opowiadanka 111-120
Skomplikowane myœli pu³kownika Stypy (grudzieñ 2005)
Sponsor
Do cha³upy ty³em poletka uciek³
Prali, wyzywali i przepraszali
Tajemnica psiarni
Bajeczka dla doros³ych dzieci (Nr.2)
Raz tylko wpad³
Chujowa rozmowa
Skomplikwane myœli pu³kownika Stypy (grudzieñ 2005)
Pewien wariat w obliczu niebezpieczeñstwa wsadzi³ g³owê do lodówki by zachowaæ zimn¹ twarz...
Pewien szczep ludo¿erców bradzo dobrze traktowa³ turystów - byli zabijani bezboleœnie.
Pewien peda³ pracowa³ w banku spermy, ale poniewa¿ pi³ - wyrzucono go z pracy.
Pewien niewidomy ginekolog potrafi³ czytaæ z warg...
Dlaczego niewidomy karze³ by³ bity przez kobiety? - bo narzeka³, ¿e im œmierdz¹ w³osy.
Pewien facet poprosi³ trêdowatego o podanie rêki...
Co jest mniejsze od pch³y? - pchli kutasek.
Dlaczego s³onie nie lataj¹ w samolotach? - bo nie mog¹ zmieœciæ tr¹by pod siedzeniem.
Jaka jest definicja paskudy? - gdy zajrzysz do lodówki i pieczeñ wo³owa spierdzi ci siê w twarz.
Bogaty pan Norka da³ swojej ¿onie pani Norce futro z ¿yda do kostek.
Pewien peda³ zapuœci³ w¹sy, by ukryæ rozstêpy na ustach...
Po czym poznaæ, ¿e otrzyma³eœ list od trêdowatego? - w kopercie jest tak¿e jêzyk.
Pewien ekscentryk czesa³ siê kogucim grzebieniem.
Pewien matematyk mia³ skomplikowane porachunki z innym matematykiem.
Wychowanie fizyczne to nauka fizyki.
Wêdkarz wêdzi³ to, co zwêdzi³.
Dlaczego g³usi nie s³ysz¹? - bo s¹ g³usi.
Jaka kobieta siedzia³a w celi? - Celina.
Po czym poznaæ ¿e miêso jest zepsute? - gdy je przyciskasz palcem to popierduje.
W sklepie z komputerami roi siê od myszy...
Pewien dziadek chcia³ wejœæ na internet i zawali³ siê pod nim komputer.
Z czego s¹ potrawy? - z trawy.
Czy przy zamiataniu robi siê zamieæ?
Prosiê prosi by go poprosiæ a potem przeprosiæ gdy nie mo¿e siê doprosiæ...
Szczyt marzeñ kota; - dostaæ na urodziny kilogram myszy.
Dzieci smoka? - smoczki.
Pewien wariat zamiast do poduszki, wpakowa³ puch do puszki...
Je¿eli nie myjesz zêbów po ka¿dym posi³ku, to tak, jakbyœ nie podtar³ dupy po wysraniu siê.
¯ona mandaryna? - mandarynka.
Mycka ¿ydowska to kapelusz, od którego odlecia³o rondo.
Bezp³odna kobieta to ja³ówka.
Gdyby nie by³o ludzi biednych, to nie mielibyœmy komu pomagaæ.
Cz³owiek jako istota
towarzyska, nie lubi byæ sam. No, powiedzmy
przez pewien czas takiemu czy siakiemu zdarza siê
to, ale rzadko na d³u¿sz¹
metê. Czyba, ¿e
jest to pustelnik praktykuj¹cy uduchowienie
ca³kowite, lecz takich kiciusiów jest
tyle, co kot nap³aka³.
Bo wiadomo, hormony buszuj¹ce spokoju nie
daj¹, to i pobzykaæ
trzeba, a po³asiæ
siê by ktoœ
pog³aska³
w chwilach natarczywie wrednych. No, a i pogadaæ
te¿ siê
chce i zwierzyæ, a czasem i z³oœci
swe wykrzyczeæ w ucho bliskie a ³askawe.
S¹ te¿
i tacy, co swobodê osobist¹
“sam na sam” zaprzedaj¹ w imiê
ideii pomocy kamrackiej, gdzie widmo obiecanki-cacanki bywa tak silne, ¿e
pod dach swój goœcinny spraszaj¹
wszelkiego rodzaju trutni maœci
hochsztaplerskiej. A dzieje siê i tak, co
samotnoœæ brzêczy
cisz¹ upierdliw¹
gdy gêby nie ma do kogo otworzyæ.
Pan Zbigniew Ciechoroba mieszka³
sam. Kocha³ ³ad,
sk³ad i porz¹dek,
a pedantem z natury by³, na drobiazgi
wszelkie uwagi zwracaj¹c swe czujne, by
wszystko by³o, jak byæ
powinno. Cnoty te¿ pieœci³
w doskona³oœciach
wielkich. Problem w tym, ¿e i o od innych
tego samego oczekiwa³. Ale po kolei. W
wieku lat czterdziestu w¹sy zapuœci³
i do chóru mêskiego w klubie pisarzy prozy
powa¿nej wkroczy³,
jako ¿e g³os
mia³ iœcie
gromki, a tak przenikliwy, ¿e jak zaœpiewa³,
to go na drugim koñcu parafii s³ychaæ
by³o. Tak przynajmniej twierdzi³
jego znajomek, Edward Kapota. Chór pisarzy prozy powa¿nej
inspiracje artystyczne w nim wyskroba³ w
postaci coraz to nowych odcieni barytonu, co to ³zy
¿ewne wyciska³o
u s³uchaczy.
A¿ niejaki Jasiu Melodia
o autograf go poprosi³. Gada³,
co znajomy wujka jego w operze ponoæ
pracuje i szczerze przyrzeka³ pomoc przy
wkrêceniu Zbigniewa w owe grono trupy
operowj, bo to niby marnuje akordy swej grdyki poœród
zgrai pisarskiej, jako ¿e sam pisaæ
nie potrafi³. - Tam bracie, artyœci
z prawdziwego zdarzenia na scenach wysiaduj¹,
a tu? Wyœpiewywanie po akademikach
studenckich s³awy ci nie przyniesie. -
Wypili po trzy piwa i przy czwartym Melodia g³osem
iœcie konspircyjnym oœwiadczy³;
- Wiesz Zbysiu, szybciej bym ci za³atwi³
owe kontakty, gdybym tak w mieœcie na d³u¿ej
móg³ siê
zatrzymaæ, ale nie mam gdzie... -
I j¹³ szeroko wywodziæ
o ¿ywocie na wsi, gdzie wraz z bratem i
matul¹ osiem hektarów kapusty uprawiali, i
jak to paskuda zarazy jakiejœ iœcie
tajemnej tak unicestwi³a ich plony, co
ledwo cztery worki zebrali, a i to na koniec ktoœ
z szopy w nocy wyniós³. Przy pi¹tym
z kolei piwie, Zbigniew Ciechoroba tak siê
wzruszy³ opowiastk¹
t¹ markotn¹,
co u siebie owe zatrzymanie siê mu
zaproponowa³. Jasiu Melodia a¿
klasn¹³ na ow¹
propozycjê i jeszcze tego wieczoru na
pokoje Ciechoroby wkroczy³. A by³o
ich dwa, pedantycznie czystoœci¹
wypieszczone, ¿e i py³ka
tam nie znalaz³. By³a
i kuchenka, gdzie kolekcja talerzy cudnie malowanych œciany
zdobi³a, atmosfer¹
folkloru hasaj¹c, to znowu czajnik z
gwizdkiem a tak wypolerowany, co gêbê
sw¹ niczym w zwierciadle dojrzeæ
mo¿na by³o!
Tam to te¿ zasiedli i Zbigniew kolacjê
wykwitn¹ na stole wyczarowa³
dla sponsora swego. Najpierw dyniê na gor¹co
poda³, co to polana by³a
sosem warszawskim. Potem uszka t³uszczem
zajêczym nadziewane i racuszki z borówkami.
By³ te¿
roso³ek ze strusia, a na koniec pó³metrowe
rurki z kremem i orzeszkami.
Przypochlebia³o to
Melodii, który szybko zmiata³ z talerzy i
coraz to g³oœniej
wychwala³ zalety znajomoœci
znajomego wujka, co to ponoæ w operze
pracowa³. A ¿e
i piwo iœcie popularne tego wieczoru by³o,
to owego “ponoæ” Zbigniew niedos³ysza³
- mimo dobrego s³uchu muzycznego. Jasiu
rzecz jasna wymawia³ te¿
to s³owo odpowiednio po cichu , ale to ju¿
inna sprawa.
Minê³o dni kilka.
Melodia w “goœcinnym” na tapczanie
sypia³, a ¿e
pojawi³ siê
u Zbigniewa bez niczego, to ju¿ drugiego
dnia o skarpetki poprosi³, a potem na
koszulê i papcie przysz³a
pora. Przejêty srodze rol¹
sponsorowania, uwagi nijakiej nie zwraca³
na zachowanie porz¹dków wokó³
swojej osi.
- Wannê po sobie nie
wymy³eœ
- upomnia³ go Zbigniew, gdy smugi czarno-t³uste
przy brzegach wypatrzy³. Ale i nie tylko.
Bo oto i pêdzel do golenia a¿
sztywny od myd³a w zlewie znalaz³,
nie mówi¹c o wodzie rozchlapanej tu i tam,
¿e pod³ogê
œciereczk¹
sam przejechaæ musia³
by stóp nie zamoczyæ, jako co wlaz³
tam na boso. Niegdyœ lœni¹ce
lustro, past¹ do zêbów
upstrykane teraz by³o.
- Jasiu, a weŸ no to
posprz¹taj - zawo³a³
Ciechoroba gromkoœci¹
barytonu swego, który zamiast wyœpiewywyæ,
upominkami trzeszcza³. Jasiu Melodia nie
tylko bowiem ba³agan czyni³,
ale i nawyki dra¿liwe miewa³,
bo na ten przyk³ad w bezruchu usiedzieæ
nie potrafi³. Rêce
lata³y mu ciêgiem
na boki, to znowu stop¹ rytmicznie
podrygiwa³, telepi¹c
rytmy jakieœ zdzicza³e
o pod³ogê.
Mia³ te¿
zwyczaj popierdywania ustami po ka¿dym
wypowiedzianym zdaniu. Najbardziej jednak niemi³e
w akustyce swej by³o g³oœne
ka³atanie ³y¿eczki
o szklankê, gdy to miesza³
bezwstydnie przes³odzone herbatki. Gadki
sponsorowskie da³y te¿
tyle, co dmuchanie przepiórce w ucho, i czym wiêcej
Jasiu o tym mówi³, tym ciszej jego
gospodarz œpiewa³.
A¿ raz, a by³o
to po czasie wielce przeterminowanym wyczekiwaniem, Edward Kapota siê
w pobli¿u nawin¹³
i tak powiada; - A przepêdŸ
ty tego dziada, bo... - i j¹³ wyjaœnienia
uchu nieprzyjemne sypaæ. Otó¿
niejaki Bronis³aw £aska,
znany samarytanin ze wsi Poletko Ja³owe, co
to do¿ywia³
przytu³ek dla pobo¿nych
ch³opców, spostrzeg³
raz tajemne znikniêcie czterech worków
kapusty. Drzwi szopy piastowa³y ci skobelek
ukrêcony i ch³op
przyczai³ siê
tam ukryty w mrokach nocki nastêpnej. Na
wabia wystawi³ dwa worki kamieni w drzwiach
komory. Stoi, czeka, jest! Postaæ wysoka
nicpoñstwem swych kroków zdradzieckich zza
rogu siê wychyli³a
i wtedy to £aska latareczk¹
mign¹³, rozpoznaj¹c
kto taki. Jasiu Melodia pijaczkiem okolicznym by³
i w przyp³ywach kamrackich zwierzeñ
gada³, co do miasta ma ochotê
przecwa³owaæ,
tylko nie wie jak, bo to familii ¿adnej ni
kole¿ków ¿adnych
tam nie mia³. A¿
Leon Psiaczara myœl mu podsun¹³,
co by pojecha³, i na mi³oœnika
opery pozowa³, bo to artyœci
czu³e dusze maj¹
i gdy pstryknie jak¹-tak¹
obiecankê we wspomo¿eniu
przy wciœniêciu
siê na scenê,
ulula tym czujnoœci wszelkie i kto wie, czy
presti¿e jakie tym nie przydyba. - Najwa¿niejsze,
to siê wkrêciæ.
