opowiadanka 31-40
Walizka
Targ
Koci terror
Rencista
Bezdomny
Ten z brodą
Szaleństwo Beaty
Zdychający kanarek
Kaczy areszt
Wizyta do Zoo
©2005prawa autorskie humoru iście żenującego
Hotel był
niski, jednopiętrowy.
Zachodzące słońce
odbijało się
mgliście w
przebrudzonych szybkach
okien. Tuż
przy furtce
był śmietnik,
z którego
leniwie pełzał
smród.
Eugeniusz Trucht stał
dłuższą chwilę
wahając się,
lecz zmęczenie
przemogło. Wolno
ruszył ku
wejściu taszcząc
dwie podniszczone
walizy...
Stary już był.
Połatane paletko
ledwie sięgało
połowy chudych
ud. Stopy
bose, obute
w nadgniłe
sandały. Przystanął,
by odpocząć.
Wydobył z
kieszeni pomiętą
chusteczkę i
przetarł spocone
czoło. Ostatnim
wysiłkiem wniósł
walizki na
poszczerbione schody
i nieśmiało
zapukał do
drzwi. Długo
czekał, aż
otworzy właściciel,
Jacek Naiwny.
Suchy i maleńki
o czarnych,
rozbieganych oczkach.
- Pokoik ?... Ach
tak, jest,
owszem, proszę!
- Pomógł staremu
wnieść bagaż.
Szybko podreptał
do niewielkiej
recepcji, gdzie
zdjął ze
ściany klucz
i wskazał
drzwi po
drugiej stronie
korytarza.
- Płatne z
góry...- powiedział,
wyciągając rękę.
Trucht zrobił ‘słonia’
i z wywróconych
kieszeni wypadła
chusteczka i
kilka połamanych
petów.
- Nie mam...
- wymlaskał, drapiąc
się w zakłopotaniu
po uchu.
Właściciel wybuchnął krótkim,
histerycznym śmiechem,
po czym dodał
pytająco;
- A w tych
walizkach, to
co ?... -
Stary skrzywił się
boleśnie, dźwigając
jedną z
nich na stolik
recepcji. Chwilę
się mocował
z ciemnymi
od rdzy zawiasami,
aż ukazał
biedne wnętrze.
Sterta starych
szmat symulujących
przyodziewek, jakieś
rozebrane części
zegarów, zdeptane
pary obuwia,
nieco blaszanych
naczyń.
Wszystko zmurszale, pachnące
sfermentowaną pleśnią
i pokryte
kurzem...
Naiwny zrobił zawiedzioną
minę.
- To są
kpiny...- mruknął
- zabieraj pan
te graty
i wynoś
się... -
Trucht kichnął i
ochryple odpalił;
- A nie pójdę!..
- Wyprostował się
nagle i
zarządał
kolacji.
- Tak za
darmo ...? -
- Tego nie
powiedziałem... - zrobił
tajemniczą minę
i wskazał
na tę drugą,
nieotwartą walizkę..
Jacek Naiwny był
człowiekiem interesu.
Zrozumiał gest
i zmiękł...
Mrużąc
oczka, poprowadził
Truchta do
pokoju. Łóżko,
szafa, stolik,
wszystko jak
się patrzy.
- Kolacja o
ósmej - powiedział
i wyszedł.
Stary zatarł ręce
i przymknął
okno, gdyż
woń śmietnika
psuła hotelową
sielankę. Usiadł
na łóżku
i zzuł sandały.
Brudne jak
święta ziemia
stopy oparł
na dywaniku.
Był głodny.
Kąpiel by
się przydała...
Prosił o
nocleg, o
kolację, szybko
jednak postanowił,
że pozostanie
tu dłużej...
Na zimę szło.
Gdzie to
się podzieje?...
Minął tydzień. Trucht
nie odchodził.
Minął miesiąc,
nadal tam
siedział. O
ile Naiwny
dopominał się
o zapłatę,
Trucht z
tajemniczą miną
wskazywał na
walizkę. Na
tę drugą,
nieotwartą...
Czas upływał, a
stary żarł,
spał...i
przybierał na
wadze. Poorane
policzki zaokrągliły
się, zapadnięte
niegdyś oczy
nabrały wyrazu,
a spasione
brzucho ledwo
mieściło się
pod trzaskającą
na boki koszulą...
