opowiadanka 111-120

 

g³ówna strona
strona informacyjna
opowiadanka      1-10
opowiadanka    11-20
opowiadanka    21-30
opowiadanka    31-40
opowiadanka    41-50
opowiadanka    51-60
opowiadanka    61-70 
opowiadanka    71-80
opowiadanka    81-90
opowiadanka    91-100
opowiadanka  101-110
opowiadanka  111-120
opowiadanka  121-130
opowiadanka  131-140
opowiadanka  141-150

Skomplikowane myœli pu³kownika Stypy (grudzieñ 2005)

 Sponsor

 Do cha³upy ty³em poletka uciek³

Prali, wyzywali i przepraszali

Tajemnica psiarni

Bajeczka dla doros³ych dzieci (Nr.2)

Raz tylko wpad³

Chujowa rozmowa

 

Skomplikwane myœli pu³kownika Stypy (grudzieñ 2005)

 Pewien wariat w obliczu niebezpieczeñstwa wsadzi³ g³owê do lodówki by zachowaæ zimn¹ twarz...

Pewien szczep ludo¿erców bradzo dobrze traktowa³ turystów - byli zabijani bezboleœnie.

Pewien peda³ pracowa³ w banku spermy, ale poniewa¿ pi³ - wyrzucono go z pracy.

Pewien niewidomy ginekolog potrafi³ czytaæ z warg...

Dlaczego niewidomy karze³ by³ bity przez kobiety? - bo narzeka³, ¿e im œmierdz¹ w³osy.

Pewien facet poprosi³ trêdowatego o podanie rêki...

Co jest mniejsze od pch³y? - pchli kutasek.

Dlaczego s³onie nie lataj¹ w samolotach? - bo nie mog¹ zmieœciæ tr¹by pod siedzeniem.

Jaka jest definicja paskudy? - gdy zajrzysz do lodówki i pieczeñ wo³owa spierdzi ci siê w twarz.

Bogaty pan Norka da³ swojej ¿onie pani Norce futro z ¿yda do kostek.

Pewien peda³ zapuœci³ w¹sy, by ukryæ rozstêpy na ustach...

Po czym poznaæ, ¿e otrzyma³eœ list od trêdowatego? - w kopercie jest tak¿e jêzyk.

Pewien ekscentryk czesa³ siê kogucim grzebieniem.

Pewien matematyk mia³ skomplikowane porachunki z innym matematykiem.

Wychowanie fizyczne to nauka fizyki.

Wêdkarz wêdzi³ to, co zwêdzi³.

Dlaczego g³usi nie s³ysz¹? - bo s¹ g³usi.

Jaka kobieta siedzia³a w celi? - Celina.

Po czym poznaæ ¿e miêso jest zepsute? - gdy je przyciskasz palcem to popierduje.

W sklepie z komputerami roi siê od myszy...

Pewien dziadek chcia³ wejœæ na internet i zawali³ siê pod nim komputer.

Z czego s¹ potrawy? - z trawy.

Czy przy zamiataniu robi siê zamieæ?

Prosiê prosi by go poprosiæ a potem przeprosiæ gdy nie mo¿e siê doprosiæ...

Szczyt marzeñ kota; - dostaæ na urodziny kilogram myszy.

Dzieci smoka? - smoczki.

Pewien wariat zamiast do poduszki, wpakowa³ puch do puszki...

Je¿eli nie myjesz zêbów po ka¿dym posi³ku, to tak, jakbyœ nie podtar³ dupy po wysraniu siê.

¯ona mandaryna? - mandarynka.

Mycka ¿ydowska to kapelusz, od którego odlecia³o rondo.

Bezp³odna kobieta to ja³ówka.

Gdyby nie by³o ludzi biednych, to nie mielibyœmy komu pomagaæ.

 

Sponsor

 Cz³owiek jako istota towarzyska, nie lubi byæ sam. No, powiedzmy przez pewien czas takiemu czy siakiemu zdarza siê to, ale rzadko na d³u¿sz¹ metê. Czyba, ¿e jest to pustelnik praktykuj¹cy uduchowienie ca³kowite, lecz takich kiciusiów jest tyle, co kot nap³aka³. Bo wiadomo, hormony buszuj¹ce spokoju nie daj¹, to i pobzykaæ trzeba, a po³asiæ siê by ktoœ pog³aska³ w chwilach natarczywie wrednych. No, a i pogadaæ te¿ siê chce i zwierzyæ, a czasem i z³oœci swe wykrzyczeæ w ucho bliskie a ³askawe. S¹ te¿ i tacy, co swobodê osobist¹ “sam na sam” zaprzedaj¹ w imiê ideii pomocy kamrackiej, gdzie widmo obiecanki-cacanki bywa tak silne, ¿e pod dach swój goœcinny spraszaj¹ wszelkiego rodzaju trutni maœci hochsztaplerskiej. A dzieje siê i tak, co samotnoœæ brzêczy cisz¹ upierdliw¹ gdy gêby nie ma do kogo otworzyæ.
Pan Zbigniew Ciechoroba mieszka³ sam. Kocha³ ³ad, sk³ad i porz¹dek, a pedantem z natury by³, na drobiazgi wszelkie uwagi zwracaj¹c swe czujne, by wszystko by³o, jak byæ powinno. Cnoty te¿ pieœci³ w doskona³oœciach wielkich. Problem w tym, ¿e i o od innych tego samego oczekiwa³. Ale po kolei. W wieku lat czterdziestu w¹sy zapuœci³ i do chóru mêskiego w klubie pisarzy prozy powa¿nej wkroczy³, jako ¿e g³os mia³ iœcie gromki, a tak przenikliwy, ¿e jak zaœpiewa³, to go na drugim koñcu parafii s³ychaæ by³o. Tak przynajmniej twierdzi³ jego znajomek, Edward Kapota. Chór pisarzy prozy powa¿nej inspiracje artystyczne w nim wyskroba³ w postaci coraz to nowych odcieni barytonu, co to ³zy ¿ewne wyciska³o u s³uchaczy.
A¿ niejaki Jasiu Melodia o autograf go poprosi³. Gada³, co znajomy wujka jego w operze ponoæ pracuje i szczerze przyrzeka³ pomoc przy wkrêceniu Zbigniewa w owe grono trupy operowj, bo to niby marnuje akordy swej grdyki poœród zgrai pisarskiej, jako ¿e sam pisaæ nie potrafi³. - Tam bracie, artyœci z prawdziwego zdarzenia na scenach wysiaduj¹, a tu? Wyœpiewywanie po akademikach studenckich s³awy ci nie przyniesie. - Wypili po trzy piwa i przy czwartym Melodia g³osem iœcie konspircyjnym oœwiadczy³; - Wiesz Zbysiu, szybciej bym ci za³atwi³ owe kontakty, gdybym tak w mieœcie na d³u¿ej móg³ siê zatrzymaæ, ale nie mam gdzie... -
I j¹³ szeroko wywodziæ o ¿ywocie na wsi, gdzie wraz z bratem i matul¹ osiem hektarów kapusty uprawiali, i jak to paskuda zarazy jakiejœ iœcie tajemnej tak unicestwi³a ich plony, co ledwo cztery worki zebrali, a i to na koniec ktoœ z szopy w nocy wyniós³. Przy pi¹tym z kolei piwie, Zbigniew Ciechoroba tak siê wzruszy³ opowiastk¹ t¹ markotn¹, co u siebie owe zatrzymanie siê mu zaproponowa³. Jasiu Melodia a¿ klasn¹³ na ow¹ propozycjê i jeszcze tego wieczoru na pokoje Ciechoroby wkroczy³. A by³o ich dwa, pedantycznie czystoœci¹ wypieszczone, ¿e i py³ka tam nie znalaz³. By³a i kuchenka, gdzie kolekcja talerzy cudnie malowanych œciany zdobi³a, atmosfer¹ folkloru hasaj¹c, to znowu czajnik z gwizdkiem a tak wypolerowany, co gêbê sw¹ niczym w zwierciadle dojrzeæ mo¿na by³o! Tam to te¿ zasiedli i Zbigniew kolacjê wykwitn¹ na stole wyczarowa³ dla sponsora swego. Najpierw dyniê na gor¹co poda³, co to polana by³a sosem warszawskim. Potem uszka t³uszczem zajêczym nadziewane i racuszki z borówkami. By³ te¿ roso³ek ze strusia, a na koniec pó³metrowe rurki z kremem i orzeszkami.
Przypochlebia³o to Melodii, który szybko zmiata³ z talerzy i coraz to g³oœniej wychwala³ zalety znajomoœci znajomego wujka, co to ponoæ w operze pracowa³. A ¿e i piwo iœcie popularne tego wieczoru by³o, to owego “ponoæ” Zbigniew niedos³ysza³ - mimo dobrego s³uchu muzycznego. Jasiu rzecz jasna wymawia³ te¿ to s³owo odpowiednio po cichu , ale to ju¿ inna sprawa.
Minê³o dni kilka. Melodia w “goœcinnym” na tapczanie sypia³, a ¿e pojawi³ siê u Zbigniewa bez niczego, to ju¿ drugiego dnia o skarpetki poprosi³, a potem na koszulê i papcie przysz³a pora. Przejêty srodze rol¹ sponsorowania, uwagi nijakiej nie zwraca³ na zachowanie porz¹dków wokó³ swojej osi.
- Wannê po sobie nie wymy³eœ - upomnia³ go Zbigniew, gdy smugi czarno-t³uste przy brzegach wypatrzy³. Ale i nie tylko. Bo oto i pêdzel do golenia a¿ sztywny od myd³a w zlewie znalaz³, nie mówi¹c o wodzie rozchlapanej tu i tam, ¿e pod³ogê œciereczk¹ sam przejechaæ musia³ by stóp nie zamoczyæ, jako co wlaz³ tam na boso. Niegdyœ lœni¹ce lustro, past¹ do zêbów upstrykane teraz by³o.
- Jasiu, a weŸ no to posprz¹taj - zawo³a³ Ciechoroba gromkoœci¹ barytonu swego, który zamiast wyœpiewywyæ, upominkami trzeszcza³. Jasiu Melodia nie tylko bowiem ba³agan czyni³, ale i nawyki dra¿liwe miewa³, bo na ten przyk³ad w bezruchu usiedzieæ nie potrafi³. Rêce lata³y mu ciêgiem na boki, to znowu stop¹ rytmicznie podrygiwa³, telepi¹c rytmy jakieœ zdzicza³e o pod³ogê. Mia³ te¿ zwyczaj popierdywania ustami po ka¿dym wypowiedzianym zdaniu. Najbardziej jednak niemi³e w akustyce swej by³o g³oœne ka³atanie ³y¿eczki o szklankê, gdy to miesza³ bezwstydnie przes³odzone herbatki. Gadki sponsorowskie da³y te¿ tyle, co dmuchanie przepiórce w ucho, i czym wiêcej Jasiu o tym mówi³, tym ciszej jego gospodarz œpiewa³.
A¿ raz, a by³o to po czasie wielce przeterminowanym wyczekiwaniem, Edward Kapota siê w pobli¿u nawin¹³ i tak powiada; - A przepêdŸ ty tego dziada, bo... - i j¹³ wyjaœnienia uchu nieprzyjemne sypaæ. Otó¿ niejaki Bronis³aw £aska, znany samarytanin ze wsi Poletko Ja³owe, co to do¿ywia³ przytu³ek dla pobo¿nych ch³opców, spostrzeg³ raz tajemne znikniêcie czterech worków kapusty. Drzwi szopy piastowa³y ci skobelek ukrêcony i ch³op przyczai³ siê tam ukryty w mrokach nocki nastêpnej. Na wabia wystawi³ dwa worki kamieni w drzwiach komory. Stoi, czeka, jest! Postaæ wysoka nicpoñstwem swych kroków zdradzieckich zza rogu siê wychyli³a i wtedy to £aska latareczk¹ mign¹³, rozpoznaj¹c kto taki. Jasiu Melodia pijaczkiem okolicznym by³ i w przyp³ywach kamrackich zwierzeñ gada³, co do miasta ma ochotê przecwa³owaæ, tylko nie wie jak, bo to familii ¿adnej ni kole¿ków ¿adnych tam nie mia³. A¿ Leon Psiaczara myœl mu podsun¹³, co by pojecha³, i na mi³oœnika opery pozowa³, bo to artyœci czu³e dusze maj¹ i gdy pstryknie jak¹-tak¹ obiecankê we wspomo¿eniu przy wciœniêciu siê na scenê, ulula tym czujnoœci wszelkie i kto wie, czy presti¿e jakie tym nie przydyba. - Najwa¿niejsze, to siê wkrêciæ. Tylko ko³o amatorów na pocz¹tku spaceruj, a nisko ko³uj. A potem to ju¿ jakoœ bêdzie - poucza³.
Ciechoroba a¿ na gêbie posinia³ s³ysz¹c te przytyczki do amatorstwa. A ju¿ najbardziej go zez³oœci³o, co z³odzieja se pod dach sprowadzi³, przyjaŸni sponsorskiej wypatruj¹c. Ba, karmi³ i znosi³ nicoœci wszelkie, talenty swe na nie³aski wystawiaj¹c. I tak to dnia owego przepêdzi³ dziada natrêtnego, odbieraj¹c koszulê sw¹ i papcie. O skarpetki siê nie upomnia³.

