opowiadanka 121-130

g³ówna strona
strona informacyjna
opowiadanka      1-10
opowiadanka    11-20
opowiadanka    21-30
opowiadanka    31-40
opowiadanka    41-50
opowiadanka    51-60
opowiadanka    61-70 
opowiadanka    71-80
opowiadanka    81-90
opowiadanka    91-100
opowiadanka  101-110
opowiadanka  111-120
opowiadanka  121-130
opowiadanka  131-140
opowiadanka  141-150

W³adys³aw atuty dodatnie o temperaturze niskiej szepta³ ustami oziêb³ymi

W³adys³aw Kicia-Sru w dziwaczne filozofie okutany by³, nad nieszczêœciami w zachwyty popadaj¹c. ‘Bo w ¿yciu, powiada³ ‘wszystkiego wypróbowaæ trzeba.. To i próbowa³. W tropiki najpierw wyjecha³, maj¹c lat 24. Na miejscu chatynkê ze s³omy najlichszej wynaj¹³ od samego mistrza voodoo, co to w arkanach wiedzy potajemnej co dnia o zmroku tañcowa³. W spiekocie równikowej sieczka z daszku pochy³ego na kark mu lecia³a sypkoœci¹ swoj¹ ³askotliw¹, ale W³adys³aw z zachwytem przyjmowa³ ow¹ nie³askawoœæ. Gdy zaraza tropikalna poletka mizerne w pustki obwlek³a i g³ód zajrza³ w œlepia czarnoty tubylczej, W³adys³aw wykrzykiwa³ po wsi s³owa uchu wielce niemi³e, co to pustka kiszek szlachetnoœci¹ siê widzi, bo to ponoæ uœwiêca ducha, z chytroœci doczesnych go przewietrzaj¹c. Sam mistrz voodoo Cotonoto Karambamutwa z aprobat¹ przyj¹³ m¹droœci owe, choæ co prawda, dupa u niego spasiona by³a bo to w podarki obdarowany sielankê smakowa³ niebylejak¹. Kiedy jednak nic oprócz robactwa rozhasanego do ¿arcia siê nie osta³o, W³adys³aw w cichoœci nocy z tropików zwia³.

Po powrocie do domostwa swego, W Ligii Mi³osierdzia Ochrony Iluzjonistów z Podkarpacza Dolnego siê zakotwiczy³. Bardzo niski Góral i bardzo wysoki Ukrainiec w cz³onkostwie tym do spó³ki z nim siedzieli, a w izbie nieogrzewanej, gdzie zimnica sroga swawole wymerdywa³a. Gdy ci dwaj granatowo-sini od ch³odu owego niegodziwego truchleli na krzese³kach swych twardawych, W³adys³aw atuty dodatnie o temperaturze niskiej szepta³ ustami oziêb³ymi. Co to niby ch³ody wielce po¿yteczne s¹, bo zarazy i choróbska do cna unicestwiaj¹, a ju¿ najbardziej przyjazne otyliŸnie spo³ecznej bywaj¹, ¿e to wiadomo w zimnie tupie siê i podryguje dla rozgrzewki, a to szczup³oœci do taktu przygrywa.

Gdy s¹siad, Zbigniew Comidasz na biedê sw¹ wykrzykiwa³ s³owa nieprzychylne, W³adys³aw prawi³, co bieda uszlachetnia dusze po Ziemi cwa³uj¹ce i zaszczyt ci to pust¹ sakw¹ wymachiwaæ pod nos kacykom w bogactwa przyodzianym! Comidasz racje swe piastowa³ w pasji Judasza podczas zdrady Chrystusa. D³ugoletni cz³onek Organizacji Biedaków w gminie Dziadoska Torba, zajmowa³ siê szyciem marynarek dla marynarki wojennej w Gwineii ³nocnej, bo tam podobno przeci¹gi szala³y okrutne, torsa ch³opów owych ros³ych srodze przech³adzaj¹c! I do tego udziela³ siê w Ochronie Promocji Zacisza w Legionie Znerwicowanych Dentystów, a przez ca³e 30 lat biega³ z miejsca do miejsca i tyle z wysi³ków tych mia³, co garczek cienkiej zupki raz dziennie sobie gotowa³. Czasem cukiereczki jakieœ tam cmokta³, ale tylko wtedy, gdy ktoœ go poczêstowa³, bo ponoæ s³odkoœci lubia³. W³adys³awa nie lubia³, bo co mu tam po wychwalaniu biedy. No, na staroœæ W³adys³aw berety dla Rastamanów w podrygach charytatywnych szyde³kowa³ i gdy taki d³oñ po dar wyci¹ga³, p³aciæ sobie kaza³. Robi³ to ponoæ z zemsty, bo swego czasu Murzyn ukrad³ mu kapelusz i potem dolara chcia³ za oddanie. Rastamanów w siedzibie jego siedzia³o oœmiu i ka¿dy da³ siê nabraæ, p³ac¹c za beret, któren niby to za bóg zap³aæ byæ powinien.
Zbigniew
Comidasz ze³ga³ W³adys³awa za nicoœci owe z³oœliwe.
-
Co ludzi w zagrywki czarcie ka³amucisz? - rzek³ dnia pewnego
-
A co, kiedy durne daj¹ siê nabraæ? Przys³ugê im przêdê, bo po raz drugi na tê sam¹ melodiê nie zatañcuj¹ -
Ale
jednak zatañcowali. Rok Ÿniej W³adys³aw za Miko³aja przebrany, z workiem na plecach podarki po wsi roznosi³. Mróz dech zapiera³, bo to wiadomo grudniowa pora by³a, ale ¿e to czas prezentów i ¿noœci rozkica³ siê w niecierpliwoœci swojej, Miko³aj chêtnie widziany by³. No, tu trza dodaæ, co Rastamani te¿ spragnieni podarunków byli. W intencji tej choineczki barwnie wypstrykane w cekinowe duperelki poustawiali w oknach, co by z daleka widaæ by³o, i pieœni Jezusowe wywodzili, by kto se nie pomyœla³, ¿e taki-owaki wybryki pogañskie w g³owie przyodzianej ko³tunami przêdnie! I ka¿dy z osobna godnie wyczekiwa³, a¿ do niego Miko³aj zapuka. Wiêkszoœæ z nich s³ysza³a o Ligii Mi³osierdzia na Rzecz Myœli Rastamañskich, której to cz³onkowie zbierali zasi³ki wszelkie dla braci naszych ciemnoskórych z Jamajki. Raz dostali po sznurze paciorków, a innym razem po dwie puszeczki fasolki w przyprawie etjopejskiej. Z paciorków byli zadowoleni, ale fasola wcale im nie smakowa³a, bo przypraw¹ okaza³a siê zwyk³a woda ze sol¹.
No
, a teraz kolejna oto darowizna mia³a spocz¹æ na g³owach ich dredlokowatych. Miko³aj zapuka³ do pierwszego, któren wnet drzwi uchyli³ bo to ciekawoœci¹ wyhuœtany by³. Miko³aj rozsiad³ siê jak u siebie i pyta:
-
No synu, a grzeczny jesteœ ty? -
-
Bardzo grzeczny -
-
A paciorek znasz? -
-
Mam - mówi Rasta i pokazuje sznur paciorków, co to w prezencie los mu wybzyka³ ³askawie
-
Paciorek mówiê, a nie paciorki -
-
Ja nie nosiæ jeden, ja nosiæ ca³y sznur -
-
Jak takiœ m¹drala, to dostaniesz podarunek od Moko³aja... -
Rasta
rozradowany wielce chêci swe smakiem przybytku doprawi³ i czeka, a¿ pakuneczek jaki z worka dobyty w rêku jego spocznie, gdy tu nagle akcja niekoszerna siê rozhasa³a, bo Gwiazdor wór na plecy zarzuci³ i do wyjœcia siê zbiera.
-
A prezent gdzie!? - warkn¹³ Rasta
-
Rzek³em, co ma byæ od Miko³aja, a jam W³adys³aw Kicia-Sru... - odwarcza³ przebieraniec, twarz sw¹ spod brody wacianej ukazuj¹c...

