opowiadanka 21-30
Sytuację uratowała babka
Zycie codzienne
Ruscy w kosmosie
Wiejska gwiazda
Szczur w sosie
Niechluja
Tajemnica skarpety
Dobry sposób
Co łaska...
Jak na tronie
©2005prawa autorskie humoru iście żenującego
Słoneczko ino
co wyjrzało
zza chmur.
Ptaszki cipciały
w listeczkach
bzu. Włodzimierz
Plewa rozkraczył
się w pobliżu,
by oddać
kał. Uwagę
skupił na
starym rowerze
opartym obok.
Siedzenie było
obciągnięte równie
starym beretem,
lewy padał
zwichnięty w
dół. Plewa
zaklął z
cicha widząc,
iż długo
tym gratem
nie pojeździ.Wypinając
zad mocno
do tyłu
zauważył, że
i buty by
się przydały
nowe... Te
co miał,
były do
niczego. Obcasy
dawno zgubił
a podeszwy
starte były
jak plasterki
opłatka, co
to dobrodziej
co niedziela
kładł na
jego wyrzucony
na brodę
język. Połykał
go wtedy
jednym mlaśnięciem
nie myśląc
o Bogu, lecz
skupiając uwagę,
jak by tu
się raz
porządnie nażreć...
Głodował bowiem od
dawna. A
tu na dodatek
wyleciał z
roboty.
Na koniec dostał
tylko kopniaka
w dupę,
bo szef przyłapał
na lenistwie...
Długo stękał i
naprężał chudy
tułów, aż
po godzinie
zdołał wycisnąć
dwa kamyczki.
Twarz zlana
potem, drżąc
z wysiłku
urwał kawałeczek
listka dzikiego
rabarbaru i
tym podtarł
siedzenie. Nasunął
spodnie i
rozejrzał się
bezradnie. Do
miasta nie
było daleko,
lecz głodny
i na takim
rowerze nie
da rady Postanowił
zawrócić do
gospodarza, gdzie
niegdyś był
na pokoju
i nająć
się do żniw.
Kazimierz Kłos
był starym
sknerą, lecz
potrafił docenić
talent w
robocie.
Widząc jednak Plewę
w progu wyszczerzył
spróchniałe a
żółte zęby
i warknął
na jego ‘
dzień dobry
‘ że on
już ma ludzi...
- A to może
do kosiarki?
-
- Za Bóg
zapłać, co?
A wynoś
mi się leniu,
bo...-
Sytuację uratowała babka.
Zaprosiła Plewę
do izby,
gdzie piekły
się, bulgotały
i smażyły
takie różności,
że aż w
nosie łaskotało.
Ledwo co Plewa
się usadowił
na podsuniętym
taboreciku, jak
Kłos wleciał
za nimi do
środka.
Ignorując tym razem
natręta, dał
susa w stronę
pieca. Uniósł
pokrywkę z
jednego rądla
i widelcem
wyłowił niewielką,
lecz smakowicie
wyglądającą kaczą
nóżkę...
Żarł mięso dużymi
kęsami, z
wysoko podniesionym
czołem i
miną wyższości.
Wzrok Plewy
był namiętnie
utkwiony w
jego ociekających
tłuszczem ustach.
- To tsza
Kaziu jeszcze
podsmażyć, zanim
ziemniocki się
nie dogotują...-
wtrąciła babka.
Akurat polewała do
sosu śmietanki
z małego
garnczka.
- Dużo to
tego roku
na skup...?
- zapytał nieśmiało
Plewa, jako
że to było
nieobyczajnie
tak cicho
siedzieć.
- Gówno to
cię obchodzi...
- wymlaskał cicho
Kłos i
szurnął kością
w kąt...
KONIEC ( 1999 )
Bronisław Kiszka
był człowiekiem
honoru. Szanowany
w pracy,
ojciec dzieciom,
ba, przed
tygodniem został
dziadkiem!...
Całe życie latał
do biura
z aktówką
pod pachą,
pierdział przez
osiem godzin
w stołek,
a potem aktówka
pod drugą
pachę i...wio
do domu.
Jak koń
w kieracie.
Aż dzisiaj...
Siedział właśnie spocony
na kanapie
pod oknem
i nerwowo
zerkał na
telefon, który
głucho spoczywał
na widełkach.
Nowa sekretarka
kręciła dupą
od tygodnia...
Najpierw na
odległą przyzwoitość
a potem przechodząc
obok, mimo
woli muskała
rąbkiem spódnicy
rozsiewając powabnie
woń perfum...
Nie wytrzymał.
Żona, babsko
zrzędne i
gadatliwe, dawno
utraciła żar
podniety. Od
lat był
świadkiem jej
postępującej klapy
fizycznej. Rozdęty
porodami brzuch,
wyschnięte torebki
piersi i
obwisłe, lekko
zakręcone u
dołu pośladki.
Dawała rzadko i
tylko ‘
po bożemu
‘, jako
że religijna
była i Boga
się bojała.
Na Majówkę
oto wybyła
przed godziną.
Zastał na
stole kartkę,
że grochówka
jest w rynce
na blasze,
a bułki
na drugiej
półce od
góry, obok
słoika z
ogórkami. W
dole dopisała,
by nie ruszał
pasztetu, bo
to na kolację...I
aby nie zapomniał
wypuścić Kitki,
no i coś
tam o butelkach
na mleko,
ale nie doczytał.
Zirytowany, zanurzył
łyżkę w
rondlu i
spróbował zupy.
- Przesolona...- mlasnął
i wyszedł
do pokoju.
Tam przywitał go
smród starych
mebli i rój
much bzykających
wokół flakonu
z pół- zdechłym
bzem. Pożółkłe
serwetki na
komodzie, warstwa
kurzu na
parapecie, w
popielniczce nadżuty
kawałek parówki...
Ogarnął to
wszystko wzrokiem
i zaklął
siarczyście;
- Ma cholera
czas łazić
po kościołach,
a w domu
burdel...- Szybko
jednak odsunął
myśli do
ostatnich wydarzeń
z biura.
Dupeńka obiecała że
zadzwoni o
szóstej... Właśnie
minęła szósta.
