opowiadanka 21-30

 

główna strona
strona informacyjna
opowiadanka      1-10
opowiadanka    11-20
opowiadanka    21-30
opowiadanka    31-40
opowiadanka    41-50
opowiadanka    51-60
opowiadanka    61-70 
opowiadanka    71-80
opowiadanka    81-90
opowiadanka    91-100
opowiadanka  101-110
opowiadanka  111-120
opowiadanka  121-130
opowiadanka  131-140
opowiadanka  141-150

Sytuację uratowała babka

Zycie codzienne

Ruscy w kosmosie

Wiejska gwiazda

Szczur w sosie

Niechluja

Tajemnica skarpety

Dobry sposób

Co łaska...

Jak na tronie

  ©2005prawa autorskie humoru iście żenującego

Sytuację uratowała babka

Słoneczko ino co wyjrzało zza chmur. Ptaszki cipciały w listeczkach bzu. Włodzimierz Plewa rozkraczył się w pobliżu, by oddać kał. Uwagę skupił na starym rowerze opartym obok. Siedzenie było obciągnięte równie starym beretem, lewy padał zwichnięty w dół. Plewa zaklął z cicha widząc, długo tym gratem nie pojeździ.Wypinając zad mocno do tyłu zauważył, że i buty by się przydały nowe... Te co miał, były do niczego. Obcasy dawno zgubił a podeszwy starte były jak plasterki opłatka, co to dobrodziej co niedziela kładł na jego wyrzucony na brodę język. Połykał go wtedy jednym mlaśnięciem nie myśląc o Bogu, lecz skupiając uwagę, jak by tu się raz porządnie nażreć...
Głodował
bowiem od dawna. A tu na dodatek wyleciał z roboty.
Na
koniec dostał tylko kopniaka w dupę, bo szef przyłapał na lenistwie...
Długo
stękał i naprężał chudy tułów, po godzinie zdołał wycisnąć dwa kamyczki. Twarz zlana potem, drżąc z wysiłku urwał kawałeczek listka dzikiego rabarbaru i tym podtarł siedzenie. Nasunął spodnie i rozejrzał się bezradnie. Do miasta nie było daleko, lecz głodny i na takim rowerze nie da rady Postanowił zawrócić do gospodarza, gdzie niegdyś był na pokoju i nająć się do żniw. Kazimierz Kłos był starym sknerą, lecz potrafił docenić talent w robocie.
Widząc
jednak Plewę w progu wyszczerzył spróchniałe a żółte zęby i warknął na jego dzień dobry że on już ma ludzi...
- A to może do kosiarki? -
- Za Bóg zapłać, co? A wynoś mi się leniu, bo...-
Sytuację
uratowała babka. Zaprosiła Plewę do izby, gdzie piekły się, bulgotały i smażyły takie różności, że w nosie łaskotało.
Ledwo
co Plewa się usadowił na podsuniętym taboreciku, jak Kłos wleciał za nimi do środka. Ignorując tym razem natręta, dał susa w stronę pieca. Uniósł pokrywkę z jednego rądla i widelcem wyłowił niewielką, lecz smakowicie wyglądającą kaczą nóżkę...
Żarł
mięso dużymi kęsami, z wysoko podniesionym czołem i miną wyższości. Wzrok Plewy był namiętnie utkwiony w jego ociekających tłuszczem ustach.
- To tsza Kaziu jeszcze podsmażyć, zanim ziemniocki się nie dogotują...- wtrąciła babka.
Akurat
polewała do sosu śmietanki z małego garnczka.
- Dużo to tego roku na skup...? - zapytał nieśmiało Plewa, jako że to było nieobyczajnie tak cicho siedzieć.
- Gówno to cię obchodzi... - wymlaskał cicho Kłos i szurnął kością w kąt...

KONIEC ( 1999 )

 