koniec 31.10.08

 

Paskudê twarzy wyd³u¿onej widzia³ i dziwowa³ siê temu wielce...

W³odzimierz Niedobry, by³ cz³owiekiem dobrym i z natury wielce us³u¿nym dla kiciusiów, których los poskromi³ tego i owego w ¿ywocie upierdliwoœci ziemskiej. Nie pi³ i nie pali³, a to trzecie od czasu do czasu, ¿e to czasu na ruchanie mia³ niewiele. Zy³ skromnie. W latach, gdy grawitacja nikczemnoœci swych nie okazywa³a jeszcze na gêbie jego, pracowa³ przy produkcji dzwonów dla g³uchoniemych wêdkarzy, a¿ sam s³uchu siê wyzby³ przy tym zajêciu uchu niemi³ym i profesjê zmieniæ musia³. Tak i te¿ zatrudni³ siê przy produkcji kukie³ dla ¿o³nierzy czeskich w Kazachstanie, jako ¿e tereny tam puste wielce i samotnoœæ chorob¹ sieroc¹ tañcuje po czasie nied³ugim. Poza tym udziela³ siê w charytatywnym zjednoczeniu zdunów w ramach rozwoju harcerstwa na Pomorzu, a tak¿e by³ cz³onkiem Spó³dzielni Hydraulików dla perkusistów z Armii Zbawienia. Co prawda, herbatkê jeno zaparza³ w cz³onkostwie owym hydraulicznym, bo to na ich profesji siê nie zna³, gdy¿ na ten przyk³ad rurka pod zlewem u niego ciek³a od lat czterech, a naprawiæ nijak nie potrafi³. Znajomek jego, Zbigniew Fekal, namawia³ go iœcie natarczywie, aby do Ligii Kompozytorów Melodii dla Smutnych Nudystów Wieku Podesz³ego wst¹pi³, jako ¿e on sam pilnie siê tam udziela³, instrumenty muzyczne reperuj¹c, na czym ponoæ W³odzimierz Niedobry rozeznanie mia³ iœcie niebylejakie. Fekal z odmow¹ Niedobrego niestety do czynienia mia³, bo to s³uch muzyczny u tego drugiego rajcowa³ gam¹ wielce cichaw¹. I gdy dnia pewnego pisemko otrzyma³ od Stowarzyszenia Filantropów na rzecz samopomocy rencistów bydgoskich, co to w chwale proœby o wspomo¿enie moralne wyst¹pi³o, zgodê wyrazi³. Zbigniew obrazi³ siê na zgodê ow¹, jako ¿e organizacji tej nie popiera³ z pasj¹ z³oœci ca³kowitej, co to warcza³a w g³owie jego srodze zawiedzionej. A bo to raz puka³ do siedziby ich wielce niedostêpnej tym, co potrzeby okrutne piastowali? U Zbigniewa ranta by³a tak mizerna, jak chucie starca na widok starej baby, a przecie¿ swego czasu udziela³ siê przy zbiorze p³aszczy przeciwdeszczowych dla Hiroszymy i Nagasaki i 2 dni w tygodniu spêdza³ przy sortowaniu ³butów na obozie wypoczynkowym dla recydywistów wiêziennych... Hej, co to by³y za czasy! Ale potem, gdy choroba œw. Piotra sztywnoœæ koñczyn mu wymerda³a i ni zbieraæ, ni sortowaæ ju¿ nic nie poradzi³, do grona nieu¿ytku spo³ecznego do³¹czy³ w cugu iœcie nieciekawym, bo to chêci u niego podrygiwa³y, ale cia³o uparcie zadoœæuczynienia odmawia³o. To i wielce obrazi³ siê na W³odzimierza, co on w sponsorstwo wystartowa³ wielce niegodziwe. W nocy pod okna jego cha³upy siê zakrada³ i w gwizdek dmucha³, ha³asy piskliwe czyni¹c. A ¿e to co noc czyni³ przez lat 5, usta w tr¹bkê paskudn¹ los mu zwin¹³. No, a W³odzimierz, ¿e to og³uch³y by³, gwizdka nie dos³ysza³, tyle, co paskudê twarzy wyd³u¿onej widzia³ i dziwowa³ siê temu wielce...

koniec 7.11.08

 