Kiszka czuł,
jak kropla
potu pełznie
mu zza ucha
na kark.
Dreszcz wstrząsnął
jego krępym
torsem. Wstał
i uchylił
okno. Wiosenne
powietrze połechtało
nozdrza nadzieją
i romansem.
Już widział
siebie z
Dupcią z
biura... Czuł
niemal jej
młode ciałko,
jak łasi
się i przylega,
jak czaruje
coraz to
nowe pieszczoty.
Krew w nim
zawrzała, uderzając
do głowy
niczym grom
z jasnego
nieba!
Te świadome intencje
obudziły wnetki
‘pasażera’ w
spodniach, który
sennie uniósł
łeb żylasty
i po chwili
wyprężony na
baczność wysmyknął
się bokiem
z gatek rozciągając
okolice rozporka
bezwstydną swą
obecnością... Półwiekowe
ciało właściciela
oblazło widmo
mrowia rozkoszy.
Wstrząsnął się ździebko,
gdy wzrok
jego zahaczył
o obrazek
Panienki Przenajświętszej,
który to
walał się
pomiędzy dwoma
doniczkami kaktusów.
Przez chwilę
zdawało mu
się, iż
słyszy pierwsze
podryndy telefonu...
Wokół jednak
panowała cisza
jak na pogrzebie
organisty. Dochodziła
szósta trzydzieści...
Obserwując bacznie
ulicę zauważył
nagle Starą,
jak wyłania
się zza
rogu piekarni.
W jednym
ręku dyndała
torba, a
w drugim
wypchana ziemniakami
siatka.
- A niech
to siarczyste...!
- mruknął, wycierając
czoło mankietem
koszuli.
Przestraszony tym nagłym
poruszeniem ‘
pasażer ‘
zwinął się
szybko w
sflaczały kłębuszek.
Chwilę potem
brzęczały już
klucze w
zamku...
- Broniu! A
chodź no
tu, na, masz
i weź to...
już ramion
nie czuję...
-
Bez słowa odebrał
siatki. Podążyła
za nim do
kuchni.
- Kartofle przesyp
w wiaderko
- wydyszała mu
tak blisko
twarzy, że
poczuł skisły
odór rzadko
mytych zębów.
- Rozpakuj też
i to...-
ciągnęła, podsuwając
torbę.
- Kupiłam kilo
ogórków, te,
daj do zlewu,
cukier postaw
z boku, pasta
do zębów
się kończy,
więc pomyślałam,
że trzeba
dokupić. Jajka
do lodówki,
zaraz, o,
zobacz, fajne...?
-
W ręku trzymała
fajansowego zajączka.
- Będzie ładnie
wyglądać, jak
go postawię
w pokoju
na kredensie.
A może...
Nie, chyba
lepiej będzie
w rogu biblioteczki,
jak myślisz,
co? Acha,
zapomniałabym, te
tu rogaliki,
to na jutro...
Dziś trzeba
zjeść bułki,
bo uschną
i znowu będę
ptakom wyrzucała.
A tutaj,
masz, niespodzianka...-
Podała mu
proszek na
niestrawność.
- Przechodziłam koło
apteki i
dziś pamiętałam.
Znajoma mi
mówiła, że
łyżeczka do
herbaty nie
tylko poluzuje
stolec, ale
i zapobiega
zaparciom. Ja
wprawdzie chodzę
regularnie, ale
ty sam ostatnio
narzekałeś, że
kupe robisz
co trzy dni...-
Bronisław spojrzał na
nią nieprzytomnie,
wybałuszając oczy.
Drożdżowe grudki
zaschłej śliny
tkwiły w
kącikach jej
bezbarwnych ust,
skąd w czasie
trajkotania buchał
smród...
Czuł jak pięści
same zaciskają
się, a dzika
furia łomocze
sercem niby
huragan niedomkniętymi
drzwiami drewnianego
wychodka u
jego dziadka
na Podlesiu...!
Niedostrzegająca owych znaków
niewiasta wydobyła
na koniec
z torby dwa
banany.
- Zjemy na
deser. Trza
ograniczyć ciastka,
bo słodkie
szkodzi na
zęby, a
ty i tak
masz dwa
do usunięcia
- mówiąc to,
buchnęła mu
w lico ze
zdwojoną siłą
podmuchu nieświeżej
jamy ustnej
- O mało
nie zapomniałam,
jutro po
mszy jest
spowiedź, proboszcz
obiecał...-
Kiszka nie wytrzymał.
- Ja cię
pokrako zaraz
tu wyspowiadam
!!! -
To mówiąc kopnął
wiadro z
kartoflami, które
rozleciały się
z hukiem
w różnych
kierunkach. Baba
krzyknęła, wzywając
Jezusa, a
sekundę potem,
otwartym oknem
fruwały ogórki
wydobywane po
jednym ze
sitka w zlewie.
Po ogórkach
koła w powietrzu
zataczały jajka,
a na koniec,
grzmotnął o
jezdnię garnek
z grochówką.
Ogarnięty szałem prezes
Kiszka właśnie
rozglądał się
za nowym
fantem, gdy
zatarabanił telefon.
Jak ryś skoczył
do pokoju,
wymijając w
progu struchlałą
połowicę. Chwilę
się jednak
zawahał. Wyraźnie
poczuł parcie
na odbyt...
Ostatnio wydarzyło
się to trzy
dni temu....
KONIEC ( 16 / 7 / 99 )
Od tygodnia
nie było
połączenia. Ruchaczenko
stukał palcem
w przyciski
satelity łącznościowej
- i gówno...
Spocony i
wyczerpany, obuty
w pancerz
kombinezonu ochronno-powietrznego
poczuł, że
musi skorzystać
z toalety.
Z nerwów
co chwila
popuszczał terkot
portkowo-spodniowy
i dusił
się pod
kaskiem własnym
smrodem. Istna
tragedia...
Bazę opuścili miesiąc
temu. Kończyły
się zapasy
paliwa i
żywności, a
tu nagle
zawiśli w
powietrzu ćwierć
miliarda mil
od Ziemi...
Tak wskazywał
komputer. Zbliżała
się pora
obiadu. Załoga
statku ‘
Charosza Żizń
- 2000 ‘
udała się
właśnie do
pomieszczenia zony
wolno-tlenowej.