Tylko ko³o amatorów na pocz¹tku
spaceruj, a nisko ko³uj. A potem to ju¿
jakoœ bêdzie
- poucza³.
Ciechoroba a¿ na gêbie
posinia³ s³ysz¹c
te przytyczki do amatorstwa. A ju¿
najbardziej go zez³oœci³o,
co z³odzieja se pod dach sprowadzi³,
przyjaŸni sponsorskiej wypatruj¹c.
Ba, karmi³ i znosi³
nicoœci wszelkie, talenty swe na nie³aski
wystawiaj¹c. I tak to dnia owego przepêdzi³
dziada natrêtnego, odbieraj¹c
koszulê sw¹
i papcie. O skarpetki siê nie upomnia³.
Epilog
Jasiu Melodia na wieœ
nie powróci³. Ponoæ
widzia³ go ktoœ,
jak przy chórze emerytów stra¿y po¿arnej
siê krêci³,
o znajomoœciach znajomego wujka prawi¹c,
a ¿e ch³opy
to by³y czerstwe i z naiwnoœci
wyp³ukane, d³ugo
tam nie zabawi³.
Rok póŸniej, jeden z
kole¿ków chóru pisarzy prozy powa¿nej
zwierzy³ siê
Zbigniewowi w wielkiej tajemnicy, co w³aœnie
goœci u siebie krytyka operowego, co znajomoœci
wielkie ma, bo ponoæ znajomy jego wujka w
operze pracuje...
KONIEC 8.12.05
Do cha³upy ty³em poletka uciek³
Cha³upa Stefana Gorzelni
stercza³a na samym koñcu
wsi Ko³atka Pochy³a.
Biedneñkie jej progi wiod³y
do izby równie ubogoœci¹
upstrykanej, gdzie ino muchy bzyka³y radoœnie,
jako ¿e ojciec, babka, dziadek i dwie
starsze siostry Stefana radowaæ siê
nie mieli czym. ¯e to ojciec chorowity by³,
Stefan w rêce swe pozycjê
gospodarza przej¹³. A tak wartko
gospodarowa³, ¿e
i wysraæ siê
nie mieli czym. Najgorzej zrzêdzi³
dziadek, jako co najstarszy by³ i czasy
lepsze ku strapieniu Stefana pamiêta³.
Diabli nadali, i¿ umys³
jego bystroœci¹
szala³ iœcie
m³odzieñcz¹
mimo wieku sêdziwego. W ³ó¿ko
siê ani razu nie zr¹ba³
i ³y¿k¹
do gêby te¿
trafi³, popisuj¹c
siê koordynacj¹
ruchów pospolitych. Babce koñczyny drga³y
bezwolnie i nie pamiêta³a
ile to ma lat, a jedynaka swego nie poznaj¹c.
Dziadek poznawa³ i pamiêta³.
Za m³odu matematykiem by³
i nauki swe w praktykê teraz ci wprowadza³.
Potrafi³ na ten przyk³ad
wyliczyæ, ile kartofli przypada³o
w udziale dla ka¿dej gêby
zebranej wokó³ sto³u
w okresie zimowym, a ile te¿ latem. Zna³
siê na alfabecie morsa i czêsto
z pukania dziêcio³a
w sadzie rozczytywa³ kiedy deszcz bêdzie
pada³, a kiedy posucha nastanie. M¹dry
ci by³ dziadek Stefana i bylejakoœci¹
siê niezadawala³.
Na staropanieñstwo wnuczek te¿
prosto spojrzeæ nie potrafi³.
Có¿ jednak, kiedy pannicom w kroku brzydko
pachnia³o, ¿e
i najmniej wybredny g³upi Jasiu, co to u m³ynarza
pos³ugiwa³,
w pobli¿e siê
nie nawija³. Ojciec z trwogi najpierw
osiwia³, a potem wy³ysia³
i nos nisko zwiesiwszy, pod pierzyn¹
siedzia³. Dziadek ci go piastowa³,
na wnuka pyskuj¹c srodze, bo to nic ino pod
spo¿ywczym stró¿owa³,
a napitki taniutkie wolno z butelczyny siorpi¹c,
by na d³u¿ej
starczy³o.
Heniu Posoka, truteñ i nierób wielki (choæ
ma³ej postury), te¿
tam wysiadywa³ a nowinki nieprawdziwe braci
zebranej w uszy k³ad³.
W³aœnie
usta szeroko rozziawione, co to jak wór bezdenny siê
widzia³y, Jasiowi od m³ynarza
pokazywa³.
- Patrz - mówi - i zapamiêtaj, bo jutro
protezki z porcelany bielutkiej tu zagoszcz¹.
A teraz, daj ³apê
i postaw co z tej okazji -
Stefan Gorzelnia co to z boku sta³ i
rozmowie siê przys³uchiwa³,
splun¹³ niedbale.
- Pieprzysz Heniu. Te zêby ci wstawiaj¹
ju¿ od roku -
- W¹tpisz...? - zawo³a³
zaczepnie Heniu, bo porywisty z natury by³.
- No, niby nie. Tak sobie tylko ¿artowa³em
-
- To w takim razie stawiasz karniaka, bo prawdê
powiadam! -
- Dobra, tylko wpierw trza siê odpryskaæ
- rzek³ Gorzelnia i w krzakach pobliskich
przepad³.
Bo po prawdzie, to odpryskaæ siê
nie mia³ czym ani i postawiæ
za co. Do cha³upy ty³em
poletka uciek³. Trafi³
ci na moment, kiedy dziadek herbatk¹ ojca
poi³. A wolniutko ci z czajniczka j¹
wlewa³ w usta podesch³e.
- No i co, znowu ³azisz po kniejach zamiast
ojca napoiæ? - zapyta³
dziadek
- a co ja tam bede wszystkich poi³... - To
mówi¹c, obróci³
siê i w pole uciek³,
nie œmi¹c
wracaæ pod spo¿ywczy.
KONIEC 8.12.05
Prali, wyzywali i przepraszali
Pomimo szorowania i wietrzenia, dywan
œmierdzia³
coraz bardziej. Fakt, pochodzi³ ze
œmietnika, ale
¿e prezentowa³ siê
obiecuj¹co, bratanek Zacharego, Bogumi³,
namówi³ go by przenieœæ
dywan do domu. DŸwigali go we dwoje. Deszcz
w tym czasie lun¹³ i wichura siê
zerwa³a, ale nieœli.
Potem by³a ceremonia wyrzucenia starego
dywanu, który te¿ pochodzi³
ze œmietnika... Na
œmietnik oczywiœcie
powróci³. Dywan ’nowy’ spocz¹³
na œrodku pokoju, ale
¿e by³
nieco zapaskudzony, trza go by³o przepraæ.
W ruch te¿ posz³y
najprzedniejsze proszki, myde³ka i inne
wymys³y chemicznej czystoœci,
co to zapach lawendy tak rozhasa³y po
mieszkaniu, ¿e w nosie wierci³o
srodze. Tak prali szczotkami masuj¹c wartko,
¿e dywanisko do cna przemok³o
i w oknie trza go by³o wywiesiæ,
by wilgoci wszelkie przesuszyæ. Ale
¿e zbutwienia owe d³ugo
sch³y, natarczywy cuch bakterii przepêdzi³
zapach lawendy. Po dniach paru wytrzymaæ
ju¿ tam by³o
trudno i obaj klêli na owy dywanowy
wynalazek ze œmietnika. -Wiesz,
- rzek³ Bogumi³
do Zacharego - a mnie siê wydaje,
¿e trzeba go przeprosiæ,
to i œmierdzieæ
przestanie... -
Tak te¿ i zrobili. Dywanisko zaœ
œmierdzia³o
nadal, ¿e po tygodniu wynieœli
go z powrotem na œmietnik...
KONIEC 23.3.06
Dobrodziej Bernard Paciorek urzêdowa³
w parafii Kazanice. Zdyscyplinowany i uduchowiony, twarz wielce natchnion¹
wizjami œwiêtymi
po okolicy obnosi³. Lubi³
udzielaæ siê
spo³ecznie i coraz to organizowa³
schedy na cele charytatywne, gdzie taki czy siaki wyskakiwali z kasy, bo ponoæ
dobry Bóg zaleci³ wspominaæ
tych, co kasy nie mieli. Tak te¿ na ten
przyk³ad na czele projektu owego by³o
zorganizowanie pracowni plastycznej dla grupy czeladników, co to po przejœciu
na chude fundusze emerytury zwêszy³a
u siebie talenty malarskie. Jeden z nich, to machn¹³
pêdzlem taki pejzarz zimowy,
¿e ludzie ogl¹daj¹c
go trzêœli siê
z zimna. Inny, Chrystusa na p³ótnie usadzi³,
a tak sprytnie cienie podobiera³, co
parafianie ¿egnali siê
z przejêcia, pacierze szepcz¹c.
Sam dobrodziej Paciorek na kolana przed portretem owym pad³
i ponoæ kilka ró¿añców
odmówi³, odmawiaj¹c
jednak kupna dzie³a owego, jako co miejsca
na œcianach plebanii brakowa³o,
a nad drzwiami spi¿arni powiesiæ
siê tego nie godzi³o.Kolejn¹
grup¹ potrzebnickich by³o
szeœciu ateistów, którym dobrodziej wisiorki
œwiête
na szyjê sprowadziæ
zapragn¹³ z samego Watykanu. Potem by³o
zjednoczenie filantropów spod Karpacza, co to cucili omdla³ych
z wysi³ku wspinaczy na szlakach górskich.
Na sam koniec listy wcisnêli siê
woluntariusze z pobliskiej psiarni, gdzie ponoæ
psy wyj¹ce z zimna spokój zak³óca³y.
Niby ogrzewanie trza by³o zamontowaæ,
czy co jeszcze. Ktoœ tam gada³,
¿e z g³odu
psy zawodzi³y, ale zimno te¿
by³o. Sytuacja owa tak zaintrygowa³a
dobrodzieja, co sam na zwiady siê wybra³.
Psiarnia owa w polu nieco ustawiona by³a
i ju¿ z daleka jazgoty a lamenty psie s³ychaæ
by³o, a czym bli¿ej
dobrodziej podchodzi³, tym g³oœniej
owe nicoœci siê
rozlega³y. Wiaterek ci tego dnia powiewa³
te¿ niezgorszy, po³ami
cha³ata jego telepi¹c,
to znowu okrycie z g³owy porywaj¹c.
Gdy Bernard Paciorek zajrza³ w nisko
osadzone okienka kancelarii, czterech spasionych woluntariuszy na sto³kach
spoczywa³o, herbatkê
siorpi¹c dla rozgrzweki niebylejakiej. Pod
sto³em pies równie t³usty
z miski coœ ch³epta³.
Ten nie lamentowa³.
Dobrodziej wlaz³
tam bez pukania.
- Niech bêdzie pochwalony, a to widzê
co panowie nie po bo¿emu czas spêdzaj¹
- rzek³ na powitanie.