Epilog 

Jasiu Melodia na wieœ nie powróci³. Ponoæ widzia³ go ktoœ, jak przy chórze emerytów stra¿y po¿arnej siê krêci³, o znajomoœciach znajomego wujka prawi¹c, a ¿e ch³opy to by³y czerstwe i z naiwnoœci wyp³ukane, d³ugo tam nie zabawi³.
Rok póŸniej, jeden z kole¿ków chóru pisarzy prozy powa¿nej zwierzy³ siê Zbigniewowi w wielkiej tajemnicy, co w³aœnie goœci u siebie krytyka operowego, co znajomoœci wielkie ma, bo ponoæ znajomy jego wujka w operze pracuje...

KONIEC 8.12.05

 

Do cha³upy ty³em poletka uciek³

Cha³upa Stefana Gorzelni stercza³a na samym koñcu wsi Ko³atka Pochy³a. Biedneñkie jej progi wiod³y do izby równie ubogoœci¹ upstrykanej, gdzie ino muchy bzyka³y radoœnie, jako ¿e ojciec, babka, dziadek i dwie starsze siostry Stefana radowaæ siê nie mieli czym. ¯e to ojciec chorowity by³, Stefan w rêce swe pozycjê gospodarza przej¹³. A tak wartko gospodarowa³, ¿e i wysraæ siê nie mieli czym. Najgorzej zrzêdzi³ dziadek, jako co najstarszy by³ i czasy lepsze ku strapieniu Stefana pamiêta³. Diabli nadali, i¿ umys³ jego bystroœci¹ szala³ iœcie m³odzieñcz¹ mimo wieku sêdziwego. W ³ó¿ko siê ani razu nie zr¹ba³ i ³y¿k¹ do gêby te¿ trafi³, popisuj¹c siê koordynacj¹ ruchów pospolitych. Babce koñczyny drga³y bezwolnie i nie pamiêta³a ile to ma lat, a jedynaka swego nie poznaj¹c. Dziadek poznawa³ i pamiêta³. Za m³odu matematykiem by³ i nauki swe w praktykê teraz ci wprowadza³. Potrafi³ na ten przyk³ad wyliczyæ, ile kartofli przypada³o w udziale dla ka¿dej gêby zebranej wokó³ sto³u w okresie zimowym, a ile te¿ latem. Zna³ siê na alfabecie morsa i czêsto z pukania dziêcio³a w sadzie rozczytywa³ kiedy deszcz bêdzie pada³, a kiedy posucha nastanie. M¹dry ci by³ dziadek Stefana i bylejakoœci¹ siê niezadawala³. Na staropanieñstwo wnuczek te¿ prosto spojrzeæ nie potrafi³. Có¿ jednak, kiedy pannicom w kroku brzydko pachnia³o, ¿e i najmniej wybredny g³upi Jasiu, co to u m³ynarza pos³ugiwa³, w pobli¿e siê nie nawija³. Ojciec z trwogi najpierw osiwia³, a potem wy³ysia³ i nos nisko zwiesiwszy, pod pierzyn¹ siedzia³. Dziadek ci go piastowa³, na wnuka pyskuj¹c srodze, bo to nic ino pod spo¿ywczym stró¿owa³, a napitki taniutkie wolno z butelczyny siorpi¹c, by na d³u¿ej starczy³o.
Heniu Posoka, truteñ i nierób wielki (choæ ma³ej postury), te¿ tam wysiadywa³ a nowinki nieprawdziwe braci zebranej w uszy k³ad³. W³aœnie usta szeroko rozziawione, co to jak wór bezdenny siê widzia³y, Jasiowi od m³ynarza pokazywa³.
- Patrz - mówi - i zapamiêtaj, bo jutro protezki z porcelany bielutkiej tu zagoszcz¹. A teraz, daj ³apê i postaw co z tej okazji -
Stefan Gorzelnia co to z boku sta³ i rozmowie siê przys³uchiwa³, splun¹³ niedbale.
- Pieprzysz Heniu. Te zêby ci wstawiaj¹ ju¿ od roku -
- W¹tpisz...? - zawo³a³ zaczepnie Heniu, bo porywisty z natury by³.
- No, niby nie. Tak sobie tylko ¿artowa³em -
- To w takim razie stawiasz karniaka, bo prawdê powiadam! -
- Dobra, tylko wpierw trza siê odpryskaæ - rzek³ Gorzelnia i w krzakach pobliskich przepad³.
Bo po prawdzie, to odpryskaæ siê nie mia³ czym ani i postawiæ za co. Do cha³upy ty³em poletka uciek³. Trafi³ ci na moment, kiedy dziadek herbatk¹ ojca poi³. A wolniutko ci z czajniczka j¹ wlewa³ w usta podesch³e.
- No i co, znowu ³azisz po kniejach zamiast ojca napoiæ? - zapyta³ dziadek
- a co ja tam bede wszystkich poi³... - To mówi¹c, obróci³ siê i w pole uciek³, nie œmi¹c wracaæ pod spo¿ywczy.


KONIEC 8.12.05

 

Prali, wyzywali i przepraszali

Pomimo szorowania i wietrzenia, dywan œmierdzia³ coraz bardziej. Fakt, pochodzi³ ze œmietnika, ale ¿e prezentowa³ siê obiecuj¹co, bratanek Zacharego, Bogumi³, namówi³ go by przenieœæ dywan do domu. DŸwigali go we dwoje. Deszcz w tym czasie lun¹³ i wichura siê zerwa³a, ale nieœli. Potem by³a ceremonia wyrzucenia starego dywanu, który te¿ pochodzi³ ze œmietnika... Na œmietnik oczywiœcie powróci³. Dywan ’nowy’ spocz¹³ na œrodku pokoju, ale ¿e by³ nieco zapaskudzony, trza go by³o przepraæ. W ruch te¿ posz³y najprzedniejsze proszki, myde³ka i inne wymys³y chemicznej czystoœci, co to zapach lawendy tak rozhasa³y po mieszkaniu, ¿e w nosie wierci³o srodze. Tak prali szczotkami masuj¹c wartko, ¿e dywanisko do cna przemok³o i w oknie trza go by³o wywiesiæ, by wilgoci wszelkie przesuszyæ. Ale ¿e zbutwienia owe d³ugo sch³y, natarczywy cuch bakterii przepêdzi³ zapach lawendy. Po dniach paru wytrzymaæ ju¿ tam by³o trudno i obaj klêli na owy dywanowy wynalazek ze œmietnika. -Wiesz, - rzek³ Bogumi³ do Zacharego - a mnie siê wydaje, ¿e trzeba go przeprosiæ, to i œmierdzieæ przestanie... -
Tak te¿ i zrobili. Dywanisko zaœ œmierdzia³o nadal, ¿e po tygodniu wynieœli go z powrotem na œmietnik...

KONIEC 23.3.06

 

Tajemnica psiarni

Dobrodziej Bernard Paciorek urzêdowa³ w parafii Kazanice. Zdyscyplinowany i uduchowiony, twarz wielce natchnion¹ wizjami œwiêtymi po okolicy obnosi³. Lubi³ udzielaæ siê spo³ecznie i coraz to organizowa³ schedy na cele charytatywne, gdzie taki czy siaki wyskakiwali z kasy, bo ponoæ dobry Bóg zaleci³ wspominaæ tych, co kasy nie mieli. Tak te¿ na ten przyk³ad na czele projektu owego by³o zorganizowanie pracowni plastycznej dla grupy czeladników, co to po przejœciu na chude fundusze emerytury zwêszy³a u siebie talenty malarskie. Jeden z nich, to machn¹³ pêdzlem taki pejzarz zimowy, ¿e ludzie ogl¹daj¹c go trzêœli siê z zimna. Inny, Chrystusa na p³ótnie usadzi³, a tak sprytnie cienie podobiera³, co parafianie ¿egnali siê z przejêcia, pacierze szepcz¹c. Sam dobrodziej Paciorek na kolana przed portretem owym pad³ i ponoæ kilka ró¿añców odmówi³, odmawiaj¹c jednak kupna dzie³a owego, jako co miejsca na œcianach plebanii brakowa³o, a nad drzwiami spi¿arni powiesiæ siê tego nie godzi³o.Kolejn¹ grup¹ potrzebnickich by³o szeœciu ateistów, którym dobrodziej wisiorki œwiête na szyjê sprowadziæ zapragn¹³ z samego Watykanu. Potem by³o zjednoczenie filantropów spod Karpacza, co to cucili omdla³ych z wysi³ku wspinaczy na szlakach górskich. Na sam koniec listy wcisnêli siê woluntariusze z pobliskiej psiarni, gdzie ponoæ psy wyj¹ce z zimna spokój zak³óca³y. Niby ogrzewanie trza by³o zamontowaæ, czy co jeszcze. Ktoœ tam gada³, ¿e z g³odu psy zawodzi³y, ale zimno te¿ by³o. Sytuacja owa tak zaintrygowa³a dobrodzieja, co sam na zwiady siê wybra³. Psiarnia owa w polu nieco ustawiona by³a i ju¿ z daleka jazgoty a lamenty psie s³ychaæ by³o, a czym bli¿ej dobrodziej podchodzi³, tym g³oœniej owe nicoœci siê rozlega³y. Wiaterek ci tego dnia powiewa³ te¿ niezgorszy, po³ami cha³ata jego telepi¹c, to znowu okrycie z g³owy porywaj¹c.
Gdy Bernard Paciorek zajrza³ w nisko osadzone okienka kancelarii, czterech spasionych woluntariuszy na sto³kach spoczywa³o, herbatkê siorpi¹c dla rozgrzweki niebylejakiej. Pod sto³em pies równie t³usty z miski coœ ch³epta³. Ten nie lamentowa³.
Dobrodziej wlaz³ tam bez pukania.
- Niech bêdzie pochwalony, a to widzê co panowie nie po bo¿emu czas spêdzaj¹ - rzek³ na powitanie.
- Ale¿ proszê ksiêdza, toœmy dopiero co usiedli. -
- W imiê ojca i syna, to czemu w psiarni taki ha³as? -
- Od tygodnia grasuje tutaj kot, to i psy sza³u dostaj¹ na jego widok. -
- A ja s³ysza³em, co jeœæ nie dajecie. -
- Dajemy. Ale cholery siê upar³y i jeœæ nie chc¹. -
- Poka¿cie co. -
Jeden z nich wskaza³ na ogromny wór w k¹cie. Dobrodziej zajrza³, ¿egnaj¹c siê trzykrotnie. W œrodku by³y trociny, z których wystawa³ ogromny jak dynia koci ³eb...

