opowiadanka 11-20
Menu dla grubasa
Pierniczenie o Ambrożym
Głód
Mikołaj
Zydowska kabała
Potrzeba fizjologiczna
Pokimś
Tronowe atrakcje
Wycug
Smaki zakazane
©2005prawa autorskie humoru iście żenującego
Bar był
prawie pusty,
gdy drzwi
uchyliły się
zamaszyście i
wszedł, a
właściwie wtoczył
się grubas...
Ubrany był
w siwy garnitur,
na nogach
przyciasne lakierki.
Biała koszula
opinała spaśny
brzuch, który
kołysał się
jak niedostygła
galareta, a
coraz to
pruł do
przodu poprzez
rozpiętą marynarkę.
Był czyściutko
ogolony. Opadły
na wydęte
wargi nos
drgał, węsząc...
Grubas był głodny.
A to nie
żarty, bo
z reguły
grubasy niezbyt
dobrze znoszą
głód.
Z hukiem odsunął
najbliższe krzesło
i spoczął
olbrzymim zadem.
Następnie wyłowił
z kieszeni
maleńkie okularki
i sięgnął
po jadłospis.
Dosyć szybko
przejrzał i
ryknął na
kelnera. Nikt
jednak nie
podchodził. Konsument
niezdarnym ruchem
pociągnął za
łodyżkę tulipana,
co to chylił
się z flakonu.
Utrwał pąk
i rozgniótł
w grubych
paluchach. Spojrzał
na zegarek
i ponownie
zaryczał, tym
razem nieludzkim
głosem.
Kilka stolików opodal
siedział przysuszony
dziadyga i
żarł jakieś
danie w sosie.
Lampka białego
wina stała
obok. Grubas
zerkął na
sąsiada z
irytacją. Był
zły. Do
tego zapachy
z kuchni
doprowadzały go
do szału.
Pociągnął za
następnego tulipana.
Tym razem
poturlał pąk
o biały
obrus i włożył
do oślinionej
mordy. Akt
ten zauważył
kelner, który
wyrósł jakby
spod ziemi.
- Słucham pana?...-
Zapytał, sięgając
po ołówek
wetknięty za
małżowinę uszną.
- Befsztyk w
kalarepie..! - Beknął
konsument
- Nie ma.-
- To sznycel
wiedeński w
koperku -
- Nie ma.-
Grubas zmróżył oczki;
- A co jest?..-
- Nic nie
ma. Zaraz
zamykamy -
- Zamykamy ?...A
on, co on
żre?!...- Wskazał
z rozmachem
na dziadygę
w kącie.
- Befsztyk w
kalarepie ...ha-ha-ha-ha-!!!
KONIEC ( 1990 )
Miał swoje.
Tak, tak;
świnki były
i to pole,
ta ziemia
święta, była
i chałupa
słomą kryta,
ale swoja.
Była też
studnia, a
w niej świeża
woda, no
bo przecież
Ambroży musiał
czasem i
wody łyknąć,
jako że
w polu od
rana do wieczora...
Koryto tam stało
podłużne, no
to i kaczki
a gąski
też miały
gdzie zajrzeć,
a zamoczyć
płetwiaste stopy,
czy dziób
płaski. I
ogród był,
a chwasta
tam nie zobaczył,
ino buraczki
a marchewka,
a to porzeczki
na strzelistych
krzaczkach. Rosa
tam co rano,
krople w
pięty łaskotały,
gdy Ambroży
zbierał co
nie bądź,
by przegryźć
na śniadanie.
Nie kupował.
Miał swoje.
A jakże,
w sklepie
drogo. Czasem
se kupił
kawałeczek kiełbaski,
jako że
świnki to
stworzenia Boże
i zarżnąć
nie potrafił.
A po plasterku
kładł na
porcję białej
bułeczki. Kroił
cieniutko, a
powoli, by
na dłużej
starczyło. Do
tego pomidorek
( pół-dojrzały,
bo taki lubił),
a reszta
kiełbaski owinięta
pieszczołowicie w
pergaminowy papierek
była ułożona
w chłodnej
spiżarce na
półce. Tak
się złożyło,
że i grzybki
tam były
w słojach,
osolona a
biała słoninka,
mąka w płóciennym
woreczku... Ho-ho-ho,
czego tam
nie było!...
Czego tam
Ambroży nie
miał...! A
wszystko świeże
i smaczne.
Jesienią kartofelki
tam wtaczał
w pękatych
workach. Przybywało
też słoi
na półkach.
Gdy się
miało ku
zimie, oczka
Ambrożego robiły
się chytre
i przebiegłe.
Musiał jakoś strzec
swego dobra...
A bo to kuzyn
zawitał, a
to córka
z rodziną.
Przeżuwali wtedy
pracę jego
rąk wytrzeszczając
głupio ślepia.
A po biesiadzie
odzywały się
tu i ówdzie
głosy;
- Dobre było.
Tak, było
dobre. Bardzo
dobre. Niezłe...-
I na tym
koniec.
Odjeżdżali, zostawiając za
sobą pusty
papier po
kiełbasie, do
połowy opróżnione
słoje, i
o jeden kaczy
dziób mniej...
KONIEC ( 1990
)
Starucha zardzewiałym
głosem trzepała
modlitwę. Przebierała
przy tym
w zeschłych
jak stare
korzenie palcach
na podniszczonym
różańcu. Jej
małżonek, studwuletni
Kadłubiusz Tatuś,
leżał na
prawym boku
i mlaskał
bezzębnymi ustami
od czasu
do czasu
jęcząc cichutko.