Cygañska rozpusta

Zbigniew Kruchta pracowa³ w szwalni p³aszczyków dla panów o zniewieœcia³ej naturze. Sam peda³kiem nie by³ i swojego czasu nawet siê o¿eni³. Baba jego 2 metry i 3 cm wzrostu piastowa³a, a ¿e on niewielkiej postury by³, do pasa zaledwie jej siêga³. We wsi powiadano, co siê jej ba³, bo ponoæ tam go bi³a i przymusza³a do nicpoñstwa pod pierzyn¹ nawet wtedy, gdy biedaczek merdawki jêzyka siê nabawi³ od psocenia tego ci¹g³ego. A¿ dnia pewnego, gdy to czwarta jesieñ wichur¹ zatarabani³a ponad wsi¹, Zbigniew do miasta uciek³ o œwicie. W skarpetkach ino by³ i palcie starym, co to chwalebnie do kostek siêga³o, juwenalia sterane brykaniem nieposkromnionym os³aniaj¹c. Bieg³ przez pola, a potem skrada³ siê uliczkami przedmieœcia. A ¿e nie by³o tam ni-brata-ni-kamrata, co to by przyj¹³ pod dach swój goœcinny, do Przytu³ku Samotnych Kawalerów zapuka³. Tam na spytki iœcie k³opotliwe go wystawili.
-
Samotny? -
-
Samotny -
-
Zboczony? -
-
Nie -
-
To czemu tylko w palcie? -
-
To z biedy -
Dosta
³ jeœæ i ³ó¿ko polowe na sali, gdzie 40-stu innych kawalerów spoczywa³o, ¿eruj¹c na ³aski opiekuñstwa. A sielanki tam smakowali takie, co nie jeden pozazdroœci³ by, bo to na ten przyk³ad rozrywki wszelakie rajcowa³y tam niczym duchy po starym dworku. Raz w tygodniu na liœcie programu rozrywkowego by³ przyjazd trupy cyrkowej Smutna Twarz Klauna, co to sztuczki i koncerty wystawia³a niebylejakie w treœci swej. Oto raz na scenie osobowoœci dziwaczne zawita³y i po chwili zagra³a iœcie szatañska muzyka... Diabe³ do taktu ogonem uderza³ o cymba³y wielkoœci karuzeli, kocur spasiony srodze pazurami na tarce metalowej w rytm piekielny drapa³, a Murzyn na bêbnie wali³ tak ostro, co bembenki s³uchowe u niejednego kawalera s³u¿by odmówi³y. Ma³pa przyodziana w palto d³ugawe ciasteczka kruche na tacy roznosi³a pomiêdzy ³ó¿kami polowami, gdzie to ch³opy nie¿onate pod kocami spoczywa³y, wolnoœæ osobist¹ piastuj¹c niebylejak! Zbigniew Kruchta tak¿e tam siê wylegiwa³, tyle, co czasem do szwalni p³aszczyków popracowaæ szed³, by odle¿yn nie dostaæ. A mieli je tam prawie wszyscy. Jeden taki, Rados³aw Pierzyna, prawy poœladek utraci³ i ma³¿owina uszna z tej¿e strony tak¿e mu odpad³a. Inni dziury na plecach nabyli, a zdarza³y siê te¿ i martwice j¹der, tote¿ sanitariusze z Organizacji Rozruszania Niemrawoœci pe³ne rêce roboty mieli. Rano i wieczorem masowano cia³a zdrêtwia³e, a w pocie czo³a okrutnym i to nawet podczas wystêpu Cyganów, a wystêpowali czêsto. Sam król cygañski na skrzypcach przygrywa³, a tak ¿ewnie, co kawalerowie ³zy ronili wzruszeniem wycykane. Inni synowie taboru te¿ smutki wycmoktywali okrutne z serc kawalerskich, a¿ zauwa¿y³ to kierownik, Jacek Litoœæ, i przepêdzi³ Cagynów. Litoœæ dba³ o swoich podopiecznych. Oto z okazji œrody popielcowej zamówi³ dla ka¿dego po sweterku z s¹siedniego domu starców, gdzie staruchy wartko szyde³kowa³y w ramach rekreacji kreatywnej. Dary nadesz³y tak¿e z Legionu Ochrony P³etwonurków, gdzie Jacek Litoœæ nale¿a³ od lat czterech. Ci, sprzêt p³ywacki nades³ali, co szumnie na przesy³ce wypisane by³o, aczkolwiek w œrodku czepki na basen by³y, co to cienkoœci¹ gumki swej tandet¹ siê widzia³o iœcie ¿enuj¹c¹. Dary dobrej woli ofiarowali tak¿e cz³onkowie Stowarzyszenia Cenzury dla bajkopisarzy spod £añcuta. By³y laczki, by³y berety, by³y gruszki maczane w czekoladzie 5-cio procentowej i maœæ przeciw czyrakom. Zak³ad mleczarski serki œmierdz¹ce przys³a³, te, odes³ano z powrotem.
Wie
œæ o dobrobycie kawalerskim roznios³a siê iœcie daleko i ch³opy zci¹ga³y do przytu³ku zewsz¹d, a gromadnie. Sporo by³o m³odych trutni, co to od roboty stroni³y niczym dupa koñska od bata, ale wiêkszoœæ to dziady stare by³y. No, mo¿e nie takie znowu stare, bo tych, co przebrykali 50-te urodziny odsy³ano do domu starców, co to po s¹siedzku sta³, a tam z kolei cienkie zupki i lewytywy z myde³ka taniutkiego nicoœci nieprzyjemne wypstrykiwa³y! Taki Piotr Dupa, na ten przyk³ad, lat mia³ 43 ale wygl¹da³ staro i nim kogut zapia³ nastêpny poranek, w jelicie parszywym mydlinki bulgota³y ju¿ u niego, a niewygody dokuczliwe hasa³y przy tym jak ¯yd na potañcówce! Uciek³ stamt¹d po tygodniu. Do Przytu³ku Samotnych Kawalerów siê jednak ju¿ nie dosta³. Jacek Litoœæ dwoi³ siê i troi³, ale ¿e przytu³ek liczy³ sobie teraz czterystu rezydentów oczekuj¹cych podarunków i pasienia ca³kowitego, inicjatywy jego po nizinach iœcie dziadoskich rajcowa³y. Podopieczni co drugi dzionek jeœæ dostawali, a podarunki to jak komu popad³o przy losowaniu na piórko kacze i patyczek. Cyrk te¿ zabawiaæ przesta³, bo to ch³opów ogrom by³, a umywalka tylko jedna i w czasie krótszym od sznurka od kie³basy, pachnid³o niemi³e cia³ nieœwie¿ych dech zapiera³o. Œmierdzia³y pachy, cuchnê³y nogi, wania³y dupy nieprzemyte. Fala irytacji bzycza³a niezadowoleniem ogólnym. A to z kolei niesnaski w podrygi z³oœliwe wkrêca³o. To i warcza³ taki i inny, a g³osem iœcie okrutnie niskim, ¿e i czêsto by³ to szept w treœci swej dla ucha nieczytelny, aczkolwiek moc¹ swej gamy czarciej sielanki spokoju wysusza³, niepokój nios¹c.
Jacek
Litoœæ, przydybany emocjami, co to pêk³y jak dupa na ³, bo to obie sk³ócone strony na uwagi swe nadziewa³ sprawiedliwie, troi³ siê i czworzy³, ale uredziæ rozjagotanej ci¿bie ch³opskiej nijak nie potrafi³. W koñcu czêœæ bractwa podopiecznego przes³a³ do Zjednoczenia Starców imieniem Stanis³awa Przyg³uchego, a dla pozosta³ych zorganizowa³ do¿ywianie z kuchni polowej sponsorowanej przez Spó³dzielniê Skromnych Inwalidów Rangi Podoficerskiej. Sytuacja polepsza³a siê na tyle, co kapela Œwie¿ych Podrygów Œwiadków Jehowy przygrywaæ zaczê³a w niedzielne popo³udnia, bo nikt inny nie chcia³. Na przemowy ich ju¿ wszak¿e Jacek nie zazwala³, bo to ¿noœci wydmuchiwali z ust bladych, ka³amuc¹c myœli cwaniactwem Jezusowym. To ze wzglêdu na szeœciu ¯ydów, co to spoczywali pod kocami sielanki kawalerskiej, a tak¿e jednego Hary Krishny, ale ten w recepcji siedzia³.

A¿ dnia pewnego, 15-stu Cyganów siê pojawi³o, o ³aski przygarniêcia wyp³akuj¹c. Ros³e to by³y ch³opy. Spasione! a w ko¿uchach do ziemi, a ka¿den ³añcuch szczeroz³oty i grubaœny na szyji piastowa³. Mieli i pierœcienie po 2 na ka¿dym palcu cia³a, i nawet kutasy przyozdobione by³y nale¿ycie wisiorkami filigranowymi. Ale to ostatnie bardzo nie spodoba³o siê kierownikowi, gdy¿ rozpust¹ siê widzia³o wstydliw¹ dla oka tego i owego, to i tym razem przepêdzi³ Cyganów...

koniec 26.11.2008

 

S³uchaæ, czy nie s³uchaæ...?