Życie codzienne

Bronisław Kiszka był człowiekiem honoru. Szanowany w pracy, ojciec dzieciom, ba, przed tygodniem został dziadkiem!...
Całe
życie latał do biura z aktówką pod pachą, pierdział przez osiem godzin w stołek, a potem aktówka pod drugą pachę i...wio do domu. Jak koń w kieracie. dzisiaj...
Siedział
właśnie spocony na kanapie pod oknem i nerwowo zerkał na telefon, który głucho spoczywał na widełkach. Nowa sekretarka kręciła dupą od tygodnia... Najpierw na odległą przyzwoitość a potem przechodząc obok, mimo woli muskała rąbkiem spódnicy rozsiewając powabnie woń perfum... Nie wytrzymał. Żona, babsko zrzędne i gadatliwe, dawno utraciła żar podniety. Od lat był świadkiem jej postępującej klapy fizycznej. Rozdęty porodami brzuch, wyschnięte torebki piersi i obwisłe, lekko zakręcone u dołu pośladki.
Dawała
rzadko i tylko po bożemu , jako że religijna była i Boga się bojała. Na Majówkę oto wybyła przed godziną. Zastał na stole kartkę, że grochówka jest w rynce na blasze, a bułki na drugiej półce od góry, obok słoika z ogórkami. W dole dopisała, by nie ruszał pasztetu, bo to na kolację...I aby nie zapomniał wypuścić Kitki, no i coś tam o butelkach na mleko, ale nie doczytał. Zirytowany, zanurzył łyżkę w rondlu i spróbował zupy.
- Przesolona...- mlasnął i wyszedł do pokoju.
Tam
przywitał go smród starych mebli i rój much bzykających wokół flakonu z pół- zdechłym bzem. Pożółkłe serwetki na komodzie, warstwa kurzu na parapecie, w popielniczce nadżuty kawałek parówki... Ogarnął to wszystko wzrokiem i zaklął siarczyście;
- Ma cholera czas łazić po kościołach, a w domu burdel...- Szybko jednak odsunął myśli do ostatnich wydarzeń z biura.
Dupeńka
obiecała że zadzwoni o szóstej... Właśnie minęła szósta. Kiszka czuł, jak kropla potu pełznie mu zza ucha na kark. Dreszcz wstrząsnął jego krępym torsem. Wstał i uchylił okno. Wiosenne powietrze połechtało nozdrza nadzieją i romansem. Już widział siebie z Dupcią z biura... Czuł niemal jej młode ciałko, jak łasi się i przylega, jak czaruje coraz to nowe pieszczoty. Krew w nim zawrzała, uderzając do głowy niczym grom z jasnego nieba!
Te
świadome intencje obudziły wnetki ‘pasażera’ w spodniach, który sennie uniósł łeb żylasty i po chwili wyprężony na baczność wysmyknął się bokiem z gatek rozciągając okolice rozporka bezwstydną swą obecnością... Półwiekowe ciało właściciela oblazło widmo mrowia rozkoszy. Wstrząsnął się ździebko, gdy wzrok jego zahaczył o obrazek Panienki Przenajświętszej, który to walał się pomiędzy dwoma doniczkami kaktusów. Przez chwilę zdawało mu się, słyszy pierwsze podryndy telefonu... Wokół jednak panowała cisza jak na pogrzebie organisty. Dochodziła szósta trzydzieści... Obserwując bacznie ulicę zauważył nagle Starą, jak wyłania się zza rogu piekarni. W jednym ręku dyndała torba, a w drugim wypchana ziemniakami siatka.
- A niech to siarczyste...! - mruknął, wycierając czoło mankietem koszuli.
Przestraszony
tym nagłym poruszeniem pasażer zwinął się szybko w sflaczały kłębuszek. Chwilę potem brzęczały już klucze w zamku...
- Broniu! A chodź no tu, na, masz i weź to... już ramion nie czuję... -
Bez
słowa odebrał siatki. Podążyła za nim do kuchni.
- Kartofle przesyp w wiaderko - wydyszała mu tak blisko twarzy, że poczuł skisły odór rzadko mytych zębów.
- Rozpakuj też i to...- ciągnęła, podsuwając torbę.
- Kupiłam kilo ogórków, te, daj do zlewu, cukier postaw z boku, pasta do zębów się kończy, więc pomyślałam, że trzeba dokupić. Jajka do lodówki, zaraz, o, zobacz, fajne...? -
W
ręku trzymała fajansowego zajączka. - Będzie ładnie wyglądać, jak go postawię w pokoju na kredensie. A może... Nie, chyba lepiej będzie w rogu biblioteczki, jak myślisz, co? Acha, zapomniałabym, te tu rogaliki, to na jutro... Dziś trzeba zjeść bułki, bo uschną i znowu będę ptakom wyrzucała. A tutaj, masz, niespodzianka...- Podała mu proszek na niestrawność.
- Przechodziłam koło apteki i dziś pamiętałam. Znajoma mi mówiła, że łyżeczka do herbaty nie tylko poluzuje stolec, ale i zapobiega zaparciom. Ja wprawdzie chodzę regularnie, ale ty sam ostatnio narzekałeś, że kupe robisz co trzy dni...-
Bronisław
spojrzał na nią nieprzytomnie, wybałuszając oczy. Drożdżowe grudki zaschłej śliny tkwiły w kącikach jej bezbarwnych ust, skąd w czasie trajkotania buchał smród...
Czuł
jak pięści same zaciskają się, a dzika furia łomocze sercem niby huragan niedomkniętymi drzwiami drewnianego wychodka u jego dziadka na Podlesiu...!
Niedostrzegająca
owych znaków niewiasta wydobyła na koniec z torby dwa banany.
- Zjemy na deser. Trza ograniczyć ciastka, bo słodkie szkodzi na zęby, a ty i tak masz dwa do usunięcia - mówiąc to, buchnęła mu w lico ze zdwojoną siłą podmuchu nieświeżej jamy ustnej
- O mało nie zapomniałam, jutro po mszy jest spowiedź, proboszcz obiecał...-
Kiszka
nie wytrzymał.
- Ja cię pokrako zaraz tu wyspowiadam !!! -
To
mówiąc kopnął wiadro z kartoflami, które rozleciały się z hukiem w różnych kierunkach. Baba krzyknęła, wzywając Jezusa, a sekundę potem, otwartym oknem fruwały ogórki wydobywane po jednym ze sitka w zlewie. Po ogórkach koła w powietrzu zataczały jajka, a na koniec, grzmotnął o jezdnię garnek z grochówką. Ogarnięty szałem prezes Kiszka właśnie rozglądał się za nowym fantem, gdy zatarabanił telefon.
Jak
ryś skoczył do pokoju, wymijając w progu struchlałą połowicę. Chwilę się jednak zawahał. Wyraźnie poczuł parcie na odbyt... Ostatnio wydarzyło się to trzy dni temu....