Burza za oknem
waliła w
szyby piaskiem,
gałęźmi urwanymi
z pobliskich
drzew, pierwszymi
kroplami deszczu
i Bóg tam
jeszcze wie
czym !
Stara powstała z
klęczek, odłożyła
różaniec na
zagracony lekami
stolik i
z wykrzywioną
gębą podeszła
do Kadłubiusza.
- Jeść ?!...- Skrzeknęła
mu w ucho.
Przytaknął zdzieciniałym głosikiem.
Ożył jakby
na moment.
Próbował się
nawet podnieść,
lecz stara
przygniotła go
do poduszek,
strzepując chudą
pierzynę. Podreptała
do okna i
zaczęła pociągać
za róg podartej
firanki. Spod
łóżka wylazł
pies o krótkiej
sierści i
uśmiechniętym pysku.
Ogonek miał
niewielki, jak
ucięty palec.
Merdał więc
nim szybko,
aż mu się
cała dupa
ruszała. Zaczął
łazić po
całym pokoju
wsadzając nos
do każdego
talerza czy
miski. Starucha
wyjęła z
lodówki pasztecik.
Pies zamerdał
ogonkiem i
przyczaił się
koło stołu...
Wiedział, że
to dla niego.
A Kadłubiusz tymczasem
oczy wytrzeszczał
w agonii
głodu. Który
to już raz
usłyszał skrzekliwe
‘ Jeść
?!...’ Sto,
może dwieście
razy, i na
tym koniec...
Cholera go już
brała. Piesek
za to gryzł
pasztecik, a
stara, że
to trawiła
ją skleroza
wieku podeszłego
zasiadła z
powrotem do
różańca...
Przebierała nim cedząc
jedne i te
same słowa
modlitwy. Kadłubiusz
zwątpił. Rosnące
za oknem
odgłosy burzy
przygłuszały jego
krótkie i
cichutkie mlaśnięcia.
Przeżył dwie wojny.
Siedział w
obozach, ba,
był nawet
na Syberii,
lecz nigdy
nie głodował
tak, jak
teraz... Gdyby
to chociaż
mógł wstać
; lodówka stała
tuż po drugiej
stronie pokoju...
Westchnął, wysuwając stopę
spod pokurczonej
pierzyny. Chwycił
też ręką
za krzesło
i już miał
się podnieść,
gdy starucha
trzepnęła różańcem
o stół
i mamrocząc,
że się
przeziębi, przydusiła
go do łóżka
nakrywając pierzyną
po siwe wąsy.
- Jeść ?!...- Zaskrzeczała,
ale stary
zwariował w
odpowiedzi na
to. Złapał
ją za gardło
i wydając
dźwięki opentańca,
dusił.
Słaby był jednak.
Zbyt słaby,
by udusić.
Wyrwała mu
się.
- Szaleje, dziadyga
jeden...- mruczała,
a stary wił
się pod
pierzyną łapiąc
oddech.
Przyszedł sąsiad, niby
soli pożyczyć,
a tak naprawdę,
by przyjrzeć
się staremu.
- Co to pan
Tatuś tak
zeszczuplał ? - Zapytał
starej
- A cholera
go wie -
mruknęła
- Jeść nie
chce ?...-
Na słowo ‘
Jeść ‘
Kadłubiusz poderwał
się znowu
z pościeli
z myślą,
że może
sąsiad co
zaradzi, może
się domyśli
? Może co
da ? Ale
gdzie tam.
Wziął sól
i poszedł.
A starucha jak
zwykle ;
- Jeść ?!...- I
hyc do różańca...
KONIEC ( 1990 )
Nadeszła Gwiazdka.
U Zadusznego
w domu panowało
podniecenie. Od
dawna czekano
na ten wieczór.
On, teść,
babka i pradziadek.
W rogu izby
stała chuda
choinka. Pradziadek
dawno zdzieciniał,
więc jemu
to przypadła
rola ubierania.
Był nią
niezwykle przejęty.
Bąbki mu
pękały w
powykręcanych palcach,
więc obwiesił
drzewko pomalowanymi
klockami. Gdy
tamci nie
widzieli, to
się nimi
bawił. Teraz
wisiały na
choince. Na
czubek nadział
ucięty kurzy
łeb.
Prezent zrobił tylko
babce. Tamtych
dwóch nie
lubił. Prezent
niebylejaki. Był
pewien, że
się ucieszy...
Przed kilkoma
miesiącami schował
jej trzewiki.
Szukała, płacząc,
gdyż były
to jej jedyne
buty. No
to teraz
się ucieszy
!!! Pradziadek zacierał
ręce.
Teść Zadusznego był
ze wszystkimi
skłócony, ale
honorowo złożył
prezenty pod
choinką. Uśmiechał
się jedynie
złośliwie. Babka,
biedna jak
mysz kościelna,
olała sprawę
prezentów.
Po wieczerzy wszyscy
zebrali się
w kącie
pod choinką.
Teść był
zawiedziony widząc,
że oprócz
jego prezentów
jest tylko
jeden, a
i ten należał
do babki...
Jako najmłodszy, Zaduszny
pierwszy porwał
prezent. Wytrzeszczył
zęby i z
pasją rozerwał
worek, skąd
wypadła para
zgniłych jabłek...
Teść zaśmiał
się jak
szatan, a
babka wydała
okrzyk;
- A to
co za cholera
?!!!...-
Była też jej
kolej. Na
nią czekały
dwa. Łypnęła
siwym okiem
i podniosła
spory pakunek
ważąc go
w rękach
pokurczonych jak
wykręcona szmata.