W³adys³aw Maruda ciekawie czas na ziemi spêdza³ nieŸle se radz¹c. Po ukoñczeniu szko³y podstawowej w gminie Fajeczki Nabite, dosta³ siê do pracowni wyrobu kuwet dla szpitala okulistycznego, jako ¿e zamyszony wielce by³ i trzymano tam ok. dwustu kotów w celu odmyszenia. A ¿e W³adys³aw pracowity by³ wielce, to dorabia³ se tak¿e w szwalni bielizny dla Masajów. A¿ w wieku 38 lat dobryka³ siê jednoizbowej cha³upy pod lasem, sk¹d do najbli¿szej wsi, Puste Wory, by³o 10 km. Do pracy doje¿d¿a³ rowerem, a tak wartko peda³owa³, ¿e i autobus wyprzedziæ potrafi³, a pod górê by³o! Zapa³ energii jego niewyczerpanej premie i nagrody wyciska³ z rogu obfitoœci kadr produkcyjnych. Oto wiadro ze stali nierdzewnej raz otrzyma³, a bywa³o, co krawat w modn¹ kratkê i termos czterolitrowy te¿ dosta³. Za docenê niebylejak¹ gesty owe przyj¹³, tote¿ w rewan¿u czêsto-gêsto z ogródka co nieco zarwa³ i w torbie hojnie wype³nionej do pracy przytaska³. By³y kalarepki s³odziusieñkie, chrupkie kalafiorki, metrowe ³ody¿ki rabarbaru, to znowu cebulka-dymka tak ostra, co przez tydzieñ równy gêbê przypieka³a iœcie pikantnie. Kierownik szwalni rodowitym Murzynem by³ i bêben ze skóry hipopotama mu raz sprezentowa³, a piêknie wymalowany ci by³ przez samego mistrza podskoków w tañcach masajskich; Botonieco Abrakadabrê. W³adys³aw Maruda na plecach dar owy do cha³upy wióz³, a po ciemku i pora jesienna ci to by³a. Przez las jecha³, bo to w polu otwartym wiatrzysko hula³o jak stara baba na randce z m³odzieniaszkiem. W lesie wiadomo, cisza siê swawoli³a jako-taka, aczkolwiek dró¿ka wyboista to i podskakiwa³ nieciekawie. A¿ tak podskoczy³, ¿e bêben z grzbietu mu spad³ i w krzewiny przyœcie¿ne siê potoczy³ w podrygach nag³ych. Gdy go po ciemku wymaca³, dziura wielkoœci dwóch piêœci œrodek ca³y zbeszczeci³a nikczemnie. Nim do cha³upy dojecha³, wichura beretkê porwa³a mu z g³owy niebylejak ochuchanej przewiewem tym jesiennym!

Ten drugi szczegó³ nicoœci, wa¿noœæ przestrogi iœcie upierdliwej wymerda³ na sam wierzch realnoœci wirtualnej. Bo jakkolwiek w dodatnich podrygach stosunki w pracy u niego hasa³y, prawda tañcowa³a na inn¹ melodiê. Fakt bowiem by³, co W³adys³aw w zamian za ogrom energii wypatroszonej ze systemu swego na rzecz przydatnoœci pracodawców, gówno z tego mia³. No, by³a cha³upa, a w niej dach dziurawy, no i pluskwy te¿ by³y, a nie by³o na ten przyk³ad kanalizacji i mocz to musia³ ju¿ oddawaæ do wiadra, a z ka³em biegaæ w las. Codziennie sra³ pod innym drzewem.

Porwanie beretki przez wichurê by³o punktem zwrotnym w ¿ywocie W³adys³awa. Wnet bowiem zaprzesta³ starych swych zajêæ i zatrudni³ siê jako stró¿ nocny w Skupie Wypatroszonej Rogacizny. D³ugo tam jednak nie zabawi³, bo nie dosyæ, ¿e œmierdzia³o tam bardzo nieprzyjemnie, ¿e to kierownictwo sk¹pi³o na zakup ch³odziarek i miêsiwo w kadziach wprost na korytarzu truchla³o, to jeszcze marz³ tam nieprzyzwoicie, ¿e to napitku gor¹cego wœród nocnej ciszy zakosztowaæ nie móg³, bo termos by³ zbyt wielki, by do pracy co wieczora dŸwigaæ. O kupnie czajnika nie pomyœla³. Bo to wiadomo, wydatek nadprogramowy wielce by³.

Z opresji wabawi³ go kolega, Zbigniew Dopomó¿. Sam pracowa³ przy produkcji pasztetu dla ogrodników w miejscowoœci Kosteczki Mielone, i jak twierdzi³, kapela dostatku mu ¿eœko przygrywa³a do taktu. Bo to bu³eczki z jagodami konsumowa³ co dnia na œniadanie, a na obiad jaja królicze w potrawce lubelskiej te¿ smakowa³. A ¿e to na zimê sz³o, w futrze do kostek paradowa³, podczas, gdy W³adys³aw w marynareczkê lichutk¹ wciœniêty by³.
-
ChodŸ, - powiedzia³ raz Zbigniew - u nas dobrze p³ac¹-
Ale
czego nie powiedzia³ by³o to, ¿e p³aca owa sz³a pod dyktando iloœci wyrobionych godzin. Tak i wiêc W³adys³aw krêci³ korb¹ maszynki do miêsa przez godzin 16. I nim po robocie dotar³ do domu, czas ju¿ by³ z powrotem do roboty wyruszaæ. Po tygodniu zasuwania, biegania i niespania, wysech³ na szkielet, piastuj¹c okrutny wytrzeszcz oczu.
-
Sprzedaj cha³upê - powiedzia³ Zbigniew, - a do pracy bli¿ej bêdziesz mia³ -
Ale
czego nie powiedzia³, by³o; gdzie W³adys³aw niby to zamieszka. I nim Miko³aj z workiem prezentów do drzwi zacz¹³ pukaæ, W³adys³aw drzwi takich nie posiada³. Cha³upê bowiem sprzeda³ nim k¹t nowy wyro swe przed nim obnarzy³.
-
Coœ rady twe zdradziecko ko³uj¹, a ja us³ucha³em - warkn¹³ w ucho Zbigniewa.
-
To by³o nie s³uchaæ... - odwarkn¹³ tamten, popierduj¹c piskliwie, co z kolei s³ychaæ te¿ by³o.

koniec 29.11.2008

 