KONIEC ( 16 / 7 / 99 )

 

Ruscy w kosmosie

Od tygodnia nie było połączenia. Ruchaczenko stukał palcem w przyciski satelity łącznościowej - i gówno... Spocony i wyczerpany, obuty w pancerz kombinezonu ochronno-powietrznego poczuł, że musi skorzystać z toalety. Z nerwów co chwila popuszczał terkot portkowo-spodniowy i dusił się pod kaskiem własnym smrodem. Istna tragedia...
Bazę
opuścili miesiąc temu. Kończyły się zapasy paliwa i żywności, a tu nagle zawiśli w powietrzu ćwierć miliarda mil od Ziemi... Tak wskazywał komputer. Zbliżała się pora obiadu. Załoga statku Charosza Żizń - 2000 udała się właśnie do pomieszczenia zony wolno-tlenowej. Tam rozzuli kombinezony i można było pod kranem przechlapać zaropiałe od wytrzeszczu powieki... A wytrzeszczali ślepia już od trzech dni, jako że za okienkiem na świat było pustawo i ciemnawo, choć pruli z prędkością światła kierunek Ziemia... Iwankiewicz twierdził, że lecą w odwrotnym kierunku. Ruchaczenko był innego zdania. Ale teraz niezbyt już pewny. Idąc na spożycie posiłku znowu popuścił w spodnie, tym razem‘ bas żołnierski . Rozkraczył się przy tym z lekka, nieruchomiejąc. Gaz szybko powędrował w górę drażniąc niemiłosiernym fetorem nozdrza kapitana.
- Czortowa dusza...! - Wrzasnął pod kaskiem stłumionym głosem.
Pospiesznie
i z ulgą zdjął z siebie mundur kosmonauty łapiąc jak ryba i tak zgęszczone powietrze stołówki. Stół był długi, plastikowy, a na nim 12 talerzy. Każdy mieścił pasemko słoniny, pół kromki zeschłego razowca i ząbek czosnku. Do picia - własny mocz. Woda skończyła się właśnie i ani do picia, ani do przemycia...
Dwunastu
rosłych jak byki a wygłodniałych członków załogi rzuciło się do stołu. Dwa kłapnięcia gębą, i talerz pusty. Zwieszone nosy, niezadowolone miny. Awaria komputera zablokowała drzwi do wychodka i trzeba było użyć wiader. Ustawiono 3 pod ścianą i osłonięto parawanem z koców. W krótkim czasie pełzał stamtąd zapach, od którego uciekają zazwyczaj istoty żywe a inteligentne...
Minęło
kilka dni. Spiżarnia pusta, wiadra pod ścianą pełne. Ruchaczenko snuł się jak lunatyk ciemnymi korytarzami pojazdu kosmicznego i raz za razem zerkał w okienko, czy czegoś nie widać. Ciemnica jednak nie ustępowała. Prąd przestał działać, temperatura powietrza spadła. Trwoga padła na ludzi. Byli uwięzieni w przestrzeni międzyplanetarnej... Kilku zatwardziałych komunistów padło nawet na kolana wzywając interwencji sił wyższych! Wpatrywali się w ciemne jak noc okienko oczekując cudu. Iwankiewicz nadal podtrzymywał teorię, że ta cisza i bezruch to właściwie złudzenie, bo oni właśnie na łasce zwolnionej grawitacji jakiejś jeszcze nie odkrytej przez człowieka planety i że jako pierwsi jej goście, z pewnością zostaną odznaczeni nagrodą Nobla po powrocie na Ziemię...
- A jak wrócimy? - Zapytał ktoś.
- Tak samo, jak żeśmy tu dotarli! Ty durak !... -
Nagle
zza okna statku kosmicznego rozległ się mrożący krew w żyłach ryk... Załoga zamarła z przerażenia. Ruchaczenko ostrożnie przybliżył ucho - ryk się powtórzył... W tym samym momencie oślepiający blask jasności uderzył mu w twarz. Skamieniał ze zgrozy, a ze strachu nagłego popuścił trzask ułański . Przetarł przymróżone oczy, nie dowierzając co widzi w jasności owej. W okrągłym okienku widniała bowiem twarz starego i nieźle przysuszonego chłopa z batem w ręku, a w wykrzywionych złością ustach tkwił ząb nadpsuty. Obok na postronku trzymał wyrywającą się krowę. Stali na niewielkim polu ziemniaczanym...Opodal, na pochylonym znaku drogowym widniał napis; Głuszyce Dolne, 4 km.
- Co, Ruskie znowu tutaj!? Poleście mi zrujnowali! Do sądów podam, a to Tadzio wczera przyleciał i nalegał, że coś od tygodnia pojawiło się za wsią, tom i dziś przyszedł, cztery kilometry biegł, krowa mi się zlachała, a to psubraty!.- W ręku wolnym od postronka, dzierżył sporą, czarną szmatę, której resztki fruwały jeszcze na wietrze...

KONIEC ( 10 / 12 / 99 )

 

