na którym dymiło z talerzy. Stary przysiadł na skraju ławki i ujął w rękę duży hitlerowski widelec. Na talerzu obok kopiasto nałożonych kartofli leżała malutka rybka... Odkroił kawałeczek bokiem widelca i spróbował. Niezłe. Ale tak mało..? Porwany nagłym honorem odsunął zamaszyście talerz.
- Co to wam..? - zagadnęła synowa
- Niesmaczne..! - Zawołał energicznie, bekając przy tym obrzydliwie.
- Przecież dogadzamy tacie jak możemy - wtrącił syn, krajając potężny kawał ryby, co to zawadzała chwostem o obrus. Jego kartofle pływały w omaście, a na swoim talerzu nie zauważył ani jednego skwarka... Ze złości zaniósł się suchym kaszlem, to znowu tak ‘dmuchnął’ w spodnie, że syn i synowa odłożyli widelce, wytrzeszczając oczy.
- Może tatuś sie położy? -
- Położy, położy...! Wy by woleli co by ja już nie wstał...! A to mnie zepsuta kaszanka na śniadanie, a tera ta rybka, a wczoraj co?!...To po to ja przepisał ziemie i chałupe...?! -
- Bo i czas na wycug !...Na wycug dziadu!...- Zaryczał synalek szatańskim śmiechem, mu okularki opadły na resztki omaszczonych kartofli. Wypiął dupsko i pierdnął w stronę starego fyrdajac dla efektu nogą, z której spadł kapeć i potoczył się pod stół.

KONIEC ( 24 / 6 / 98 )

 