Nerwowymi ruchami
rozerwała papier,
skąd wylazł
obcas jej
trzewika... Pradziadek
zatarł ręce
dając tym
znać, że
to od niego.
- Ty złodzieju
!...- Warknęła i
rzuciła butami
w kąt. Skoczyła
po ten drugi.
Zawiniątko było
malutkie i
lekkie. Coś
długie a
miękkie było
w środku.
Rozwinęła. W
środku był
kawałek zepsutej
kiełbasy.
- To ta z
Wielkanocy - odezwał
się teść.
Pradziadek dostał dwa
zgniłe jaja...
Śmierdziało też
w izbie,
że niech
to cholera
weźmie !!!!
KONIEC ( 1990 )
Stół był
okryty serwetą,
a meble wypolerowane
do połysku.
Po pokoju
biegała stara
Żydówka, aż
jej obwisłe
woreczki piersi
podskakiwały pod
fartuchem. Czarne
kudły spięte
miała w
kok, a w
kościstej ręce
szmatę trzymała.
Zmachana była
i ożywiona.
To już dziś!...
To już za
chwilę.
Niedawno, tuż przed
szabasem natknęła
się w piekarni
na znajomą,
która szeptem
poinformowała ją,
iż akurat
co pojawił
się w mieście
krajowej sławy
wróż...
- Podobno wszystko
wie..! A
jaki natchniony
! Z kuli
kryształowej odgaduje
niesamowite rzeczy...I
jeszcze rady
trafne udziela...-
Zniżyła szept,
że ledwie
ją było
słychać - O
waszej Hawie
myślałam...Bo
wszyscy wiedzą
przecież, że
lata swoje
już ma...-
Te ostatnie
słowa były
aluzją do
staropanieństwa Hawy.
Na rok dwudziesty
drugi szło
jej, wysoka,
rumiana na
twarzy, cnotliwa...!
Kłopot też był
z tym niemały.
Przeterminowana świeżość
hormonów uderzała
jej często
do głowy,
wywołując dąsy
i migrenę.
Obfite piersi
aż się
prosiły o
choćby pogłaskanie,
a niedopieszczone
łono obrastała
coraz to
grubsza warstwa
dziewiczego sadełka...
Załamywała też stara
ręce i zawodziła
do Boga o
łaskę. Bo
i jak to
? Córka jak
malowana łania,
zdrowa i
dorodna, pracowita
jak mało
która i
z posagiem,
a tu chłopa
na horyzoncie
nie widać.
Tyle co listonosz
co rano portkami
zaszeleści pod
drzwiami...
Zmartwienie więc było
a zgryzota,
co i nocami
sen zdzierały
z powiek.
Stara, dbając
o opinię
jedynaczki, w
domu ją
trzymała, a
pod kluczem.
Wyjść za
próg nie
pozwalała. Sama
dowiadywała się
po okolicy,
to tu, to
tam, czy
nie kryje
się gdzie
odpowiedni kandydat
na zięcia.
Jedyny jednak kawaler
był biedny
jak szczur
z synagogi,
a z czterech
wdowców, najmłodszy
miał sześćdziesiąt
cztery lata.
Gdy przed rokiem
wprowadził się
do kamienicy
na przeciwko
postawny młodzieniec
z brodą
do pasa a
czarnej jak
sadza, stara
pościła cały
szabas w
intencję podzięki
za szczęśliwy
traf losu.
Była pewna, że
to znak nieomylny...
Dwa dni później
okazało się
jednak, że
to Świadek
Jehowy... Zadem
się odwracała
do niego
od tamtej
pory.
Punktualnie o piątej
odezwał się
dzwonek przy
drzwiach. Przybysz
miał na
sobie powycierane
paletko i
taki sam
kapelusz. Pod
pachą trzymał
niewielką torbę.
- Zygmunt Pociecha
we własnej
osobie..! - Przywitał
się.
- A prosimy
mistrzu.. - I
za chwilę
siedział już
przy stole,
na którym
położył wydobytą
z torby niewielką
szklaną kulę.
Córka starej
siedziała obok,
a ona sama
stanęła po
drugiej stronie.
Jak upiorny
posąg wpatrywała
się we wróża,
oczekując cudu.
Jej śniade
obwisłe lico
naciągnięte było
teraz do
przodu przez
wysuniętą dolną
szczękę. Ręce
z wrażenia
zaciśnięte w
pięści. Pociecha
natomiast tkwił
nieruchomo w
zastygłej pozie
natchnienia. Przymknięte
powieki wolno
się uchyliły
i spojrzał
z niesmakiem
na siedzącą
obok postać
o nalanej
niepokojąco gębie
a długim
nosie. Jej
kawowe oczy
wnet to spostrzegły
i od razu
oblała się
silnym rumieńcem.
- I cóż
to takiego
widzicie mistrzu...?-
Spytała stara
z nadzieją
w głosie
iście natarczywą.
- Widzę was
matko, przy
kuchni...-
Starucha klasnęła w
ręce ;
- To chyba
wizja prorocza
! Wesele mam
na myśli,
to jasne,
że gotować
będę !...-
- Gotujecie owszem,
ale nie na
weselu...-
- Jakby to
nie ? Gości
przecież mam
na myśli...!
-
- Jedynym gościem
jest wasza
córka... Przekarmiacie
ją! Tłuszcz
zalewa jej
lico niepokojem,
a wy o
zięciu marzycie
!?... -
Stara sprężyła się
w sobie jak
czort przy
ołtarzu:
- Na psa
z taką kabałą
! Obraza to
i zgorszenie
!...-
Pociecha kulę spakował
do torby.