Wiejska gwiazda

We wsi Trudy Dolne od tygodnia pojawiły się afisze głoszące, że odbędzie się przedstawienie. Wstęp dwa złote. Nikt nie wiedział kto i co, tyle tylko, że w remizie strażackiej ustawiono niewielkie podium przysłonięte ciemną kotarą, a w oknach pojawiło się kilka pergaminowych strzyżek, tandetnie ubarwionych zieloną akwarelką. Podniecenie osiągnęło szczyt, gdy zwieziono taborety za szkolnej świetlicy. Cała wieś szykowała się od rana.
Zygmunt
Pasztet wzuł najlepsze buty i świąteczne ubranie. Średni wiek zawitał u niego w postaci niezwykle dużej dupy i rozwalonego ziemniakami brzucha. Włosy ułożone w fale, czyściutko wygolony, aczkolwiek statusiały prezentował się nieźle. Upchał do kieszeni ‘ćwiartkę i poszedł. Remiza była już pełna. Pasztet spoczął na krześle z brzegu i półgłosem zagadnął sąsiada, kto występuje.
- A cholera wie, mowio, co takich dwóch ma pokazać różne sztuczki -
- Cisza ! Cicho tam! - Ktoś zawołał - Ssssss....! Zaraz się zaczyna..! -
Gwar
nieco przycichł, ale przysłonięta kotara ani drgnęła. Zrobiło się całkiem cicho. Upływały minuty. Ludzie zaczęli się niecierpliwić. Pasztet pociągnął z butelki kilka łyków. sam zniecierpliwiony, odezwał się głośno;
- Niech to kto zajrzy za te zasłony, ileż można czekać?...- Siedzący bliżej stary a suchy chłop podreptał w kierunku sceny i uchylił róg kotary.
- Ale tu nikogo nie ma - powiedział zdziwiony.
- Zebrali pieniądze i uciekli! - Zawołała jakaś baba w kwiaciastej chustce nasuniętej na czoło.
Widownia
zawrzała oburzeniem. Ktoś odsłonił na oścież kotary. Podium było puste, z wyjątkiem jednego krzesła przy uchylonym szeroko oknie. Tu i ówdzie rozległ się lament. Ktoś zaklął, inny splunął. Taniutka dekoracja powiewała na wietrze. Pasztet zaczął przedzierać się ku scenie. Jego wypastowane buty skrzypiały przy każdym kroku. Stanął oto na krześle i dał znak ręką, aby się ludzie uciszyli... Nastawiono ciekawie uszy, a on poluzowawszy krawat ukłonił się i zawołał gromkim głosem;
- Jestem człowiekiem porządnym i statecznym. Zapłaciłem dwa złote, i za co?...-
Rozległ
się tłumny szept aprobaty. Ktoś nawet zaklaskał.
- A to wam powiem, bo jak widzicie, zostaliśmy oszukani!!! Tak, ci dwaj cwaniacy wycmoktali z nas co było można i zwiali!...- To mówiąc, pociągnął łyka z ćwiartki. Otrząsnął się, obtarł czoło i prawił dalej; - Ale, nie traćcie ducha... bo oto ja, pokażę wam taką sztuczkę, co ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało...gotowi...? - Wszystkie gęby w napięciu były zwrócone ku niemu. Znowu pociągnął z butelki dla dodania fasonu. Poczuł też, że trza by oddać mocz... Gorąco mu się zrobiło. Zawsze marzył o sławie i teraz, stojąc na tym krześle poczuł się nagle gwiazdą. Gorzałka uderzyła mu do głowy i wnet też zapomniał, jaką to ma pokazać sztuczkę. Widział tylko tłum wiejskich bab natarczywie gapiących się na niego, wybałuszając ślepia spod chustek, a siedząc w rzędach jak odęte kwoki na jajach. Długie, końskie pyski śledziły każdy jego ruch. Szybkim ruchem wydobył ze spodni kutasa i telepiąc ręką w prawo i lewo szczał po tych gębach, że niech Bóg broni, naśladując wyjącym głosem straż pożarną...
Podniósł
się krzyk, tupot, szuranie krzesłami.
- Macie kurwa przedstawienie, psia taka mać! A chodu stąd! A żywo, do roboty! Na pole! Zachciało się im zabawy!...- Szybko się obrócił, zsunął spodnie i z olbrzymiej dupy ryknęła okrutna gama długo wstrzymywanych gazów żołądkowych. Ludzie cisnęli się ku wyjściu, tratując się nawzajem. Jakaś kobiecina przedarła się bokiem bliżej podium.
- Panie Zygmuncie, to nieładnie, toż tu i dzieci , aby żonie taki wstyd przynosić?!...-
- Żona?! A tu ja mam, tu!...- Złapał się rękoma za dupę, rozsunął na boki pośladki i trzasnął jej cuchnącym bangalem prosto między oczy.

KONIEC ( 2000 )

 