Smaki zakazane

Ubrany w jedwabne majteczki siedział na taborecie, sztywno nasłuchując pukania do drzwi.
Tkwił
tak już od godziny. Obok na stoliku leżał cieniutki jak mysi ogonek bacik...
Ilekroć
spojrzał nań, dreszcz rozkoszy łechtał mu boki. Nie śmiał jednak patrzeć zbyt często. Spuścił w zadumaniu wzrok i cierpiał w ciszy wyczekiwania. Tak nakazał Mistrz...
A
jakże, natarty olejkiem, pachnący, czuł, jak pod jedwabiem majteczek dzieje się coś niedobrego... Westchnął cichutko, gdy zegar wybił godzinę siódmą. Mistrz się spóźniał...
Sztuczka
to okrutna sama w sobie. Dupa go już bolała od siedzenia. Taborecik o twardej był powierzchni i chłód gryzł od podłogi. Chęć pożądania włożenia butów warczała w nim jak zły pies. I łyknął by coś nieco, i przegryzł. W trakcie zakładania nogi na nogę uchyliły się w bok majteczki tworząc lukę pomiędzy udem a pachwiną. Spojrzał z fascynacją, jak ukazał się czubek siuropalca. Wtem rozległo się tarapanie klamki. Siuropalec uległ gwałtownemu skurczu ku górze, podczas gdy właściciel wykonał energiczną zmianę pozycji zrywając się na równe nogi. Przekręcił kłódeczkę i otworzył drzwi.
- Mistrzu..! - Z lamentem padł do jego stóp. Przybysz był małej postury, dobrze przesuszony, pomarszczony na gębie.
- Bigos gotowy...?! - Zagrzmiał władczym tonem swego osiemdziesięcioletniego gardła
- Tak jest, Mistrzu! -
- No to na talerz ! A na kolanach!...-
Wkroczył
do pokoju zasiadając przy stole. W mgnieniu oka pojawił się przed nim dymiący półmisek. Poddany klęczał obok z wypiętym zadem, a nieruchomo...
Stary
Mistrz konsumował wolno, nadziewając się z rozmysłem. Od czasu do czasu kujnął widelcem w wypięty pośladek powodując tym cieniutki pisk rozkoszy. Gdy w półmisku ukazało się dno, Mistrz ukłonił się i beknął poddanemu w odbyt. Był to stary trik starca...
Nie
upłynęło pięć minut, jak Mistrz zrobił półprzysiad i warknął;
- Nadchodzi pierwszy...! - Seria ułańskich pierdow przeszyła powietrze prosto w nozdrza niewolnika.
- A to ci aromat niepowtarzalny, a wytworny...Mistrzu..! - Zawołał z entuzjazmem.
Stary
wyga z miną wyższości okrążył spacerkiem pokój, głęboko nad czymś dumając. Nagle przystanął i wartko uniósł prawą stopę wskazując palcem punkt, gdzie perwersyjne rządze zażyczyły sobie skupienia uwagi poddanego. W mgnieniu oka przypełzał iście, gotów przyjęcia dalszych rozkoszy zapachowych. Mistrz naprężył chude torso i strzelił odgłosem korkowo-soczystym, bulgocząc na ostatki. Niewybredny ci to gest dla smakosza gazów odbytu. Wchłonął łapczywie jamą ustną, aczkolwiek niezupełnie, jako że Mistrz pociągnął nosem i z irytacją zagrzmiał złowrogo;
- Czuć..! Tak to się starasz?! Za wolno odkurzasz powietrze! Smierdzi !...-
Niewolnik
ze skomleniem wołał o wybaczenie, jednakże opóźniona była owa skrucha. Za chwilę bowiem świsnął bacik opadając na jego nogi i przedział. Zerwał się i trzymając za siedzenie obiegł w podskokach pokój. Mistrz nie zwracając na to uwagi znowu napiął torso wypinając zad. Próbował tak niecnota dłuższą chwilę. Pocił się i nadymał i kręcił rowerkiem stopą tuż nad podłogą, ale dupsko się czemuś zacięło.
- Bigos ! - zawołał z irytacją - Dawaj bigos! -
Niewolnik
w te pędy przytaszczył rondel. Wkłuty w środek był widelec.
Mistrz
zasiadł do stołu. Gdy skończył, zamówił bób i kefir. Gdy i to poradził skonsumować, zzuł trzewiki i zażyczył sobie ‘pedikiur . Żylaste, oblepione brudem i serkiem potu stopy czekały na skupienie uwagi poddanego. Ujął ci on z namaszczeniem mistrzowską nogę i delikatnie wsunął czubeczek języka pomiędzy powykręcane reumatyzmem palce. Bez wątpienia kogokolwiek wyobraźni, czynność powtórzył osiem razy a następnie obmył tymże fasonem spękane pięty.
Długie
żółtoczarne pazury zajęły bez wątpiena szereg minut artystycznego żucia. Ledwo odetchnął, znużony okrutnie tym niewdzięcznym zajęciem, gdy Mistrz zerwał się wołając;
- Nadchodzi pierwszy..! -
Skupiając
uwagę z refleksem niebylejakim, wchłonął w płuca trzask, który był mieszanką fermentującego bigosu, bobu i kefiru. Iście artystycznie zaprezentowany. Tym bowiem razem był to odgłos trzeszcząco-ognisty, acz przechodzący w głuchy szept ku końcowi...
- Mistrzu ! Brawo! Przecie to rarytas w najwyższej jakości! -
Starzec
zrobił przebiegłą a chytra minę, po czym zmróżywszy oczy, warknął;
- Akcja !...Nadchodzi drugi ! -
Ledwie
zakończył zapowiedź, jak odgłos iście terkoczący a długi w swej barwie dźwiękowej zatarabanił okolicą jego portek. Niewolnik zachłysnął się rozkoszą prawdziwego smakosza.
- Oszczędniej Mistrzu! Bez pośpiechu...- jęknął, łapiąc resztki podmuchu.
Mistrz
wyrecytował trzecią rundę. Teraz kadził powolnym pukaniem, zakończywszy piskliwą nutą. Pokrótce jednak w pokoju zakonserwował się fetor tak okrutny, że obaj, jak ryby poza wodą łapali powietrze strute i okitowane. Mistrz dostał ataku charczącego kaszlu zginając się w pół i tupiąc, a niewolnik stał w kącie poskromiony wstydem wyzucia...
Wnet
jednak i on poczuł, że pierdy Mistrza nie do zniesienia. Zbladł, prostując pierś. Prącie jego skurczone a malutkie, smutnie zwiesiło głowę...
Fala
dumy rozbudziła ambicję godności. Spojrzał na swe wynagliżowane ciało i na ową postać starczą, co to akurat ukończywszy ostatni krzyk kaszlu, wypięła dupę w jego kierunku...
- Uwaga !...Nadchodzi czwarty!!! - zawołał z nowym entuzjazmem i rozpoczął terkotanie... gdy otrzymał takiego kopa w odbyt, że puściło go to pędem przez pół pokoju.
- Jak śmiesz?!...- zaryczał, prostując się wartko
- Ha ! Dosyć! Jazda! Wyrywaj stary zbuku! Zmykaj, zanim otrujesz nas obojga!...-
Mistrz
wyleciał w tymże momencie, a za nim pofrunęły buty i bacik. Trzasnęły drzwi.
Władysław
Pokorny prędko wciągnął spodnie, buty i koszulę. Płomień wstydu zahasał mu na twarzy. Przejechał dłonią po łysinie i spojrzał w lusterko.
- Trza z tym skończyć...- pomyślał.
Małżonka
oto na pogrzeb wyjechała. Para dziatków na kolonii.... Tak dłużej nie można. Zmył naczynia i wyszorował gar po bigosie. Rozejrzał się bezradnie po kuchni. Spojrzał na zegarek. Dochodziła dziesiąta... Kroplisty pot wypełzał mu na skroń. Z boku na kredensie leżała główka kapusty i stał słoik kiszonej. Trza się śpieszyć. Kolejny Mistrz był zabukowany na jedenastą trzydzieści... Czy zdąży ugotować kapuśniak?...

KONIEC ( Koniec maja 1999 )

 Powyższe opowiadanko odnosi się do dosyć rzadko spotykanej perwersji seksualnej  (Flatuphilia {ang}), która ma miejsce wśród zwolenników uprawiających sado-masochizm.