Nie otworzy³

W³adys³aw Radoœæ by³ przystojny i bogaty, a Zbigniew Niedola by³ brzydki i biedny. A ¿e mieszkali blisko siebie, bo zaledwie p³otem oddzieleni, bardzo z powodu owych ¿nic siê nie lubowali. Ba, warczeli na siebie jak wœciek³e psy nad pust¹ misk¹. A ¿e Zbigniew wycmoktany przez biedê bryka³ wœród zad³u¿eñ i niepowodzeñ, ten warcza³ g³oœniej i czêœciej.
-
Zamknij pan okno gdy ¿arcie se szykujesz, ja tam nie bede wdycha³ smaków nieswoich! - zawo³a³ raz do tamtego, gdy to sta³ z twarz¹ zaciêt¹, i pikantnoœci jakieœ sma¿y³ na patelni, a¿ dym i para okienkiem ulatywa³y na œwiat.
-
A bo ja ka¿e panu wdychaæ? -
-
Kazaæ, to pan nie ka¿e, ale nicoœci owe wêdruj¹ z pañskiej kuchni pod mój nos -
-
To zamknij se pan okno -
-
I na co mnie to? -

Tak to niesnaski oto siê panoszy³y intensywnoœci¹ sw¹ w utopiê przyodziane, bo po prawdzie, bo po prawdzie ¿adna ze stron nie chcia³a wypstrykn¹æ skruch¹ na ugodê, i gdzie dobra wola uœpiona by³a niczym pijak po litrze denaturatu! Hej¿e-ha! czas to by³ te¿ niewybredny, bo letnia ci ta pora podrygiwa³a gor¹cem strasznym, gdzie wœród oparów nieciekawych muchy bzyka³y, bo to zwabione resztkami ze sto³u bogatego wariacji istnej dostawa³y. Sytuacja ta piszcza³a nut¹ niebylejakiej irytacji Zbigniewa Niedoli, bo Radoœæ, nie doœæ, ¿e ¿ar³ jak krowa a iœcie po królewsku, to jeszcze odpadki za okno z talerza zgarnia³.

A¿ razu pewnego, Piotr Torba, co to promowa³ dru¿ynê masochistów wietnamskich na zawodach sportowych w miejscowoœci Podskoki Daremne, w pobli¿e siê nawin¹³. Na rowerze ci to jecha³, a ¿e promowana dru¿yna przegra³a pierwsz¹ rundê siedzenia w kucki a nago pod dziurawym szambem, rozstroju nerwowego dosta³ i poczu³, co kiszki opró¿niæ musi. Do drzwi Niedoli zapuka³, gdy ten akuratnie szmatk¹ nadzian¹ na kij, muchy rozgania³, co to bzycza³y okrutnie wedle okna. W³adys³aw Radoœæ serek jakiœ nadpsuty z samego rana na dwór wyrzuci³, nieœwiadomy, ¿e kreszendo czynu owego nast¹pi w godzin parê. Niedola, poruszony czynem tym nikczemnoœci¹ nadzianym, 2 razy puka³ do drzwi Radoœci by z³oœci swej zadoœæuczynienie wycmoktaæ, ale tamten nie otwiera³. Teraz, gdy z kolei pukanie rozleg³o siê przy drzwiach Niedoli, postanowi³, co i on nie otworzy...
-
Pewnie dziad zaczepek szuka... - myœla³ Niedola.
Tak
wiêc Piotr Torba, któremu na pukanie nikt nie odpowiada³, sprawy w swoje rêce przej¹³. W racji swej upewniony, co domostwo pustk¹ podryguje w danej chwili, szybko zsun¹³ spodnie i przykucn¹³ pod krzakiem obok.
W
trakcie jednak tej czynnoœci wielce wstydliwej, W³adys³aw Radoœæ go wypatrzy³. Szed³ ano œcie¿ynk¹, ze sklepiku powracaj¹c i torby dwie prowiantem wypchane dŸwiga³. Zdegustowany widokiem tym obna¿onym, W³adys³aw splun¹³ z niesmakiem.

- Ech, nie doœæ, ¿e dziad groszem nie przydzwoni i gêba u niego paskudna, to jeszcze takich zasrañców goœci pod swym progiem... -

koniec 8.12.08

 

Anarchiœci kontra komandosi

Zygmund Chochla by³ kucharzem na sto³ówce dla Stowarzyszenia Anarchistów, we wsi Kapela Pankowa. Pasja pichcenia przy garnkach rozbucha³a siê u niego niczym misja dnia pewnego, gdy wyg³odnia³y kolega z akademika skonsumowa³ 5 talerzy zupy jego autorstwa. Bodaj¿e by³a to pierwsza aprobata w ¿ywocie jego w przeci¹gach niezdecydowania hulaj¹cego. Kole¿kowie jego w akademikach spoczywali, bo to uczyæ siê poszli, a on w hotelu robotniczym z dziatw¹ wielce nieintelektualn¹ wizje szarej rzeczywistoœci piastowa³ przy puszeczce piwa taniutkiego. Pracowa³ wtedy w spó³dzielni garbowania skórek króliczych na rzecz niewidomych zegarmistrzów. Niestety ch³odnawe to by³y œwiata strony i ci obywatele, oœlepli od wieloletniego grzebania przy zegarkach damsko-mêskich, marŸli zimow¹ por¹ okrutnie w dupy, ¿e to wiadomo praca ³siedz¹ca jest, bo co chwila taki czeladnik musi siê przecie podnieœæ by siêgn¹æ po tê œrubkê, czy tamt¹ sprê¿ynkê. Wszyta w spodnie skórka królicza przyjemnie ociepla³a poœladki. Nieprzyjemna zaœ by³a ta ca³a produkcja, ¿e to z racji garbowania, ceremonia ta wielce smrodliwa by³a. A p³acili te¿ mizernie, ¿e Zygmund dorabia³ sobie dmuchaniem w tr¹bê przy orkiestrze dêtej, która przygrywa³a w klubie dla tranwescytów... Tam te¿ Ÿle p³acili. A¿ koniec z koñcem, rzuci³ obydwa zajêcia te iœcie niepokoj¹ce finansowo w treœci swej, i karmieniem brzuchów anarchistycznych czas wype³ni³.

Stowarzyszenie niewielkie by³o, bo tylko szeœciu ich siê tam cwaniaczy³o, a i te¿ ch³opy podstarza³e mocno, bo najm³odszy liczy³ se lat 71, to i apetyty u nich bryka³y raczej wœród chudych jarzynek. Niemniej wieœ silnie sponsorowa³a ich zapa³y, co to g³ównie w relacjach s³ownych rozg³os zdoby³y, jako ¿e ponoæ tam kiedyœ z prawem wœród niezgody powarkiwali.
No
, teraz te¿, co prawda, bo na ten przyk³ad przepêdzili inspektora kontroli dobrej woli. Przyje¿d¿a³ ci on raz w miesi¹cu i stuka³-puka³ po cha³upach, domagaj¹c siê dobrowolnych sk³adek na rzecz bezrobotnych stolarzy z miejscowoœci Stoliki Puste. A¿, starzy Anarchiœci zrobili wreszcie porz¹dek. Tylko, ¿e nie na d³ugo, bo ju¿ na drugi dzieñ inspektor owy ponownie siê pojawi³, ale i nie sam, bo przyprowadzi³ ze sob¹ 10-ciu komandosów. A wszystko ros³e byki by³y i spasione na miêsie, pasztecie i filecie, i ka¿den te¿ o g³owê wy¿szy od tego najwy¿szego z anarchii starczej, a o dwie od tego najni¿szego. Dopiero wtedy kontrola dobrej woli wynik³a z dobrej woli i nikt choæby szeptem nie zaprotestowa³, wszak¿e szmer dezaprobaty przebieg³ pod adresem Stowarzyszenia Anarchistów, bo to dopatrzono siê nicoœci w ich dzia³aniach nijakich. W Kapeli Pankowej powia³o niezadowoleniem. A najg³oœniej krzycza³ najni¿szy cz³owiek we wsi, W³adys³aw Wysoki. Najciszej; Kuba Trusia. Ten siê ba³. Ca³a reszta œrednio-g³oœno zawodzi³a. ¿, jeszcze tego samego dnia przepêdzono Anarchistów a lokal oddano do dyspozycji dla Organizacji Zniewieœcienia Derygentów Muzyki Powa¿nej, gdzie Zygmund Chochla wst¹pi³ jako muzyk, ¿e to raz ju¿ gra³ i doœwiadczenie mia³.