- Ale¿ proszê
ksiêdza, toœmy
dopiero co usiedli. -
- W imiê ojca i syna, to czemu w psiarni
taki ha³as? -
- Od tygodnia grasuje tutaj kot, to i psy sza³u
dostaj¹ na jego widok. -
- A ja s³ysza³em,
co jeϾ nie dajecie. -
- Dajemy. Ale cholery siê upar³y
i jeœæ nie chc¹.
-
- Poka¿cie co. -
Jeden z nich wskaza³ na ogromny wór w k¹cie.
Dobrodziej zajrza³,
¿egnaj¹c
siê trzykrotnie. W
œrodku by³y
trociny, z których wystawa³ ogromny jak
dynia koci ³eb...
KONIEC 25.1.2006
³ych dzieci (Nr.2)
W pewnej stajni we wsi Kopytka Ostre, konisko stare przy
¿³obie pustym zêbami
przydzwania³o. Pysk d³ugi
a obwis³y piastowa³,
a ¿ebra wystaj¹ce
taniec chudoœci ca³kowitej
wzd³ó¿ torsa wyczynia³y.
Gospodarz, W³adys³aw
Brykaj, ano co w pole zaprzesta³ go
wyprowadzaæ, bo to staroœæ
ostatnie si³y zeñ
wycmokta³a i nawet dwuko³ówki
ju¿ uci¹gn¹æ
nie potrafi³. W³aœnie
co na targ gospodarza ponios³o, gdzie nowego
konika zakupiæ pragn¹³.
Strapi³o to srodze starego grzywacza, jako
co œwiadom by³
owej sytuacji iœcie upierdliwej. Nie z
jednej ³¹ki siano konsumowa³
i widzia³ te¿
niema³o w swym koñskim
¿ywocie. A to zara za p³otem
niejaki Piotr Siod³o siedzia³
na czterech hektarach twardzizny i piachu. Klacz ci on mia³
urodn¹, a i o sile niespo¿ytej.
To i ora³ ni¹
owe gruzowiska przez lat 20, a tak batem g³aska³
dla zachêty, co klacz z boleœci
wielkich pod siebie sra³a. A
¿e sk¹py
by³ z natury, to pod koniec trocinami karmi³,
s³omê na
deser pod pysk podsuwaj¹c. To i nie dziwota,
¿e pewnego poranka klacz stuknê³a
kolankami w próg stajenki i dwa dni póŸniej
w ¿eŸni
jako konina na hakach zawis³a.Piotr Siod³o
nowego konika sobie kupi³, co to ze
œwie¿¹
werw¹ si³
witalnych, w glebie zatwardzia³ej harce
wyczynia³.
- No có¿, - pomyœla³o
stare konisko - taka w ¿ywocie kolej rzeczy
-
I trwoga okrutna zaskwercza³a w czerepie
jego. S³ysza³
przecie dobrze, co o garbowaniu skór gospodarz jego ze s¹siadem
nawija³ wedle p³ota.
Brykn¹æ te¿
nie mia³ jak i dok¹d,
bo to rzemykiem uczepiony do ¿erdki by³.
Gdy dzionek ten ponury wlaz³ za chmurki, r¿enie
ciche w uszy mu siê wcisnê³o
i po chwili przybysz nowo-nabyty do stajni wkroczy³.
Dupa u niego wielka a wysportowana by³a i
grzbiet g³adki lœni³.
Spojrza³ zaczepnie na starego konia i tak
rzek³;
- Ciasno tu i œmierdz¹co.
Jam przywyk³y do innych wygód. -
- Do wygód...? Tutaj nic, ino robota karko³omna,
a jak nie, to batem ciebie ³oj¹
po portkach. -
- No, ja batem jeszcze nigdy nie dosta³em, a
p³óg i pole to dla frajerów. -
- To co w takim razie robi³eœ
do tej pory? -
- Jak to, nie widaæ po mnie? -
- No, widzê coœ
spasiony i wypania³y. -
- Ha, bo ja jestem koñ wyœcigowy!
-
- I sprzedali ciê do roboty? -
- Gdzie tam. Sprzedali, bo swoje ju¿ przecwa³owa³em
i teraz czas na emeryturê. Bo widzisz, mój
zawód to przywilej; pobiegasz kilka lat i idziesz na odpoczynek. -
Stary koñ parskn¹³
œmiechem:
- Odpoczynek, to ty mia³eœ
zanim tu przyszed³eœ,
a od jutra jazda w pole -
- Nigdzie siê st¹d
nie ruszam. Zróbmy tak; idŸ ty i rób za mnie
i za siebie, a ja tutaj za nas obu i zjem i odpocznê.
-
- Za starym na takie cwaniactwa - obruszy³
siê stary koñ
- myœlisz, co darmo ciebie bêd¹
tu trzymali i ¿reæ
dawali? -
Wtem gospodarz siê pojawi³
i wiaderko owsa nowemu przybyszowi pod nos podsun¹³.
Ten, z min¹ wy¿szoœci
zajadaæ wnet pocz¹³
smacznie. Stary koñ pysk swój podsun¹³
do wiaderka, gdy¿ paskudnie wyg³odzone
brzuszysko piastowa³, ale gospodarz drogê
mu zast¹pi³
i tak powiada;
- A wyrywaj ty, ju¿ ci owies wonieje? Dziœ
nic, tylko woda na przep³ukanie flaków. Bo
po prawdzie za chudyœ na kie³basy
i paœæ siê
ciebie ju¿ nie op³aca,
ale ze skóry ze dwa paletka uszyæ bêdzie
mo¿na. -
Stare konisko zbarania³o na s³owa
owe paskud¹ powleczone.
- No, mo¿e i czapkê
jak¹ te¿
siê wakroi, bo skóra obwis³a
staroœci¹
i bêdzie jej z metr wiêcej...
- doda³ po namyœle
ch³op.
Koñ wyœcigowy
zar¿a³
na te s³owa z ironi¹
z³oœliw¹:
- No, to widzê, co po¿ytek
z ciebie bêdzie nawet gdy kopyta wyci¹gniesz!
-
- A z ciebie kamrat iœcie zasrany! - obrazi³
siê stary koñ
i zadem obróci³.
Gdy ranek zawita³
œpiewem s³owików
i sikorek zza proga stajenki nadzianej sk³ócon¹
par¹ rumaków, gospodarz W³adys³aw
Brykaj z batem w rêku do
œrodka wkroczy³.
- No, - zwróci³ siê
do nowo-przyby³ego kopytnika - Jazda , pora
w pole! -
Koñ parskn¹³
w odpowiedzi na to, dupskiem olbrzymim gospodarzowi w lico przyœwiecaj¹c.
A ten, jak nie zdzieli go po owych œlicznoœciach
wyœcigowych, a¿
konisko przysiad³o, chwostem po bokach
wymachuj¹c.
- Ojej! Ratunku! Pomó¿ bracie! - zajêcza³.
Ale stare konisko kopyta na boki roz³o¿y³o
z min¹ bezradnoœci
na pysku d³ugawym a srodze obwis³ym:
- Tyle ci mogê pomóc, co ty mi. I powiem ci
jeszcze to, ¿e wolê
ju¿ iœæ
’na skórki’, ni¿ w polu popierdywaæ
z wysi³ku przez 20 lat. Twoja teraz kolej...
-
KONIEC 26.9.06
£Zenon Comasz
¿y³ z opró¿niania pijackich kieszeñ, tote¿ czêsto-gêsto krêci³ siê w pobli¿u zak¹tków, gdzie pilegrzymki alkoholowe lokalnych tubylców miejsce mia³y. Owe zak¹tki, to ³aweczka suto otoczona krzaczkami gêstymi w pobliskim parku i niewielki skwerek za rogiem sklepiku spo¿ywczego. Zenon obeznany by³ na geografii okolicy jak ma³o kto i stale na bierz¹co ocykany z sytuacj¹ majêtnoœci okolicznej dziatwy. Lubi³ po odcedzeniu kilku piwek che³piæ siê przydomkiem prywatnego detektywa, bo ponoæ niegdyœ wypatrzy³ na bazarze jakieœ fanty z ogo³oconej w pobli¿u piwnicy.koniec 18.5.2007
- Rucha³eœ
Pitka?-
- Gdzie tam. On jest taki rozjebany, ¿e
mu z dupy pasztet cieknie. -
- A czemu to? -
- Podobno czêsto na wieœ
do babki jeŸdzi i gdy stara jest w
koœciele, a
³azi tam co wieczór, Pitek puszcza
siê z bykiem w obórce -
- Sk¹d o tym wiesz? -
- Tomek Pa³a widzia³.
Ma brata w tej samej wsi i kiedyœ
razem siê tam wybrali. By³a
sobota, wypili kilka win i Pitce na amory siê
zebra³o. Rozpi¹³
portki, wymachiwa³ kutasem, ale Pa³a
by³ tak pijany,
¿e w pewnym momencie usn¹³
-
- To w takim razie jak móg³ widzieæ
kiedy Pitkê rucha³
byk? -
- Obudzi³ siê
w œrodku nocy i wyszed³
na podwórze by oddaæ mocz. . Wtedy
to us³ysza³
jakieœ
³omoty i zajrza³
do obory. -
- Hm. ciekawe, ¿e tak siê
stoczy³ -
- Nie stoczy³, tylko wie, czego
chce. Mia³ przecie¿
t¹, no jak tej habaninie na imiê...
Cirka? To mu pizdy sk¹pi³a,
a jak ju¿ da³a
pojebaæ, to za ka¿dym
razem pryszcze jakieœ mu na kutasie
wyskakiwa³y i raz mu nawet skóra z
jaj zesz³a... Babka robi³a
mu ok³ady ze
œmietany i majeranku. Potem pozna³
tak¹ Stasiê.
Bigosówa. Wzi¹³ prosto z dworca i
przygarn¹³ pod swój dach. Ponoæ
niebrzydka, ale cipê mia³a
tak sflacza³¹ od pstrykania,
¿e dzyndzel jej zwisa³
do po³owy ud -
- Ja to bym siê tym nie przejmowa³.
W dupê te¿
mo¿na wyruchaæ.
-
- Jak taka nie ma robali. Raz dorwa³em
tak¹ gliszczê,
co to odszczelona z klas¹, o
niewinnej buzi, a cycki to mia³a
jak œwierze pyzy. No, ale jak j¹
w nocy zacz¹³em jebaæ,
to i wdepn¹³em w kawowe oko. Tak
jej dosun¹³em,
¿e siê
na koniec spierdzia³a. Ale gdy parê
dni póŸniej odbyt mi siê
rozswêdzia³
to wiedzia³em,
¿e mi flaki owsiorami nadzia³a...
-
- Ale kurwa ci siê trafi³a.
Pewnie w dworcowym sroczu to z³apa³a.
Taka zamiast przykucn¹æ i siê
rozkraczyæ, to przykleja rozpadówê
do osyfia³ego sedesu -
- Bo baby nie maj¹ fantazji. Stasiu
Dziura odka¿a deski w³asnym
moczem, dopiero siada -
- Tak, ale to jego jedyna zaleta, bo gumki ma ju¿
nieŸle poluzowane -
- Jak to? -
- No pasztet mu cieknie, mówiê. -
- S³ysza³em,
¿e mieszka z jak¹œ
star¹ ciot¹
-
- Tak, Leon Puder zaliczy³ ju¿
siedem krzy¿yków, ale podobno
jeszcze jakoœ siê
trzyma i przez to Stasiu ³azi taki
rozpruty -
- Ten Puder to musi mieæ chuja jak
kibiæ jamnika -
- Tylko, ¿e jaja mu wyschly. Stasiu
gada³, co stary kremy jakieœ
wciera³, a
¿e nie pomog³o,
to smaruje kogucim sad³em -
- A to kurwa zabobonnik. Pewnie próchnicy starczej siê
nabawi³, a na to i ok³ady
z nieletniej cipulki nie pomog¹ -
- I choæby, ale Leon nie lubi bab,
bo to wiadomo; w dupê niechêtnie
daj¹ pobzykaæ,
a kapciary s¹ dla niego za luŸnawe
-
- Jak on pozna³ Stasia Dziurê?