Swoją osobą
jednak nie
narzucał się.
Siedział raczej
w pokoju
wychodząc tylko
na czas posiłków.
Ciepły piec
i dobre żarcie
rozleniwiły go.
Przestał się
nawet myć.
Doszło do
tego, że
któregoś ranka
zarządał śniadania
do łóżka...
Tego było dla
Jacka Naiwnego
za wiele.
Wtargnął do
pokoju jak
burza i zaryczał
do rozwalonego
na łóżku
Truchta;
- Morda ci
urosła jak
Tatarowi dupa!...
Otwieraj walizkę!
-
Trucht w odpowiedzi
na to obrócił
się na bok
przeciągając stopy
trzeszczące w
stawach.
- Otwórz se
pan sam...
- mruknął leniwie.
Naiwny z
pasją dopadł
walizki. Za
jednym szarpnięciem
wieko odpadło
ukazując biedne
wnętrze; sterta
starych szmat,
jakieś rozebrane
części zegara,
przydeptane obuwie...śmierdziało
pleśnią.
KONIEC ( 1988 )
Edward Pokuta
wracał z
targu. Siedział
na wozie
wypełnionym workami
i powoził
mizernego konika.
Zwierzę było
małe, zachudzone,
nieco parszywe
a z pieniącą
się mordą.
Worki na
wozie głucho
podskakiwały o
ile wjechał
na wyboje.
Były pełne...
Pokuta był zły.
Wszystko co
udało mu
się sprzedać,
to wyleniałą
skórkę po
króliku. Jego
plonami nikt
się nie
zainteresował. A
były w workach
kartofelki, groszek,
jabłuszka, mak...
Wmawiano mu, że
w maku robaki,
jabłka wpół-
zgniłe, a
kartofle drobne
i pomarszczone...
- A żeby
ich cholera...
- mruczał. Pewnie,
że jak kto
ślepy... Złość
go ponosiła
coraz większa.
Na dodatek słońce
piekło niemiłosiernie
i roje zielonkawych
much krążyło
nad koniskiem.
Pokuta chciał
jak najszybciej
do domu,
a tu koń
człapie coraz
wolniej... W
końcu stanął
i obejrzał
się na powożącego
z wytrzeszczonymi
ślepiami. Zaczął
się rwać
i porykiwać.
Muchy go
tak zaatakowały,
że dostał
szału. Gospodarz
zeskoczył z
woza i z
pięściami dopadł
konia;
- Co ty kurwa
wyprawiasz !?... - Koń
oberwał w
mordę i
patrzył zdumiony
tocząc coraz
większą pianę.
Aż padł
na przednie
kolana, a
następnie na
bok. W ostatniej
chwili Pokuta
przytrzymał wóz,
który omało
nie wywrócił
się razem
z koniem.
- Wstawaj..! - Warknął,
ciągnąc go
za ucho,
przy czym
koń telepał
się w drgawkach
okrutnych. Gorąc
go wzmagał,
much coraz
więcej. Pokutę
toczyło pragnienie
i pot zalewał
oczy. Rozwiązał
jeden z worków
i wygrzebał
parę jabłek.
Były na
wpół- zgniłe...
- A niech
to cholera
!... - Cisnął je
z rozmachem
w pobliskie
krzaki.
Zajrzał do drugiego
wora. Ziemniaki
przypominały swym
wyglądem suszone
śliwki...
Z pasją wskoczył
na wóz i
zaczął skopywać
worki. Pękały,
spadając na
ziemię, a
ukazując swą
całą zawartość...
Mak aż się
ruszał od
robaków. Groch
był wilgotny
i zapleśniały.
Gdy pozwalał
to wszystko
z woza, zabrał
się za konia.
Zapierając się
nogami, ciągnął,
pomagając mu
wstać. Lecz
co stanął,
to znowu
zwalał się
na drugi
bok szarpiąc
za sobą
wóz. W końcu
Pokuta odpiął
go od dyszla,
kopnął w
dupę i sam
zaczął ciągnąć
wóz...
Koła skrzypiały i
zapadały się
w piach,
aż jedno
z nich obluzowane
odpadło. Koń
zdechł. Leżał
z naciągniętą
do przodu
szyją. Pokuta
sam ledwo
żywy usiadł
na środku
drogi. W
kieszeni spodni
namacał parę
miedziaków za
wyleniałą skórkę
po króliku.