Szczur w sosie

Władysław Pasikurka miał pysk wydłużony jak stary trep. Siedział w kucki nad pustym wiaderkiem po węglu i panicznie śledził dogasające palenisko, pod na pół zawaloną kuchenką. Właśnie dopalały się resztki wczorajszej gazety. Taboret, na którym zwykł przesiadywać, spłonął z rana.
Porąbał
go na pieńku w stajni, z pasją i niecierpliwością człowieka zmarźniętego na kość. Klął przy tym jak Żyd po utracie majątku. Stajenka też świeciła pustką. Tydzień temu sprzedał ostatniego świniaka i gdy wracał ze skupu, ktoś dmuchnął mu z torby pulares. Nie było więc za co ani się ogrzać, ani nażreć czy choćby poruchać… Niestety i za to płacić trzeba, jako że był już nie tylko stary, ale i daleki od choćby przeciętnej urody.
Ostatni
raz ruchał na Wielkanoc. Udało się za Bóg zapłać . Wyprostował się hardo na to przypomnienie. Był to bowiem dowód, że czasem potrafi się komuś jeszcze spodobać...
Sięgnął
ręką po ułamek lusterka z półki. Szybko je jednak odłożył z powrotem. Wszystko co zauważył, to obwisły a pomarszczony nos. Ogień dogasł. Jedynie kawałki zwęglonej na sadzę gazety wydmuchiwane były kominem na izbę. Pasikurka rozejrzał się strwożony. Od paru dni nie miał nic w spróchniałych ustach. Spod kredensu wysunęło łeb spasione szczurzysko... Nie na długo, bo rzucił w tamtą stronę pustym wiadrem z takim rozmachem, rozpruł pod pachą liche paletko jakim był obtulony. Zawarczał też dla efektu jak zły pies i gryzoń schował się z powrotem. A bo to raz wysuwał stamtąd spasioną mordę? Władysław był pewny, że czeka tam ich więcej... Czekają na niego... A taki chuj!... Niedoczekanie wasze ! - Wrzasnął nagle i skoczył na równe nogi. Wybałuszone głodem ślepia zaczęły latać po całej kuchni.
- Ja z was prędzej kurwa gulasz zrobię!... - Wrzeszczał, porywając garnek. Zaczął mocować się z kredensem chcąc odsunąć go od ściany. Lecz ciężki mebel szybko wyzbył go z sił i stary osunął się pobok blady, ciężko zipiąc. Postanowił jednak nie ruszać się stamtąd i czekać tak długo, szczur ponownie wysunie ryj... Przez zaćmiony umysł zaczęły nawet przelatywać takie szczegóły, jak przyprawy mięs i sosów. Halucynacje odsunęły zdolność rozsądnego myślenia.
W
głębi chorej wyobraźni tylko jedno było istotne i niemal realne; szczurzyna w przyprawach i sosie, a obok może ze trzy młode ziemniaczki posypane koperkiem, zielone listeczki sałatki polane śmietanką, z boku lampka wytrawnego wina... Wszystko to podane na białym obrusie. Kuchenka oczywiście czerwona od buchającego żaru...
Zasnął
, na wpół oparty o ścianę, a zgraja szczurów zabrała się za ogryzanie jego zmurszałych butów. Wiedziały, że staruch nie przyprawi je w sosie.

KONIEC ( 1995 )

 

 Niechluja

Wichura szalała jak rozhulała wyobraźnia mózgu przyłechtana dawką alkoholu. Rozłzawione krople deszczu tarabaniły o wyblakłe okno jego pokoju. Wystarczająco, by rozproszyć uwagę. W rogu na łóżku, pod nieświeżością przygniłej pościeli leżał na wznak wielce zdumiony Bronisław Szczota. Na kulawym stoliku obok dymił leniwie skręt w towarzystwie dwudziestu-ośmiu petów, które przelewały się swą martwą obecnością poza krawędzie taniej plastikowej popielniczki. Jedna z tych konkretnych bzdur, od których Ona dostawała ciemnożółtej gorączki i która to malowała jej lico w tymże odcieniu. Jej subtelna pogoda ducha przez rok trawiła w cierpliwości jego skołtunioną brodę, czarne paznokcie, cuchnący chuch i proporcjonalnie niedomytą całą resztę jego mini-pozorów udających Casanowę... Z czkawki wspomnień wynurzało się to i owo, tłumacząc tragedię teraźniejszości... Wysunął z pościeli stopę przyrudziałą wrzodami i ubarwioną od spodu barwą nigdy niemytej podłogi. Serek między palcami przypominał resztki gumy do żucia, którą niezbyt grzeczne dzieci rozciągają po meblach. Ogromny tłusty pająk spuścił się ze sufitu i osiadł na jego obnażonym przedramieniu. Ujął go delikatnie w dwa palce i rozgniótł na miazgę obcierając resztki powyginanych nóżek o brzeg łóżka... Nagle zerwał się do pozycji siedzącej, kłęby kurzu i zasuszonego potu zawirowały w powietrzu od opadłej na podłogę pierzyny. Potok suchego kaszlu wygiął do przodu jego zapadłą pierś. W ostatniej chwili pochwycił w dłoń wychark szaro-zielonej flegmy. Otarł połów obok resztek pająka i runął ponownie na wznak. Ta manifestacja wymiotów cielesno-duchowych trwała już cztery dni. Silnym akcentem jego upadku był fetor wędrujący z przepełnionego nocnika pod łóżkiem... Jednakże mieszanka kału z moczem działała otrzeźwiająco dla wpół uśpionych zmysłów. Nie wytrzymał. Jednym ruchem zdarł z siebie pierzynę i wstał.
Za
oknem dudniło od ulewy i różności, które wichura ciskała o dach i szyby. Szczota zajrzał do pustego wiadra po węglu, obmacując jednocześnie skostniały z zimna piec. Wzuł laczki i podreptał do kuchni. W kredensie znalazł pokryty pleśnią półbochenek i zepsutego dorsza w gazecie. Chleb podrzucił i kopnął jak piłkę. Wpadł pomiędzy sterty brudnych naczyń w zlewie. Z rybą było gorzej. Ledwo to się kupy trzymała i gdy podrzucił by wymierzyć kopniaka, źle wycelował. Zmurszała żałosną starością chlapnęła o podłogę rozbryzgując się wokół jego stop. Wyczerpany tym nagłym atakiem na unicestwione dary boże powlókł się z powrotem do pokoju, gdzie znowu powitał go jadowity fetor spod łóżka. Doznał parszywego uczucia bezradności. Bezdenna otchłań lenistwa ukazała dno. Smród ciężkim kadzidłem uprzytomnił prawo grawitacji. Wśród tumanów kaszlu osunął się na kolana. Zagarniając połę szlafroka, przykrył nos. Jednakże długo nieprany i cuchnący chałat podwoił katusze zapachowo-zmysłowe. Wstrzymując oddech, Szczota zdarł z siebie niegodziwy łach i drżąc z zimna uciekł do łóżka naciągając na głowę pierzynę. Powolutku powracało uczucie ciepła, ale tym razem smród uderzył nozdrza z siłą bezdennego pożądania dziewicy w noc poślubną... Związane z tym męki fizyczno-psychiczne zmusiły jego mózg do kombinacji praktyczno-spryciarskich. Zagarnął pierzynę na bok i usiadł na krawędzi łóżka. Gwałtownie się pochylił i wytarabanił spod spodu nocnik. Skurcz mięśni gardłowych wybulgotał fontanną niestrawionych resztek śniadaniowych z przed trzech dni. Z nocnika na moment uniosła się para, ale Szczota błyskawicznie zakrył go złożonym na pół szlafrokiem. Nagle drzwi się uchyliły, i w progu stanęła Ona...
Padła
obok, zemdlona. Bronisław Szczota padł na kolana i ryknął sentymentalnym okrzykiem triumfu pojednania; - Jam ci tu jest Chrystus nieszczęścia,
                                  co z otchłani obłędu kły rozdziawia.
                      Wynurzyłaś się z objęcia mego, teraz wiesz,
                       że w pojednaniu się pasja odnawia...Amen.