-
- Na pielgrzymce kutasów u Mietka Bzykalskiego. Puder spojrza³,
Stasiu zamerda³ pierdziaw¹
i skamracili siê -
- No, a ty, nie rzuci³byœ
jakiego spojrzenia na mnie...? -
- To¿ patrzê
na ciebie ju¿ od godziny, ale mój
stachanowiec coœ nie chce zerwaæ
siê do roboty -
- A czemó¿ to? -
- Wiesz co, kup se pekiñczyka by ciê
liza³ po jajach bo mi oststnio zdrêtwia³
jêzyk -
koniec 20.4.2007
RAZ TYLKO WPAD£
Zenon Comasz ¿y³ z opró¿niania pijackich kieszeñ, tote¿ czêsto-gêsto krêci³ siê w pobli¿u zak¹tków, gdzie pilegrzymki alkoholowe lokalnych tubylców miejsce mia³y. Owe zak¹tki, to ³aweczka suto otoczona krzaczkami gêstymi w pobliskim parku i niewielki skwerek za rogiem sklepiku spo¿ywczego. Zenon obeznany by³ na geografii okolicy jak ma³o kto i stale na bierz¹co ocykany z sytuacj¹ majêtnoœci okolicznej dziatwy. Lubi³ po odcedzeniu kilku piwek che³piæ siê przydomkiem prywatnego detektywa, bo ponoæ niegdyœ wypatrzy³ na bazarze jakieœ fanty z ogo³oconej w pobli¿u piwnicy.
- Ale nikomu o tym nie powiedzia³em!...- zar¿a³ przechw³k¹ sojuszu kamrackiego - Bo i co by mi z tego by³o? Tyle, ¿em se inaczej z tego korzyœci wybzyka³, bo na ten przyk³ad dziesiêæ procent zainkasowa³ od k³usownika i by³o po krzyku -
Szmerek uznania zafalowa³ na gêbach piwoszy w kó³eczku przykucniêtych, a Zenon Comasz ³askawie da³ siê poczêstowaæ ³yczkiem wina wytrawnego, jako co Marian Psychoza rentê akurat zafasowa³ i butelczynê trunku “tego lepszego” z okazji tej na skwer przemyci³. Lubi³ ano tam zachodziæ, bo to ciekawostki iœcie niebylejakie czêsto ucho mile po³echta³y, a i samemu duszê otworzyæ szeroko te¿ siê udawa³o, bo to s³uchaczy zaciêtych na owej ³awie przysiêg³ych nie brakowa³o. Zeniu, o przydomku detektywa prywatnego, w³aœnie wytropi³, co Psychoza regularnie tam zagl¹da a i nie z pust¹ torb¹. Czy trunkiem, czy dymkiem, to zawsze poczêstowa³, w zamian za te kilka podniet zmys³u psychicznego, co to usta opowiadaj¹cego kamrata wysmoktywa³y. Bo dodaæ nale¿y, co pijaki podczas picia strasznie siê ekscytuj¹ wywodami swych zwyciêstw i pora¿ek, czêsto przy tym ulegaj¹c obecnoœci iœcie upierdliwych demonów wprost z czeluœci piekielnych, a zezwalaj¹c na krótsze lub d³u¿sze posesje postur swych zwiêdniêtych! Prê¿y siê raptem taki, co to demona akuratnie zaprosi³, i g³os swój wystawia na hulanki ró¿norakie, modeluj¹c od szeptu do wykrzyków raptownych. Owa prezentacja dŸwiêków nikczemnych, czyli “cmoktajka chochsztaplerska”, stanowi iœcie po¿¹dliwy element owych schadzek, a w szczególnoœci dla amatora zawartoœci kieszeniowych, jako ¿e to podk³ada t³o do tuszowania z³odziejskich poczynañ.
Zenon Comasz, jako istota znaj¹ca niejedne tajniki swojskiej profesji, ekspertem by³ niebylejakim. Obdarzony pamiêci¹ do imion, i z któr¹ które kojarzy mu siê gêb¹, potrafi³ wywo³aæ zachwyt niejednego krêgu pij¹cych aposto³ów.
- Cie!... Ale z ciebie artysta! - wo³a³ niejeden, gdy Zenon bez zaj¹kniêcia siê recytowa³ imiona przypadkowo-poznanej trupy, a po oœmiu godzinach ca³owania butelczyn wysokiej rangi procentowej. Wzbudza³o to nie tylko zachwyt, co respekt a wraz z tym zaufanie, które przy popijawie przerabia³o siê w poufa³oœæ. Lico Comasza kraœnia³o od pochwa³ i honorów sk³adanych wspania³omyœlnie w d³onie jego chwalebne w postaci butelczyny takiej czy siakiej. Kraœnia³o te¿ ci, bo oto œwiadom by³ wielce, co czujnoœci wszelkie pousypia³. Bo to wiadomo, ¿e ululane zaufaniem kamractwo ³atwiej jest obmacywaæ po kieszeniach. I hej, w to mu graj. Nim kac suchym jêzorem poli¿e takiego Mariana Psychozê po karku, co fenomenalnie ma miejsce o poranku, po Zenonie Comaszu ino wspomnienie mgliste przechadza siê po ³epetynie obola³ej. Z³odziej tego pokroju ulatnia siê bowiem w chwili, gdy w³aœciciel pustych ju¿ kieszonek idzie po raz pi¹ty oddaæ mocz. Szósty raz robi to w spodnie, które naturalnie trza potem zsun¹æ z dupy aby wykrêciæ je w pobliskich krzakach, a wiadomo, ¿e przed t¹ czynnoœci¹ pijaczyna zapragnie zajrzeæ do kieszeni - moment iœcie niebezpieczny dla z³odzieja. Comasz, znaj¹c obyczaje owe, za zasadê wrêcz przej¹³ prêdkie oddalenie siê z miejsca parszywego, gdy tylko za³oga w pory laæ zaczyna. I szczerze mówi¹c, zawsze umyka³ nieŸle ob³owiony.
Raz tylko wpad³. A by³o to na placu budowy, gdzie blok mieszkaniowy dla inwalidów zas³u¿onych w legii cudzoziemskiej stawiano. Ale ¿e to funduszy po wykopaniu fundamentów zabrak³o, to i w od³óg zagracony miejsce owe siê przeima³o, to znowu chwaœciskami obros³o, a i szczury wielkoœci kotów tam smyka³y wœród chaszczy. Ponoæ niejakiego Piotra Dziecinê gryzonie tak tam pok¹sa³y podczas drzemki, co obudzi³ siê bez uszu i napletka, bo to siuraka po oddaniu moczu do portek nie schowa³. Tam ci to te¿ Zenon Comasz razu pewnego lico swe z³odziejskie pokaza³ po wyczajeniu œpiewu chóralnego, co to z oddali siê rozlega³ fa³szem upierdliwym. Grono zebranych biesiadowa³o niczym dwunastu aposto³ów, bo to akuratnie tylu ich stercza³o wokó³ p³achty jakiejœ starej a rozpostartej na kupie piachu sklepionego. Dwie wêdzone rybki i pó³bochenek skrojony cieniuœko œrodek zdobi³y, a na brzegach butelczyny puste stercza³y markotnie, ¿e to do sucha wycmoktane by³y. Zeniu, cz³ek znaj¹cy siê na rzeczy, szybko oceni³ sytuacjê. W nieludzkie ryki bowiem œpiewy przechodzi³y, a to œwiadczy³o co œwiadomoœæ ustêpowa³a miejsca podœwiadomoœci, co równa³o siê tzw. “zanikowi pamiêci”.
Comasz spocz¹³ obok najbardziej “nieœwiadomego”, i niby podtrzymuj¹c w kamrackim uœcisku, ³apê do kieszeni wsun¹³. Chusteczka spowita w gile ci ano tam spoczywa³a. Wielce nieszczêœliwy odkryciem owym siêgn¹³ do drugiej. A tam z kolei pustka nicoœci¹ siê panoszy³a paskudn¹. Nadziana ³ap¹ z³odziejsk¹ kieszeñ dozna³a tzw. “skurczu szmacianego”. Zjawisko to jest wielce nieporz¹dane w krêgu z³odzieji, a polega na tym, ¿e w³o¿on¹ w kieszeñ d³oñ trudniej jest wyj¹æ ni¿ wsadziæ. I podczas gdy Zenon Comasz próbowa³ j¹ uwolniæ, pijak spierdzia³ siê w amoku nieœwiadomym, uwagê zebranych na siê zci¹gaj¹c. Sam po prawdzie nie poczu³, ale inni zauwa¿yli, jak Comasz ³okciem drynda³, by d³oñ z kieszeni parszywej uwolniæ.
- I co mu tam grzebiesz, - zamamrota³ na przeciw siedz¹cy Zdzis³aw Piszcza³ka - toæ on zbyt spity by mu konia waliæ... -
Comasz, ma³o tam zra¿ony komentarzem owym wstydliwym, pytanie mu takie wystawi³;
- Kim by³ twój ojciec? -
- Synem mego dziadka -
- A dziadek? -
- Krawiec -
koniec 18.5.2007
Piotr Koszula
czesaniem koñskich
ogonów na
¿ycie zarabia³.
Z racji
profesji swojej
po wsiach
kursowa³. W³azi³
ci to
z wieczora
wczesnego do
stajni, gdzie
gospodarz ostatni
obchód przed
udaniem siê
pod pierzynê
czyni³, i
zagadywa³;
- Przyczesaæ
ogonek? -
- Ano
poszet,
bo
jak
cie
przyczesze... -
mrucza³
siaki-taki,
ale
czesem
zdarza³o
siê,
co
ciekawoœci¹
po³echtany
cz³ek
tak
odpowiada³;
- A
na
co
mnie
tam
to?.. -
- No,
to
niby
w
interesie
szkapy
prawda,
bo
trza
wiedzieæ,
co
dupa
koñska
przes³oniêta
ko³tunem
ogona
ulega
zaskorupieniu
liszajowym
z
braku
sta³ego
dop³ywu
powietrza.
Sprzyja
to
zatwardzeniom
ka³owym,
czyli
poci¹gowiec
nie
mo¿e
siê
wysraæ,
popierduj¹c
w
zamian
co
chwilê... -
- To
niby
z
wysi³ku?
-
- Z
wysi³ku
te¿.
Bo
czy
pan
gospodarz
by
nie
pierdzia³,
gdyby
przysz³o
ci¹gn¹æ
wóz
wielki
jak
stodo³a?
-
I w
owym to
momencie sprytnym,
kiedy to
ujarzmi³ gospodarza
za¿enowaniem
nag³ym,
szczoteczki i
grzebyki z
torby przepastnej
wydobywa³, ku
dupie koñskiej
pod¹¿aj¹c.
Tak bywa³o
do tej
pory. Po
rozczesaniu w³osia
sko³tunionego
piêknie
go na
koniec zaplata³
w warkocz
cygañski,
gumk¹ u
do³u
œci¹gaj¹c.
K³ania³
ci siê
potem nisko
przed haziajem
i czy
s³oiczek
œmietany, czy
s³oninki
po³eæ
za us³ugê
fasowa³.
Ale owego
wieczora pech
zabzycza³ melodi¹
dziadoskiej torby,
nie³askê
rozsiewaj¹c.