W tydzień później
szedł na
targ pieszo
taszcząc pod
pachą skórkę
po zdechłym
koniu. Dostał
za nią niewiele.
Kupił woreczek
jabłek. Wracając,
zajrzał do
środka. Były
na wpół-
zgniłe ...
KONIEC ( 1989 )
Pewnego dnia
pojawił się
w domu kot.
Od tej to
pory wszystko
się zaczęło
zmieniać i
to rzecz
jasna, nie
na lepsze...
Firanki wisiały
w strzępach,
z poszarpanych
pazurami poduszek
wyłaziło pierze,
kwiaty doniczkowe
często sterczały
korzeniami do
góry. Znikały
też różne
drobiazgi, które
odnajdywano po
kilku dniach
gdzieś w
kącie pod
stołem. No,
i było też
czuć... Kot
od początku
ignorował ustawione
w kuchni
pudełko z
piaskiem. Często
zakradał się
do szafy,
by tam zesrać
się na świeżo
poukładaną bieliznę.
Po tym znikał
na parę
godzin, a
gdy już
doczyszczono zapaskudzone
miejsce, wyłaził
z kryjówki...
Na obiad podawano
mu talerz
śmietany i
popiersie kurczaka,
leciutko podgotowane
i polane
masełkiem do
smaku. Potem
było czesanie...
Sierść kota
aż lśniła
od szczotkowania.
Sypiał na
stosie poduszek
ubranych w
miękkie, flanelowe
poszewki. Nadszedł
czas, że
z drogi nikomu
nie złaził
i jego panoszenie
stało się
bezczelne. Srał
gdzie stał,
łapą strącał
pokrywki z
garnków skąd
wyżerał co
lepsze kąski.
Początkowo mamusia wzdychała
ciężko i
biadoliła, że
stworzonko pewnie
głodne, że
niedokarmione... W
jadłospisie kota
pojawiły się
bażanty, młoda
cielęcinka, cieniutkie
plasterki łososia...
Ustawiano to
przed nim
na tacy i
przyglądano się
z pobożną
miną jak
delikatnie skubie
przysmaki. Na
skubaniu się
kończyło. Kot
nie był
głodny. Szurając
spasionym brzuchem
po podłodze
odchodził wolno
z wysoko
uniesionym ogonem...
Zgrabnie dawał
susa na stół,
robił przysiad
i popuszczał
z dupy...
- Biedaczek! Znów
nie trafił
do pudełeczka...
- załamywała ręce
mamusia - Taki
śliczny i
kochany kotek,
a pewnie
nie dowidzi...
- szeptała ze
zgrozą.
Gdy sprzątnęła ze
stołu, nakręciła
zamszową myszkę
i puściła
po podłodze.
Myszka szurnęła
wzdłuż pokoju,
a kot za
nią. Szybko
dorwał zabawkę,
gryzł ją,
tarmosił, podrzucał.
Mamusia była
w niebo wzięta.
- Jak to
się słodko
zabawia..! - Wołała.
Po chwili
myszka była
w strzępach,
a znudzony
kot podreptał
do miseczki
ze śmietaną.
Chłeptał leniwie.
Gdy synek wrócił
do domu po
całodziennym pobycie
w szkole,
mamusia postawiła
przed nim
talerz zupy
sprzed tygodnia.
- Co, znów
to samo?...
Nie będę
tego jadł
- zaprotestował. Zupa
była kwaśna
i śmierdziała
jak zdechła
ryba na śmietniku.
Synek z protestem
rzucił skórzaną
pilotkę w
kąt. Kopnął
też nogą
podartą torbę,
z której
posypały się
zeszyty i
kredki.
- Kuba, jedz
zupkę... - zachęcała.
- Nieświeża... - Mruknął
i w tym
momencie dojrzał
kota, jak
rozkraczony oddawał
mocz na jego
pilotkę. Zerwał
się z krzesła,
ale zbyt
późno. Kot
jednym susem
dopadł tacy
pod ścianą
skąd porwał
plasterek łososia
i zniknął pod
szafą. Mamusia
poczerwieniała ze
złości.
- Co płoszysz
zwierzątko...! Co..?
Pewnie, zupa
niedobra, śmierdzi
mu ! Wiesz
chyba, że
gotuję raz
w tygodniu,
jeszcze dobra...
jedz Kuba
-
Ale Kuba nie
słuchał i
nie jadł.