- I pies
tu nie zajrzy,
bo czosnkiem
smrodzicie !...- Skłonił
się nisko,
do drzwi
prędko klucząc
pomiędzy starymi
fotelami, co
to drogę
uciążliwie tarasowały.
Lament i groza
wypełniła progi
żydowskiej twierdzy.
Zamiast ciąży
poweselnej, cnota
się ciężarem
stała...
KONIEC ( 16/ 11 / 2001 )
Truskawki tego
roku obrodziły
słabo. Owoc
był maleńki
i cierpkawy
w smaku.
Antoni Makówka
już od rana
raczkował po
poletku wytrzeszczając
oczodoły. Na
dnie koszyczka
turlało się
kilka plonów
jego nadziei.
Cie, i jak
tu nająć
ludzi ? Ni
w dupę,
ni w oko.
Splunął ze
złością i
wstał, prostując
zastygłe pozycją
zgięcia torso.
Dzionek ano
wstał pochmurny,
na deszcz
się miało.
Poprawił spodnie
wygładzając wypchane
kolana i
rozejrzał się
bezradnie po
horyzoncie. Przegryzłby
co, jako
że był
bez śniadania
gdyż rodziny
budzić nie
chciał szurając
garami po
kuchni. Zaklął
siarczyście gdy
wzrok jego
spoczął na
grządce z
marchewką. Podszedł,
pociągając za
natkę. Pępkowata
gulka gniła
od spodu.
Ciepnął to
za siebie
i poszedł
obejrzeć kapustę.
Małe piąstkowate
główki pokryte
były kłębowiskiem
gąsiennic... Splunął,
kopiąc pierwszą
z brzegu.
- Na psa
taka robota
!...- Zawołał
Zaczęły pacać pierwsze
krople deszczu.
Obejrzał się
na chałupę
i dostrzegł
w oknie teścia...
W piżamie był,
nieogolony, ziewał
a przeciągał
się zerkając
na świat
spoza firanki.
Coś mamrotał
pod nosem,
aż mu podgardle
latało. Od
lat był
postrachem rodziny.
Antek chyrał
od rana do
wieczora, a
dobrego słowa
nie usłyszał.
Dziś miał przykazane
zerwać dwa
kosze truskawek.
Torba cukru
i weki w
kuchni czekały.
Wszedł do
sieni ciskając
w kąt pusty
kosz.
- To już
z pola
?...- Usłyszał przez
drzwi.
- Pada, tom
wrócił -
- Truskawki obrodziły
?...-
- A jakżeby nie -
wszedł do
kuchni
- Ileś uzbierał
? -
- Trochu tego
jest, zjadł
bym co...-
- Witek ano
poszet do
piekarni. Skocz
do stajni.
Coś mi sie
widzi, że
krowa łazi
niespętana. Jeszcze
sie potknie
i kulasy
połamie -
Antek narzucił dopiero
co zdjętą
kurtkę i
śpiesznie wybiegł
na dwór.
Piorun świsnął
wskroś nieba
rozdzierając ulewą
chmury ciężkie
jak piersi
matki karmiącej.
Pies rzucił
się na łańcuchu
przewracając pędem
kołtunów miskę
stęchłej wody
pobok. Dramatycznie
zamerdał ogonem
na widok
gospodarza, poczym
wlazł do
budy o daszku
pochyłym, a
dziurawym srodze.
Antoni wielkimi krokami
dopadł stajni.
Uwiązał krowę,
co to ślizgała
się we własnym
łajnie i
poczuł, że...musi
oddać kał.
A ubikacja stała
za stodołą
nieco w pole
wysunięta, jako
że teść
kazał ją
przenieść spod
domu bo niby
mu śmierdziało,
a on człowiek
o higienę
przecie dbający.
Antoni podjął się
gorączkowej kalkulacji.
Zdąży dobiec
? Czy też
zaryzykować i
rozkraczyć się
tu... Nim
zdecydował, usłyszał
głośne nawoływanie
teścia spod
domu.
- A weź
wiadra i
goń po wodę
! Herbaty nie
ma z czego
zrobić !...-
Siłą woli zacisnął
odbyt w pół
już rozwarty
i pobiegł
do studni,
co to pośrodku podwórka
siedziała. Kręcił
korbą jak
wariat czując
nie tylko
wzrastającą ulewę,
ale i to,
że nie wytrzyma
i lada moment...
Napełnił wiadro
i wychlapując
połowę pognał
w kierunku
otwartych sieni.
Ledwo co
przestąpił próg,
jak potoczył
mu się pod
nogi kosz
który przyniósł
z pola.
- Gdzie truskawki
!?...-
- A nie
widzi tata
jaka pogoda
?...-
- A widze,
widze, ty
tylko żreć
i srać,
a do roboty
cie nie ma
! Coś porabiał
od rana
!? Nic tylko
leniem śmierdzi
od ciebie
! -
- Leniem ?! To
niech tata
powącha co
lepszego...! -
Podniósł nogę i
tak trzasnął
w pory długo
wstrzymywanym stolcem
a hałas
wielki czyniąc,
że stary
omało nie
upadł.
- Ty pierdziawo
zasrana ! To
tak ojca
szanujesz ?!...-
- A tak
! -
Przykucnął, energicznie
wysuwając przed
siebie drugą
nogę. Okrutny
podmuch sfermentowanej
biegunki zabulgotał
jak krew
w żyłach
jego pradziada
na pierwszej
randce..!