Obrz¹dzi³
ci to
akuratnie dupê
wybitnie wielk¹,
a i
nie bez
trwogi bo
to koñ
kopytem lewym
fyrda³ na
boki, jako
¿e muchy
k¹sa³y
go po
jajach iœcie
srodze. Koszula
warkocz piêkny
splót³, piórkiem
sowim na
koniec przyozdabiaj¹c.
Gospodarz, Witold
Anaco, przyszed³,
popatrzy³, i
tak powiada;
- Panie,
a
na
co
mu
te
ozdóbki?
To¿
un
w
polu
ino...
a
tam
nikto
go
nie
ogl¹da...
-
- Jak
to,
a
wy
gospodarzu,
to
nie
patrzycie? -
- Eeee,
a
na
co
mnie
tam
to... -
- Da
pan
co..? -
- Eee
tam,
a
bo
to
ja
wiem? -
zamamrota³
i
spacerkiem
w
drzwi
obory
wkroczy³,
nutê
cieniutk¹
przez
odbyt
wypstrykuj¹c.
koniec 11.6.2007
dla doros³ych dzieci (nr 3) pt. “Leniwy kot”.
Dawno, cholernie
dawno temu,
¿y³ sobie
na skraju
lasu kot.
No, na
pewno od
razu pañstwo
pytacie czemu¿
to ¿y³
na skraju
lasu, a
nie w
jakiejœ wiejskiej
cha³upie
na przypiecku,
ale trzeba
z góry
wyjaœniæ,
¿e nie
by³ to
ot taki,
zwyczajny, cha³upiany
kot. Nie.
Bohater naszej
bajki by³
kotem niezwyczajnym.
Bo trzeba
te¿ wiedzieæ
na ten
przyk³ad,
¿e morda
u niego
by³a
spasiona jak
dupa warhlaka
przed ubojem,
a mrucza³
tak g³oœno,
¿e po
drugiej stronie
lasu by³o
s³ychaæ.
Te dwa
walory u
familii kotów
œwiadcz¹ o
powodzeniu naturalnym.
Siedzia³ wiêc
sobie owy
kot w
cieniu wiotkiej
brzózki, której
to listeczki
tañcowa³y
w przygrzewaj¹cym
s³oneczku,
siedzia³, i,
nic nie
robi³. Bo
i robiæ
nie musia³.
Podczas, gdy
inne koty,
te ze
wsi, ugania³y
siê po
stodole za
myszami, do
tego kota
myszy przychodzi³y
same. No,
powiedzmy, ¿e
przychodzi³y
z ciekawoœci.
Bo zamiast
wytrzeszczaæ œlepia
i strasz¹c
je rych³ym
po³kniêciem,
owy kot
uœmiech
tajemny piastowa³
ci na
pysku swym
kocim i
tak pomrukiwa³;
- ChodŸ ano
tutaj bli¿ej,
a sekrecik
szepnê w
ucho... -
- Eee,
ja
nie
taka
g³upia
- mówi³a
mysz
- Co,
mo¿e
boisz
siê, ¿e
ciebie
zjem?
Zobacz, -
mówi³
kot
prostuj¹c
do
przodu ³apeczki
w
pazurki
przyodziane
ostre
-
ja
potrafiê
skoczyæ
a¿
na
sam¹
chmurkê,
to
co
dopiero
tam,
gdzie
ty
siê
czaisz.
PodejdŸ,
ja
myszy
to
nawet
nie
lubiê,
bo
mam
po
was
zatwardzenie -
- To
co
pojadasz? -
- Stokrotki
-
- I
tak
siê
na
nich
spas³eœ?
-
- Jak
widzisz.
Pogoñ
za
myszami
spala
wiele
kalorii,
a
ja
w
miejscu
se
przesiadujê,
to
i
sade³ko
tu
i
ówdzie
mnie
otula -
- Dobra,
gadaj
jaki
to
piastujesz
sekret -
mówi³a
mysz,
pod³a¿¹c
niemal
pod
koci
pysk...
- A
taki!!!... -
i
kot
jednym
k³apniêciem
po³yka³
smaczny
k¹sek.
“G³upie,
ale te
myszy s¹
g³upie...”
myœla³
potem, oblizuj¹c
w¹sy
i czeka³
na nastêpn¹.
A¿ razu
pewnego je¿
przydrepta³ w
pobli¿e
kociej siedziby.
Jab³uszko
rumiane na
grzbiecie nadziane
mia³.
- Ojej!
Jakie ³adne!
- zawo³a³
kot, -
poka¿
no,
co
tam
niesiesz -
- Ano,
co
niosê,
to
nie
twoja
sprawa.
Tyle
ci
tylko
powiem, ¿e
zima
idzie
i
zapasy
trza
gromadziæ -
Kot, ¿e
choæ go
z³oœæ
napad³a
na s³owa
te, ani
drgn¹³, boæ
to przecie¿
z natury
leniwy by³.
Przeci¹ga³
siê jeno,
a mrucza³
ca³ymi
dniami. Tyle
tylko, co
w miejsce
ustronne spacerki
3 razy
dziennie urz¹dza³.
A wiedzieæ
trzeba, ¿e
sra³ w
dêbowej
dziupli, co
to ³ukiem
piêknym
siê rysowa³a
tu¿ u
podnó¿a
owego czterowiekowca.
Zganiony raz
przez wiewiórkê,
¿e apartamenty
jej zasmradza,
tak odmrucza³;
- A
bo
ja
jestem
kot
kulturalny.
Sraj¹c
do
dziupli,
twoje
tylko
nozdrza
wystawiam
na
cierpienie,
a
gdybym
robi³
to
na
zewn¹trz,
zasmradza³bym
po³owê
lasu -
Innym razem
lis przemkn¹³
pobok, przepióreczkê
t³ust¹
w mordzie
piastuj¹c.
- Daj
skosztowaæ -
zamrucza³
kot,
a
lis
na
to;
- To
idŸ,
i
se
upoluj... -
Dni zapierdala³y
naprzód i
leœni
lokatorzy coraz
to mniej
tolerowali kota
leniwego, co
to nie
robi³ nic,
tylko myszy
zwabia³ ku
sobie. A¿
ranka pewnego
zima upierdliwoœci¹
sw¹ tak
sypnê³a
œniegu, co
ino koci
³eb z
pow³oki
bielnej wystawa³.
Miaukn¹³ na
przebudzenie owe
iœcie
nieciekawe i
ku dziupli
dêbowej
susa da³.
Ale tam
fekalia cuchn¹ce
woni¹ sw¹
na œwiat
go wyciepnê³y.
Wielce nierad,
do wsi
pogna³, miarkuj¹c,
co tam
siê po¿ywi
i ogrzeje
w cha³upie
jakiej.
- Poka¿,
jak
myszy ³owiæ
potrafisz,
a ¿reæ
dostaniesz -
zagada³
jeden
ch³op,
W³odzimierz
Kociñski,
co
to
cha³upê
mia³,
stajniê
mia³,
stodo³ê
mia³,
ale
kota
nie
mia³.
No to
bohater bajki
naszej w
progu stodo³y
przykucn¹³ i
czeka³, jak
to robi³
w lesie.
Czeka³, czeka³,
ale myszy
dawno zwiedzia³y
siê o
jego cwaniactwie
i ¿adna
nawet ogonem
nie fyrdnê³a
w pobli¿u.
A tymczasem
g³ód
srogi zawarcza³
z³owrogo
w ogromnym
brzuszysku kota
leniwego, ¿e
ju¿ wytrzymaæ
nie sz³o!
Uniós³ ci
to zad
spasiony i
podrepta³ do
ch³opa,
jak ten
œmietanê ano
do garnczka
przelewa³ z
wiaderka. Bielutka
by³a,
i smakowicie
gêsta.
Hipnotyzuj¹c
wzrokiem natchnionym,
³asi³ siê
o nogawki
portek W³adys³awa
Kociñskiego.
£asi³ siê
z prawej
strony, i
³asi³ siê
z lewej
strony. £asi³
siê z
przodu, i
³asi³ siê
z ty³u,
to znowu
pomiêdzy
nogi wprost
torso swe
kocie wczmychiwa³,
a tak
przy tym
mrucza³, ¿e
œciany wibrowa³y!
Có¿, kiedy
Kociñski
w zamian
tak go
kopn¹³ w
dupê, ¿e
kot z
miaukiem iœcie
szatañskim
pogna³ w
pola.
Mora³; ³aszeniem siê o portki ch³opa, œmietany z niego nie wyciœniesz...
koniec 23.7.2007
Jaros³aw
Kufel pijakiem
by³,
z kieliszka
doi³, pod
siebie szczy³...
W bar³ogu
spa³, na
materac sra³,
i ca³kiem
fajnie siê
sobie mia³.
W cha³upie
koczowa³, nigdzie
nie pracowa³,
ale wódeczki
sobie nie
¿a³owa³.
Z zasi³ku
ano ¿y³
ten niecnota,
i czy
pogoda, czy
te¿ s³ota,
on do
pijalni chodzi³
namiêtnie,
gdzie zawsze
goln¹³ sobie
chêtnie.
A¿ raz
koleœ Heniu
podszed³ do
niego,
i tak
powiada; postaw
co, kolego.
Kufel, ¿e
to spity
by³ do
nieprzytomnoœci,
nie rozpoznawa³
starych znajomoœci.
W k¹cie
ci siedzia³,
o zroszonym
kroku,
z mord¹
zasmarkan¹, a
nieco na
boku,
i coœ
sam do
siebie gada³,
na proœby
Henia nie
odpowiada³.
Bo to
ju¿ taka
dola pijaka,
¿e
jeden
i
drugi
udaje
cwaniaka...
koniec 10.7.2007
dla doros³ych dzieci (nr 4) pt. “Strach”.
W pewnej
wsi bardzo
dawno temu,
mieszka³ sobie
ch³op,
który wszystkiego
siê bardzo
ba³... Trz¹s³
siê ano
okrutnie od
rana do
wieczora i
po k¹tach
kry³. Gdy
go inni
wypytywali, czemu
to on
tak, mawia³;
to ze
strachu. W
pole nie
wychodzi³, do
komory ani
na strych
nie zajrza³.
Nawet w
miejsce ustronne
sam nie
poredzi³ spacerek
wypstrykaæ, bo
jak powiada³,
strach go
oblatywa³. Baba
jego okrutnie
przez to
zrzêdzi³a
i nagadywa³a
ró¿noœci
na ambity
jego, ze
strachu skurczone
iœcie
wielce. A
to leniem
pospolitym nie
raz go
przezywa³a
i od
miski na
stole odpêdza³a.
A on
ci ze
strachu s³owa
jej z³ego
nie da³.
Gdy baba
kaza³a
mu wody
ze studni
przynieϾ, bo
to susza
na dnie
wiaderka panowa³a,
on mawia³,
co nie
przyniesie wody,
bo do
studni boi
siê zagl¹daæ.
Baba piæ
wódki mu
wzbrania³a,
to doi³
z kieliszka
z oczyma
ciasno przymkniêtymi.
I w
las niecnota
ba³ siê
zachodziæ, to
baba jego
sama musia³a
drewienka na
podpa³kê
w piecu
dŸwigaæ
na grzbiecie.
A¿ razu
pewnego, gdy
s³onko
chyliæ siê
poczê³o
ku do³owi,
bo to
prawda wieczór
zapada³, stary
w³óczêga
gêbê
sw¹ zabiedzon¹
na podwórku
pokaza³. Gospodarz
w stajni
siê skry³
pomiêdzy
krówki ³aciate,
jako co
bydl¹tka
krzywdy nijakiej
cz³ekowi
nie czyni¹.
Ale po
chwili g³os
rozleg³ siê
od progu;
- Gospodarzu,
a
czemu
to
kryjecie
siê
przede
mn¹?