Złapał z
wieszaka parasol
i pochylony
zaczął grzebać
nią po szafą.
Stukał o
deski podłogi,
walił o
ścianę, chcąc
wyszpurać stamtąd
kota... Ale
kota już
tam nie było.
Siedział u
mamusi na
kolanach, mruczał
i przymykał
chytrze oczka.
Tłusty kark
aż lśnił
od dobrego
żarcia. Na
Kubę zerkał
obojętnie i
jakby mówił;
- Mamusia ma
racje, jedz
zupkę... -
Kuba z pasją
zanurzył łyżkę
w śmierdzącej
zupie i żarł,
aż mu się
uszy trzęsły.
Kot w tym
czasie srał
na jego podartą
torbę...
KONIEC ( 1989)
Śmierdziała przypiekana
kiszka. Dym
zapełnił kuchnię.
Patelnia była
prawie sucha.
Oliwę jednak
trzeba było
oszczędzać...
Kazimierz Zdzieciniały miał
blisko dziewięćdziesiąt
lat i znikąd
zbytniej pomocy.
Gdyby nie
ta renta
to... ach,
szkoda słów.
Starał się
też mieć
w porę szykowania
posiłku zamknięte
drzwi i okno
kuchenne... To
z obawy,
że rozchodzące
się zapachy
zwabią jego
synka, który
miał sześćdziesiąt
dziewięć lat
i nigdzie
całe życie
nie pracował,
smokcząc z
chorego i
biednego ojca.
Synek mieszkał
zaraz na
dole i miał
niezłą intuicję
oraz instynkt
wyczuwania przeróżnych
rzeczy w
życiu. Potrafił
na przykład
nieźle wyczuć,
kiedy jego
ojciec, Kazimierz
Zdzieciniały szykował
żarcie... Nie
nakładając butów,
boso, skradał
się wtedy
jak kot pod
drzwi i drapał
w nie przeraźliwie,
czasem aż
do połamania
resztek paznokci.
To był ich
sygnał. Stary
na pukanie
nie otwierał.
Nikomu właściwie
nie otwierał.
Lecz synek,
to co innego.
Ojcem przecie
był i czasem
duma go rozpierała...,
ale gdy pomyślał
o swojej
chudej rencie
i o śmierdzącym
leniu swoim
synku, który
i tego nie
miał, to
złość go
porywała. Biegł
do kuchni,
otwierał szafeczkę,
w której
trzymał kawałeczek
rybki, dwa
pomidorki i
nieco cukru
w torebce,
wygarniał to
na stół,
otaczał drżącymi,
pomarszczonymi ze
starości rękoma
i wołał
studziennym głosem;
- Nie dam!
- Zazwyczaj wkładał
w to tyle
wysiłku i
energii, że
musiał przysiąść
na trzeszczącym
krzesełku i
długo przecierał
zasuszoną jak
ulęgałka twarz.
Tego popołudnia smażył
kiszkę... Podskakiwała
i prężyła
się na nieźle
okadzonej patelni.
Stał też
w pobliżu
i zapłakanymi
od dymu oczkami
szukał widelca.
Był zadowolony
bo żarcie
prawie gotowe,
no i zaraz
będzie konsumował.
Wywalił dymiącą
kiszkę na
talerz, położył
z boku pół
białej bułeczki
i poniósł
to do pokoju
obok. Usiadł
przy stole
i z rozkoszą
wciągał woń
sadowiąc się
jednocześnie wygodnie.
Oderżnął w
końcu kawałeczek
i już miał
włożyć do
szczerbatych, a
cienkich ust,
gdy usłyszał
drapanie do
drzwi...
Zdzieciniały pacnął widelcem
o talerz
i z trzaskiem
odsunął krzesło
wstając od
stołu. Niechętnie
podszedł do
drzwi. Odsunął
zasówę. Otworzył.
- A ty czego...?
- Warknął
- Wpuści tata
na chwilę?
- Był śmierdzący,
nieogolony i
jak zwykle
tylko w skarpetkach.
- Po co..?
- Zapytał podejrzliwie
Kazimierz
- A tak
sobie, no
niech tatuś
wpuści... -
Wszedł. Poruszył obwisłym
na usta nosem.