Rozhulał się jednak
na dobre,
coś w nim
zagrało, hej,
noga w nogę,
kazaczaka nieborak
tańcował...!
- Anim nie
podejrzewał, co
ty masz talenty
ukryte ! - Zawołał
teść.
KONIEC ( 15 / 9 / 99 )
Wiesław Biedota
miał zły
dzień. Ledwo
rano wyszedł
na miasto,
jak dostał
sraczki. Nieraz
mówił matce,
aby nie podawała
na śniadanie
bigosu. Ale
stara się
uparła, grożąc
że jak nie
zje, to gówno
dostanie na
drugi raz...
Wiesio był bezrobotny,
bez grosza
w kieszeni
portek, które
były - pokimś...
Właśnie wujek, Piotr
Wytrych z
wąsem po
pas dał
znać, że
załatwił robotę
na budowie.
Słoneczko świeciło cudnie
i ptaszki
pierniczyły po
swojemu, gdy
Wiesio zerwał
się z cuchnącej
pościeli i
w pośpiechu
wzuł buty
na bose
a ogromne
stopy. Z
kuchni dolatywał
smród rozgrzewanego
bigosu, który
matka doprawiała
od miesiąca.
Jednego dnia
dorzucała nieco
kiszonki, a
drugiego kilka
plasterków mocno
już zbutwiałego
boczku. Żarli
to rano,
w południe
i wieczorem,
a gdy w
rądlu pokazywało
się dno,
stara dokrajała
tego i owego
mieszając i
podrzucając szczypty
soli.
Podjęcie pracy przez
Wiesia miało
wybawić ich
z ubóstwa.
Nie mieli
radia ani
telewizora, to
Wiesio wieczorami
popierdywał do
taktu różne
melodyjki, a
matka tańczyła
zachwycając się
jego talentem.
W biurze
zatrudnień synek
wpisał obok
rubryki ‘
zawód ‘
- muzyk...
Gdy go zapytali,
a na czym
to potrafi
grać, wzruszył
ramionami.
- Na niczym...-
- To jaki
z pana muzyk
? -
- A taki
!...- Podniósł nogę
i pierdnął
okrutnie.
- To chamstwo
i brak kultury...!-
Warknął urzędnik,
mdlejąc z
szoku.
Wiesław Biedota wyleciał
z biura zatrudnień,
a za nim
porwana deklaracja
o pracę.
Wrócił do
domu akurat
na obiad.
Bigos już
był na stole.
- I coś
załatwił...? - Spytała
stara
- A co
ja mógł
załatwić, kiedy
dupa jest
jedynym instrumentem
na którym
gram...?-
To mówiąc, zwalił
talerz z
bigosem na
podłogę.
- To po tej
zgniłej kapuście
pierdzę ! Niech
mama poda
co innego
-
Rzucił czapkę na
stół i
przysiadł na
taborecie.
- Podać co
innego? Załatwisz
robote, to
bedzie...-
- Co bedzie
? Wuj obiecał.
Był to znowu...?
-
- Był, i
do taczek
już tam
nie chcą,
ale, przyniósł
tu ubranie,
i płaszcz...
- Stara wyciągła
pokaźną torbę
spod stołu,
wyszarpując jej
zawartość na
podłogę.
- Angielskie...ponoć
drogie, pomacaj,
czysta wełna...-
Wiesław ożył na
chwilę, aż
wypatrzył plamy
na spodniach
i brak guzików
u płaszcza...
Ciuchy były stare
i zleżałe.
- Znowu pokimś...!?
- warknął, rzucając
szmaty i
skacząc po
nich jak
wariat.
- Ano...pokimś!!!...-
dodała starucha,
rycząc ze
śmiechu.
KONIEC ( 16 / 11 / 94 )
Król siedział
oklapnięty na
tronie. Korona
zjechała mu
na bok, ziewał
co chwila
i zerkał
znudzonym wzrokiem
po ustawionych
wokół jak
palanty lokajach.
Mieli bardzo zatroskane
miny. Od
dawna byli
już wyzuci
z pomysłów.
A tu po
chwili król
jak się
nie poderwie
i jak nie
warknie;
- No jazda
! Na co czekacie!?
Zabawiać mnie,
a żywo!!!
-
- Tak Jaśnie
Pana...- Ten
o przydomku
magika splótł
nagle ręce
i z tajemniczą
miną, a
wolno, zaczął
sylabizować;
- ... I-dzie
ko-mi-niarz
po-dra-bi-nie,
fiku-miku...-
Ale zniecierpliwiony król
przerwał mu;
- To już
było, pokaż
co innego...-
No to magik
wydobył z
ukłonem białą
chusteczkę z
portek, ale
nie zdążył
nawet jej
roztrzepać, jak
oberwał w
mordę berłem.
- Jazda...jazda,
chcę coś
nowego!...-
Przed królem stanął
klaun i zaczął
stroić głupie
miny. Jeszcze
niedawno Jegomość
śmiał się
z tego w
głos, ale
teraz...znowu
poszło w
ruch berło.
- Co to za
wariactwa mi
tu wydziwiasz,
wykrzywia ryja
i to ma
być śmieszne...?
A wyrywaj
ty...-
I klaun pokoziołkował
w kąt. Król
osunął się
znowu na
tron.
- Już mnie
dupa boli
od tego siedzenia...-
narzekał - a
takiem to
czekał, aż
mnie tron
po ojcu przypadnie...no
i co teraz?...-
- A może
tak Jaśnie
Wielmożny Pan
muzyki by
posłuchał?...- Ukłonił
się jeden
w białej
peruce, dał
znak, i już
cichutko zabrzęczały
harfy i cymbałki.