KONIEC 25.1.2006

 

Bajeczka dla doros³ych dzieci (Nr.2)

W pewnej stajni we wsi Kopytka Ostre, konisko stare przy ¿³obie pustym zêbami przydzwania³o. Pysk d³ugi a obwis³y piastowa³, a ¿ebra wystaj¹ce taniec chudoœci ca³kowitej wzd³ó¿ torsa wyczynia³y. Gospodarz, W³adys³aw Brykaj, ano co w pole zaprzesta³ go wyprowadzaæ, bo to staroœæ ostatnie si³y zeñ wycmokta³a i nawet dwuko³ówki ju¿ uci¹gn¹æ nie potrafi³. W³aœnie co na targ gospodarza ponios³o, gdzie nowego konika zakupiæ pragn¹³. Strapi³o to srodze starego grzywacza, jako co œwiadom by³ owej sytuacji iœcie upierdliwej. Nie z jednej ³¹ki siano konsumowa³ i widzia³ te¿ niema³o w swym koñskim ¿ywocie. A to zara za p³otem niejaki Piotr Siod³o siedzia³ na czterech hektarach twardzizny i piachu. Klacz ci on mia³ urodn¹, a i o sile niespo¿ytej. To i ora³ ni¹ owe gruzowiska przez lat 20, a tak batem g³aska³ dla zachêty, co klacz z boleœci wielkich pod siebie sra³a. A ¿e sk¹py by³ z natury, to pod koniec trocinami karmi³, s³omê na deser pod pysk podsuwaj¹c. To i nie dziwota, ¿e pewnego poranka klacz stuknê³a kolankami w próg stajenki i dwa dni póŸniej w ¿eŸni jako konina na hakach zawis³a.Piotr Siod³o nowego konika sobie kupi³, co to ze œwie¿¹ werw¹ si³ witalnych, w glebie zatwardzia³ej harce wyczynia³.
- No có¿, - pomyœla³o stare konisko - taka w ¿ywocie kolej rzeczy -
I trwoga okrutna zaskwercza³a w czerepie jego. S³ysza³ przecie dobrze, co o garbowaniu skór gospodarz jego ze s¹siadem nawija³ wedle p³ota. Brykn¹æ te¿ nie mia³ jak i dok¹d, bo to rzemykiem uczepiony do ¿erdki by³.
Gdy dzionek ten ponury wlaz³ za chmurki, r¿enie ciche w uszy mu siê wcisnê³o i po chwili przybysz nowo-nabyty do stajni wkroczy³. Dupa u niego wielka a wysportowana by³a i grzbiet g³adki lœni³. Spojrza³ zaczepnie na starego konia i tak rzek³;
- Ciasno tu i œmierdz¹co. Jam przywyk³y do innych wygód. -
- Do wygód...? Tutaj nic, ino robota karko³omna, a jak nie, to batem ciebie ³oj¹ po portkach. -
- No, ja batem jeszcze nigdy nie dosta³em, a p³óg i pole to dla frajerów. -
- To co w takim razie robi³eœ do tej pory? -
- Jak to, nie widaæ po mnie? -
- No, widzê coœ spasiony i wypania³y. -
- Ha, bo ja jestem koñ wyœcigowy! -
- I sprzedali ciê do roboty? -
- Gdzie tam. Sprzedali, bo swoje ju¿ przecwa³owa³em i teraz czas na emeryturê. Bo widzisz, mój zawód to przywilej; pobiegasz kilka lat i idziesz na odpoczynek. -
Stary koñ parskn¹³ œmiechem:
- Odpoczynek, to ty mia³eœ zanim tu przyszed³eœ, a od jutra jazda w pole -
- Nigdzie siê st¹d nie ruszam. Zróbmy tak; idŸ ty i rób za mnie i za siebie, a ja tutaj za nas obu i zjem i odpocznê. -
- Za starym na takie cwaniactwa - obruszy³ siê stary koñ - myœlisz, co darmo ciebie bêd¹ tu trzymali i ¿reæ dawali? -
Wtem gospodarz siê pojawi³ i wiaderko owsa nowemu przybyszowi pod nos podsun¹³. Ten, z min¹ wy¿szoœci zajadaæ wnet pocz¹³ smacznie. Stary koñ pysk swój podsun¹³ do wiaderka, gdy¿ paskudnie wyg³odzone brzuszysko piastowa³, ale gospodarz drogê mu zast¹pi³ i tak powiada;
- A wyrywaj ty, ju¿ ci owies wonieje? Dziœ nic, tylko woda na przep³ukanie flaków. Bo po prawdzie za chudyœ na kie³basy i paœæ siê ciebie ju¿ nie op³aca, ale ze skóry ze dwa paletka uszyæ bêdzie mo¿na. -
Stare konisko zbarania³o na s³owa owe paskud¹ powleczone.
- No, mo¿e i czapkê jak¹ te¿ siê wakroi, bo skóra obwis³a staroœci¹ i bêdzie jej z metr wiêcej... - doda³ po namyœle ch³op.
Koñ wyœcigowy zar¿a³ na te s³owa z ironi¹ z³oœliw¹:
- No, to widzê, co po¿ytek z ciebie bêdzie nawet gdy kopyta wyci¹gniesz! -
- A z ciebie kamrat iœcie zasrany! - obrazi³ siê stary koñ i zadem obróci³.
Gdy ranek zawita³ œpiewem s³owików i sikorek zza proga stajenki nadzianej sk³ócon¹ par¹ rumaków, gospodarz W³adys³aw Brykaj z batem w rêku do œrodka wkroczy³.
- No, - zwróci³ siê do nowo-przyby³ego kopytnika - Jazda , pora w pole! -
Koñ parskn¹³ w odpowiedzi na to, dupskiem olbrzymim gospodarzowi w lico przyœwiecaj¹c. A ten, jak nie zdzieli go po owych œlicznoœciach wyœcigowych, a¿ konisko przysiad³o, chwostem po bokach wymachuj¹c.
- Ojej! Ratunku! Pomó¿ bracie! - zajêcza³.
Ale stare konisko kopyta na boki roz³o¿y³o z min¹ bezradnoœci na pysku d³ugawym a srodze obwis³ym:
- Tyle ci mogê pomóc, co ty mi. I powiem ci jeszcze to, ¿e wolê ju¿ iœæ ’na skórki’, ni¿ w polu popierdywaæ z wysi³ku przez 20 lat. Twoja teraz kolej... -

KONIEC 26.9.06

RAZ TYLKO WPAD£

Zenon Comasz ¿y³ z opró¿niania pijackich kieszeñ, tote¿ czêsto-gêsto krêci³ siê w pobli¿u zak¹tków, gdzie pilegrzymki alkoholowe lokalnych tubylców miejsce mia³y. Owe zak¹tki, to ³aweczka suto otoczona krzaczkami gêstymi w pobliskim parku i niewielki skwerek za rogiem sklepiku spo¿ywczego. Zenon obeznany by³ na geografii okolicy jak ma³o kto i stale na bierz¹co ocykany z sytuacj¹ majêtnoœci okolicznej dziatwy. Lubi³ po odcedzeniu kilku piwek che³piæ siê przydomkiem prywatnego detektywa, bo ponoæ niegdyœ wypatrzy³ na bazarze jakieœ fanty z ogo³oconej w pobli¿u piwnicy.
- Ale nikomu o tym nie powiedzia
³em!...- zar¿a³ przechw³k¹ sojuszu kamrackiego - Bo i co by mi z tego by³o? Tyle, ¿em se inaczej z tego korzyœci wybzyka³ , bo na ten przyk³ad dziesiêæ procent zainkasowa³ od k³usownika i by³o po krzyku -
Szmerek uznania zafalowa
³ na gêbach piwoszy w kó³eczku przykucniêtych, a Zenon Comasz ³askawie da³ siê poczêstowaæ ³yczkiem wina wytrawnego, jako co Marian Psychoza rentê akurat zafasowa³ i butelczynê trunku “tego lepszego” z okazji tej na skwer przemyci³. Lubi³ ano tam zachodziæ, bo to ciekawostki iœcie niebylejakie czêsto ucho mile po³echta³y, a i samemu duszê otworzyæ szeroko te¿ siê udawa³o, bo to s³uchaczy zaciêtych na owej ³awie przysiêg³ych nie brakowa³o. Zeniu, o przydomku detektywa prywatnego, w³aœnie wytropi³, co Psychoza regularnie tam zagl¹da a i nie z pust¹ torb¹. Czy trunkiem, czy dymkiem, to zawsze poczêstowa³, w zamian za te kilka podniet zmys³u psychicznego, co to usta opowiadaj¹cego kamrata wysmoktywa³y. Bo dodaæ nale¿y, co pijaki podczas picia strasznie siê ekscytuj¹ wywodami swych zwyciêstw i pora¿ek, czêsto przy tym ulegaj¹c obecnoœci iœcie upierdliwych demonów wprost z czeluœci piekielnych, a zezwalaj¹c na krótsze lub d³u¿sze posesje postur swych zwiêdniêtych! Prê¿y siê raptem taki, co to demona akuratnie zaprosi³, i g³os swój wystawia na hulanki ró¿norakie, modeluj¹c od szeptu do wykrzyków raptownych. Owa prezentacja dŸwiêków nikczemnych, czyli “cmoktajka chochsztaplerska”, stanowi iœcie po¿¹dliwy element owych schadzek, a w szczególnoœci dla amatora zawartoœci kieszeniowych, jako ¿e to podk³ada t³o do tuszowania z³odziejskich poczynañ.
Zenon Comasz, jako istota znaj
¹ca niejedne tajniki swojkej profesji, ekspertem by³ niebylejakim. Obdarzony pamiêci¹ do imion, i z któr¹ które kojarzy mu siê gêb¹, potrafi³ wywo³aæ zachwyt niejednego krêgu pij¹cych aposto³ów.
- Cie!... Ale z ciebie artysta! - wo
³a³ niejeden, gdy Zenon bez zaj¹kniêcia siê recytowa³ imiona przypadkowo-poznanej trupy, a po oœmiu godzinach ca³owania butelczyn wysokiej rangi procentowej. Wzbudza³o to nie tylko zachwyt, co respekt a wraz z tym zaufanie, które przy popijawie przerabia³o siê w poufa³oœæ. Lico Comasza kraœnia³o od pochwa³ i honorów sk³adanych wspania³omyœlnie w d³onie jego chwalebne w postaci butelczyny takiej czy siakiej. Kraœnia³o te¿ ci, bo oto œwiadom by³ wielce, co czujnoœci wszelkie pousypia³. Bo to wiadomo, ¿e ululane zaufaniem kamractwo ³atwiej jest obmacywaæ po kieszeniach. I hej, w to mu graj. Nim kac suchym jêzorem poli¿e takiego Mariana Psychozê po karku, co fenomenalnie ma miejsce o poranku, po Zenonie Comaszu ino wspomnienie mgliste przechadza siê po ³epetynie obola³ej. Z³odziej tego pokroju ulatnia siê bowiem w chwili, gdy w³aœciciel pustych ju¿ kieszonek idzie po raz pi¹ty oddaæ mocz. Szósty raz robi to w spodnie, które naturalnie trza potem zsun¹æ z dupy aby wykrêciæ je w pobliskich krzakach, a wiadomo, ¿e przed t¹ czynnoœci¹ pijaczyna zapragnie zajrzeæ do kieszeni - moment iœcie niebezpieczny dla z³odzieja. Comasz, znaj¹c obyczaje owe, za zasadê wrêcz przej¹³ prêdkie oddalenie siê z miejsca parszywego, gdy tylko za³oga w pory laæ zaczyna. I szczerze mówi¹c, zawsze umyka³ nieŸle ob³owiony.
Raz tylko wpad
³. A by³o to na placu budowy, gdzie blok mieszkaniowy dla inwalidów zas³u¿onych w legii cudzoziemskiej stawiano. Ale ¿e to funduszy po wykopaniu fundamentów zabrak³o, to i w od³óg zagracony miejsce owe siê przeima³o, to znowu chwaœciskami obros³o, a i szczury wielkoœci kotów tam smyka³y wœród chaszczy. Ponoæ niejakiego Piotra Dziecinê gryzonie tak tam pok¹sa³y podczas drzemki, co obudzi³ siê bez uszu i napletka, bo to siuraka po oddaniu moczu do portek nie schowa³. Tam ci to te¿ Zenon Comasz razu pewnego lico swe z³odziejskie pokaza³ po wyczajeniu œpiewu chóralnego, co to z oddali siê rozlega³ fa³szem upierdliwym. Grono zebranych biesiadowa³o niczym dwunastu aposto³ów, bo to akuratnie tylu ich stercza³o wokó³ p³achty jakiejœ starej a rozpostartej na kupie piachu sklepionego. Dwie wêdzone rybki i pó³bochenek skrojony cieniuœko œrodek zdobi³y, a na brzegach butelczyny puste stercza³y markotnie, ¿e to do sucha wycmoktane by³y. Zeniu, cz³ek znaj¹cy siê na rzeczy, szybko oceni³ sytuacjê. W nieludzkie ryki bowiem œpiewy przechodzi³y, a to œwiadczy³o co œwiadomoœæ ustêpowa³a miejsca podœwiadomoœci, co równa³o siê tzw. “zanikowi pamiêci”.
Comasz spocz
¹³ obok najbardziej “nieœwiadomego”, i niby podtrzymuj¹c w kamrackim uœcisku, ³apê do kieszeni wsun¹³. Chusteczka spowita w gile ci ano tam spoczywa³a. Wielce nieszczêœliwy odkryciem owym siêgn¹³ do drugiej. A tam z kolei pustka nicoœci¹ siê panoszy³a paskudn¹. Nadziana ³ap¹ z³odziejsk¹ kieszeñ dozna³a tzw. “skurczu szmacianego”. Zjawisko to jest wielce nieporz¹dane w krêgu z³odzieji, a polega na tym, ¿e w³o¿on¹ w kieszeñ d³oñ trudniej jest wyj¹æ ni¿ wsadziæ. I podczas gdy Zenon Comasz próbowa³ j¹ uwolniæ, pijak spierdzia³ siê w amoku nieœwiadomym, uwagê zebranych na siê zci¹gaj¹c. Sam po prawdzie nie poczu³, ale inni zauwa¿yli, jak Comasz ³okciem drynda³, by d³oñ z kieszeni parszywej uwolniæ.
- I co mu tam grzebiesz, - zamamrota
³ na przeciw siedz¹cy Zdzis³aw Piszcza³ka - toæ on zbyt spity by mu konia waliæ... -
Comasz, ma
³o tam zra¿ony komentarzem owym wstydliwym, pytanie mu takie wystawi³;
- Kim by
³ twój ojciec? -
- Synem mego dziadka -
- A dziadek? -
- Krawiec -