Z pozycji kucharza zrezygnowa³.

koniec 9.12.2008

 

Si³a spojrzenia

Cichoœci¹ szeptu swego wymówi³ podsumowanie swawoli doczesnej;
-...
To, co mog³o byæ cudowne, zrobi³o siê do dupy, a to, co by³o do dupy, nigdy nie sta³o siê cudowne...-
A
spojrzenie jego w durnotê przyodziane, œledzi³o têpo odbicie gêby w lustrze osranym przez muchy. Historia Zbigniewa Darmochy by³a prosta w banale swym. Bo i ¿ mia³ poradziæ wedle faktu, co to zjeœæ lubi³ dobrze, a w cieple wysiadywaæ, byle tylko za darmo? To, ¿e do ¿adnej pracy siê nie nadaje, by³o przes¹dzone gdy mia³ lat 10.

- Ty siê do niczego nie nadajesz..! - krzykn¹³ raz tatulo, gdy Zbigniew wiaderko kaczej karmy zmarnowa³, bo to uchwyt pêk³ na ³ i do korytka nie doniós³. A ¿e to dusza u niego by³a wielce wra¿liwa, delikatnie te¿ tañcowa³ podczas czasu przysz³ego, dbaj¹c, co by ni miêœni ni umys³u w podrygach owych nie nadwerê¿aæ. Dla tych, co nie zapoznani byli z przyczynami wra¿liwoœci jego, uduchowionym poet¹ siê prawie ¿e widzia³, p³eæ piêkn¹ uwodz¹c g³êbokim spojrzeniem oczu ciemno-przepastnych. Ale, na spojrzeniu siê koñczy³o, bo do powiedzenia mia³ tyle, co kot na temat algebry. Co niektóre panie wyrachowa³y sobie, ¿e z myœlicielem wœród romansu rajcuj¹, bo to i min¹ filozofa te¿ nadrabia³, gdy taka czy inna smakami kulinarnymi go pieœci³a, a potem pod pierzynê w czeluœci ciep³oty piórkowo-cielesne go narowi³a.
U
Janiny Dziurki zabawi³ najd³u¿ej, bo a¿ 7 lat i 4 miesiêce. T³ustoœciami go karmi³a i mosznê olejkiem z koœci ogonowej jamnika naciera³a. Nie robi³ nic, tyle, co rybki w akwarium raz dziennie ¿ywi³ i 2 razy rucha³ noc¹. No, powiedzmy co spojrzenia jego hipnotyczne ³atwiznê mu w ¿ywocie pomog³y od losu wycmoktaæ, ale owe darmowe podrygi maj¹ wiadomo w sobie to, ¿e cz³ek po czasie parszywieje na ambicie i lenistwo pilnie pielêgnuje.
Zbigniew
najpierw przesta³ karmiæ rybki, i te zdech³y. Potem przesta³ ruchaæ, ale zaprzestanie tej czynnoœci wymiot³o go niestety nie tylko z pieleszy poduszkowo-pierzynkowych, ale i wprost z cha³upy. Samym patrzeniem w obiecanki przyodzianym, pozycji swej nie umocni³. Okutany ci jednak w s³aboœci umys³u swego pospolitego, wypaczeñ tych nie dostrzega³.

Pierwsz¹ noc po niewoluntariuszowym opuszczeniu abody Janiny Driurki, spêdzi³ w Stowarzyszeniu Poetów na rzecz rymów wyszukanych. Kierownik, Janusz Delikatny, w kuchni na hamaku go ulokowa³, jako ¿e stowarzyszenie iœcie przepe³nione by³o twórcami wielce uduchowionymi talentem s³ownym! Byli mówcy, przemówcy, filozofowie, pisarze wszeracy, i ci, co wykrzykuj¹ racje mistyczne te¿ tam goœcili, bo to wiadomo od pracy stronili niczym z³odziej przed pust¹ kieszeni¹, a brzuch po¿ywiæ choæ raz dziennie trza. ¿, Zbigniew Darmocha, choæ zjeœæ potrafi³ jak s³oñ, rymu nijakiego u³o¿yæ nie potrafi³, a bez tego, jego g³êbokie spojrzenie p³ytkim nagle siê sta³o. Na filozofa te¿ wkrêciæ siê nie da³ rady, bo zapytany o myœli orygina³em rozmerdane, niczego wyczarowaæ nie potrafi³.