P.S. Po sprzątnięciu nocnika, życie potoczyło się dawnym trybem...

KONIEC ( 6 / 12 / 98 )

 

Tajemnica skarpety

Przeciągnął się z rozkoszą pod wygrzaną pierzynką i zamlaskał coś w pół śnie przewracając się na drugi bok. Wincenty Świst był w podeszłym wieku i miał szczęście zakosztować na starość sielankę własnego dachu nad głową.
Latami
przecież zapierdalał, odmawiając sobie tego czy tamtego w imię kupna chałupy. Sypiał po wynajętych pokoikach, to bokiem u kuzyna, czasem zwalając się z torbami do hotelu robotniczego. Żywot wiódł bez nałogów i przyjemności. Wiadomo, za to trza płacić. Mały, chudy i brzydki, nie miał wzięcia u pań. Jego wspólnicy przy taczkach też nie szukali towarzystwa sknery. Wiedzieli, że dusi grosz w skarpetę. Latał w przykrótkim paletku i zjechanych bitelsówkach wybałuszając głupio ślepia, gdy nadchodziła pora opłaty pokoju. Grzebał wtedy długo w przepastnych kieszeniach portek i wypocając coś w rodzaju uśmiechu bił pokłony i przepraszał, ale zaraz poszuka gdzie indziej... Tak i szukał gdzie indziej, ale innego pokoju. I tak wlokło się to i powtarzało. Nierzadko ten czy tamten miał zaszczyt obserwować Śwista, jak wytrzeszcza ślepia pozorując zagadkowo-inteligentną minę i grzebiąc przy tym po portkach i czeluściach splamionego płaszcza. Wincenty był jednak człowiekiem przewidującym i wolał po raz drugi nie nawijać się w tym samym miejscu. Krążył więc od województwa do powiatu...
Mijały
lata, a on malał, chudł i brzydł. Często też i nawalał żołądek, że to żarł najtańsze byle co. Skarpeta zaś pęczniała i gdy strzeliły siedemdziesiąte trzecie urodziny, Wincuś wylądował w dwupokojowej chałupie z ubikacją w środku... Obielił to na zewnątrz, poprzycinał trawki i machnął na niebiesko płotek. A że pojawił się tam nagle i był obcy, na wsi posypało się od plotek.
- To pewno jakiś bogaty emigrant, co to na starość ściągnął w rodzinne strony... -
Mawiano
sobie na ucho.
- Prawda, musi być nadziany, bo kto to dzisiaj kupuje se dom za gotówkę...? - Dodawał inny.
Szumiało
od domysłów. dziś nad ranem... Coś skrzypnęło, coś potoczyło się na podłogę i w drzwiach ukazała się wysoka a ciemna postać.
- Dawaj dziadu, złoto, dolary, a żywo...! - Zacharczała postać przyginająca się w ataku kaszlu.
- A to cie taka twoja mać tu swędzi..! - Wincenty zerwał się z pościeli przysiadając na dupie.
Wnet
też rozpoznał w ciemnoprzyodzianej postaci sąsiada. Zerwał się na niego z laską, co to była zawieszona na poręczy łóżka.
- Dziadu..!? Ja ci dam, to takiś to kamrat zasrany!?...-
- Na Boga... Czy pan Świst zwariował?!...-
Sąsiad
uskoczył w bok. Wincenty opuścił kij.
- To gadaj tera, po co tu przyszedłeś?...He?...-
- A bo to ludzie gadali, co pan ma grosz niemały...-
- I gówno zgadli! Bo tyle mam...! -
Zerwał
z krzesła nieświeżą skarpetę i podsunął mu pod nos.
- O tu było...! Twoja psia mać, tu...! I poszło w te chałupę...!