Nie na długo.
Król cisnął
w to rozanielone
bractwo ciżemką
i wnet się
uciszyli.
- Już mnie
cholera bierze,
to ma być
muzyka...?! Jak
na pogrzebie.
Poszli jazda!!!...-
I muzykanci śpiesznie
opuścili komnatę.
Znowu zrobiło
się cicho,
aż król
przypomniał sobie
coś.
- A czy ten
nowy kaftan
gotowy...? -
Zrobił się ruch
i za chwilę
wprowadzono krawca.
Dech w piersiach
zaparło niejednemu
na widok
pereł, cekinów
i brylantów
we wspaniale
uszytej szacie.
Ale ledwo
co okryli
tym Jegowysokościa,
jak rozległ
się lament;
- O nie...no
nie..to są
kpiny...uszyj
co innego...!
-
Król przysiadł z
powrotem na
tron i zawołał
na magika;
- Pokazuj mi
tu nowe sztuczki
! A żywo,
bo każę
wychłostać...! -
No to magik
znowu;
- ...I-dzie
ko-mi-niarz
po-dra-bi-nie...
-
Nie zdążył spleść
palców, jak
król bliski
płaczu rzucił
w niego koroną.
- I jak ja
mam tu rządzić
przy takiej
zgrai nudziarzy...!?
A wyrywaj
ty. Gdzie
klaun ? -
Przyszedł, kłaniając się
nisko.
- Tylko mi
tu bez głupich
min tym razem..!
-
Ale klaunowi dawno
wyczerpał się
repertuar. W
desperacji, zrobił
półobrót i
przykucając, pierdnął
soczyście. Król
ryknął takim
szatańskim śmiechem,
że omało
nie przewrócił
się razem
z tronem.
A doradcy
dworu nieśmiało
zaklaskali brawo.
- To było
dobre...! Ha-ha-ha!!!
-
No to rozochocony
i zdopingowany
klaun zaczął
dalsze popisy.
Skakał tym
razem żabką,
pierdząc przy
każdym skoku...
Ale to rozgniewało
Jegomościa. Spoważniał
nagle.
- To zniewaga!
Dosyć, ty
pierdzielu straszny..!
Wyprowadzić go,
a okna pootwierać!
Co za dużo,
to nie zdrowo.
Zwariował cholera.Taki
pierdzący klaun...jazda,
gdzie muzyka?...-
Po chwili już
brzęczały harfy...
KONIEC ( 1995 )
Chałupa była
stara. Okienka
malutkie, przycienione
muchami. Z
tyłu poletko
niewielkie, a
z przodu
od drogi
przeżarty kornikami
ganeczek. Kilka
chudych kwoczek
stukało dziobami
pod śliwą
w poszukiwaniu
pestek, które
Władysław Stypa
cedził z
pomarszczonych ust
i łapiąc
w sękatą
dłoń zataczał
koło a
podrzucał pod
drzewko.
Siadł se właśnie
przy ganeczku
na obróconym
do góry
dnem korycie
i dumał...
Niepokój gryzł go
już od tygodnia.
Podejrzewał, że
synowa go
podtruwa. A
syn gorąco
zaprzecza i
wmawia, że
tatusiowi coś
się pomyliło.
Stypa, choć
wytrwał 90
lat, to węchu
jednak nie
postratał... Kaszanka
podana na
śniadanie śmierdziała
nieprzyjemnie. Zajęło
mu trzy sekundy,
by się zorientować,
że chleb
posmarowany był
margaryną. A
on tak lubił
przecież masło...
Gdy wczoraj się
upomniał to
mu powiedziała,
że zjełczało.
Ale kupić
przecież mogła
rano. Fakt,
była w sklepie.
Przyniosła coś
w torbie...
A może zapomniała?
Słonko przygrzewało mocno
i staremu
zrobiło się
gorąco z
tych przemyśliwań.
Siłując się,
zdarł z
nogi gumiaka
aż cmoknęło,
bo to skarpet
nie miał.
Z ulgą wyciągnął
przed siebie
sczerniałą od
brudu stopę
i oparł
na kłaczku
trawy. Dziś
na obiad
ma być ryba...
W przypływie
nagłego entuzjazmu
odwrócił skapciałe
lico ku uchylonemu
oknu skąd
dolatywał odgłos
skwierczenia, a
wraz z nim
zapach drażniący
podniebienie.
Władysław Stypa lubił
dobrze zjeść.
Przymknął na
chwilę pergaminowe
powieki i
myślami przeniósł
się w nieco
odległe czasy,
kiedy to
synowa świeżo
po ślubie
z jego jedynakiem,
coraz to
zagadywała;
- A może
tatuś zje
kawałeczek kiełbaski..?
Świeżutka, akurat
co kupiłam...-
I zręcznie
odwijała bielutki
papier ukazując
wianek szynkowej.
Były parówki,
była zwyczajna,
a ostatnio
kaszanka...
Pamiętał też, jak
często podtykała
mu po plasterku
i innych
pyszności, to
znowu jajecznica
na boczku
z dwunastu
jaj... A
teraz ?... Ocknął
się prędko
z tych medytacji,
bo z okna
rozległo się
skrzekliwe nawoływanie
na obiad.
Wzuł gumiaki,
przejechał naślinioną
dłonią po
rzadkiej siwiźnie
i podreptał
w stronę
drzwi.