koniec 18.5.2007

 

CHUJOWA ROZMOWA

- Rucha³eœ Pitka?-
- Gdzie tam. On jest taki rozjebany, ¿e mu z dupy pasztet cieknie. -
- A czemu to? -
- Podobno czêsto na wieœ do babki jeŸdzi i gdy stara jest w koœciele, a ³azi tam co wieczór, Pitek puszcza siê z bykiem w obórce -
- Sk¹d o tym wiesz? -
- Tomek Pa³a widzia³. Ma brata w tej samej wsi i kiedyœ razem siê tam wybrali. By³a sobota, wypili kilka win i Pitce na amory siê zebra³o. Rozpi¹³ portki, wymachiwa³ kutasem, ale Pa³a by³ tak pijany, ¿e w pewnym momencie usn¹³ -
- To w takim razie jak móg³ widzieæ kiedy Pitkê rucha³ byk? -
- Obudzi³ siê w œrodku nocy i wyszed³ na podwórze by oddaæ mocz. . Wtedy to us³ysza³ jakieœ ³omoty i zajrza³ do obory. -
- Hm. ciekawe, ¿e tak siê stoczy³ -
- Nie stoczy³, tylko wie, czego chce. Mia³ przecie¿ t¹, no jak tej habaninie na imiê... Cirka? To mu pizdy sk¹pi³a, a jak ju¿ da³a pojebaæ, to za ka¿dym razem pryszcze jakieœ mu na kutasie wyskakiwa³y i raz mu nawet skóra z jaj zesz³a... Babka robi³a mu ok³ady ze œmietany i majeranku. Potem pozna³ tak¹ Stasiê. Bigosówa. Wzi¹³ prosto z dworca i przygarn¹³ pod swój dach. Ponoæ niebrzydka, ale cipê mia³a tak sflacza³¹ od pstrykania, ¿e dzyndzel jej zwisa³ do po³owy ud -
- Ja to bym siê tym nie przejmowa³. W dupê te¿ mo¿na wyruchaæ. -
- Jak taka nie ma robali. Raz dorwa³em tak¹ gliszczê, co to odszczelona z klas¹, o niewinnej buzi, a cycki to mia³a jak œwierze pyzy. No, ale jak j¹ w nocy zacz¹³em jebaæ, to i wdepn¹³em w kawowe oko. Tak jej dosun¹³em, ¿e siê na koniec spierdzia³a. Ale gdy parê dni póŸniej odbyt mi siê rozswêdzia³ to wiedzia³em, ¿e mi flaki owsiorami nadzia³a... -
- Ale kurwa ci siê trafi³a. Pewnie w dworcowym sroczu to z³apa³a. Taka zamiast przykucn¹æ i siê rozkraczyæ, to przykleja rozpadówê do osyfia³ego sedesu -
- Bo baby nie maj¹ fantazji. Stasiu Dziura odka¿a deski w³asnym moczem, dopiero siada -
- Tak, ale to jego jedyna zaleta, bo gumki ma ju¿ nieŸle poluzowane -
- Jak to? -
- No pasztet mu cieknie, mówiê. -
- S³ysza³em, ¿e mieszka z jak¹œ star¹ ciot¹ -
- Tak, Leon Puder zaliczy³ ju¿ siedem krzy¿yków, ale podobno jeszcze jakoœ siê trzyma i przez to Stasiu ³azi taki rozpruty -
- Ten Puder to musi mieæ chuja jak kibiæ jamnika -
- Tylko, ¿e jaja mu wyschly. Stasiu gada³, co stary kremy jakieœ wciera³, a ¿e nie pomog³o, to smaruje kogucim sad³em -
- A to kurwa zabobonnik. Pewnie próchnicy starczej siê nabawi³, a na to i ok³ady z nieletniej cipulki nie pomog¹ -
- I choæby, ale Leon nie lubi bab, bo to wiadomo; w dupê niechêtnie daj¹ pobzykaæ, a kapciary s¹ dla niego za luŸnawe -
- Jak on pozna³ Stasia Dziurê? -
- Na pielgrzymce kutasów u Mietka Bzykalskiego. Puder spojrza³, Stasiu zamerda³ pierdziaw¹ i skamracili siê -
- No, a ty, nie rzuci³byœ jakiego spojrzenia na mnie...? -
- To¿ patrzê na ciebie ju¿ od godziny, ale mój stachanowiec coœ nie chce zerwaæ siê do roboty -
- A czemó¿ to? -
- Wiesz co, kup se pekiñczyka by ciê liza³ po jajach bo mi oststnio zdrêtwia³ jêzyk -

koniec 20.4.2007

 

RAZ TYLKO WPAD£

Zenon Comasz ¿y³ z opró¿niania pijackich kieszeñ, tote¿ czêsto-gêsto krêci³ siê w pobli¿u zak¹tków, gdzie pilegrzymki alkoholowe lokalnych tubylców miejsce mia³y. Owe zak¹tki, to ³aweczka suto otoczona krzaczkami gêstymi w pobliskim parku i niewielki skwerek za rogiem sklepiku spo¿ywczego. Zenon obeznany by³ na geografii okolicy jak ma³o kto i stale na bierz¹co ocykany z sytuacj¹ majêtnoœci okolicznej dziatwy. Lubi³ po odcedzeniu kilku piwek che³piæ siê przydomkiem prywatnego detektywa, bo ponoæ niegdyœ wypatrzy³ na bazarze jakieœ fanty z ogo³oconej w pobli¿u piwnicy.

- Ale nikomu o tym nie powiedzia³em!...- zar¿a³ przechw³k¹ sojuszu kamrackiego - Bo i co by mi z tego by³o? Tyle, ¿em se inaczej z tego korzyœci wybzyka³, bo na ten przyk³ad dziesiêæ procent zainkasowa³ od k³usownika i by³o po krzyku -

Szmerek uznania zafalowa³ na gêbach piwoszy w ³eczku przykucniêtych, a Zenon Comasz ³askawie da³ siê poczêstowaæ ³yczkiem wina wytrawnego, jako co Marian Psychoza rentê akurat zafasowa³ i butelczynê trunku “tego lepszego” z okazji tej na skwer przemyci³. Lubi³ ano tam zachodziæ, bo to ciekawostki iœcie niebylejakie czêsto ucho mile po³echta³y, a i samemu duszê otworzyæ szeroko te¿ siê udawa³o, bo to s³uchaczy zaciêtych na owej ³awie przysiêg³ych nie brakowa³o. Zeniu, o przydomku detektywa prywatnego, w³aœnie wytropi³, co Psychoza regularnie tam zagl¹da a i nie z pust¹ torb¹. Czy trunkiem, czy dymkiem, to zawsze poczêstowa³, w zamian za te kilka podniet zmys³u psychicznego, co to usta opowiadaj¹cego kamrata wysmoktywa³y. Bo dodaæ nale¿y, co pijaki podczas picia strasznie siê ekscytuj¹ wywodami swych zwyciêstw i pora¿ek, czêsto przy tym ulegaj¹c obecnoœci iœcie upierdliwych demonów wprost z czeluœci piekielnych, a zezwalaj¹c na krótsze lub d³u¿sze posesje postur swych zwiêdniêtych! Prê¿y siê raptem taki, co to demona akuratnie zaprosi³, i g³os swój wystawia na hulanki ¿norakie, modeluj¹c od szeptu do wykrzyków raptownych. Owa prezentacja dŸwiêków nikczemnych, czyli “cmoktajka chochsztaplerska”, stanowi iœcie po¿¹dliwy element owych schadzek, a w szczególnoœci dla amatora zawartoœci kieszeniowych, jako ¿e to podk³ada t³o do tuszowania z³odziejskich poczynañ.

Zenon Comasz, jako istota znaj¹ca niejedne tajniki swojskiej profesji, ekspertem by³ niebylejakim. Obdarzony pamiêci¹ do imion, i z któr¹ które kojarzy mu siê gêb¹, potrafi³ wywo³aæ zachwyt niejednego krêgu pij¹cych aposto³ów.