Tak to Janusz Delikatny, niedelikatnie odes³a³ go na saksy losu niewiadomego. Ot, i trafi³ niecnota do wytwórni œrubokrêków dla ³odzi podwodnych w £odzi, ale tam, ku utrapieniu jego swawoli wypieszczonych, ostro zapierdalaæ trzeba by³o. Od ha³asu i spiekoty, co to z kot³a lawy bucha³a niczym para z dupy smoka wawelskiego, Zbigniew rozstroju nerwowego dosta³ iœcie szybko, bo ju¿ na drugi dzieñ.
W
³adys³aw £aska ulitowa³ siê nad wybrykami niedoli jego i na pokoje swe dwa z kuchni¹ i ubikacj¹ na korytarzu go zaprosi³. W³adys³aw mi³osierdzie praktykowa³ bo religijny by³, a twarz Zbigniewa, Chrystusa mu przypomina³a z wygl¹du wielce podobnego. Zbigniew œwiadom zalet owych nowo-odkrytych przez dobrodzieja z pracy, szybko zakosztowa³ benefitu podobieñstwa œwiêtobliwego w podskokach korzyœci doczesnych. By utrzymaæ utrzymanie to z niebios zes³ane, podobieñstwo z upodobaniem polerowa³. Ow³osienie g³owy zapuœci³ i wzrok intensywnoœci¹ now¹ wskrzesi³, s³owa jakieœ dziwaczne szeptem okrutnie g³êbokim tworz¹c, bo to w dialogi boskie niby dostêp mia³. Tak to kisi³ myœli swe cwaniackie w g³êbinach nicpoñstwa ukryte, ¿e po tygodniach czterech W³adys³aw ustanowi³, co to nie godzi siê cz³ekowi œwiêtobliwemu pracowaæ przy zajêciu wielce nieœwiêtym, i sam trudzi³ siê akordem œrubokrêtów dla ³odzi podwodnych. A tak ostro teraz zaiwania³, ¿e odcisków wielkoœci gêsich jaj na rêkach siê nabawi³, i twarz spali³ na zgorzel parszywy. Zbigniew zaœ wymagania coraz to nowe piastowa³, bo na ten przyk³ad marynaty z ³ososia na podwieczorki sobie za¿yczy³, a pija³ tylko wino czerwone ze srebrnej karafki, g³osem wielce uduchowionym t³umacz¹c W³adys³awowi, ¿e sam Chrystus te¿ tak pi³. Przy ka¿dym etapie naci¹gañstwa tego ca³kowitego, Zbigniew natarczywie tamtemu spojrzeniem swym twarz œwidrowa³, intensywnie przy tym mrugaj¹c dla podkreœlenia wagi chwili. Czym wiêcej chcia³, tym wiêcej mia³. A ¿¹dania jego z dnia na dzieñ pêcznia³y wraz z pêczniej¹cym brzuchem w duecie paskudnym. Na koniec dupa mu siê tak rozros³a, ¿e nie mieœci³ siê na ¿adnym krzeœle i W³adys³aw fotel kupiæ musia³. Oczywiœcie ze skórki cielêcej tron owy by³, a kocykiem milutkim w dotyku zas³any. Podczas gdy W³adys³aw w robocie tañcowa³ resztk¹ si³, lokator jego w fotelu przesiadywa³, ³akocie smakuj¹c niebylejakie. Lusterko se ustawi³ obok na stole i miny a gesty praktykowa³ do perfekcji Judaszowej. Zdobyta pozycja presti¿e mu upitrasi³a godne poœwiêceñ tych lusterkowych. Dobroczyñca kaprysy jego wszelakie znosi³ cierpliwie. Jednak gdy oprócz odcisków i zgorzela twarzy, nabawi³ siê uwêdzenia piêt, bo to wiele godzin co dnia sta³, a w gumiakach, gdzie stêchlizna odparzenia hula³a, bunt zerwa³ go z poœcieli o poranku dnia pewnego. Spojrza³ na postaæ spasion¹, co to pod dwoma pierzynami z puchu strusiego ululana we œnie stercza³a, i niechêæ do œwiêtoœci wszelkich zawarcza³a z³oœci¹ iœcie szatañsk¹, bo darmozjada w nim rozpozna³ strasznego.

Przepêdzi³ Zbigniewa, co to na Chrystusa pozowa³, a po tygodniu, ¿e to mi³osierny by³, przyprowadzi³ do domu takiego, co to do Hari Krishny podobieñstwo piastowa³...

koniec 15.12.2008

 

Kto siedzi, ten musi wstaæ...

Bardzo wysoki Niemiec i wybitnie niski ¯yd siedzieli na taboretach i przenikliwie patrzyli na W³adys³awa. On tak¿e siedzia³. No, i patrzy³, jak tamci patrz¹ na niego. Patrzyli wiêc siê wszyscy na siebie. A¿ ¯yd dosyæ mia³ tego patrzenia i wsta³. By³ jeszcze ni¿szy ni¿ to siê wydawa³o, gdy siedzia³. Teraz patrzy³ pod innym k¹tem. Gdy Niemiec wsta³, W³adys³aw popatrzy³ na niego z innej strony, A ¯yd te¿ spojrza³ inaczej. Gdy W³adys³aw wsta³,  ¯yd przesta³ wydawaæ siê taki ma³y, bo przy W³adys³awie, Niemiec nie by³ wcale taki wysoki. ¯yd by³ tylko trochê ni¿szy od W³adys³awa podczas, gdy ten by³ trochê ni¿szy od Niemca.Teraz patrzyli na siebie tak, ¿e ¯yd patrzy³ do góry, Niemiec na ³, a W³adys³aw raz go góry, a raz na ³. Spojrzeniom tym nie by³o koñca, ani - pocz¹tku. Bo i kto na kogo spojrza³ pierwszy? A kto by³ ostatni? Gdy  ¯yd siada³ na taborecie, to patrzy³ na Niemca, a ten tak¿e spogl¹da³. Na W³adys³awa patrzyli razem, a on patrzy³ na nich. Potem, gdy wstali, nadal patrzyli, tylko ¿e inaczej.

koniec 20.12.2008

 

Bogus³aw zmartwienie piastowa³ paskudne...

- Panie lekarzu, mi strasznie œmierdzi z dupy... - powiedzia³ na wstêpie Bugus³aw Pupa.
-
A co pan zjad³ takiego? -
-
Ja? Nic -
-
To œmierdzieæ panu nie powinno -
-
Ale œmierdzi. I to tak paskudnie, ¿e uciekam sam przed sob¹ -
-
No, to nie trzeba w¹chaæ... -
Bogus
³aw Pupa w zmartwieniu ogólnym do domu powróci³ i przez godzinê gra³ na wiolonczeli, by nerwy stargane t¹ wizyt¹ pusto-lekarsk¹ uspokoiæ. WyobraŸnia u niego by³a bujna niczym w¹s u tureckiego sklepikarza. No, swego czasu widzia³ rzeczy, których inni nie widzieli, a potem sam przesta³ je widzieæ. Jeden taki, to mu nawet powiedzia³, co to halucynacje musz¹ byæ, ale Bogus³aw za atut obraŸliwy to przyj¹³, bo tatulo jego i szeœciu braci umys³y chore mieli, a on niby jeden normalnoœæ piastowa³, w œlady wujka Zbigniewa podryguj¹c. By³ okres, kiedy hodowa³ koty, jako co flaczki myszo³apów pobzykiwa³y jakoœci¹ niebylejak¹ jako struny skrzypcowe. Wuj Zbigniew w rzemioœle tym z dziada-pradziada siedzia³ i rad¹ dobr¹ czêsto przydzwania³. Wiedzia³ ci to, co tylko kiszki kocurów 4-ro letnich, a pasionych kie³bas¹ z myszy koœcielnych piêkn¹ nutê wypiskuj¹, gdy taki czy inny Cygan zagra na nich, smyczkiem poci¹gaj¹c. A¿ nasta³ kryzys, bo kocice p³odziæ przesta³y z braku samców i rzemios³o rodzinne siad³o niczym stary dziad po dobie marszu. U Zbigniewa z rozpaczy kot w g³owie siê usadowi³ i przej¹³ cz³onkostwo w Zjednoczeniu Zubo¿y³ych Arystokratów w gminie Supe³ki Markotne. Ale ¿e on jeden tam siedzia³, d³ugo te¿ nie zabawi³ i za rad¹ swego bratanka Bogus³awa, wst¹pi³ do Spó³dzielni Pêkniêtej Dupy dla podstarza³ych artystów pi³ki no¿nej z ligii dolnoœl¹skiej. Tam aktywnoœæ hucza³a z wiêkszym rozmachem, bo na ten przyk³ad, od rana do wieczora dwustu pi³karzy wieku emerytalnego w k³ótni zaciêtej udzia³ bra³o, a przez cztery dni w tygodniu. Przez pozosta³e trzy, medytowali. Po ³rocznym cz³onkostwie w chaosie owym, wywietrza³ kot z g³owy Zbigniewa. Natomiast pojawi³a siê mania mówienia szeptem, co z kolei bardzo dra¿ni³o Bogus³awa, bo z biegiem czasu, Zbigniew szepta³ coraz ciszej, a¿ w koñcu wcale go nie by³o s³ychaæ.