- Ano,
bojam
siê -
odpowiedzia³
- Mnie
siê
boicie?
- Wszystkiego
bardzo
siê
bojê-
W³óczêga
kijek swój
opar³ o
œcianê i
przysiad³ na
progu.
- No,
jak
tak,
to
ja
dobr¹
radê
na
to
mam -
powiedzia³
po
namyœle.
- A
jaka¿
to
rada? -
spyta³
zaciekawiony
ch³op
W³óczêga
wyj¹³
zza
pazuchy
worek
i
tak
powiada;
- Dobra
rada
gospodarzu;
a
to
oddaj
mi
swój
strach
tutaj
do
worka,
i
bêdzie
po
wszystkim...
- To
znaczy, ¿e
nigdy
ju¿
strachu
nie
zaznam?
- Tak
bêdzie
gospodarzu.-
Stary w³óczêga
otworzy³ szeroko
worek i
gromkim g³osem
zawo³a³;
- Strachu,
w
goœcinê
ciê
ano
do
siebie
zapraszam!
Hop
do
worka! -
Coœ zaszumia³o,
zaœwista³o,
i wnet
wór wype³ni³
siê po
brzegi mas¹
iœcie
czarci¹, co
to rzucaæ
siê i
podrygiwaæ poczê³a.
W³óczêga
zawi¹za³
wór w
supe³ i
na plecy
zarzuci³. Gospodarz
zaœ uradowany
wielce ¿e
go strach
opuœci³,
wszed³ na
podwórze i
zawo³a³;
- Babo,
jeϾ!
A
prêdko
siê
zwijaj
bom
g³odny!...-
Dziadowi na
drogê serek
jakiœ z
sieni wyniós³
i tak
to siê
rozstali po
przyjacielsku. Nocka
ano nasta³a
i dziad
dró¿k¹
poln¹ do
karczmy zawêdrowa³.
- Co
masz
w
worku? -
zapyta³
go
karczmarz
- Strach
panie,
wielki
strach... -
to
mówi¹c,
tr¹ci³
wór
kijaszkiem.
- Widzê,
co
nie
straszny
on
tobie -
powiedzia³
karczmarz
- Ano,
nie
straszny,
dopóki
siedzi
uwi¹zany
-
- A
dok¹d
to
dziadu
niesiecie
ten
strach?
- Na
jarmark
idê.
Tam
go
sprzedam
temu,
co
odwagê
mia³
bêdzie
go
kupiæ
Nazajutrz na
jarmarku pojawi³
siê Hrabia,
którego w
okolicy nikt
nie lubi³.
Sk¹py
by³ to
pan, ob¿artuch
paskudny i
z okrucieñstwa
dla podopiecznych
os³awiony.
W³aœnie
co bryczk¹
zaprzê¿on¹
w dwa
kare koniki
zajecha³ i
nu¿ batem
ok³adaæ
ka¿dego,
któren z
drogi w
czas siê
nie usun¹³.
- Prrrrr!
Dziadu..! -
zawo³a³
Hrabia
i œwisn¹³
batem
starego
w³óczêgê,
co
to
wór
telepi¹cy
siê
na
plecach
dŸwiga³.
Ten
zaœ
spojrza³
i
tak
rzek³;
- Krzywdy
ci
nie
czyniê,
a
ty
bijasz
mnie
bez
powodu.
Z³y
jesteœ
i
wiedz, ¿e
nim
kur
po³udnie
zapieje,
bêdziesz
siê
trz¹s³
ze
strachu -
S³owa
te zez³oœci³y
Hrabiego.
- Straszysz
mnie?! -
zawo³a³
- Ja
nie,
ale
ten
oto
co
mam
w
worku
straszy³
cie
bêdzie.
Chyba, ¿e
kupisz
fant,
nie
rozwi¹zuj¹c
wora...-
- Czyœ
ty
zdurnia³
dziadu
stary?
Tom
nie
taki
g³upi
kupowaæ,
nie
wiedz¹c
co
kupujê.
Poka¿,
co
masz
w
tym
worku -
- Powiedzia³am,
chcesz
kupiæ,
zap³aæ,
a
bêdzie
twoje.
Wtedy
tylko
odwagi
trza,
by
zajrzeæ
do œrodka.
-
Zaintrygowany
Hrabia ujrza³
nagle, co
t³um
niema³y
zebra³ siê
woko³o
i aby
gêby
nie utraciæ
w hañbie
publicznej, zawo³a³;
- Nie
myœl,
co
odwagi
mi
brak.
Mnie
jeszcze ¿aden
czort
nie
przestraszy³! -
zawo³a³
zuchwale
Hrabia
i
odebra³
staremu
w³óczêdze
worek.
Rozwi¹za³
supe³
i
zajrza³
do œrodka.
Wnet
rój
czarnej
paskudy
oblaz³ ³eb
waæpana
i
przez
uszy
do œrodka
siê
wessa³...
Krzyk
niema³y
zafalowa³
t³umem
zebranych,
bo
oto
postura
Hrabiego
zmala³a
a
pokurczona
pod
bryczkê
wskoczy³a,
a
stamt¹d
w
zgliszcza
przydro¿ne
czmychnê³a.
Stary
w³óczêga
worek
pusty
na
siedzeniu
bryczki
u³o¿y³,
uj¹³
lejce
i
odjecha³
z
gracj¹.
A tymczasem
Hrabia nadziany
strachem do
wsi odleg³ej
zawêdrowa³.
Ze strachu
wielkiego ba³
ci siê
to przyznawaæ
kim by³
i cienia
swego te¿
siê ba³
okrutnie. Baba
pewna, co
to niezamê¿na
by³a,
do swej
cha³upy
znarowi³a
go i
poœlubi³a.
Có¿, kiedy
ba³ siê
wszystkiego. Trz¹s³
siê ano
okrutnie od
rana do
wieczora i
po k¹tach
kry³. Gdy
go inni
wypytywali, czemu
to on
tak, mawia³;
to ze
strachu. W
pole nie
wychodzi³, do
komory ani
na strych
nie zajrza³.
Nawet w
miejsce ustronne
sam nie
poredzi³ spacerek
wypstrykaæ, bo
jak powiada³,
strach go
oblatywa³...
A¿ razu pewnego, gdy s³onko chyliæ siê poczê³o ku do³owi, bo to prawda wieczór zapada³, stary w³óczêga gêbê sw¹ zabiedzon¹ na podwórku pokaza³....no, a dalej to ju¿ wiecie, co by³o - spierdalajcie wiêc dzieci do ³ó¿ek. Dobranoc.
Bo u mnie z racji zawodu nos nisko zwisa...
Mieczys³aw
DŸwiga³a
tragarzem za
m³odu
by³ na
dworcu kolejowym
w Cioteczkach
Dolnych. Ponoæ
przydzwania³ tak¹
si³¹, co
dwie walizy
stukilowe unieϾ
potrafi³ bez
odpoczynku spod
kasy biletowej
na peron
ósmy, a
daleko by³o.
Sam wa¿y³
zaledwie 60
kilo i
gdy niós³,
wytrzeszcz oczodo³ów
piastowa³ w
duecie z
rozedm¹ ¿yln¹
na skroniach.
W ¿akiecik
kusy przyodziany
i czapce
z daszkiem,
co jak
rondel przepalony
na g³owie
utrudzonej spoczywa³a,
przemyka³ siê
w pozie
pochy³o-przykucniêtej
po wszystkich
zakamarkach dworcowych
od œwitu
do nocy,
taskaj¹c
torby, walizy,
pakuneczki a
tobo³y
rozmaite. A
¿e twarz
w owych
chwilach iœcie
ciê¿kich
mia³ pokurczon¹
wysi³kiem
srogim, to
i te¿
panie niezamê¿ne
uwagi nañ
wrêcz
nie zwraca³y.
Bo czy
mo¿na
straciæ g³owê
dla cz³eka
z min¹
stêkaj¹cego
nad pó³rocznym
zatwardzeniem? Tak
by³o
na pocz¹tku,
i tak
ju¿ pozosta³o,
bo gêba
pomarszczona wyg³adziæ
siê potem
ju¿ nie
chcia³a,
nawet, gdy
nic nie
dŸwiga³.
- Synu,
a
rzuæ
wreszcie
te
tobo³y
i
zajmnij
siê
czymœ
inszym -
powiedzia³
raz
zatroskany
ojciec,
który
derygentem
by³.
Pod
jego
to
batut¹
orkiestra
dêta
marsze
wygrywa³a
w
domu
wypoczynkowym
dla
recydywistów
wiêziennych.
Ambicje
jego
wprawdzie
na
trêbacza
siê
znarowi³y
we
wczesnoœci
¿ywota,
ale
w
miarê
jak
m³ode
dni
wycmoktane
by³y
przez
te
staroϾ
zwiastuj¹ce,
energia
inspiracji
osiad³a
w
nim
jak
blaszka
na
majtkach
u
niechlujnej
niewiasty.
W
przepstrykanych
nicoœciach
niespe³nienia,
silnie
ci
te¿
nie
popiera³
profesjê
Miecia
jedynaka.
- Synu,
a
bo
to
ci
nie
wstyd,
obacz
no
tylko,
jak
los
ob³askawi³
kole¿ków
twych...
Taki
Tadziu
Maruda,
w
dziurze
bez
wygód
siê
gniót³,
gdzie
to
do
srocza
biegaæ
trza
by³o
w
przestrzenie
polne,
a
teraz
w
apartamencie
dobrobytem
wypieszczonym
spaceruje
se.
A
gienek
Kucia?
Rowerem
stareñkim
do
roboty
peda³owa³,
a
teraz
Hond¹
nowiutk¹
przeja¿d¿ki
se
urz¹dza
po
okolicach
piêknoœciami
przyodzianymi.
Jest
i
Kuba
Cmokaj,
co
to
na
pochowek
tatula
nie
mia³
i
po
ca³ej
okolicy
do
drzwi
stuka³-puka³
by
po¿yczyæ,
a
teraz
na
krzeœle
dyrektorskim
w
banku
popierduje
i
jego
o
po¿yczki
prosz¹,
no,
a
Jasiu...
- A
niech
tata
przestanie
mnie
tu
rurki
krêciæ.
Tadziu
maruda
owszem,
po
apartamencie
wychuchanym ³azi,
tyle,
co
nie
swoim
a
szwagra.
Kucia
w
z³odziejski
paragraf
chucha,
paserskim
fachem
cwa³uj¹c
ponad
ambitami.
A
Cmokaj?
Toæ
on
sprz¹ta
w
banku
parkiety,
w
cug
chochsztaplerski
fantazje
puszczaj¹c.-
- A
tom
synu
nic
o
nicoœciach
tych
nie
pojmowa³.
Ale
swoj¹
drog¹,
to
i
u
ciebie
kapela
dostatku
nie
przygrywa.
Dyndynie
pakunków
szkielet
ci
ku
pod³odze
pochyli³o
niegodziwie,
¿e
ju¿
siê
widzisz
jak
ten
ma³piszon...
- to
mówi¹c
stary
rozkaszla³
siê;
pr꿹c,
podskakuj¹c
i
napinaj¹c.
A
w
rytm
ci
podrygiwa³
iœcie
szatañski
pobzykuj¹c
skurczonym
krzykiem
zwieraczy
odbytu
dla
przygrywki
dziadoskiej.
A¿
syn
warkn¹³
w
pozie
swej
pochy³ej;
- A
to
niech ¿e
tata
przestanie
dmuchaæ,
bo
u
mnie
z
racji
zawodu
nos
nisko
zwisa...
koniec 7.8.08
dzwonkiem potrz¹sn¹³, nadejœcie swe zwiastuj¹c.......