Tam rozzuli
kombinezony i
można było
pod kranem
przechlapać zaropiałe
od wytrzeszczu
powieki... A
wytrzeszczali ślepia
już od trzech
dni, jako
że za okienkiem
na świat
było pustawo
i ciemnawo,
choć pruli
z prędkością
światła kierunek
Ziemia... Iwankiewicz
twierdził, że
lecą w odwrotnym
kierunku. Ruchaczenko
był innego
zdania. Ale
teraz niezbyt
już pewny.
Idąc na
spożycie posiłku
znowu popuścił
w spodnie,
tym razem‘
bas żołnierski
‘. Rozkraczył
się przy
tym z lekka,
nieruchomiejąc. Gaz
szybko powędrował
w górę
drażniąc niemiłosiernym
fetorem nozdrza
kapitana.
- Czortowa dusza...!
- Wrzasnął pod
kaskiem stłumionym
głosem.
Pospiesznie i z
ulgą zdjął
z siebie
mundur kosmonauty
łapiąc jak
ryba i tak
zgęszczone powietrze
stołówki. Stół
był długi,
plastikowy, a
na nim 12
talerzy. Każdy
mieścił pasemko
słoniny, pół
kromki zeschłego
razowca i
ząbek czosnku.
Do picia
- własny mocz.
Woda skończyła
się właśnie
i ani do
picia, ani
do przemycia...
Dwunastu rosłych jak
byki a wygłodniałych
członków załogi
rzuciło się
do stołu.
Dwa kłapnięcia
gębą, i
talerz pusty.
Zwieszone nosy,
niezadowolone miny.
Awaria komputera
zablokowała drzwi
do wychodka
i trzeba
było użyć
wiader. Ustawiono
3 pod ścianą
i osłonięto
parawanem z
koców. W
krótkim czasie
pełzał stamtąd
zapach, od
którego uciekają
zazwyczaj istoty
żywe a
inteligentne...
Minęło kilka dni.
Spiżarnia pusta,
wiadra pod
ścianą pełne.
Ruchaczenko snuł
się jak
lunatyk ciemnymi
korytarzami pojazdu
kosmicznego i
raz za razem
zerkał w
okienko, czy
czegoś nie
widać. Ciemnica
jednak nie
ustępowała. Prąd
przestał działać,
temperatura powietrza
spadła. Trwoga
padła na
ludzi. Byli
uwięzieni w
przestrzeni międzyplanetarnej...
Kilku zatwardziałych
komunistów padło
nawet na
kolana wzywając
interwencji sił
wyższych! Wpatrywali
się w ciemne
jak noc okienko
oczekując cudu.
Iwankiewicz nadal
podtrzymywał teorię,
że ta cisza
i bezruch
to właściwie
złudzenie, bo
oni właśnie
są na łasce
zwolnionej grawitacji
jakiejś jeszcze
nie odkrytej
przez człowieka
planety i
że jako
pierwsi jej
goście, z
pewnością zostaną
odznaczeni nagrodą
Nobla po
powrocie na
Ziemię...
- A jak wrócimy?
- Zapytał ktoś.
- Tak samo,
jak żeśmy
tu dotarli!
Ty durak
!... -
Nagle zza okna
statku kosmicznego
rozległ się
mrożący krew
w żyłach
ryk... Załoga
zamarła z
przerażenia. Ruchaczenko
ostrożnie przybliżył
ucho - ryk
się powtórzył...
W tym samym
momencie oślepiający
blask jasności
uderzył mu
w twarz.
Skamieniał ze
zgrozy, a
ze strachu
nagłego popuścił
‘ trzask
ułański ‘.
Przetarł przymróżone
oczy, nie
dowierzając co
widzi w jasności
owej. W okrągłym
okienku widniała
bowiem twarz
starego i
nieźle przysuszonego
chłopa z
batem w ręku,
a w wykrzywionych
złością ustach
tkwił ząb
nadpsuty. Obok
na postronku
trzymał wyrywającą
się krowę.
Stali na
niewielkim polu
ziemniaczanym...Opodal,
na pochylonym
znaku drogowym
widniał napis;
‘ Głuszyce
Dolne, 4
km. ‘
- Co, Ruskie
znowu tutaj!?
Poleście mi
zrujnowali! Do
sądów podam,
a to Tadzio
wczera przyleciał
i nalegał,
że coś
od tygodnia
pojawiło się
za wsią,
tom i dziś
przyszedł, cztery
kilometry biegł,
krowa mi
się zlachała,
a to psubraty!.-
W ręku wolnym
od postronka,
dzierżył sporą,
czarną szmatę,
której resztki
fruwały jeszcze
na wietrze...
KONIEC ( 10 / 12 / 99 )
We wsi
Trudy Dolne od
tygodnia pojawiły
się afisze
głoszące, że
odbędzie się
przedstawienie. Wstęp
dwa złote.
Nikt nie
wiedział kto
i co, tyle
tylko, że
w remizie
strażackiej ustawiono
niewielkie podium
przysłonięte ciemną
kotarą, a
w oknach
pojawiło się
kilka pergaminowych
strzyżek, tandetnie
ubarwionych zieloną
akwarelką. Podniecenie
osiągnęło szczyt,
gdy zwieziono
taborety za
szkolnej świetlicy.
Cała wieś
szykowała się
od rana.
Zygmunt Pasztet wzuł
najlepsze buty
i świąteczne
ubranie. Średni
wiek zawitał
u niego w
postaci niezwykle
dużej dupy
i rozwalonego
ziemniakami brzucha.
Włosy ułożone
w fale, czyściutko
wygolony, aczkolwiek
statusiały prezentował
się nieźle.
Upchał do
kieszeni ‘ćwiartkę
‘ i poszedł.
Remiza była
już pełna.
Pasztet spoczął
na krześle
z brzegu
i półgłosem
zagadnął sąsiada,
kto występuje.
- A cholera
wie, mowio,
co takich
dwóch ma
pokazać różne
sztuczki -
- Cisza ! Cicho
tam! - Ktoś
zawołał - Ssssss....!