- Cie!... Ale z ciebie artysta! - wo³a³ niejeden, gdy Zenon bez zaj¹kniêcia siê recytowa³ imiona przypadkowo-poznanej trupy, a po oœmiu godzinach ca³owania butelczyn wysokiej rangi procentowej. Wzbudza³o to nie tylko zachwyt, co respekt a wraz z tym zaufanie, które przy popijawie przerabia³o siê w poufa³oœæ. Lico Comasza kraœnia³o od pochwa³ i honorów sk³adanych wspania³omyœlnie w d³onie jego chwalebne w postaci butelczyny takiej czy siakiej. Kraœnia³o te¿ ci, bo oto œwiadom by³ wielce, co czujnoœci wszelkie pousypia³. Bo to wiadomo, ¿e ululane zaufaniem kamractwo ³atwiej jest obmacywaæ po kieszeniach. I hej, w to mu graj. Nim kac suchym jêzorem poli¿e takiego Mariana Psychozê po karku, co fenomenalnie ma miejsce o poranku, po Zenonie Comaszu ino wspomnienie mgliste przechadza siê po ³epetynie obola³ej. Z³odziej tego pokroju ulatnia siê bowiem w chwili, gdy w³aœciciel pustych ju¿ kieszonek idzie po raz pi¹ty oddaæ mocz. Szósty raz robi to w spodnie, które naturalnie trza potem zsun¹æ z dupy aby wykrêciæ je w pobliskich krzakach, a wiadomo, ¿e przed t¹ czynnoœci¹ pijaczyna zapragnie zajrzeæ do kieszeni - moment iœcie niebezpieczny dla z³odzieja. Comasz, znaj¹c obyczaje owe, za zasadê wrêcz przej¹³ prêdkie oddalenie siê z miejsca parszywego, gdy tylko za³oga w pory laæ zaczyna. I szczerze mówi¹c, zawsze umyka³ nieŸle ob³owiony.

Raz tylko wpad³. A by³o to na placu budowy, gdzie blok mieszkaniowy dla inwalidów zas³u¿onych w legii cudzoziemskiej stawiano. Ale ¿e to funduszy po wykopaniu fundamentów zabrak³o, to i w od³óg zagracony miejsce owe siê przeima³o, to znowu chwaœciskami obros³o, a i szczury wielkoœci kotów tam smyka³y wœród chaszczy. Ponoæ niejakiego Piotra Dziecinê gryzonie tak tam pok¹sa³y podczas drzemki, co obudzi³ siê bez uszu i napletka, bo to siuraka po oddaniu moczu do portek nie schowa³. Tam ci to te¿ Zenon Comasz razu pewnego lico swe z³odziejskie pokaza³ po wyczajeniu œpiewu chóralnego, co to z oddali siê rozlega³ fa³szem upierdliwym. Grono zebranych biesiadowa³o niczym dwunastu aposto³ów, bo to akuratnie tylu ich stercza³o wokó³ p³achty jakiejœ starej a rozpostartej na kupie piachu sklepionego. Dwie wêdzone rybki i ³bochenek skrojony cieniuœko œrodek zdobi³y, a na brzegach butelczyny puste stercza³y markotnie, ¿e to do sucha wycmoktane by³y. Zeniu, cz³ek znaj¹cy siê na rzeczy, szybko oceni³ sytuacjê. W nieludzkie ryki bowiem œpiewy przechodzi³y, a to œwiadczy³o co œwiadomoœæ ustêpowa³a miejsca podœwiadomoœci, co równa³o siê tzw. “zanikowi pamiêci”.

Comasz spocz¹³ obok najbardziej “nieœwiadomego”, i niby podtrzymuj¹c w kamrackim uœcisku, ³apê do kieszeni wsun¹³. Chusteczka spowita w gile ci ano tam spoczywa³a. Wielce nieszczêœliwy odkryciem owym siêgn¹³ do drugiej. A tam z kolei pustka nicoœci¹ siê panoszy³a paskudn¹. Nadziana ³ap¹ z³odziejsk¹ kieszeñ dozna³a tzw. “skurczu szmacianego”. Zjawisko to jest wielce nieporz¹dane w krêgu z³odzieji, a polega na tym, ¿e w³o¿on¹ w kieszeñ d³oñ trudniej jest wyj¹æ ni¿ wsadziæ. I podczas gdy Zenon Comasz próbowa³ j¹ uwolniæ, pijak spierdzia³ siê w amoku nieœwiadomym, uwagê zebranych na siê zci¹gaj¹c. Sam po prawdzie nie poczu³, ale inni zauwa¿yli, jak Comasz ³okciem drynda³, by d³oñ z kieszeni parszywej uwolniæ.

- I co mu tam grzebiesz, - zamamrota³ na przeciw siedz¹cy Zdzis³aw Piszcza³ka - toæ on zbyt spity by mu konia waliæ... -

Comasz, ma³o tam zra¿ony komentarzem owym wstydliwym, pytanie mu takie wystawi³;

- Kim by³ twój ojciec? -

- Synem mego dziadka -

- A dziadek? -

- Krawiec -

koniec 18.5.2007

 

To¿ un w polu ino...

Piotr Koszula czesaniem koñskich ogonów na ¿ycie zarabia³. Z racji profesji swojej po wsiach kursowa³. W³azi³ ci to z wieczora wczesnego do stajni, gdzie gospodarz ostatni obchód przed udaniem siê pod pierzynê czyni³, i zagadywa³;
-
Przyczesaæ ogonek? -
-
Ano poszet, bo jak cie przyczesze... - mrucza³ siaki-taki, ale czesem zdarza³o siê, co ciekawoœci¹ po³echtany cz³ek tak odpowiada³;
-
A na co mnie tam to?.. -
-
No, to niby w interesie szkapy prawda, bo trza wiedzieæ, co dupa koñska przes³oniêta ko³tunem ogona ulega zaskorupieniu liszajowym z braku sta³ego dop³ywu powietrza. Sprzyja to zatwardzeniom ka³owym, czyli poci¹gowiec nie mo¿e siê wysraæ, popierduj¹c w zamian co chwilê... -
-
To niby z wysi³ku? -
-
Z wysi³ku te¿. Bo czy pan gospodarz by nie pierdzia³, gdyby przysz³o ci¹gn¹æ wóz wielki jak stodo³a? -
I w owym to momencie sprytnym, kiedy to ujarzmi³ gospodarza za¿enowaniem nag³ym, szczoteczki i grzebyki z torby przepastnej wydobywa³, ku dupie koñskiej pod¹¿aj¹c. Tak bywa³o do tej pory. Po rozczesaniu w³osia sko³tunionego piêknie go na koniec zaplata³ w warkocz cygañski, gumk¹ u do³u œci¹gaj¹c. K³ania³ ci siê potem nisko przed haziajem i czy s³oiczek œmietany, czy s³oninki po³eæ za us³ugê fasowa³.

Ale owego wieczora pech zabzycza³ melodi¹ dziadoskiej torby, nie³askê rozsiewaj¹c. Obrz¹dzi³ ci to akuratnie dupê wybitnie wielk¹, a i nie bez trwogi bo to koñ kopytem lewym fyrda³ na boki, jako ¿e muchy k¹sa³y go po jajach iœcie srodze. Koszula warkocz piêkny splót³, piórkiem sowim na koniec przyozdabiaj¹c. Gospodarz, Witold Anaco, przyszed³, popatrzy³, i tak powiada;
-
Panie, a na co mu te ozdóbki? To¿ un w polu ino... a tam nikto go nie ogl¹da... -
-
Jak to, a wy gospodarzu, to nie patrzycie? -
-
Eeee, a na co mnie tam to... -
-
Da pan co..? -
-
Eee tam, a bo to ja wiem? - zamamrota³ i spacerkiem w drzwi obory wkroczy³, nutê cieniutk¹ przez odbyt wypstrykuj¹c.

koniec 11.6.2007

 

Bajeczka dla doros³ych dzieci (nr 3) pt. “Leniwy kot”.

Dawno, cholernie dawno temu, ¿y³ sobie na skraju lasu kot. No, na pewno od razu pañstwo pytacie czemu¿ to ¿y³ na skraju lasu, a nie w jakiejœ wiejskiej cha³upie na przypiecku, ale trzeba z góry wyjaœniæ, ¿e nie by³ to ot taki, zwyczajny, cha³upiany kot. Nie. Bohater naszej bajki by³ kotem niezwyczajnym. Bo trzeba te¿ wiedzieæ na ten przyk³ad, ¿e morda u niego by³a spasiona jak dupa warhlaka przed ubojem, a mrucza³ tak g³oœno, ¿e po drugiej stronie lasu by³o s³ychaæ. Te dwa walory u familii kotów œwiadcz¹ o powodzeniu naturalnym. Siedzia³ wiêc sobie owy kot w cieniu wiotkiej brzózki, której to listeczki tañcowa³y w przygrzewaj¹cym s³oneczku, siedzia³, i, nic nie robi³. Bo i robiæ nie musia³. Podczas, gdy inne koty, te ze wsi, ugania³y siê po stodole za myszami, do tego kota myszy przychodzi³y same. No, powiedzmy, ¿e przychodzi³y z ciekawoœci. Bo zamiast wytrzeszczaæ œlepia i strasz¹c je rych³ym po³kniêciem, owy kot uœmiech tajemny piastowa³ ci na pysku swym kocim i tak pomrukiwa³; - ChodŸ ano tutaj bli¿ej, a sekrecik szepnê w ucho... -
-
Eee, ja nie taka g³upia - mówi³a mysz
-
Co, mo¿e boisz siê, ¿e ciebie zjem? Zobacz, - mówi³ kot prostuj¹c do przodu ³apeczki w pazurki przyodziane ostre
-
ja potrafiê skoczyæ a¿ na sam¹ chmurkê, to co dopiero tam, gdzie ty siê czaisz. PodejdŸ, ja myszy to nawet nie lubiê, bo mam po was zatwardzenie -
-
To co pojadasz? -
-
Stokrotki -
-
I tak siê na nich spas³eœ? -
-
Jak widzisz. Pogoñ za myszami spala wiele kalorii, a ja w miejscu se przesiadujê, to i sade³ko tu i ówdzie mnie otula -
-
Dobra, gadaj jaki to piastujesz sekret - mówi³a mysz, pod³a¿¹c niemal pod koci pysk...
-
A taki!!!... - i kot jednym k³apniêciem po³yka³ smaczny k¹sek.
“G³upie, ale te myszy s¹ g³upie... myœla³ potem, oblizuj¹c w¹sy i czeka³ na nastêpn¹.
A¿ razu pewnego je¿ przydrepta³ w pobli¿e kociej siedziby. Jab³uszko rumiane na grzbiecie nadziane mia³.
-
Ojej! Jakie ³adne! - zawo³a³ kot, - poka¿ no, co tam niesiesz -
-
Ano, co niosê, to nie twoja sprawa. Tyle ci tylko powiem, ¿e zima idzie i zapasy trza gromadziæ -
Kot, ¿e choæ go z³oœæ napad³a na s³owa te, ani drgn¹³, boæ to przecie¿ z natury leniwy by³. Przeci¹ga³ siê jeno, a mrucza³ ca³ymi dniami. Tyle tylko, co w miejsce ustronne spacerki 3 razy dziennie urz¹dza³. A wiedzieæ trzeba, ¿e sra³ w dêbowej dziupli, co to ³ukiem piêknym siê rysowa³a tu¿ u podnó¿a owego czterowiekowca. Zganiony raz przez wiewiórkê, ¿e apartamenty jej zasmradza, tak odmrucza³;
-
A bo ja jestem kot kulturalny. Sraj¹c do dziupli, twoje tylko nozdrza wystawiam na cierpienie, a gdybym robi³ to na zewn¹trz, zasmradza³bym po³owê lasu -
Innym razem lis przemkn¹³ pobok, przepióreczkê t³ust¹ w mordzie piastuj¹c.
-
Daj skosztowaæ - zamrucza³ kot, a lis na to;
-
To idŸ, i se upoluj... -
Dni zapierdala³y naprzód i leœni lokatorzy coraz to mniej tolerowali kota leniwego, co to nie robi³ nic, tylko myszy zwabia³ ku sobie. A¿ ranka pewnego zima upierdliwoœci¹ sw¹ tak sypnê³a œniegu, co ino koci ³eb z pow³oki bielnej wystawa³. Miaukn¹³ na przebudzenie owe iœcie nieciekawe i ku dziupli dêbowej susa da³. Ale tam fekalia cuchn¹ce woni¹ sw¹ na œwiat go wyciepnê³y. Wielce nierad, do wsi pogna³, miarkuj¹c, co tam siê po¿ywi i ogrzeje w cha³upie jakiej.
-
Poka¿, jak myszy ³owiæ potrafisz, a ¿reæ dostaniesz - zagada³ jeden ch³op, W³odzimierz Kociñski, co to cha³upê mia³, stajniê mia³, stodo³ê mia³, ale kota nie mia³.
No to bohater bajki naszej w progu stodo³y przykucn¹³ i czeka³, jak to robi³ w lesie. Czeka³, czeka³, ale myszy dawno zwiedzia³y siê o jego cwaniactwie i ¿adna nawet ogonem nie fyrdnê³a w pobli¿u. A tymczasem g³ód srogi zawarcza³ z³owrogo w ogromnym brzuszysku kota leniwego, ¿e ju¿ wytrzymaæ nie sz³o! Uniós³ ci to zad spasiony i podrepta³ do ch³opa, jak ten œmietanê ano do garnczka przelewa³ z wiaderka. Bielutka by³a, i smakowicie gêsta. Hipnotyzuj¹c wzrokiem natchnionym, ³asi³ siê o nogawki portek W³adys³awa Kociñskiego. £asi³ siê z prawej strony, i ³asi³ siê z lewej strony. £asi³ siê z przodu, i ³asi³ siê z ty³u, to znowu pomiêdzy nogi wprost torso swe kocie wczmychiwa³, a tak przy tym mrucza³, ¿e œciany wibrowa³y!
¿, kiedy Kociñski w zamian tak go kopn¹³ w dupê, ¿e kot z miaukiem iœcie szatañskim pogna³ w pola.