Bugus³aw zmartwienie piastowa³ paskudne, bo to przekonany by³, i¿ og³uch³. Od t¹d mowa jego w wykrzykniki przyodziana by³a, a¿ kolega, Maciej Koœció³ek uwagê mu zwróci³, aby siê tak nie wydziera³, bo niby s³ychaæ go by³o na drugim koñcu osiedla. Bogus³aw, ¿e to czu³y na uwagi by³, na Macieja zêby z³oœliwie wytrzeszczy³, oczy przymykaj¹c, co tego drugiego wystraszy³o niebylejak! Innych kolegów Bogus³aw nie mia³, a po wystraszeniu tego, nie by³o i jego. W samotnoœci jego natrêctwa ¿norakie po g³owie mu hasa³y i raz nadziwiæ siê nie poredzi³, gdy to leg³ do snu z odbytem swêdz¹cym, a rano palce mu œmierdzia³y paskudnie. Wtedy to u lekarza wizytê sw¹ z³o¿y³ p³onn¹, jako ¿e tamten rady nijakiej nie wypstryka³. S¹siad, Jacek Cieñ, co to znachorem by³ po przeczytaniu encyklopedii metafizycznej, doradzi³, by Bogus³aw wzi¹³ z¹bek czosnku i przejecha³ sobie pomiêdzy poœladkami. Ale porada owa odstraszy³a Bogus³awa w istocie swej piek¹cej niemile.
-
No to weŸ pan skórkê myszy i noœ wszyt¹ w krok spodni przez dni cztery - podsun¹³ znowu s¹siad obeznany na rzeczy.
Ale
rada numer dwa czarcia jakaœ siê widzia³a i Bogus³aw zainteresowany nie by³. Wystraszony nale¿ycie zamkn¹³ siê w pokoju i na wiolonczeli wygrywa³ dramaty jakieœ, swêdzawki odbytu okrutne piastuj¹c resztkami si³ wytrzyma³oœci ogólnej! W nocy sen jego zak³óci³y myœli natrêtne, ¿e si³y nieczyste spisek paskudny w niego celowa³y. Ratuj¹c resztki myœlenia jasnego, zaraz nastêpnego dnia wkroczy³ do Stowarzyszenia Szatniarzy Wieku Podesz³ego w miejscowoœci Podarte P³aszczyki. Tam bowiem ciekawostki us³yszeæ ciekaw by³, bo to przecie¿ wiadomo, ¿e taki-siaki okrycia wierzchnie pod opieki swe przyjmuje od kiciusiów z bliska i z daleka, a ci sekrety tajemnicze szepcz¹ w ucho szatniarza. Wstêpuj¹c do stowarzyszenia, Bogus³aw o¿ywiæ zapragn¹³ swe dawno nie¿ywe ¿ycie towarzyskie. Tak to se rozumowa³, ale wnet siê wyda³o, co rozumowania jego niezrozumia³e by³y w rozumowaniu swym. Bo zamiast dyskusji nadzianych hasaniem i nowinkami, podstarza³a braæ szatniarzy o chorobach ¿norakich wywodziæ poczê³a nad garnuszkiem herbatki z korzenia akacji. Taki Marian Palto, mia³ na ten przyk³ad naci¹gajkê kostn¹, bo to wzrostu niskiego by³ i na palcach stawaæ musia³, by p³aszcz na haczyku zawiesiæ. Kolega jego, Zbigniew Numerek, cierpia³ na sp³aszczenie ust, gdy¿ przez lat 60 sta³ w szatni w uœmiechu ci¹g³ym, ¿e to ponoæ napiwki mia³o sute wypstrykaæ od klijenterii. No, nie dorobi³ ani na piwo, ale a¿ do dnia przejœcia na rentê uœmiecha³ siê w mroku szatniowym, a¿ ktoœ zagada³, by œwiat³o zapali³, bo to niby go tam widaæ wcale nie by³o... Inny koleœ, W³adys³aw Stojak, mia³ kolana przy samej dupie, ¿e to stoj¹ca robota wielce by³a, i maœci œmierdz¹ce wcieraæ w ³ydki musia³, aby stopy nie znalaz³y siê tam, gdzie kolana.

Bogus³aw uciek³ stamt¹d po dniach paru, a ¿e mu siê fundusze wypustoszy³y okrutnie, wst¹pi³ do Zjednoczenia Zle Prosperuj¹cych Biedaków w miejscowoœci Smutki Upierdliwe. Tam porad¹ sypnêli, co by sprzeda³ wiolonczelê i na piszcza³ce graæ zacz¹³, bo to niby taniej.

Tak te¿ i nied³ugo potem, Bogus³aw popiskiwa³ na piszcza³ce, a wraz z nim bieda do duetu.

koniec 10.1.2009

 

Drugi raz siê nie uda³o...

Piotr Ciupa opuœci³ mury wiêzienne po odsiedzeniu oœmiu lat za podrzucenie s¹siadowi, Zbigniewowi Kici, œmierdz¹cego worka na podwórze. Ponoæ trupem by³o czuæ ze œrodka...
Gdy
Ciupa wyszed³, Kicia dla rewan¿u zrobi³ to samo, i sam poszed³ siedzieæ. W czasie owym sp³onê³a cha³upka Piotra i ten od razu zapisa³ siê do Stowarzyszenia Niskich Pogorzelców w gminie Spalone Daszki, by ¿ale po utracie swej ca³kowitej utuliæ wœród weteranów, co to po raz ósmy i dziesi¹ty podrygiwali w dymie szmat swych podpalonych.
Na
komornym u Wies³awa Sielanki siê umoœci³ i przez tygodni parê ululany by³ za darmo pod pierzyn¹ stukilow¹, ¿e to fundusze od Stowarzyszenia na te wylegajki mia³. Ale do czasu flecik popiskuje melodyjnie. Piotr Ciupa k³ótliwego charakteru by³ i prowokacj¹ zabzycza³ dnia pewnego, kiedy to Wies³aw spyta³ go, jaki to rozmiar buta nosi.
-
I na co mnie to..? - us³ysza³ pytaj¹cy.
-
A tak sie pytam -
-
Eee tam, zawracanie g³owy -
-
No, buty mam po bracie... -
-
A co z bratem? -
-
Nie ¿yje -
-
Czemu? -
-
Dosta³ skarlenia piêt -
-
Od czego? -
-
Od ciasnych butów -
-
To teraz mnie tu je podsuwasz..? -
-
Jak bêd¹ ciasne, to nie podsunê -
By
³y ciasne i Piotr Ciupa przesta³ siê oddzywaæ do Sielanki. W z³oœliwoœci swej zostawia³ ka³ niespuszczony w