Zaraz się
zaczyna..! -
Gwar nieco przycichł,
ale przysłonięta
kotara ani
drgnęła. Zrobiło
się całkiem
cicho. Upływały
minuty. Ludzie
zaczęli się
niecierpliwić. Pasztet
pociągnął z
butelki kilka
łyków. Aż
sam zniecierpliwiony,
odezwał się
głośno;
- Niech to
kto zajrzy
za te zasłony,
ileż można
czekać?...- Siedzący
bliżej stary
a suchy chłop
podreptał w
kierunku sceny
i uchylił
róg kotary.
- Ale tu
nikogo nie
ma - powiedział
zdziwiony.
- Zebrali pieniądze
i uciekli!
- Zawołała jakaś
baba w kwiaciastej
chustce nasuniętej
na czoło.
Widownia zawrzała oburzeniem.
Ktoś odsłonił
na oścież
kotary. Podium
było puste,
z wyjątkiem
jednego krzesła
przy uchylonym
szeroko oknie.
Tu i ówdzie
rozległ się
lament. Ktoś
zaklął, inny
splunął. Taniutka
dekoracja powiewała
na wietrze.
Pasztet zaczął
przedzierać się
ku scenie.
Jego wypastowane
buty skrzypiały
przy każdym
kroku. Stanął
oto na krześle
i dał znak
ręką, aby
się ludzie
uciszyli... Nastawiono
ciekawie uszy,
a on poluzowawszy
krawat ukłonił
się i zawołał
gromkim głosem;
- Jestem człowiekiem
porządnym i
statecznym. Zapłaciłem
dwa złote,
i za co?...-
Rozległ się tłumny
szept aprobaty.
Ktoś nawet
zaklaskał.
- A to wam
powiem, bo
jak widzicie,
zostaliśmy oszukani!!!
Tak, ci dwaj
cwaniacy wycmoktali
z nas co
było można
i zwiali!...-
To mówiąc,
pociągnął łyka
z ćwiartki.
Otrząsnął się,
obtarł czoło
i prawił
dalej; - Ale,
nie traćcie
ducha... bo
oto ja, pokażę
wam taką
sztuczkę, co
ani oko nie
widziało, ani
ucho nie
słyszało...gotowi...?
- Wszystkie gęby
w napięciu
były zwrócone
ku niemu.
Znowu pociągnął
z butelki
dla dodania
fasonu. Poczuł
też, że
trza by oddać
mocz... Gorąco
mu się zrobiło.
Zawsze marzył
o sławie
i teraz,
stojąc na
tym krześle
poczuł się
nagle gwiazdą.
Gorzałka uderzyła
mu do głowy
i wnet też
zapomniał, jaką
to ma pokazać
sztuczkę. Widział
tylko tłum
wiejskich bab
natarczywie gapiących
się na niego,
wybałuszając ślepia
spod chustek,
a siedząc
w rzędach
jak odęte
kwoki na
jajach. Długie,
końskie pyski
śledziły każdy
jego ruch.
Szybkim ruchem
wydobył ze
spodni kutasa
i telepiąc
ręką w
prawo i lewo
szczał po
tych gębach,
że niech
Bóg broni,
naśladując wyjącym
głosem straż
pożarną...
Podniósł się krzyk,
tupot, szuranie
krzesłami.
- Macie kurwa
przedstawienie, psia
taka mać!
A chodu stąd!
A żywo,
do roboty!
Na pole!
Zachciało się
im zabawy!...-
Szybko się
obrócił, zsunął
spodnie i
z olbrzymiej
dupy ryknęła
okrutna gama
długo wstrzymywanych
gazów żołądkowych.
Ludzie cisnęli
się ku wyjściu,
tratując się
nawzajem. Jakaś
kobiecina przedarła
się bokiem
bliżej podium.
- Panie Zygmuncie,
to nieładnie,
toż tu i
dzieci są,
aby żonie
taki wstyd
przynosić?!...-
- Żona?! A
tu ja mam,
tu!...- Złapał
się rękoma
za dupę,
rozsunął na
boki pośladki
i trzasnął
jej cuchnącym
bangalem prosto
między oczy.
KONIEC ( 2000 )
Władysław Pasikurka
miał pysk
wydłużony jak
stary trep.
Siedział w
kucki nad
pustym wiaderkiem
po węglu
i panicznie
śledził dogasające
palenisko, pod
na pół
zawaloną kuchenką.
Właśnie dopalały
się resztki
wczorajszej gazety.
Taboret, na
którym zwykł
przesiadywać, spłonął
z rana.
Porąbał go na
pieńku w
stajni, z
pasją i
niecierpliwością człowieka
zmarźniętego na
kość. Klął
przy tym
jak Żyd
po utracie
majątku. Stajenka
też świeciła
pustką. Tydzień
temu sprzedał
ostatniego świniaka
i gdy wracał
ze skupu,
ktoś dmuchnął
mu z torby
pulares. Nie
było więc
za co ani
się ogrzać,
ani nażreć
czy choćby
poruchać… Niestety
i za to
płacić trzeba,
jako że
był już
nie tylko
stary, ale
i daleki
od choćby
przeciętnej urody.
Ostatni raz ruchał
na Wielkanoc.
Udało się
za ‘ Bóg
zapłać ‘.
Wyprostował się
hardo na
to przypomnienie.
Był to bowiem
dowód, że
czasem potrafi
się komuś
jeszcze spodobać...
Sięgnął ręką po
ułamek lusterka
z półki.
Szybko je
jednak odłożył
z powrotem.
Wszystko co
zauważył, to
obwisły a
pomarszczony nos.
Ogień dogasł.
Jedynie kawałki
zwęglonej na
sadzę gazety
wydmuchiwane były
kominem na
izbę. Pasikurka
rozejrzał się
strwożony. Od
paru dni
nie miał
nic w spróchniałych
ustach. Spod
kredensu wysunęło
łeb spasione
szczurzysko... Nie
na długo,
bo rzucił
w tamtą
stronę pustym
wiadrem z
takim rozmachem,
iż rozpruł
pod pachą
liche paletko
jakim był
obtulony. Zawarczał
też dla efektu
jak zły pies i gryzoń
schował się
z powrotem.