Mora³; ³aszeniem siê o portki ch³opa, œmietany z niego nie wyciœniesz...

koniec 23.7.2007

 

CWANIACY

Jaros³aw Kufel pijakiem by³,
z kieliszka doi³, pod siebie szczy³...
W bar³ogu spa³, na materac sra³,
i ca³kiem fajnie siê sobie mia³.
W cha³upie koczowa³, nigdzie nie pracowa³,
ale wódeczki sobie nie ¿a³owa³.
Z zasi³ku ano ¿y³ ten niecnota,
i czy pogoda, czy te¿ s³ota,
on do pijalni chodzi³ namiêtnie,
gdzie zawsze goln¹³ sobie chêtnie.
A¿ raz koleœ Heniu podszed³ do niego,
i tak powiada; postaw co, kolego.
Kufel, ¿e to spity by³ do nieprzytomnoœci,
nie rozpoznawa³ starych znajomoœci.
W k¹cie ci siedzia³, o zroszonym kroku,
z mord¹ zasmarkan¹, a nieco na boku,
i coœ sam do siebie gada³,
na proœby Henia nie odpowiada³.
Bo to ju¿ taka dola pijaka,
¿
e jeden i drugi udaje cwaniaka...

koniec 10.7.2007

 

Bajeczka dla doros³ych dzieci (nr 4) pt. “Strach”.

W pewnej wsi bardzo dawno temu, mieszka³ sobie ch³op, który wszystkiego siê bardzo ba³... Trz¹s³ siê ano okrutnie od rana do wieczora i po k¹tach kry³. Gdy go inni wypytywali, czemu to on tak, mawia³; to ze strachu. W pole nie wychodzi³, do komory ani na strych nie zajrza³. Nawet w miejsce ustronne sam nie poredzi³ spacerek wypstrykaæ, bo jak powiada³, strach go oblatywa³. Baba jego okrutnie przez to zrzêdzi³a i nagadywa³a ¿noœci na ambity jego, ze strachu skurczone iœcie wielce. A to leniem pospolitym nie raz go przezywa³a i od miski na stole odpêdza³a. A on ci ze strachu s³owa jej z³ego nie da³. Gdy baba kaza³a mu wody ze studni przynieœæ, bo to susza na dnie wiaderka panowa³a, on mawia³, co nie przyniesie wody, bo do studni boi siê zagl¹daæ. Baba piæ wódki mu wzbrania³a, to doi³ z kieliszka z oczyma ciasno przymkniêtymi. I w las niecnota ba³ siê zachodziæ, to baba jego sama musia³a drewienka na podpa³kê w piecu dŸwigaæ na grzbiecie.
A¿ razu pewnego, gdy s³onko chyliæ siê poczê³o ku do³owi, bo to prawda wieczór zapada³, stary w³óczêga gêbê sw¹ zabiedzon¹ na podwórku pokaza³. Gospodarz w stajni siê skry³ pomiêdzy krówki ³aciate, jako co bydl¹tka krzywdy nijakiej cz³ekowi nie czyni¹. Ale po chwili g³os rozleg³ siê od progu;
-
Gospodarzu, a czemu to kryjecie siê przede mn¹?
-
Ano, bojam siê - odpowiedzia³
-
Mnie siê boicie?
-
Wszystkiego bardzo siê bojê-
W³óczêga kijek swój opar³ o œcianê i przysiad³ na progu.
-
No, jak tak, to ja dobr¹ radê na to mam - powiedzia³ po namyœle.
-
A jaka¿ to rada? - spyta³ zaciekawiony ch³op
W
³óczêga wyj¹³ zza pazuchy worek i tak powiada;
-
Dobra rada gospodarzu; a to oddaj mi swój strach tutaj do worka, i bêdzie po wszystkim...
-
To znaczy, ¿e nigdy ju¿ strachu nie zaznam?
-
Tak bêdzie gospodarzu.-
Stary w³óczêga otworzy³ szeroko worek i gromkim g³osem zawo³a³;
-
Strachu, w goœcinê ciê ano do siebie zapraszam! Hop do worka! -
Coœ zaszumia³o, zaœwista³o, i wnet wór wype³ni³ siê po brzegi mas¹ iœcie czarci¹, co to rzucaæ siê i podrygiwaæ poczê³a. W³óczêga zawi¹za³ wór w supe³ i na plecy zarzuci³. Gospodarz zaœ uradowany wielce ¿e go strach opuœci³, wszed³ na podwórze i zawo³a³;
-
Babo, jeœæ! A prêdko siê zwijaj bom g³odny!...-
Dziadowi na drogê serek jakiœ z sieni wyniós³ i tak to siê rozstali po przyjacielsku. Nocka ano nasta³a i dziad dró¿k¹ poln¹ do karczmy zawêdrowa³.
-
Co masz w worku? - zapyta³ go karczmarz
-
Strach panie, wielki strach... - to mówi¹c, tr¹ci³ wór kijaszkiem.
-
Widzê, co nie straszny on tobie - powiedzia³ karczmarz
-
Ano, nie straszny, dopóki siedzi uwi¹zany -
-
A dok¹d to dziadu niesiecie ten strach?
-
Na jarmark idê. Tam go sprzedam temu, co odwagê mia³ bêdzie go kupiæ
Nazajutrz na jarmarku pojawi³ siê Hrabia, którego w okolicy nikt nie lubi³. Sk¹py by³ to pan, ob¿artuch paskudny i z okrucieñstwa dla podopiecznych os³awiony. W³aœnie co bryczk¹ zaprzê¿on¹ w dwa kare koniki zajecha³ i nu¿ batem ok³adaæ ka¿dego, któren z drogi w czas siê nie usun¹³.
-
Prrrrr! Dziadu..! - zawo³a³ Hrabia i œwisn¹³ batem starego w³óczêgê, co to wór telepi¹cy siê na plecach dŸwiga³. Ten zaœ spojrza³ i tak rzek³;
-
Krzywdy ci nie czyniê, a ty bijasz mnie bez powodu. Z³y jesteœ i wiedz, ¿e nim kur po³udnie zapieje, bêdziesz siê trz¹s³ ze strachu -
S³owa te zez³oœci³y Hrabiego.
-
Straszysz mnie?! - zawo³a³
-
Ja nie, ale ten oto co mam w worku straszy³ cie bêdzie. Chyba, ¿e kupisz fant, nie rozwi¹zuj¹c wora...-
-
Czyœ ty zdurnia³ dziadu stary? Tom nie taki g³upi kupowaæ, nie wiedz¹c co kupujê. Poka¿, co masz w tym worku -
-
Powiedzia³am, chcesz kupiæ, zap³aæ, a bêdzie twoje. Wtedy tylko odwagi trza, by zajrzeæ do œrodka. -
Zaintrygowany Hrabia ujrza³ nagle, co t³um niema³y zebra³ siê woko³o i aby gêby nie utraciæ w hañbie publicznej, zawo³a³;
-
Nie myœl, co odwagi mi brak. Mnie jeszcze ¿aden czort nie przestraszy³! - zawo³a³ zuchwale Hrabia i odebra³ staremu w³óczêdze worek. Rozwi¹za³ supe³ i zajrza³ do œrodka. Wnet rój czarnej paskudy oblaz³ ³eb waæpana i przez uszy do œrodka siê wessa³... Krzyk niema³y zafalowa³ t³umem zebranych, bo oto postura Hrabiego zmala³a a pokurczona pod bryczkê wskoczy³a, a stamt¹d w zgliszcza przydro¿ne czmychnê³a. Stary w³óczêga worek pusty na siedzeniu bryczki u³o¿y³, uj¹³ lejce i odjecha³ z gracj¹.
A tymczasem Hrabia nadziany strachem do wsi odleg³ej zawêdrowa³. Ze strachu wielkiego ba³ ci siê to przyznawaæ kim by³ i cienia swego te¿ siê ba³ okrutnie. Baba pewna, co to niezamê¿na by³a, do swej cha³upy znarowi³a go i poœlubi³a. ¿, kiedy ba³ siê wszystkiego. Trz¹s³ siê ano okrutnie od rana do wieczora i po k¹tach kry³. Gdy go inni wypytywali, czemu to on tak, mawia³; to ze strachu. W pole nie wychodzi³, do komory ani na strych nie zajrza³. Nawet w miejsce ustronne sam nie poredzi³ spacerek wypstrykaæ, bo jak powiada³, strach go oblatywa³...

A¿ razu pewnego, gdy s³onko chyliæ siê poczê³o ku do³owi, bo to prawda wieczór zapada³, stary w³óczêga gêbê sw¹ zabiedzon¹ na podwórku pokaza³....no, a dalej to ju¿ wiecie, co by³o - spierdalajcie wiêc dzieci do ³ó¿ek. Dobranoc.

Bo u mnie z racji zawodu nos nisko zwisa...