Niski był, pochylony,
zmurszały sędziwym
wiekiem. Syn
już siedział
przy stole,
na którym
dymiło z
talerzy. Stary
przysiadł na
skraju ławki
i ujął
w rękę
duży hitlerowski
widelec. Na
talerzu obok
kopiasto nałożonych
kartofli leżała
malutka rybka...
Odkroił kawałeczek
bokiem widelca
i spróbował.
Niezłe. Ale
tak mało..?
Porwany nagłym
honorem odsunął
zamaszyście talerz.
- Co to wam..?
- zagadnęła synowa
- Niesmaczne..! - Zawołał
energicznie, bekając
przy tym
obrzydliwie.
- Przecież dogadzamy
tacie jak
możemy - wtrącił
syn, krajając
potężny kawał
ryby, co
to aż zawadzała
chwostem o
obrus. Jego
kartofle pływały
w omaście,
a na swoim
talerzu nie
zauważył ani
jednego skwarka...
Ze złości
zaniósł się
suchym kaszlem,
to znowu
tak ‘dmuchnął’
w spodnie,
że syn i
synowa odłożyli
widelce, wytrzeszczając
oczy.
- Może tatuś
sie położy?
-
- Położy, położy...!
Wy by woleli
co by ja
już nie wstał...!
A to mnie
zepsuta kaszanka
na śniadanie,
a tera ta
rybka, a
wczoraj co?!...To
po to ja
przepisał ziemie
i chałupe...?!
-
- Bo i czas
na wycug
!...Na wycug
dziadu!...- Zaryczał
synalek szatańskim
śmiechem, aż
mu okularki
opadły na
resztki omaszczonych
kartofli. Wypiął
dupsko i
pierdnął w
stronę starego
fyrdajac dla
efektu nogą,
z której
spadł kapeć
i potoczył
się pod
stół.
KONIEC ( 24 / 6 / 98 )
Ubrany w
jedwabne majteczki
siedział na
taborecie, sztywno
nasłuchując pukania
do drzwi.
Tkwił tak już
od godziny.
Obok na stoliku
leżał cieniutki
jak mysi
ogonek bacik...
Ilekroć spojrzał nań,
dreszcz rozkoszy
łechtał mu
boki. Nie
śmiał jednak
patrzeć zbyt
często. Spuścił
w zadumaniu
wzrok i cierpiał
w ciszy wyczekiwania.
Tak nakazał
Mistrz...
A jakże, natarty
olejkiem, pachnący,
czuł, jak
pod jedwabiem
majteczek dzieje
się coś
niedobrego... Westchnął
cichutko, gdy
zegar wybił
godzinę siódmą.
Mistrz się
spóźniał...
Sztuczka to okrutna
sama w sobie.
Dupa go już
bolała od
siedzenia. Taborecik
o twardej
był powierzchni
i chłód
gryzł od
podłogi. Chęć
pożądania włożenia
butów warczała
w nim jak
zły pies.
I łyknął
by coś nieco,
i przegryzł.
W trakcie
zakładania nogi
na nogę
uchyliły się
w bok majteczki
tworząc lukę
pomiędzy udem
a pachwiną.
Spojrzał z
fascynacją, jak
ukazał się
czubek siuropalca.
Wtem rozległo
się tarapanie
klamki. Siuropalec
uległ gwałtownemu
skurczu ku
górze, podczas
gdy właściciel
wykonał energiczną
zmianę pozycji
zrywając się
na równe
nogi. Przekręcił
kłódeczkę i
otworzył drzwi.
- Mistrzu..! - Z
lamentem padł
do jego stóp.
Przybysz był
małej postury,
dobrze przesuszony,
pomarszczony na
gębie.
- Bigos gotowy...?!
- Zagrzmiał władczym
tonem swego
osiemdziesięcioletniego gardła
- Tak jest,
Mistrzu! -
- No to na
talerz ! A
na kolanach!...-
Wkroczył do pokoju
zasiadając przy
stole. W
mgnieniu oka
pojawił się
przed nim
dymiący półmisek.
Poddany klęczał
obok z wypiętym
zadem, a
nieruchomo...
Stary Mistrz konsumował
wolno, nadziewając
się z rozmysłem.
Od czasu
do czasu
kujnął widelcem
w wypięty
pośladek powodując
tym cieniutki
pisk rozkoszy.
Gdy w półmisku
ukazało się
dno, Mistrz
ukłonił się
i beknął
poddanemu w
odbyt. Był
to stary
trik starca...
Nie upłynęło pięć
minut, jak
Mistrz zrobił
półprzysiad i
warknął;
- Nadchodzi pierwszy...!
- Seria ułańskich
pierdow przeszyła
powietrze prosto
w nozdrza
niewolnika.
- A to ci
aromat niepowtarzalny,
a wytworny...Mistrzu..!
- Zawołał z
entuzjazmem.
Stary wyga z
miną wyższości
okrążył spacerkiem
pokój, głęboko
nad czymś
dumając. Nagle
przystanął i
wartko uniósł
prawą stopę
wskazując palcem
punkt, gdzie
perwersyjne rządze
zażyczyły sobie
skupienia uwagi
poddanego. W
mgnieniu oka
przypełzał iście,
gotów przyjęcia
dalszych rozkoszy
zapachowych. Mistrz
naprężył chude
torso i strzelił
odgłosem korkowo-soczystym,
bulgocząc na
ostatki. Niewybredny
ci to gest
dla smakosza
gazów odbytu.
Wchłonął łapczywie
jamą ustną,
aczkolwiek niezupełnie,
jako że
Mistrz pociągnął
nosem i z
irytacją zagrzmiał
złowrogo;
- Czuć..! Tak
to się starasz?!