A bo to
raz wysuwał
stamtąd spasioną
mordę? Władysław
był pewny,
że czeka
tam ich więcej...
Czekają na
niego... A
taki chuj!...
Niedoczekanie wasze
! - Wrzasnął nagle
i skoczył
na równe
nogi. Wybałuszone
głodem ślepia
zaczęły latać
po całej
kuchni.
- Ja z was
prędzej kurwa
gulasz zrobię!...
- Wrzeszczał, porywając
garnek. Zaczął
mocować się
z kredensem
chcąc odsunąć
go od ściany.
Lecz ciężki
mebel szybko
wyzbył go
z sił i
stary osunął
się pobok
blady, ciężko
zipiąc. Postanowił
jednak nie
ruszać się
stamtąd i
czekać tak
długo, aż
szczur ponownie wysunie
ryj... Przez zaćmiony
umysł zaczęły
nawet przelatywać
takie szczegóły,
jak przyprawy
mięs i sosów.
Halucynacje odsunęły
zdolność rozsądnego
myślenia.
W głębi chorej
wyobraźni tylko
jedno było
istotne i
niemal realne;
szczurzyna w
przyprawach i
sosie, a
obok może
ze trzy młode
ziemniaczki posypane
koperkiem, zielone
listeczki sałatki
polane śmietanką,
z boku lampka
wytrawnego wina...
Wszystko to
podane na
białym obrusie.
Kuchenka oczywiście aż
czerwona od
buchającego żaru...
Zasnął, na wpół
oparty o
ścianę, a
zgraja szczurów
zabrała się
za ogryzanie
jego zmurszałych
butów. Wiedziały,
że staruch
nie przyprawi
je w sosie.
KONIEC ( 1995 )
Wichura szalała
jak rozhulała
wyobraźnia mózgu
przyłechtana dawką
alkoholu. Rozłzawione
krople deszczu
tarabaniły o
wyblakłe okno
jego pokoju.
Wystarczająco, by
rozproszyć uwagę.
W rogu na
łóżku, pod
nieświeżością przygniłej
pościeli leżał
na wznak
wielce zdumiony
Bronisław Szczota.
Na kulawym
stoliku obok
dymił leniwie
skręt w
towarzystwie dwudziestu-ośmiu petów,
które przelewały
się swą
martwą obecnością
poza krawędzie
taniej plastikowej
popielniczki. Jedna
z tych konkretnych
bzdur, od
których Ona
dostawała ciemnożółtej
gorączki i
która to malowała
jej lico
w tymże odcieniu.
Jej subtelna
pogoda ducha
przez rok
trawiła w
cierpliwości jego
skołtunioną brodę,
czarne paznokcie,
cuchnący chuch
i proporcjonalnie
niedomytą całą
resztę jego
mini-pozorów
udających Casanowę...
Z czkawki
wspomnień wynurzało
się to i
owo, tłumacząc
tragedię teraźniejszości...
Wysunął z
pościeli stopę
przyrudziałą wrzodami
i ubarwioną
od spodu
barwą nigdy
niemytej podłogi.
Serek między
palcami przypominał
resztki gumy
do żucia,
którą niezbyt
grzeczne dzieci
rozciągają po
meblach. Ogromny
tłusty pająk
spuścił się
ze sufitu
i osiadł
na jego obnażonym
przedramieniu. Ujął
go delikatnie
w dwa palce
i rozgniótł
na miazgę
obcierając resztki
powyginanych nóżek
o brzeg łóżka...
Nagle zerwał
się do pozycji
siedzącej, aż
kłęby kurzu
i zasuszonego
potu zawirowały
w powietrzu
od opadłej
na podłogę
pierzyny. Potok
suchego kaszlu
wygiął do
przodu jego
zapadłą pierś.
W ostatniej
chwili pochwycił
w dłoń
wychark szaro-zielonej
flegmy. Otarł
połów obok
resztek pająka
i runął
ponownie na
wznak. Ta
manifestacja wymiotów
cielesno-duchowych
trwała już
cztery dni.
Silnym akcentem
jego upadku
był fetor
wędrujący z
przepełnionego nocnika
pod łóżkiem...
Jednakże mieszanka
kału z moczem
działała otrzeźwiająco
dla wpół
uśpionych zmysłów.
Nie wytrzymał.
Jednym ruchem
zdarł z
siebie pierzynę
i wstał.
Za oknem aż
dudniło od
ulewy i różności,
które wichura
ciskała o
dach i szyby.
Szczota zajrzał
do pustego
wiadra po
węglu, obmacując
jednocześnie skostniały
z zimna piec.
Wzuł laczki
i podreptał
do kuchni.
W kredensie
znalazł pokryty
pleśnią półbochenek
i zepsutego
dorsza w
gazecie. Chleb
podrzucił i
kopnął jak
piłkę. Wpadł
pomiędzy sterty
brudnych naczyń
w zlewie.
Z rybą było
gorzej. Ledwo
to się kupy
trzymała i
gdy podrzucił
by wymierzyć
kopniaka, źle
wycelował. Zmurszała
żałosną starością
chlapnęła o
podłogę rozbryzgując
się wokół
jego stop.
Wyczerpany tym
nagłym atakiem
na unicestwione
dary boże
powlókł się
z powrotem
do pokoju,
gdzie znowu
powitał go
jadowity fetor
spod łóżka.
Doznał parszywego
uczucia bezradności.
Bezdenna otchłań
lenistwa ukazała
dno. Smród
ciężkim kadzidłem
uprzytomnił prawo
grawitacji. Wśród
tumanów kaszlu
osunął się
na kolana.
Zagarniając połę
szlafroka, przykrył
nos. Jednakże
długo nieprany
i cuchnący
chałat podwoił
katusze zapachowo-zmysłowe.
Wstrzymując oddech,
Szczota zdarł
z siebie
niegodziwy łach
i drżąc
z zimna uciekł
do łóżka
naciągając na
głowę pierzynę.
Powolutku powracało
uczucie ciepła,
ale tym razem
smród uderzył
nozdrza z
siłą bezdennego
pożądania dziewicy
w noc poślubną...