Hrabia Bernard Pa³acyk, w³aœciciel piêciu wsi, by³ bogatym cz³owiekiem. Dworek jego w cacka i luksusy przyodziany by³. Dywany z we³ny stuprocentowej wyœciela³y pokoje, a na nich antyki stare tajemniczoœci¹ sw¹ wzrok przykuwa³y. By³y komódki, sto³y, pó³eczki, kanapy roz³o¿yste, a wszystko w jedwabiach, tiulach i koronkach, to znowu porcelany a srebra zdobi³y ka¿d¹ wnêkê. Bernard Pa³acyk w laczki z at³asu przyodziany i taki¿ szlafroczek, przechadza³ siê wolniutko korytarzami ciasteczko chrupi¹c lub wierszyki o cycuszkach m³odych recytuj¹c. Kobza, cytra i piszcza³ka przygrywa³y mu podczas konsumowania posi³ków, a w nocy na fujarce gra³ mu s³uga do snu, podczas, gdy syn kucharza ³echta³ go leciutko po jajach. Hrabia, ¿e to sk¹py by³, ¿eniæ siê nie chcia³. Nie mia³ tam ochoty baby ¿adnej w szuby do kostek przyodziewaæ. Tyle, co sam w gronostajach spacerowa³ po œcie¿ynkach posesji swojej niebylejakiej! Co wieczora, Kazimierz S³uch, co to go hrabia u siebie za plotkarza zatrudni³, zjawia³ siê w saloniku i nowoœci ró¿ne w uszy rozciekawione waæpana nadziewa³. S³uch za dnia po wsiach ³azi³ i wyjudza³ ciekawostki wszerakie od ludu w polu tyraj¹cego. A zasuwali od œwitu do nocy, a¿ jêzyki z wysi³ku na brody im wy³azi³y. Bo, i pola i cha³upy w³asnoœci¹ Bernarda Pa³acyka by³y, a przy tym obrobek merda³ nicoœcia swoj¹ triki niegodziwe. Niejeden m³odzik garb piastowa³ iœcie okrutny, a starszyzna choróbska nies³ychane wylegiwa³a pod pierzynami z kaczych piórek, bo ponoæ moc lecznicz¹ mia³y. Tak to dolegliwoœci¹ popularn¹ ko³owrotek by³. Niby od ugniatania obornika stopami nagimi, ¿e to potem krêci³y siê wokó³ osi swojej, a w stawach trzeszcz¹c jak deski wychodka, gdy zad spasiony nañ spocznie! Na drugim miejscu, by³y ³askotki œw. Ireny. Ta dolegliwoœæ z niedomycia cia³a hasa³a nikczemnie wzd³u¿ grzbietu, ¿e to ka¿da wieœ z jednej studni wodê cmokta³a i umyæ siê nie by³o zbytnio gdzie, bo to rzeczka p³aciuteñka by³a a i czêsto denkiem suchym szyderczo w gêby brudem zaros³e spogl¹da³a. Szed³ potem taki jeden z drugim w nocy do wyra równie nieœwie¿ego, gdzie zarazy ró¿ne tañcowa³y w ciemnicy po pó³nocku i swêdzawki piekielne cia³a doczesnego wypstrykiwa³y.
Hrabia z
niesmakiem wielkim
s³ucha³
o rzeczach
owych iœcie
upierdliwych, w
chwilach gdy
go Kazimierz
S³uch
myde³kiem
pachn¹cym
naciera³ w
balii wielkiej
jak krowa
przy nadzieji!
- Opowiadaj,
co
jeszcze,
jakie
we
wsi
nastroje! -
- No,
waæpan
wiedzieæ
musi,
co
nastroje
pogodne -
- Ach
nie
to
chcia³
ja
us³yszeæ,
tylko,
co
gadaj¹
o
mnie -
- Chwal¹
waæpana,
¿e
taki
m¹dry
-
- I
co
jeszcze? -
- ¿e
³adny
waæpan
jest -
- Tak
mówi¹? -
- A
jak¿e
by
nie,
wszyscy -
- I
co,
i
co? -
- I
nic -
- No,
a
co
dziœ
na
kolacjê? -
- Moszna
wo³owa
nadziewana
grzybkami
i
marchewk¹ -
- A
na
deser? -
- Usta
capa
w
lukrze
malinowym -
- No,
a
powiedz
ty
mnie
jeszcze,
kto
dziœ
pomar³? -
- Nogi
naci¹gnê³y
dwie
osoby;
Albert £opata
i
Stefan
Dziura -
- A
na
co
pomarli,
wiesz
to? -
- Wiem;
£opata
mia³
zaawansowany
ko³owrotek
i ³askotki
œw.
Ireny,
a
Dziura
garb
tak
wielki
dŸwiga³,
¿e
mu
grzbiet
pêk³..!
-
- No
dobra,
a
czy
sobole
by³y
dziœ
czesane? -
- Tak,
proszê
jaœnie
pana,
koniuszy
czesa³
dwa
razy -
- Jutro
trza
ubiæ,
bo
umyœlam
now¹
czapê
i
mufkê
na
ten
sezon... -
Dwóch pacho³ków
lektykê suto
rzeŸbion¹
we freski
ró¿ne
wnios³o
i Hrabia
owiniêty
w ptrzeœcierad³o
z p³ócienka
jakoœci
delikatnej zasiad³
w œrodku.
Pora ci
to nadesz³a
na oddanie
ka³u,
tote¿ wynieœli
Hrabiê w
miejsce ustronne,
gdzie na
sedesie antycznym
pod baldachimem
spocz¹³. Czekali
pacho³ki,
czeka³a
s³u¿ba,
czeka³ kucharz,
a rozgootwana
moszna wo³owa
obroty niesmaczne
w r¹dlu
wyczynia³a.
A¿ pos³ano
Kazimierza S³ucha,
by wabada³
srodze ci
opóŸnion¹
sytuacjê za
kotar¹ z
aksamitu ciê¿kiego.
Kazimierz dzwonkiem
potrz¹sn¹³,
nadejœcie
swe zwiastuj¹c...
Hrabia zarycza³
g³osem
poirytowanym;
- I
co
wydzwaniasz
dziadu,
nie
wiesz
to, ¿e
tylko
naród
ch³opski
sra
szybko,
bo
im
pilno
do
roboty? -
I z
tymi s³owami
niewielki kotlecik
ka³u
pacn¹³ o
dno porcelany,
nad któr¹
falowa³a
napiêta
dupa Hrabiego.
koniec, 17.9.2008
kolega go wsypa³...
Bronis³aw
Wyda zosta³
aresztowany dlatego,
¿e spojrza³
na œledczego,
Zbigniewa Racja
w bardzo
antykomunistaczny sposób.
Racja by³
cz³ekiem
przes¹dnym,
uciulanym w
zabobony od
ko³yski.
Babka jego
na ten
przyk³ad
potrafi³a
wró¿yæ
z juwenalii.
Ponoæ s¹siad,
Wac³aw
Ciul, co
to mosznê
do kolan
piastowa³, us³ysza³
od niej,
¿e krótko
bêdzie
¿y³. I
rzeczywiœcie,
w 40-ste
urodziny piorun
go zabi³,
gdy gruszki
z drzewa
zrywa³. Potem
bratu jego
wywró¿y³a,
¿e potomstwo
niskie mia³
bêdzie.
Có¿, dorobi³
siê oœmiorga
i ch³opaki
choæ rozbudowane
w szerz
by³y,
to jednak
najwy¿szy
mia³ nieca³e
metr trzydzieœci.
I innym
babka we
wsi ró¿noœci
poprzepowiada³a;
jednemu, ¿e
do Rosji
pojedzie, drugiemu
biedê i
dziadostwo, a
jeszcze innemu,
¿e okradn¹
go Cyganie,
a wszystkie
te przepowiastki
tak utrafione
by³y
w prawdzie
niebylejakiej, co
nie jeden
ch³op
z ochot¹
wisiorki swe
obnarza³. Córka
babki, czyli
matka Zbigniewa,
na czarach
siê zna³a.
Wêdzony
koci ³eb
matulom brzemiennym
do brzucha
przytyka³a,
by sprawiæ,
aby p³ód
noszony do
pana domu
podobien by³,
bo to
wiadomo czêsto
przytrafia³o
siê, co
kto inszy
w spó³ce
grasowa³. Podobno
i sobie
samej kocim
³bem po
brzuchu te¿
wodzi³a,
gdy to
ze Zbigniewem
przy nadzieji
by³a.
Na nic
jednak zda³y
siê wywody
owe, bo
Zbigniew ni
do tatula,
ni do
matki podobien
nie by³.
Ze to
podejrzenia na
œwiecie go
powita³y,
to i
sam podejrzliwy
z natury
siê sta³,
zawód œledczego
wypstrykuj¹c
z talentem
niebylejakim w
miejscowoœci
Sto³eczki
Niskie. Potrafi³
ci on
aresztowaæ co
dnia nie
mniej ni¿
40 ros³ych
ch³opów,
przechadzaj¹c
siê spacerkiem
wokó³ pomnika
chwa³y
na rzecz
w³adzy.
Tam to
bowiem gêby
w snobizmy
antysocjalistyczne
przyodziane przechadzki
urz¹dza³y
niegodziwe. On
ukróca³ te
swawole wpatruj¹c
siê hopnotycznie
w tego
i owego.
Raz na
harmonijce jeden
taki wygrywa³,
to Zbigniew
dos³ucha³
siê w
melodii nuty
rewolucyjnej i
do kicia
ciemnego na
tydzieñ grajka
przymkn¹³.
No, Bronis³aw
Wyda dnia
owego iœcie
ch³odnego
w stopy
zmarz³ okrutnie
i buty
œledczego zazdroœnie
szacowa³, a
z ukrycia
za krzaczkami.
Có¿, Zbigniew
i w
tej pozycji
go wypatrzy³.
- Panie
w³adzo,
a
tom
na
buty
ino
patrzy³ -
zawo³a³
Wyda
w
obronie
swojej
- Tylko
materialiœci
na
przyodziewek
zerkaj¹.
Wybryk
to
czysto
kapitalistyczny,
st¹d
za
wykroczenie
przyjêty.
Kara
ta
obejmuje
paragraf
894-ty,
czyli
miesi¹c
roboty
w
fabryce
cholewek
kominiarskich
na
rzecz
gminy
Kogutki
Czerwone! -
- Ale¿
panie
w³adzo,
a
to
w
nogi
zimno,
tom
patrzy³ -
- W
nogi
zimno
tym,
co
nie
pracuj¹
obywatelu.
St¹d,
do
roboty
was
wysy³am
dla
rozgrzewki.
Tydzieñ póŸniej
Zbigniew Racja
w s¹siednim
budynku fabryki
cholewek, sznurówki
do trzewików
Armii Zbawienia
produkowa³, jako
co wpad³
za sabota¿
bêd¹c
w posiadaniu
trzech par
obuwia i
kolega go
wsypa³...
koniec 18.9.2008
Kot w
œmietanie leciutko
doprawiony pieprzem
sma¿y³
siê w
brytfance, a
obok na
patelni sycza³
i popierdywa³
w oleju
œwiñski
ryj. W
saganie na
przypiecku gruszki
marynowane czeka³y.
W palenisku
na ro¿nie
obraca³ siê
³eb starego
jelenia. Z
gor¹ca
wielkiego rogi
popuszcza³y
smu¿ki
pary, która
ulatywa³a
ze szparek
w akompaniamencie
odg³osów
tzw. “piszcz¹cych”.
Iœcie
diabelska muzyka!
Raz by³a
to kobza
tatarska, to
znowu duda,
co to
wiadomo gra
tylko temu,
któren pieni¹dze
ma, a
w chwilach
niektórych odg³os
fujarki ¿ebraka
przykoœcielnego
popiskiwa³ z
rogów owych.