Mieczys³aw DŸwiga³a tragarzem za m³odu by³ na dworcu kolejowym w Cioteczkach Dolnych. Ponoæ przydzwania³ tak¹ si³¹, co dwie walizy stukilowe unieœæ potrafi³ bez odpoczynku spod kasy biletowej na peron ósmy, a daleko by³o. Sam wa¿y³ zaledwie 60 kilo i gdy niós³, wytrzeszcz oczodo³ów piastowa³ w duecie z rozedm¹ ¿yln¹ na skroniach. W ¿akiecik kusy przyodziany i czapce z daszkiem, co jak rondel przepalony na g³owie utrudzonej spoczywa³a, przemyka³ siê w pozie pochy³o-przykucniêtej po wszystkich zakamarkach dworcowych od œwitu do nocy, taskaj¹c torby, walizy, pakuneczki a tobo³y rozmaite. A ¿e twarz w owych chwilach iœcie ciê¿kich mia³ pokurczon¹ wysi³kiem srogim, to i te¿ panie niezamê¿ne uwagi nañ wrêcz nie zwraca³y. Bo czy mo¿na straciæ g³owê dla cz³eka z min¹ stêkaj¹cego nad ³rocznym zatwardzeniem? Tak by³o na pocz¹tku, i tak ju¿ pozosta³o, bo gêba pomarszczona wyg³adziæ siê potem ju¿ nie chcia³a, nawet, gdy nic nie dŸwiga³.
-
Synu, a rzuæ wreszcie te tobo³y i zajmnij siê czymœ inszym - powiedzia³ raz zatroskany ojciec, który derygentem by³. Pod jego to batut¹ orkiestra dêta marsze wygrywa³a w domu wypoczynkowym dla recydywistów wiêziennych. Ambicje jego wprawdzie na trêbacza siê znarowi³y we wczesnoœci ¿ywota, ale w miarê jak m³ode dni wycmoktane by³y przez te staroœæ zwiastuj¹ce, energia inspiracji osiad³a w nim jak blaszka na majtkach u niechlujnej niewiasty. W przepstrykanych nicoœciach niespe³nienia, silnie ci te¿ nie popiera³ profesjê Miecia jedynaka.
-
Synu, a bo to ci nie wstyd, obacz no tylko, jak los ob³askawi³ kole¿ków twych... Taki Tadziu Maruda, w dziurze bez wygód siê gniót³, gdzie to do srocza biegaæ trza by³o w przestrzenie polne, a teraz w apartamencie dobrobytem wypieszczonym spaceruje se. A gienek Kucia? Rowerem stareñkim do roboty peda³owa³, a teraz Hond¹ nowiutk¹ przeja¿d¿ki se urz¹dza po okolicach piêknoœciami przyodzianymi. Jest i Kuba Cmokaj, co to na pochowek tatula nie mia³ i po ca³ej okolicy do drzwi stuka³-puka³ by po¿yczyæ, a teraz na krzeœle dyrektorskim w banku popierduje i jego o po¿yczki prosz¹, no, a Jasiu...
-
A niech tata przestanie mnie tu rurki krêciæ. Tadziu maruda owszem, po apartamencie wychuchanym ³azi, tyle, co nie swoim a szwagra. Kucia w z³odziejski paragraf chucha, paserskim fachem cwa³uj¹c ponad ambitami. A Cmokaj? Toæ on sprz¹ta w banku parkiety, w cug chochsztaplerski fantazje puszczaj¹c.-
-
A tom synu nic o nicoœciach tych nie pojmowa³. Ale swoj¹ drog¹, to i u ciebie kapela dostatku nie przygrywa. Dyndynie pakunków szkielet ci ku pod³odze pochyli³o niegodziwie, ¿e ju¿ siê widzisz jak ten ma³piszon... - to mówi¹c stary rozkaszla³ siê; pr꿹c, podskakuj¹c i napinaj¹c. A w rytm ci podrygiwa³ iœcie szatañski pobzykuj¹c skurczonym krzykiem zwieraczy odbytu dla przygrywki dziadoskiej. A¿ syn warkn¹³ w pozie swej pochy³ej; - A to niech ¿e tata przestanie dmuchaæ, bo u mnie z racji zawodu nos nisko zwisa...

koniec 7.8.08

 

Kazimierz dzwonkiem potrz¹sn¹³, nadejœcie swe zwiastuj¹c.......

Hrabia Bernard Pa³acyk, w³aœciciel piêciu wsi, by³ bogatym cz³owiekiem. Dworek jego w cacka i luksusy przyodziany by³. Dywany z we³ny stuprocentowej wyœciela³y pokoje, a na nich antyki stare tajemniczoœci¹ sw¹ wzrok przykuwa³y. By³y komódki, sto³y, ³eczki, kanapy roz³o¿yste, a wszystko w jedwabiach, tiulach i koronkach, to znowu porcelany a srebra zdobi³y ka¿d¹ wnêkê. Bernard Pa³acyk w laczki z at³asu przyodziany i taki¿ szlafroczek, przechadza³ siê wolniutko korytarzami ciasteczko chrupi¹c lub wierszyki o cycuszkach m³odych recytuj¹c. Kobza, cytra i piszcza³ka przygrywa³y mu podczas konsumowania posi³ków, a w nocy na fujarce gra³ mu s³uga do snu, podczas, gdy syn kucharza ³echta³ go leciutko po jajach. Hrabia, ¿e to sk¹py by³, ¿eniæ siê nie chcia³. Nie mia³ tam ochoty baby ¿adnej w szuby do kostek przyodziewaæ. Tyle, co sam w gronostajach spacerowa³ po œcie¿ynkach posesji swojej niebylejakiej! Co wieczora, Kazimierz S³uch, co to go hrabia u siebie za plotkarza zatrudni³, zjawia³ siê w saloniku i nowoœci ¿ne w uszy rozciekawione waæpana nadziewa³. S³uch za dnia po wsiach ³azi³ i wyjudza³ ciekawostki wszerakie od ludu w polu tyraj¹cego. A zasuwali od œwitu do nocy, a¿ jêzyki z wysi³ku na brody im wy³azi³y. Bo, i pola i cha³upy w³asnoœci¹ Bernarda Pa³acyka by³y, a przy tym obrobek merda³ nicoœcia swoj¹ triki niegodziwe. Niejeden m³odzik garb piastowa³ iœcie okrutny, a starszyzna choróbska nies³ychane wylegiwa³a pod pierzynami z kaczych piórek, bo ponoæ moc lecznicz¹ mia³y. Tak to dolegliwoœci¹ popularn¹ ko³owrotek by³. Niby od ugniatania obornika stopami nagimi, ¿e to potem krêci³y siê wokó³ osi swojej, a w stawach trzeszcz¹c jak deski wychodka, gdy zad spasiony nañ spocznie! Na drugim miejscu, by³y ³askotki œw. Ireny. Ta dolegliwoœæ z niedomycia cia³a hasa³a nikczemnie wzd³u¿ grzbietu, ¿e to ka¿da wieœ z jednej studni wodê cmokta³a i umyæ siê nie by³o zbytnio gdzie, bo to rzeczka p³aciuteñka by³a a i czêsto denkiem suchym szyderczo w gêby brudem zaros³e spogl¹da³a. Szed³ potem taki jeden z drugim w nocy do wyra równie nieœwie¿ego, gdzie zarazy ¿ne tañcowa³y w ciemnicy po ³nocku i swêdzawki piekielne cia³a doczesnego wypstrykiwa³y.

Hrabia z niesmakiem wielkim s³ucha³ o rzeczach owych iœcie upierdliwych, w chwilach gdy go Kazimierz S³uch myde³kiem pachn¹cym naciera³ w balii wielkiej jak krowa przy nadzieji!
-
Opowiadaj, co jeszcze, jakie we wsi nastroje! -
-
No, waæpan wiedzieæ musi, co nastroje pogodne -
-
Ach nie to chcia³ ja us³yszeæ, tylko, co gadaj¹ o mnie -
-
Chwal¹ waæpana, ¿e taki m¹dry -
-
I co jeszcze? -
- ¿
e ³adny waæpan jest -
-
Tak mówi¹? -
-
A jak¿e by nie, wszyscy -
-
I co, i co? -
-
I nic -
-
No, a co dziœ na kolacjê? -
-
Moszna wo³owa nadziewana grzybkami i marchewk¹ -
-
A na deser? -
-
Usta capa w lukrze malinowym -
-
No, a powiedz ty mnie jeszcze, kto dziœ pomar³? -
-
Nogi naci¹gnê³y dwie osoby; Albert £opata i Stefan Dziura -
-
A na co pomarli, wiesz to? -
-
Wiem; £opata mia³ zaawansowany ko³owrotek i ³askotki œw. Ireny, a Dziura garb tak wielki dŸwiga³, ¿e mu grzbiet pêk³..! -
-
No dobra, a czy sobole by³y dziœ czesane? -
-
Tak, proszê jaœnie pana, koniuszy czesa³ dwa razy -
-
Jutro trza ubiæ, bo umyœlam now¹ czapê i mufkê na ten sezon... -
Dwóch pacho³ków lektykê suto rzeŸbion¹ we freski ¿ne wnios³o i Hrabia owiniêty w ptrzeœcierad³o z p³ócienka jakoœci delikatnej zasiad³ w œrodku. Pora ci to nadesz³a na oddanie ka³u, tote¿ wynieœli Hrabiê w miejsce ustronne, gdzie na sedesie antycznym pod baldachimem spocz¹³. Czekali pacho³ki, czeka³a s³u¿ba, czeka³ kucharz, a rozgootwana moszna wo³owa obroty niesmaczne w r¹dlu wyczynia³a. A¿ pos³ano Kazimierza S³ucha, by wabada³ srodze ci opóŸnion¹ sytuacjê za kotar¹ z aksamitu ciê¿kiego. Kazimierz dzwonkiem potrz¹sn¹³, nadejœcie swe zwiastuj¹c...
Hrabia zarycza³ g³osem poirytowanym;
-
I co wydzwaniasz dziadu, nie wiesz to, ¿e tylko naród ch³opski sra szybko, bo im pilno do roboty? -
I z tymi s³owami niewielki kotlecik ka³u pacn¹³ o dno porcelany, nad któr¹ falowa³a napiêta dupa Hrabiego.

koniec, 17.9.2008

 

I kolega go wsypa³...

Bronis³aw Wyda zosta³ aresztowany dlatego, ¿e spojrza³ na œledczego, Zbigniewa Racja w bardzo antykomunistaczny sposób. Racja by³ cz³ekiem przes¹dnym, uciulanym w zabobony od ko³yski. Babka jego na ten przyk³ad potrafi³a wró¿yæ z juwenalii. Ponoæ s¹siad, Wac³aw Ciul, co to mosznê do kolan piastowa³, us³ysza³ od niej, ¿e krótko bêdzie ¿y³. I rzeczywiœcie, w 40-ste urodziny piorun go zabi³, gdy gruszki z drzewa zrywa³. Potem bratu jego wywró¿y³a, ¿e potomstwo niskie mia³ bêdzie. ¿, dorobi³ siê oœmiorga i ch³opaki choæ rozbudowane w szerz by³y, to jednak najwy¿szy mia³ nieca³e metr trzydzieœci. I innym babka we wsi ¿noœci poprzepowiada³a; jednemu, ¿e do Rosji pojedzie, drugiemu biedê i dziadostwo, a jeszcze innemu, ¿e okradn¹ go Cyganie, a wszystkie te przepowiastki tak utrafione by³y w prawdzie niebylejakiej, co nie jeden ch³op z ochot¹ wisiorki swe obnarza³. Córka babki, czyli matka Zbigniewa, na czarach siê zna³a. Wêdzony koci ³eb matulom brzemiennym do brzucha przytyka³a, by sprawiæ, aby p³ód noszony do pana domu podobien by³, bo to wiadomo czêsto przytrafia³o siê, co kto inszy w spó³ce grasowa³. Podobno i sobie samej kocim ³bem po brzuchu te¿ wodzi³a, gdy to ze Zbigniewem przy nadzieji by³a. Na nic jednak zda³y siê wywody owe, bo Zbigniew ni do tatula, ni do matki podobien nie by³. Ze to podejrzenia na œwiecie go powita³y, to i sam podejrzliwy z natury siê sta³, zawód œledczego wypstrykuj¹c z talentem niebylejakim w miejscowoœci Sto³eczki Niskie. Potrafi³ ci on aresztowaæ co dnia nie mniej ni¿ 40 ros³ych ch³opów, przechadzaj¹c siê spacerkiem wokó³ pomnika chwa³y na rzecz w³adzy. Tam to bowiem gêby w snobizmy antysocjalistyczne przyodziane przechadzki urz¹dza³y niegodziwe. On ukróca³ te swawole wpatruj¹c siê hopnotycznie w tego i owego. Raz na harmonijce jeden taki wygrywa³, to Zbigniew dos³ucha³ siê w melodii nuty rewolucyjnej i do kicia ciemnego na tydzieñ grajka przymkn¹³.
No, Bronis³aw Wyda dnia owego iœcie ch³odnego w stopy zmarz³ okrutnie i buty œledczego zazdroœnie szacowa³, a z ukrycia za krzaczkami. ¿, Zbigniew i w tej pozycji go wypatrzy³.
-
Panie w³adzo, a tom na buty ino patrzy³ - zawo³a³ Wyda w obronie swojej
-
Tylko materialiœci na przyodziewek zerkaj¹. Wybryk to czysto kapitalistyczny, st¹d za wykroczenie przyjêty. Kara ta obejmuje paragraf 894-ty, czyli miesi¹c roboty w fabryce cholewek kominiarskich na rzecz gminy Kogutki Czerwone! -
-
Ale¿ panie w³adzo, a to w nogi zimno, tom patrzy³ -
-
W nogi zimno tym, co nie pracuj¹ obywatelu. St¹d, do roboty was wysy³am dla rozgrzewki.
Tydzieñ Ÿniej Zbigniew Racja w s¹siednim budynku fabryki cholewek, sznurówki do trzewików Armii Zbawienia produkowa³, jako co wpad³ za sabota¿ bêd¹c w posiadaniu trzech par obuwia i kolega go wsypa³...