Związane z
tym męki
fizyczno-psychiczne
zmusiły jego
mózg do
kombinacji praktyczno-spryciarskich.
Zagarnął pierzynę
na bok i
usiadł na
krawędzi łóżka.
Gwałtownie się
pochylił i
wytarabanił spod
spodu nocnik.
Skurcz mięśni
gardłowych wybulgotał
fontanną niestrawionych
resztek śniadaniowych
z przed trzech
dni. Z nocnika
na moment
uniosła się
para, ale
Szczota błyskawicznie
zakrył go
złożonym na
pół szlafrokiem.
Nagle drzwi
się uchyliły,
i w progu
stanęła Ona...
Padła obok, zemdlona.
Bronisław Szczota
padł na
kolana i
ryknął sentymentalnym
okrzykiem triumfu
pojednania; - Jam
ci tu jest
Chrystus nieszczęścia,
co z otchłani
obłędu kły
rozdziawia.
Wynurzyłaś się
z objęcia mego,
teraz wiesz,
że w pojednaniu
się pasja
odnawia...Amen.
P
.S. Po sprzątnięciu nocnika, życie potoczyło się dawnym trybem...KONIEC ( 6 / 12 / 98 )
Przeciągnął się
z rozkoszą
pod wygrzaną
pierzynką i
zamlaskał coś
w pół śnie
przewracając się
na drugi
bok. Wincenty
Świst był
w podeszłym
wieku i miał
szczęście zakosztować
na starość
sielankę własnego
dachu nad
głową.
Latami przecież zapierdalał,
odmawiając sobie
tego czy
tamtego w
imię kupna
chałupy. Sypiał
po wynajętych
pokoikach, to
bokiem u
kuzyna, czasem
zwalając się
z torbami
do hotelu
robotniczego. Żywot
wiódł bez
nałogów i
przyjemności. Wiadomo,
za to trza
płacić. Mały,
chudy i brzydki,
nie miał
wzięcia u
pań. Jego
wspólnicy przy
taczkach też
nie szukali
towarzystwa sknery.
Wiedzieli, że
dusi grosz
w skarpetę.
Latał w
przykrótkim paletku
i zjechanych
bitelsówkach wybałuszając
głupio ślepia,
gdy nadchodziła
pora opłaty
pokoju. Grzebał
wtedy długo
w przepastnych
kieszeniach portek
i wypocając
coś w rodzaju
uśmiechu bił
pokłony i
przepraszał, ale
zaraz poszuka
gdzie indziej...
Tak i szukał
gdzie indziej,
ale innego
pokoju. I
tak wlokło
się to i
powtarzało. Nierzadko
ten czy tamten
miał zaszczyt
obserwować Śwista,
jak wytrzeszcza
ślepia pozorując
zagadkowo-inteligentną
minę i grzebiąc
przy tym
po portkach
i czeluściach
splamionego płaszcza.
Wincenty był
jednak człowiekiem
przewidującym i
wolał po
raz drugi
nie nawijać
się w tym
samym miejscu.
Krążył więc
od województwa
do powiatu...
Mijały lata, a
on malał,
chudł i
brzydł. Często
też i nawalał
żołądek, że
to żarł
najtańsze byle
co. Skarpeta
zaś pęczniała
i gdy strzeliły
siedemdziesiąte trzecie
urodziny, Wincuś
wylądował w
dwupokojowej chałupie
z ubikacją
w środku...
Obielił to na
zewnątrz, poprzycinał
trawki i
machnął na
niebiesko płotek.
A że pojawił
się tam
nagle i był
obcy, na
wsi posypało
się od plotek.
- To pewno
jakiś bogaty
emigrant, co
to na starość
ściągnął w
rodzinne strony...
-
Mawiano sobie na
ucho.
- Prawda, musi
być nadziany,
bo kto to
dzisiaj kupuje
se dom za
gotówkę...? - Dodawał
inny.
Szumiało od domysłów.
Aż dziś
nad ranem...
Coś skrzypnęło, coś
potoczyło się
na podłogę
i w drzwiach
ukazała się
wysoka a
ciemna postać.
- Dawaj dziadu,
złoto, dolary,
a żywo...!
- Zacharczała postać
przyginająca się
w ataku kaszlu.
- A to cie
taka twoja
mać tu swędzi..!
- Wincenty zerwał
się z pościeli
przysiadając na
dupie.
Wnet też rozpoznał
w ciemnoprzyodzianej
postaci sąsiada.
Zerwał się
na niego
z laską,
co to była
zawieszona na
poręczy łóżka.
- Dziadu..!? Ja
ci dam, to
takiś to
kamrat zasrany!?...-
- Na Boga...
Czy pan Świst
zwariował?!...-
Sąsiad uskoczył w
bok. Wincenty
opuścił kij.
- To gadaj
tera, po
co tu przyszedłeś?...He?...-
- A bo to
ludzie gadali,
co pan ma
grosz niemały...-
- I gówno
zgadli! Bo
tyle mam...!
-
Zerwał z krzesła
nieświeżą skarpetę
i podsunął
mu pod nos.
- O tu było...!
Twoja psia
mać, tu...!
I poszło
w te chałupę...!
KONIEC ( 2001 )
Jan Kita-Machaj
był wkurzony
jak nigdy.
Siedział rozkraczony
na połamanym
stołku i
palił skręta
plując w
złości na
skołtunioną, dawno
nie mytą
i śmierdzącą
brodę. Tupnął,
wdeptując trzewikiem
w talerz
pełen niedojedzonego
obiadu, nad
którym unosił
się rój
much... Dotąd
wiódł spokojny
żywot. Aż
dziś rano,
gdy zatarabanił
telefon...
To Jacek. Jego
pierworodny. Znowu
pobiła go
żona. Tym
razem musiał
jednak uciekać.
Tak jak stał.
W locie złapał
tylko liche
paletko wiszące
na gwoździu
w przedpokoju.
Biegł w
laczkach i
piżamie krzycząc
i płacząc
na przemian.
Do ojca miał
niedaleko. Dochodziła
godzina siódma,
gdy stanął
w progu ze
skruchą. Szczupły,
niski, o
twarzy nieszczęścia.