Za wolno
odkurzasz powietrze!
Smierdzi !...-
Niewolnik ze skomleniem
wołał o
wybaczenie, jednakże
opóźniona była
owa skrucha.
Za chwilę
bowiem świsnął
bacik opadając
na jego nogi
i przedział.
Zerwał się
i trzymając
za siedzenie
obiegł w
podskokach pokój.
Mistrz nie
zwracając na
to uwagi
znowu napiął
torso wypinając
zad. Próbował
tak niecnota
dłuższą chwilę.
Pocił się
i nadymał
i kręcił
rowerkiem stopą
tuż nad
podłogą, ale
dupsko się
czemuś zacięło.
- Bigos ! - zawołał
z irytacją
- Dawaj bigos!
-
Niewolnik w te
pędy przytaszczył
rondel. Wkłuty
w środek
był widelec.
Mistrz zasiadł do
stołu. Gdy
skończył, zamówił
bób i kefir.
Gdy i to
poradził skonsumować,
zzuł trzewiki
i zażyczył
sobie ‘pedikiur
‘. Żylaste,
oblepione brudem
i serkiem
potu stopy
czekały na
skupienie uwagi
poddanego. Ujął
ci on z
namaszczeniem mistrzowską
nogę i delikatnie
wsunął czubeczek
języka pomiędzy
powykręcane reumatyzmem
palce. Bez
wątpienia kogokolwiek
wyobraźni, czynność
tę powtórzył
osiem razy
a następnie obmył
tymże fasonem
spękane pięty.
Długie żółtoczarne pazury
zajęły bez
wątpiena szereg
minut artystycznego
żucia. Ledwo
odetchnął, znużony
okrutnie tym
niewdzięcznym zajęciem,
gdy Mistrz
zerwał się
wołając;
- Nadchodzi pierwszy..!
-
Skupiając uwagę z
refleksem niebylejakim,
wchłonął w
płuca trzask,
który był
mieszanką fermentującego
bigosu, bobu
i kefiru.
Iście artystycznie
zaprezentowany. Tym
bowiem razem
był to odgłos
trzeszcząco-ognisty,
acz przechodzący
w głuchy
szept ku
końcowi...
- Mistrzu ! Brawo!
Przecie to
rarytas w
najwyższej jakości!
-
Starzec zrobił przebiegłą
a chytra
minę, po czym
zmróżywszy oczy,
warknął;
- Akcja !...Nadchodzi
drugi ! -
Ledwie zakończył zapowiedź,
jak odgłos
iście terkoczący
a długi
w swej barwie
dźwiękowej zatarabanił
okolicą jego
portek. Niewolnik
zachłysnął się
rozkoszą prawdziwego
smakosza.
- Oszczędniej Mistrzu!
Bez pośpiechu...-
jęknął, łapiąc
resztki podmuchu.
Mistrz wyrecytował trzecią
rundę. Teraz
kadził powolnym
pukaniem, zakończywszy
piskliwą nutą.
Pokrótce jednak
w pokoju
zakonserwował się
fetor tak
okrutny, że
obaj, jak ryby poza wodą łapali
powietrze strute
i okitowane.
Mistrz dostał
ataku charczącego
kaszlu zginając
się w pół
i tupiąc,
a niewolnik
stał w kącie
poskromiony wstydem
wyzucia...
Wnet jednak i
on poczuł,
że pierdy
Mistrza są
nie do zniesienia.
Zbladł, prostując
pierś. Prącie
jego skurczone
a malutkie,
smutnie zwiesiło
głowę...
Fala dumy rozbudziła
ambicję godności.
Spojrzał na
swe wynagliżowane
ciało i
na ową postać
starczą, co
to akurat
ukończywszy ostatni
krzyk kaszlu,
wypięła dupę
w jego kierunku...
- Uwaga !...Nadchodzi
czwarty!!! - zawołał
z nowym entuzjazmem
i rozpoczął
terkotanie... gdy
otrzymał takiego
kopa w odbyt,
że puściło
go to pędem
przez pół
pokoju.
- Jak śmiesz?!...-
zaryczał, prostując
się wartko
- Ha ! Dosyć!
Jazda! Wyrywaj
stary zbuku!
Zmykaj, zanim
otrujesz nas
obojga!...-
Mistrz wyleciał w
tymże momencie,
a za nim
pofrunęły buty
i bacik.
Trzasnęły drzwi.
Władysław Pokorny prędko
wciągnął spodnie,
buty i koszulę.
Płomień wstydu
zahasał mu
na twarzy.
Przejechał dłonią
po łysinie
i spojrzał
w lusterko.
- Trza z
tym skończyć...-
pomyślał.
Małżonka oto na
pogrzeb wyjechała.
Para dziatków
na kolonii....
Tak dłużej
nie można.
Zmył naczynia
i wyszorował
gar po bigosie.
Rozejrzał się
bezradnie po
kuchni. Spojrzał
na zegarek.
Dochodziła dziesiąta...
Kroplisty pot
wypełzał mu
na skroń.
Z boku na
kredensie leżała
główka kapusty
i stał słoik
kiszonej. Trza
się śpieszyć.
Kolejny Mistrz
był zabukowany
na jedenastą
trzydzieści... Czy
zdąży ugotować
kapuśniak?...
KONIEC ( Koniec maja 1999 )
Powyższe opowiadanko odnosi się do dosyć rzadko spotykanej perwersji seksualnej (Flatuphilia {ang}), która ma miejsce wśród zwolenników uprawiających sado-masochizm.