KONIEC ( 2001 )

 

Dobry sposób

Jan Kita-Machaj był wkurzony jak nigdy. Siedział rozkraczony na połamanym stołku i palił skręta plując w złości na skołtunioną, dawno nie mytą i śmierdzącą brodę. Tupnął, wdeptując trzewikiem w talerz pełen niedojedzonego obiadu, nad którym unosił się rój much... Dotąd wiódł spokojny żywot. dziś rano, gdy zatarabanił telefon...
To
Jacek. Jego pierworodny. Znowu pobiła go żona. Tym razem musiał jednak uciekać. Tak jak stał. W locie złapał tylko liche paletko wiszące na gwoździu w przedpokoju. Biegł w laczkach i piżamie krzycząc i płacząc na przemian. Do ojca miał niedaleko. Dochodziła godzina siódma, gdy stanął w progu ze skruchą. Szczupły, niski, o twarzy nieszczęścia. Kita-Machaj wpuścił go do pokoju pod pierzynę, sam zaś zaklął jak diabeł nad święconą wodą i podreptał do kuchni obok. Coś trzeba było wymyśleć. Wiedział, że Beata zaraz tam przyleci, trzepiąc jęzorem i grubymi łapami po pysku. Wyprężył karłowatą pierś do przodu. Twierdził, że się jej nie bał... Pogwizdał dla dodania otuchy, podniósł lewą nogę i pierdnął okazale. Misiowate oczka zmrużyły się przy tym chytrze. Skoczył jeszcze do drzwi i domknął je na drugi zamek oraz cieniutki jak niteczka łańcuszek. Poczucie ulgi oblało go cuchnącym potem, a to przyczyniło się z kolei do swędzenia skołtunionej jak siano brody, która się ruszała od wszy. Drapiąc się i wariując uciekł do łazienki, gdzie ściągnął brodę gumką uważając, że w ten sposób udusi pasożyty. Kita-Machaj zawsze miał na wszystko dobry sposób...
Gdy
szykował śniadanie składające się z plasterka boczku i jednej razowej bułeczki, zdecydował gdzie schowa Jacka. Po prostu zawinie go w chodnik i postawi w rogu szafy, a na to zarzuci kilka łachów po nieboszczce. Gdy sprzedał te propozycje Jackowi, ten uderzył w tragiczny płacz.
- A co będzie jak mnie się zechce zapalić tata? No, co wtedy zrobię?... -
Kita
-Machaj, człowiek dobrej rady, zafrasował się. - To zapal se teras...- sprostował.
- A jak mi się zechce potem ? -
- Potem... a skąd wiesz, co ci się zechce potem?...- Kita-Machaj był już zły. Nie kończąc dyskusji wybiegł z pokoju. Nie, to odpada. Brak następnego pomysłu znów wywołał fale potu.... Tym razem wszy rozlazły się po plecach łaskocząc nawet pod pachami w ten sposób, że Kita-Machaj zaczął skakać jakiś dziki taniec opentańca czochrając się w przelocie o ścianę. Kąpiel zarządzał raz na cztery miesiące przestrzegając skrupulatnie daty. Zostało jeszcze pięć tygodni. Musi więc wytrzymać... Zacisnął w końcu pięści i z miną filozofa zaczął patroszyć rybki na obiad. Smażył je potem wolniutko na oleju i rozmyślał z petem w zębach, wlepiony jastrzębim wzrokiem w patelnię. A Jacek leżał otulony pierzyną i też myślał, co by tu takiego powiedzieć, by udobruchać starego. Małżeństwo z Beatą było tragedią i nie raz już tu uciekał pobity i zapłakany. Zawsze jednak wracał... Tym razem zaś wiedział, że się nie odważy. Beata zbudowana była jak słoń, o dwóch metrach wzrostu. Jej koński pysk nie wróżył nic dobrego. Ubiegłej nocy dusiła go szerokim zadem i tak trzepała grubymi udami, że omało nie umarł. A co było wczoraj ?...
Wieczorem
ugotowała na kolację jego ulubionego kota i podała na stół obdartego ze skóry i posypanego pietruszką. Sól i pieprz też stały obok. Zażądała, by zaczął od żucia ogona. Gdy nie chciał, rzuciła w niego nadgniłym serkiem, a potem czym popadło.
Obiad
był prawie gotowy, gdy rozległo się szamotanie i huk za drzwiami na korytarzu. Kita-Machaj skoczył jak ryś i przykucnął pod zlewem. Z pełnego kubła na pomyje wędrował mu pod nos okrutny fetor zgnilizny. To, i ryk Beaty, wymiotły go szybko stamtąd. Przywarował obok okna, gdzie po chwili jak spod ziemi wyrosła pociemniała z gniewu morda. Tłuszcz policzków i nos przylegały płasko do brudnej szybki jednej połowy okiennicy. Ta druga, ku przerażeniu Pestki była uchylona... Zapomniał domknąć. Teraz było za późno, ale stary nie utracił całkiem głowy. Ryzyk-fizyk - warknął, i w locie błyskawicy był na parapecie. Wysunął dupę za okno i pierdnął z całej siły, trzepiąc dla efektu nogą i szybko uskakując w bok za firanę. W chwilę potem frunął za okno śmierdzący kubeł. Dopiero wtedy znikł pysk przyklejony do szyby...

KONIEC (1998)

 

Co łaska...