Kita-Machaj wpuścił
go do pokoju
pod pierzynę,
sam zaś
zaklął jak
diabeł nad
święconą wodą
i podreptał
do kuchni
obok. Coś
trzeba było
wymyśleć. Wiedział,
że Beata
zaraz tam
przyleci, trzepiąc
jęzorem i
grubymi łapami
po pysku.
Wyprężył karłowatą
pierś do
przodu. Twierdził,
że się
jej nie bał...
Pogwizdał dla
dodania otuchy,
podniósł lewą
nogę i pierdnął
okazale. Misiowate
oczka zmrużyły
się przy
tym chytrze.
Skoczył jeszcze
do drzwi
i domknął
je na drugi
zamek oraz
cieniutki jak
niteczka łańcuszek.
Poczucie ulgi
oblało go
cuchnącym potem,
a to przyczyniło
się z kolei
do swędzenia
skołtunionej jak
siano brody,
która aż
się ruszała
od wszy.
Drapiąc się
i wariując
uciekł do
łazienki, gdzie
ściągnął brodę
gumką uważając,
że w ten
sposób udusi
pasożyty. Kita-Machaj
zawsze miał
na wszystko
dobry sposób...
Gdy szykował śniadanie
składające się
z plasterka
boczku i
jednej razowej
bułeczki, zdecydował
gdzie schowa
Jacka. Po
prostu zawinie
go w chodnik
i postawi
w rogu szafy,
a na to
zarzuci kilka
łachów po
nieboszczce. Gdy
sprzedał te
propozycje Jackowi,
ten uderzył
w tragiczny
płacz.
- A co będzie
jak mnie
się zechce
zapalić tata?
No, co wtedy
zrobię?... -
Kita-Machaj, człowiek
dobrej rady,
zafrasował się.
- To zapal
se teras...-
sprostował.
- A jak mi
się zechce
potem ? -
- Potem... a
skąd wiesz,
co ci się
zechce potem?...-
Kita-Machaj
był już
zły. Nie
kończąc dyskusji
wybiegł z
pokoju. Nie,
to odpada.
Brak następnego
pomysłu znów
wywołał fale
potu.... Tym
razem wszy
rozlazły się
po plecach
łaskocząc nawet
pod pachami
w ten sposób,
że Kita-Machaj
zaczął skakać
jakiś dziki
taniec opentańca
czochrając się
w przelocie
o ścianę.
Kąpiel zarządzał
raz na cztery
miesiące przestrzegając
skrupulatnie daty.
Zostało jeszcze
pięć tygodni.
Musi więc
wytrzymać... Zacisnął
w końcu
pięści i
z miną filozofa
zaczął patroszyć
rybki na
obiad. Smażył
je potem
wolniutko na
oleju i rozmyślał
z petem w
zębach, wlepiony
jastrzębim wzrokiem
w patelnię.
A Jacek leżał
otulony pierzyną
i też myślał,
co by tu
takiego powiedzieć,
by udobruchać
starego. Małżeństwo
z Beatą
było tragedią
i nie raz
już tu uciekał
pobity i
zapłakany. Zawsze
jednak wracał...
Tym razem
zaś wiedział,
że się
nie odważy.
Beata zbudowana
była jak
słoń, o
dwóch metrach
wzrostu. Jej
koński pysk
nie wróżył
nic dobrego.
Ubiegłej nocy
dusiła go
szerokim zadem
i tak trzepała
grubymi udami,
że omało
nie umarł.
A co było
wczoraj ?...
Wieczorem ugotowała na
kolację jego
ulubionego kota
i podała
na stół
obdartego ze
skóry i
posypanego pietruszką.
Sól i pieprz
też stały
obok. Zażądała,
by zaczął
od żucia
ogona. Gdy
nie chciał,
rzuciła w
niego nadgniłym
serkiem, a
potem czym
popadło.
Obiad był prawie
gotowy, gdy
rozległo się
szamotanie i
huk za drzwiami
na korytarzu.
Kita-Machaj
skoczył jak
ryś i przykucnął
pod zlewem.
Z pełnego
kubła na
pomyje wędrował
mu pod nos
okrutny fetor
zgnilizny. To,
i ryk Beaty,
wymiotły go
szybko stamtąd.
Przywarował obok
okna, gdzie
po chwili
jak spod
ziemi wyrosła
pociemniała z
gniewu morda.
Tłuszcz policzków
i nos przylegały
płasko do
brudnej szybki
jednej połowy
okiennicy. Ta
druga, ku
przerażeniu Pestki
była uchylona...
Zapomniał domknąć.
Teraz było
za późno,
ale stary
nie utracił
całkiem głowy.
Ryzyk-fizyk
- warknął, i
w locie błyskawicy
był na parapecie.
Wysunął dupę
za okno i
pierdnął z
całej siły,
trzepiąc dla
efektu nogą
i szybko
uskakując w
bok za firanę.
W chwilę
potem frunął
za okno śmierdzący
kubeł. Dopiero
wtedy znikł
pysk przyklejony
do szyby...
KONIEC (1998)
Szymon Niewierny
był kościelnym.
Ni to z
wyboru, ni
z powołania,
ot po prostu
po linii
rodzinnej. O
ile pamiętał,
to jego przodkowie
ciągle siedzieli
w tej profesji,
przy kościele
też wiedli
żywot. Może
nie iście
królewski, ale
zawsze z
tego ‘
co łaska
na tacę
‘ i jakoś
tam było.
Było, gdyż
w ostatnie
czasy ‘
łaska na
tacy ‘
była coraz
mniej brzękliwa,
co niewąsko
gniewało Dobrodzieja.
- Schodzimy na
dziady !...- Lamentował,
skubiąc wyleniałą
brodę.
- Tak, proszę
księdza - przytakiwał
Niewierny i
chudą dłonią
grzebał, a
podważał od
spodu garstkę
miedziaków na
rozlatującej się
tacy, aby
sprawiały wrażenie,
że jest
ich dużo...
Tak już było
od dłuższego
czasu. Kazania
starego księdza
stawały się
coraz nudniejsze,
toteż kościół
świecił pustką
nawet we
święta. Doszło
do tego,
że służba
opuściła plebanię
nie mogąc
się doczekać
skromnej wypłaty.