Zygmund Potrawa
sta³ obok
i niewielk¹
chochelk¹ polewa³
koci¹ pieczeñ
zasma¿k¹
ze œmietany.
Wypatroszona z
ozora morda
czworonoga piastowa³a
dwie niewielkie
myszki. Te,
ogo³ocone
by³y
ze skórki
i maczane
w majeranku.
Przy nakrytym
stole pod
oknem izby
siedzia³ Bart³omiej
Barakuda, osobnik
oty³y,
z w¹sem
jak zbój,
co to
ku do³owi
zwisa³ a¿
na szyjê
srodze t³ust¹.
Barakuda czekaniem
wyg³odzony
by³ iœcie
niebylejak i
pusta czeluϾ
brzuszna burcza³a
paskudnie gam¹
nicoœci
upierdliwej. A¿
pieczeñ z
kota podana
zosta³a
w chwale
oparów, a
zapachów wprost
grzesznej natury,
gdy¿ w
sza³ wprawia³y
komórki smakowe
okrutnoœci¹
intensywnoœci
swojej! Barakuda
no¿ykiem
niewielkim oder¿n¹³
kawa³eczek
kociego uszka,
co to
apetycznie stercza³o
ku chwale
kucharza, a
dobrze przypieczone
siê widzia³o.
Nastêpnie
do ust
w¹ziutkich
wsun¹³ i
schrupa³ ze
smakiem. Potem
myszy widelcem
wymerda³ spod
kociego zgryzu,
ale ¿e
te element
dekoracyjny spe³nia³y
w zadaniu
swym, w
serwetkê je
zawin¹³ i
do kieszeni
schowa³. Szybko
jednak wyczai³,
co pieczeñ
przyodziana by³a
w skórkê
chudziusi¹, tyle,
co dydki
parê kêsów
ofiar¹ sw¹
sk³ada³y,
bo to
kocica na
ten przyk³ad
by³a!
Gruszki i
³eb jelenia
wniesione na
stó³ zosta³y.
Barakuda jeden
marynat od
razu w
ca³oœci
do ust
wsun¹³, smakiem
kwaskowatym siê
swawol¹c
niebylejak. S³odycz
octowa gard³o
jego popieœci³a
sekund dwadzieœcia,
wypstrykuj¹c
orgazm rozkoszy
kulinarnej. Nastêpnie,
skosztowa³ rogacizny,
suto koperkiem
obsypuj¹c.
Rogi piszcza³y
jeszcze przez
minut parê,
cicho, cichutko,
a¿ ca³kiem
usta³y
ow¹ gamê
strasznoœci
dŸwiêkowej.
Zygmund Potrawa
ryj œwiñski
mase³kiem
pola³ i
na talerzyku
pod nos
Bart³omieja
podsun¹³. Ten
pow¹cha³
i skin¹³
rêk¹,
by na
stole ulokowaæ.
W³aœnie,
co zabiera³
siê do
wycmoktywania szpiku
z rogów.
Pot obficie
z czo³a
zroszonego mu
sp³ywa³,
a zygzakiem
a¿ pod
brodê wielce
spasion¹. Ró¿owoœæ
policzków falowa³a
w podrygach
szczêki
smakosza. Gdy
wycycka³ szparki
wszelakie rogów,
zabra³ siê
za ryj.
Có¿, by³
wyj¹tkowo
niesmaczny. Jakiœ
taki ma³o-chrupi¹cy,
niedopieczony. Zygmund
wyczai³ niezadowolenie
goœcia.
- Mo¿e
polaæ
sosikiem
z
grzybków
marokañskich?
- wyszepta³
namiêtnie.
Ale Barakuda
w odpowiedzi
twarz kamienn¹
pokaza³, unosz¹c
nieco tu³ów.
W izbie
rozleg³o
siê przeci¹g³e
miaukniêcie
kota o
odg³osie
zabarwionym parszywoœci¹,
co to
tylko jelito
grube smakosza
potrafi wyczarowaæ...
Sztuka
to
nielada,
i
choæ
najwiêkszy
niecnota,
a
nie
umie
zamiauczeæ
dup¹,
po
zjedzeniu
kota..!
koniec - 26.9.2008
êstunek starej baby
Gdy staroœæ brzydot¹ sw¹ wtargnê³a w korpus jego obsuszaj¹c oklap³e resztki miêœni, bieda ci te¿ wtargnê³a w progi abody jego na skraju wsi Deseczki Pochy³e. I jedno i drugie upierdliwoœci¹ cuchnê³o niebylejak¹! Koœci bowiem trzeszcza³y mu w stawach, a naoliwiæ nie by³o czym i za co. Gêba jego obwis³a k³apa³a w rytmice iœcie okrutnej, gdy do keredensu pustego zagl¹da³. Torebeczki tam jakieœ sta³y, ale ino pustka w nich hula³a dla ozdoby z³oœci¹ powitej. Hej, a wichura do taktu tañcowa³a w kominie nieopalonym, dreszczami cia³o stare wstrz¹saj¹c. Ot, czego to siê dorobi³, a przecie¿ swego czasu robi³ wiele. Bo oto na ten przyk³ad w latach, kiedy to jeszcze cia³o jego podrygiwa³o hasank¹ ducha niestarego nale¿a³ do Ligii Obrony Krawców ¿ydowskich, udziela³ siê w Zjednoczeniu Kominiarzy na rzecz podtuczenia chudzizny szkolnej, a tak¿e w Spó³dzielni Skromnych Smakoszy w gmninie Talerzyki Puste. Pracowa³ te¿ w szwalni p³aszczy z kociej we³ny dla artystów z Afryki Wschodniej, a teraz los sprawi³, ¿e sam trz¹s³ siê z zimna. Potem, gdy si³y m³odoœci wsi¹k³y niczym woda w wydmê pustynn¹, zatrudni³ siê w warsztacie przy produkcji beretów dla Stowarzyszenia Tragarzy na ziemiach odzyskanych...Na koniec gra³ w kapeli murarzy na hali produkcyjnej czajników pó³litrowych, której to zadaniem by³o wygrywaæ gamy niskie dla ucha, bo to ponoæ sk³ania do czynnoœci precyzyjnych...No, i tyle mia³ z tego, co na g³uchotê omal nie zapad³, bo to instrumenty dente ha³as wielki czyni³y w s¹siedztwie bezpoœrednim.
G³ód
do ogródka
wypcha³ go
dnia pewnego,
ale tam
ino badyle
jakieœ poskrêcane
ziemiê przemarŸniêt¹
na koϾ
œcieli³y
i przygarœcie
traw zbutwia³ych
falowa³y
w podmuchach
zimna piekielnego.
Capn¹³ kilka
razy haczk¹,
to tu,
to tam,
ale gleba
jak ska³a
twardzizn¹ sw¹
drwi³a
z wysi³ku
starczego. A¿
narzuci³ worek
na ramiona,
by mniej
œwista³o
po krzy¿u
i w
op³otki
wyruszy³. Stan¹³
pod cha³up¹
Zbigniewa S³oninki
i choæ
z sieni
uchylonej zapachy
kie³basy
przysma¿anej
w nos
siê wciska³y
natrêtnoœci¹
swoj¹, nie
mia³ ci
to odwagi
do œrodka
wejϾ. Zbigniew
wiadomo wynosi³
siê nad
drugich i
maj¹tkiem
i posad¹,
a to
onieœmiela
wielce. Bo
raz, ¿e
by³ kierownikiem
teatru grozy
w domu
spokojnej staroϾ,
to jeszcze
udziela³ siê
spo³ecznie
przy sortowaniu
kajaków na
rzecz p³etwonurków
w dolinach
Amazonki. Podobno
nale¿a³
tak¿e
do zjednoczenia
œpiewaków chóru
gregoriañskiego
dla niewidomych
kaskaderów. Daleko
zawêdrowa³,
bior¹c
pod uwagê,
¿e zaczyna³
pracowaæ w
wytwórni koników
na biegunach,
maj¹c
lat nieca³e
15. Ludzie
k³aniali
mu siê
w pas,
bo to
i artysta
i œpiewak
a i
duszê charytatywn¹
piastowa³.
Tadeusz wiedzia³,
co pusty
brzuch biedaka
dziadowaniem siê
objawia, a
on ci
ambit posiada³
iœcie
dumny, ¿e
dziadowa³ nie
bêdzie.
Wies³awa
Miednica wypatrzy³a
go oknem,
gdy przechodzi³
obok. Gêba
ci u
niej obwis³a
by³a
jak sakwa
Zyda przed
otwarciem sklepu,
a i
ca³a
reszta postaci
wtórowa³a
zwisami skóry
ponaci¹ganej
staroœci¹
i prawem
grawitacji iœcie
okrutnym w
brzydocie klapy
doczesnej!
- A
to
pan
Tadeusz
na
spacerku? -
zagada³a
- Zimno
dziœ... -
odpar³
z
nadziej¹,
co
ogrzaæ
siê
u
siebie
mu
pozwoli
- Ano,
pora
ci
dobra,
by
pranie
wywiesiæ,
to
wiatr
dobrze
przetrzepie -
- No,
a
obiad
pani
gospodyni
ju¿
nastawi³a?
- temat
zmieni³,
jako
uœwiadomi³
se
wnet,
co Ÿle
zacz¹³.
- Tak,
bociany
ju¿
odlecia³y,
ale
gniazda
ponoæ
ruszaæ
nie
mo¿na,
bo
bieda
i
choróbska
do
cha³upy
siê
wsmykn¹... -
- Bociany
odlecia³y,
bo
ch³ody
rozhasa³y
siê
nikczemne... -
pochwyci³
szybko
z
nadziej¹,
co
go
do
cha³upy
zaprosi
by
przy
piecu
siad³
dla
rozgrzewki
niebylejakiej.
Ale Wies³awa
Miednica jeno
wstrz¹snê³a
starczym zwisem
swego tu³owia.
- U
Piotra
Myckowskiego,
wie
pan,
ten
Zyd,
co
siedzi
za
m³ynem
na
komornym,
to
wczoraj
sufit
siê
zawali³.
Ca³e
szczêœcie,
co
Myckowski
biedê
piastuje
i
strych
by³
pusty,
bo
by
go pewnie
przygniot³o
na œmieræ.
-
- To
przez
gniazdo
bociana ? -
- Nie,
ponoæ
przez
myszy. -
- Jak
to,
przez
myszy? -
- A
tak
to, ¿e
grasowa³y
tam
miliony,
a
na
strychu
najwiêcej
i
W³adys³aw
Pytunia
sam
widzia³
na
w³asne
oczy,
jak
48
kotów
ugania³o
siê
tam
za
nimi,
a
wszystko
to
ros³e
kocury,
spasione!...
I
dudni³o
tam, ¿e
niech
bóg
broni!
Pytunia
wiadomo
po
s¹siedzku
siedzi,
to
po
nocach
sypiaæ
nie
dawa³
rady.
Tak
tarabani³y,
co
sufit
spad³ -
- Eee
tam,
u
Zydów,
to
zawsze
coœ
siê
dzieje -
- To
prawda
czysta,
bo
na
ten
przyk³ad
Wies³aw
Jarmu³ka...
- ale
Tadeusz
przerwa³
jej
wypowiedŸ.
- A
co
tam
bede
o
Zydach
gada³...Poczêstuje
to
gospodyni
miseczk¹
czego
gor¹cego?
-
- No
w³aœniem
powiedzieæ
mia³a,
co
Jarmu³ka
z
rana
by³
i
te¿
siê
pyta³... -
- I
da³a
mu
gospodyni
miseczkê
czego
gor¹cego?
-- Nie,
on
sie
pyta³,
czy
s³ychaæ
u
mnie
by³o,
gdy
u
Myckowskiego
sufit
run¹³... -
koniec 10.10.2008