Szymon Niewierny był kościelnym. Ni to z wyboru, ni z powołania, ot po prostu po linii rodzinnej. O ile pamiętał, to jego przodkowie ciągle siedzieli w tej profesji, przy kościele też wiedli żywot. Może nie iście królewski, ale zawsze z tego co łaska na tacę i jakoś tam było. Było, gdyż w ostatnie czasy łaska na tacy była coraz mniej brzękliwa, co niewąsko gniewało Dobrodzieja.
- Schodzimy na dziady !...- Lamentował, skubiąc wyleniałą brodę.
- Tak, proszę księdza - przytakiwał Niewierny i chudą dłonią grzebał, a podważał od spodu garstkę miedziaków na rozlatującej się tacy, aby sprawiały wrażenie, że jest ich dużo...
Tak
już było od dłuższego czasu. Kazania starego księdza stawały się coraz nudniejsze, toteż kościół świecił pustką nawet we święta. Doszło do tego, że służba opuściła plebanię nie mogąc się doczekać skromnej wypłaty. Uciekł też kucharz ciskając pustą a sczerniałą patelnią o wygasły piec. Spiżarnia też świeciła pustką. Nawet myszy znikły, nie mając się czym posilić. Ciężki nastał okres. Dobrodziej zamiast czytać księgi pobożne, coraz częściej łaził po nieopalonym pokoju wymachując fałdami czarnego chałata dla rozgrzewki. Świece pozamieniane w ogarki też musiał oszczędzać. Doszło do tego, że nakazał kościelnemu nadrabiać obiecującymi minami, gdy szedł z tacą podczas mszy... Kościelny więc  nadrabiał, ale niezbyt mu to szło i gdy w uśmiechu połączona została desperacja, nachalność i błaganie, szybko się rozniosło, że Niewierny zwariował... Cienkie usta wywinięte sztucznie do góry symulowały uśmiech, a rozgorzałe oczy bezustannie mrugały jakby dla zachęty.
Z
czasem podszedł do tego bardziej profesjonalnie, a mianowicie natrętnie czekał, szturchany tacą w ramię osobnik raczy sięgnąć do portfela. Pragnął tego całym sobą, hipnotyzując każdego rozmruganymi oczami głodnego wilka.
Skutek
jaki osiągnął był taki, że ludzi w kościele wciąż ubywało. Zaczęto się go bać, bo poszturchiwał tacą coraz zawzięciej ... O Dobrodzieju też nie lepiej mówiono. Wychudł, poczerniał na wydłużonej gębie, a na kazaniach bredził, że tacy, co marzną, głodują i toczą biedę...W kółko nawoływał, by hojnie wspomagano.
Jeszcze
nie wiedzieli, że mówi o sobie...Dziwiono się tylko, że kazania tylko o tym.
Zwątpiono
całkowicie, gdy ksiądz z wytrzeszczonymi ślepiami zaczął głosić z ambony jadłospisy. Wraz z tym, kościelny zaczął prać pustą tacą po zmykających z ławek postaciach. Prał tak długo, dopóki ostatni nie zwiał, a pęknięta na pół taca potoczyła się pod ołtarz..
Przerażony
tłum rozbiegł się po cmentarzu okalającym plac kościoła. Ktoś potem twierdził, że widział księdza i kościelnego jak gonili za chudym kogutem na podwórzu plebanii.
Następnego
dnia ksiądz pluł podczas kazania piórami, a kościelny zamiast z tacą, robił obchód z patelnią ... Kościół jednak był pusty.
- Zeszliśmy na dziady...Amen. - Zakończył Dobrodziej.

KONIEC ( 1988 )

 

Jak na tronie

Murzyn łypnął kawowym okiem. Wywinięte wargi były na pół uchylone. Jeszcze nie dowierzał. Uniósł długą łapę przecierając czoło. Spod pachy zajechało starym potem. Przykucnął by bliżej obejrzeć gruchot, który szumnie nazwano rowerem. Sprzedawca, pokurczony starzec, z entuzjazmem zachwalał towar;
- Nowe pedały, a jakie siodełko! Ho- ho bracie...Siedzisz jak na tronie! -
Skrzywił
swą ulęgałczą twarz w bezzębnym uśmiechu. Murzyn jednak wiedział swoje. Pedały owszem, choć każdy inny, ale były rzeczywiście nowe, ale owe siodełko?... Nie dał się przekonać. Prędzej podobne to było do starego buta nadzianego na kij. Łańcuch też był podejrzany. Pstryknął w niego palcem. Nie spadł. Starzec miał triumfalną minę...
- A widzisz ?! Rowerek jak się patrzy! -
Nagle
zmienił ton głosu;
- Bierz, bo się rozmyślę..! -
Murzyn
z małpią miną zaczął grzebać po kieszeniach. Pot spływał mu po czarnej jak smoła gębie. Rastamański beret zjechał na bok. Wydobył wreszcie pieniążek i dał staremu. Bez słowa ujął kierownicę, jedną nogę postawił na pedale a drugą zamachnął się w powietrzu, chcąc dupą trafić na siodełko. Nie trafił. Pedał pękł, opuszczając stopę obutą w sandał na chodnik... Siodełko stuknięte kolanem drugiej nogi odleciało... Murzyn stracił równowagę i legł na bok, nakryty gruchotem.
- Kurwa mać! - Zaklął, widząc że i łańcuch zjechał po szprychach.
Staruszek
tymczasem podreptał uliczką w dół mieszając się szybko w tłum przechodniów. Chichotał cichutko obracając w palcach pieniążek. Minął targ i wlazł do niewielkiej szopy. Tam, ze składu złomu wydobył inny rower... Przetarł nieco ramy wilgotną szmatką i poprowadził na zewnątrz. Szybko natrafił na Murzyna i dalej zachwalać;
- Nowe pedałki, a jakie sidełko! Bracie, siedzisz jak na tronie! -
Rasta
spojrzał jak byk na czerwoną płachtę i warknął;
- Jak na tronie..!? - Stary mrugnął, kichnął i puściwszy rower, umknął truchtem. Murzyna lico pojaśniało. Pochwycił zdobycz, jedną nogę postawił na pedale, a drugą zamachnął w powietrzu chcąc dupą trafić na siodełko... Nie trafił. Pedał pękł, opuszczając stopę obutą w sandał na chodnik. Siodełko stuknięte kolanem drugiej nogi odleciało... Murzyn runął na bok. Na ten sam, co przed chwilą ...
- Kurwa mać ! Jak na tronie !... -

KONIEC ( 1988 )