Uciekł też
kucharz ciskając
pustą a sczerniałą
patelnią o
wygasły piec.
Spiżarnia też
świeciła pustką.
Nawet myszy
znikły, nie
mając się
czym posilić.
Ciężki nastał
okres. Dobrodziej
zamiast czytać
księgi pobożne,
coraz częściej
łaził po
nieopalonym pokoju
wymachując fałdami
czarnego chałata
dla rozgrzewki.
Świece pozamieniane
w ogarki
też musiał
oszczędzać. Doszło
do tego,
że nakazał
kościelnemu nadrabiać
obiecującymi minami,
gdy szedł
z tacą podczas
mszy... Kościelny
więc nadrabiał,
ale niezbyt
mu to szło
i gdy w
uśmiechu połączona
została desperacja,
nachalność i
błaganie, szybko
się rozniosło,
że Niewierny
zwariował... Cienkie
usta wywinięte
sztucznie do
góry symulowały
uśmiech, a
rozgorzałe oczy
bezustannie mrugały
jakby dla
zachęty.
Z czasem podszedł
do tego bardziej
profesjonalnie, a
mianowicie natrętnie
czekał, aż
szturchany tacą
w ramię
osobnik raczy
sięgnąć do
portfela. Pragnął
tego całym
sobą, hipnotyzując
każdego rozmruganymi
oczami głodnego
wilka.
Skutek jaki osiągnął
był taki,
że ludzi
w kościele
wciąż ubywało.
Zaczęto się
go bać,
bo poszturchiwał
tacą coraz
zawzięciej ... O
Dobrodzieju też
nie lepiej
mówiono. Wychudł,
poczerniał na
wydłużonej gębie,
a na kazaniach
bredził, że
są tacy,
co marzną,
głodują i
toczą biedę...W
kółko nawoływał,
by hojnie
wspomagano.
Jeszcze nie wiedzieli,
że mówi
o sobie...Dziwiono
się tylko,
że kazania
są tylko
o tym.
Zwątpiono całkowicie, gdy
ksiądz z
wytrzeszczonymi ślepiami
zaczął głosić
z ambony
jadłospisy. Wraz
z tym, kościelny
zaczął prać
pustą tacą
po zmykających
z ławek
postaciach. Prał
tak długo,
dopóki ostatni
nie zwiał,
a pęknięta
na pół
taca potoczyła
się pod
ołtarz..
Przerażony tłum rozbiegł
się po cmentarzu
okalającym plac
kościoła. Ktoś
potem twierdził,
że widział
księdza i
kościelnego jak
gonili za
chudym kogutem
na podwórzu
plebanii.
Następnego dnia ksiądz
pluł podczas
kazania piórami,
a kościelny
zamiast z
tacą, robił
obchód z
patelnią ... Kościół
jednak był
pusty.
- Zeszliśmy na
dziady...Amen.
- Zakończył Dobrodziej.
KONIEC ( 1988 )
Murzyn łypnął
kawowym okiem.
Wywinięte wargi
były na
pół uchylone.
Jeszcze nie
dowierzał. Uniósł
długą łapę
przecierając czoło. Spod pachy
zajechało starym
potem. Przykucnął
by bliżej
obejrzeć gruchot,
który szumnie
nazwano rowerem.
Sprzedawca, pokurczony
starzec, z
entuzjazmem zachwalał
towar;
- Nowe pedały,
a jakie siodełko!
Ho- ho bracie...Siedzisz
jak na tronie!
-
Skrzywił swą ulęgałczą
twarz w bezzębnym
uśmiechu. Murzyn
jednak wiedział
swoje. Pedały
owszem, choć
każdy inny,
ale były
rzeczywiście nowe,
ale owe siodełko?...
Nie dał
się przekonać.
Prędzej podobne
to było
do starego
buta nadzianego
na kij. Łańcuch
też był
podejrzany. Pstryknął
w niego palcem.
Nie spadł.
Starzec miał
triumfalną minę...
- A widzisz
?! Rowerek jak
się patrzy!
-
Nagle zmienił ton
głosu;
- Bierz, bo
się rozmyślę..!
-
Murzyn z małpią
miną zaczął
grzebać po
kieszeniach. Pot
spływał mu
po czarnej
jak smoła
gębie. Rastamański
beret zjechał
na bok. Wydobył
wreszcie pieniążek
i dał staremu.
Bez słowa
ujął kierownicę,
jedną nogę
postawił na
pedale a
drugą zamachnął
się w powietrzu,
chcąc dupą
trafić na
siodełko. Nie
trafił. Pedał
pękł, opuszczając
stopę obutą
w sandał
na chodnik...
Siodełko stuknięte
kolanem drugiej
nogi odleciało...
Murzyn stracił
równowagę i
legł na
bok, nakryty
gruchotem.
- Kurwa mać!
- Zaklął, widząc
że i łańcuch
zjechał po
szprychach.
Staruszek tymczasem podreptał
uliczką w
dół mieszając
się szybko
w tłum przechodniów.
Chichotał cichutko
obracając w
palcach pieniążek.
Minął targ
i wlazł
do niewielkiej
szopy. Tam,
ze składu
złomu wydobył
inny rower...
Przetarł nieco
ramy wilgotną
szmatką i
poprowadził na
zewnątrz. Szybko
natrafił na
Murzyna i
dalej zachwalać;
- Nowe pedałki,
a jakie sidełko!
Bracie, siedzisz
jak na tronie!
-
Rasta spojrzał jak
byk na czerwoną
płachtę i
warknął;
- Jak na
tronie..!? - Stary
mrugnął, kichnął
i puściwszy
rower, umknął
truchtem. Murzyna
lico pojaśniało.
Pochwycił zdobycz,
jedną nogę
postawił na
pedale, a
drugą zamachnął
w powietrzu
chcąc dupą
trafić na
siodełko... Nie
trafił. Pedał
pękł, opuszczając
stopę obutą
w sandał
na chodnik.
Siodełko stuknięte
kolanem drugiej
nogi odleciało...
Murzyn runął
na bok. Na
ten sam, co
przed chwilą
...
- Kurwa mać
! Jak na
tronie !... -
KONIEC ( 1988 )