koniec 18.9.2008

 

SMAKOSZ

Kot w œmietanie leciutko doprawiony pieprzem sma¿y³ siê w brytfance, a obok na patelni sycza³ i popierdywa³ w oleju œwiñski ryj. W saganie na przypiecku gruszki marynowane czeka³y. W palenisku na ro¿nie obraca³ siê ³eb starego jelenia. Z gor¹ca wielkiego rogi popuszcza³y smu¿ki pary, która ulatywa³a ze szparek w akompaniamencie odg³osów tzw. “piszcz¹cych”. Iœcie diabelska muzyka! Raz by³a to kobza tatarska, to znowu duda, co to wiadomo gra tylko temu, któren pieni¹dze ma, a w chwilach niektórych odg³os fujarki ¿ebraka przykoœcielnego popiskiwa³ z rogów owych.
Zygmund Potrawa sta³ obok i niewielk¹ chochelk¹ polewa³ koci¹ pieczeñ zasma¿k¹ ze œmietany. Wypatroszona z ozora morda czworonoga piastowa³a dwie niewielkie myszki. Te, ogo³ocone by³y ze skórki i maczane w majeranku.
Przy nakrytym stole pod oknem izby siedzia³ Bart³omiej Barakuda, osobnik oty³y, z w¹sem jak zbój, co to ku do³owi zwisa³ a¿ na szyjê srodze t³ust¹. Barakuda czekaniem wyg³odzony by³ iœcie niebylejak i pusta czeluœæ brzuszna burcza³a paskudnie gam¹ nicoœci upierdliwej. A¿ pieczeñ z kota podana zosta³a w chwale oparów, a zapachów wprost grzesznej natury, gdy¿ w sza³ wprawia³y komórki smakowe okrutnoœci¹ intensywnoœci swojej! Barakuda no¿ykiem niewielkim oder¿n¹³ kawa³eczek kociego uszka, co to apetycznie stercza³o ku chwale kucharza, a dobrze przypieczone siê widzia³o. Nastêpnie do ust w¹ziutkich wsun¹³ i schrupa³ ze smakiem. Potem myszy widelcem wymerda³ spod kociego zgryzu, ale ¿e te element dekoracyjny spe³nia³y w zadaniu swym, w serwetkê je zawin¹³ i do kieszeni schowa³. Szybko jednak wyczai³, co pieczeñ przyodziana by³a w skórkê chudziusi¹, tyle, co dydki parê kêsów ofiar¹ sw¹ sk³ada³y, bo to kocica na ten przyk³ad by³a!
Gruszki i ³eb jelenia wniesione na stó³ zosta³y. Barakuda jeden marynat od razu w ca³oœci do ust wsun¹³, smakiem kwaskowatym siê swawol¹c niebylejak. S³odycz octowa gard³o jego popieœci³a sekund dwadzieœcia, wypstrykuj¹c orgazm rozkoszy kulinarnej. Nastêpnie, skosztowa³ rogacizny, suto koperkiem obsypuj¹c. Rogi piszcza³y jeszcze przez minut parê, cicho, cichutko, a¿ ca³kiem usta³y ow¹ gamê strasznoœci dŸwiêkowej. Zygmund Potrawa ryj œwiñski mase³kiem pola³ i na talerzyku pod nos Bart³omieja podsun¹³. Ten pow¹cha³ i skin¹³ rêk¹, by na stole ulokowaæ. W³aœnie, co zabiera³ siê do wycmoktywania szpiku z rogów. Pot obficie z czo³a zroszonego mu sp³ywa³, a zygzakiem a¿ pod brodê wielce spasion¹. ¿owoœæ policzków falowa³a w podrygach szczêki smakosza. Gdy wycycka³ szparki wszelakie rogów, zabra³ siê za ryj. ¿, by³ wyj¹tkowo niesmaczny. Jakiœ taki ma³o-chrupi¹cy, niedopieczony. Zygmund wyczai³ niezadowolenie goœcia.
-
Mo¿e polaæ sosikiem z grzybków marokañskich? - wyszepta³ namiêtnie.
Ale Barakuda w odpowiedzi twarz kamienn¹ pokaza³, unosz¹c nieco tu³ów. W izbie rozleg³o siê przeci¹g³e miaukniêcie kota o odg³osie zabarwionym parszywoœci¹, co to tylko jelito grube smakosza potrafi wyczarowaæ...
Sztuka to nielada, i choæ najwiêkszy niecnota,
a nie umie zamiauczeæ dup¹, po zjedzeniu kota..!

koniec - 26.9.2008

 

Poczêstunek starej baby

Gdy staroœæ brzydot¹ sw¹ wtargnê³a w korpus jego obsuszaj¹c oklap³e resztki miêœni, bieda ci te¿ wtargnê³a w progi abody jego na skraju wsi Deseczki Pochy³e. I jedno i drugie upierdliwoœci¹ cuchnê³o niebylejak¹! Koœci bowiem trzeszcza³y mu w stawach, a naoliwiæ nie by³o czym i za co. Gêba jego obwis³a k³apa³a w rytmice iœcie okrutnej, gdy do keredensu pustego zagl¹da³. Torebeczki tam jakieœ sta³y, ale ino pustka w nich hula³a dla ozdoby z³oœci¹ powitej. Hej, a wichura do taktu tañcowa³a w kominie nieopalonym, dreszczami cia³o stare wstrz¹saj¹c. Ot, czego to siê dorobi³, a przecie¿ swego czasu robi³ wiele. Bo oto na ten przyk³ad w latach, kiedy to jeszcze cia³o jego podrygiwa³o hasank¹ ducha niestarego nale¿a³ do Ligii Obrony Krawców ¿ydowskich, udziela³ siê w Zjednoczeniu Kominiarzy na rzecz podtuczenia chudzizny szkolnej, a tak¿e w Spó³dzielni Skromnych Smakoszy w gmninie Talerzyki Puste. Pracowa³ te¿ w szwalni p³aszczy z kociej we³ny dla artystów z Afryki Wschodniej, a teraz los sprawi³, ¿e sam trz¹s³ siê z zimna. Potem, gdy si³y m³odoœci wsi¹k³y niczym woda w wydmê pustynn¹, zatrudni³ siê w warsztacie przy produkcji beretów dla Stowarzyszenia Tragarzy na ziemiach odzyskanych...Na koniec gra³ w kapeli murarzy na hali produkcyjnej czajników ³litrowych, której to zadaniem by³o wygrywaæ gamy niskie dla ucha, bo to ponoæ sk³ania do czynnoœci precyzyjnych...No, i tyle mia³ z tego, co na g³uchotê omal nie zapad³, bo to instrumenty dente ha³as wielki czyni³y w s¹siedztwie bezpoœrednim.

G³ód do ogródka wypcha³ go dnia pewnego, ale tam ino badyle jakieœ poskrêcane ziemiê przemarŸniêt¹ na koœæ œcieli³y i przygarœcie traw zbutwia³ych falowa³y w podmuchach zimna piekielnego. Capn¹³ kilka razy haczk¹, to tu, to tam, ale gleba jak ska³a twardzizn¹ sw¹ drwi³a z wysi³ku starczego. A¿ narzuci³ worek na ramiona, by mniej œwista³o po krzy¿u i w op³otki wyruszy³. Stan¹³ pod cha³up¹ Zbigniewa S³oninki i choæ z sieni uchylonej zapachy kie³basy przysma¿anej w nos siê wciska³y natrêtnoœci¹ swoj¹, nie mia³ ci to odwagi do œrodka wejœæ. Zbigniew wiadomo wynosi³ siê nad drugich i maj¹tkiem i posad¹, a to onieœmiela wielce. Bo raz, ¿e by³ kierownikiem teatru grozy w domu spokojnej staroœæ, to jeszcze udziela³ siê spo³ecznie przy sortowaniu kajaków na rzecz p³etwonurków w dolinach Amazonki. Podobno nale¿a³ tak¿e do zjednoczenia œpiewaków chóru gregoriañskiego dla niewidomych kaskaderów. Daleko zawêdrowa³, bior¹c pod uwagê, ¿e zaczyna³ pracowaæ w wytwórni koników na biegunach, maj¹c lat nieca³e 15. Ludzie k³aniali mu siê w pas, bo to i artysta i œpiewak a i duszê charytatywn¹ piastowa³. Tadeusz wiedzia³, co pusty brzuch biedaka dziadowaniem siê objawia, a on ci ambit posiada³ iœcie dumny, ¿e dziadowa³ nie bêdzie. Wies³awa Miednica wypatrzy³a go oknem, gdy przechodzi³ obok. Gêba ci u niej obwis³a by³a jak sakwa Zyda przed otwarciem sklepu, a i ca³a reszta postaci wtórowa³a zwisami skóry ponaci¹ganej staroœci¹ i prawem grawitacji iœcie okrutnym w brzydocie klapy doczesnej!
-
A to pan Tadeusz na spacerku? - zagada³a
-
Zimno dziœ... - odpar³ z nadziej¹, co ogrzaæ siê u siebie mu pozwoli
-
Ano, pora ci dobra, by pranie wywiesiæ, to wiatr dobrze przetrzepie -
-
No, a obiad pani gospodyni ju¿ nastawi³a? - temat zmieni³, jako uœwiadomi³ se wnet, co Ÿle zacz¹³.
-
Tak, bociany ju¿ odlecia³y, ale gniazda ponoæ ruszaæ nie mo¿na, bo bieda i choróbska do cha³upy siê wsmykn¹... -
-
Bociany odlecia³y, bo ch³ody rozhasa³y siê nikczemne... - pochwyci³ szybko z nadziej¹, co go do cha³upy zaprosi by przy piecu siad³ dla rozgrzewki niebylejakiej.
Ale Wies³awa Miednica jeno wstrz¹snê³a starczym zwisem swego tu³owia.
-
U Piotra Myckowskiego, wie pan, ten Zyd, co siedzi za m³ynem na komornym, to wczoraj sufit siê zawali³. Ca³e szczêœcie, co Myckowski biedê piastuje i strych by³ pusty, bo by go pewnie przygniot³o na œmieræ. -
-
To przez gniazdo bociana ? -
-
Nie, ponoæ przez myszy. -
-
Jak to, przez myszy? -
-
A tak to, ¿e grasowa³y tam miliony, a na strychu najwiêcej i W³adys³aw Pytunia sam widzia³ na w³asne oczy, jak 48 kotów ugania³o siê tam za nimi, a wszystko to ros³e kocury, spasione!... I dudni³o tam, ¿e niech bóg broni! Pytunia wiadomo po s¹siedzku siedzi, to po nocach sypiaæ nie dawa³ rady. Tak tarabani³y, co sufit spad³ -
-
Eee tam, u Zydów, to zawsze coœ siê dzieje -
-
To prawda czysta, bo na ten przyk³ad Wies³aw Jarmu³ka... - ale Tadeusz przerwa³ jej wypowiedŸ.
-
A co tam bede o Zydach gada³...Poczêstuje to gospodyni miseczk¹ czego gor¹cego? -
-
No w³aœniem powiedzieæ mia³a, co Jarmu³ka z rana by³ i te¿ siê pyta³... -
-
I da³a mu gospodyni miseczkê czego gor¹cego? -- Nie, on sie pyta³, czy s³ychaæ u mnie by³o, gdy u Myckowskiego sufit run¹³... -

koniec 10.10.2008