- Widzę, co
to dziś
kiszeczka...! -
- Nie ruszaj..!
- Zaskrzeczał stary,
bo tamten
już dał
kroka w kierunku
stołu naciągając
szyję.
- Smakowicie to
wygląda... - zmruczał
synek
- A chciałbyś,
co..? - Zdzieciniały
nie czekając
co synek
powie, zasiadł
z powrotem
do stołu.
Raz plasterek
kiszeczki to
znowu kęs
bułeczki... Jadł
w milczeniu,
ignorując obdartego
synka. Mlaskanie
mieszało się
z tykaniem
starego zegara
na ścianie.
Synek pospacerował
chwilę wokół
stołu, po
czym wyszedł,
zamykając z
trzaskiem drzwi.
Gdy w kilka
godzin później
na patelni
znowu prężyła
się i podskakiwała
skwercząca kiszka,
rozległo się
ciche drapanie
do drzwi.
Zdzieciniały podbiegł
truchcikiem pod
drzwi, lecz
nie otwierał.
- Czego tam
!... - Zaryczał
- A niech
tatuś wpuści...
-
- Po co
?... -
- A bo to
kiszeczka... -
- Nie, nie...,
ja z tej
renty, z
renty... - A
synek drapał
do drzwi
coraz głośniej...
KONIEC ( 1989 )
Wolno, krok
za krokiem,
posuwał się
naprzód. Rozlatujące
się buty
nie pozwalały
na szybki
chód. Trzymane
w kieszeniach
spodni ręce
były lepkie
od brudu.
Czasem zatrzepotał
nerwowo palcami,
z nadzieją,
że wygrzebie
stamtąd jakiego
peta. Na
próżno. Charknął
i splunął
zielonkawą flegmą.
To od papierosów.
Gdy zaczął
palić, miał
siedem lat...
Uniósł wysoko łysiejącą
głowę i
wszedł na
rynek. Wiedział,
po co tam
szedł. Rząd
zamkniętych już
straganów krył
mnóstwo niespodzianek.
Tu gruszka,
tam nadgniły
ogórek. A
czasem nawet
było coś
z odzieży.
Fachowo przerzucał
stosy śmieci
i odpadków.
Smród wiercił
w nosie,
mokre gazety
przylepiały się
natarczywie do
rąk. Coraz
szybciej nimi
pracował. Bujna
wyobraźnia pojawiała
przed oczyma
całe paczki
papierosów, pieniądze
i inne cuda.
Widział to
wszystko, lecz
gdy dotknął,
znikało...
Jakąś kobieta szła
w jego kierunku.
Gruba, niemłoda
już, ale
szykowna. Ubrana
w futro z
lisów, szła
dumnie i
z wdziękiem,
udając jednak,
że go nie
dostrzega. W
prawej ręce
ściskała malutką
torebkę. Przestał
grzebać. Znieruchomiał.
Oczami wyobraźni
widział w
owej torebce
gruby plik
banknotów... Wystarczyło
skoczyć za
najbliższy stragan,
ukryć się,
zaczaić odpowiednio
i gdy będzie
go mijać,
rzucić się
jej do gardła,
zdusić by
nie wrzeszczała,
wyrwać torebkę
i uciec...
Za wolno jednak
myślał, bo
oto nadeszła.
Pot go oblał
z emocji,
zatarł brudne
łapska i
stanął z
boku. Strzyknął
przez zęby
siwą flegmą,
a następnie
cicho i pokornie
poprosił o
pieniądz... Okrutny
wyziew nie
mytej latami
jamy ustnej,
cofnął kobietę
o pół kroku.
Rozejrzała się
chwilę bezradnie,
przekładając torebkę
do drugiej
ręki. Powtórzył
prośbę. Obróciła
się ze wstrętem.
- Tesz, bede
dawała... - Szepnęła,
pochylając twarz
o trzech
podbródkach.
Nie odezwał się
już. Gwiżdżąc,
poczłapał poprzez
pokryty już
mrokiem rynek.
Wolno, krok
za krokiem
posuwał się
na przód.
Rozlatujące się
buty nie
pozwalały na
szybki chód...
KONIEC ( 1989 )
Gdy wcinał
obiadową zupę,
do jadalni
wszedł niespodziewanie
„Ten z
brodą“. Ubrany
był tak
samo jak
wczoraj i
tydzień temu.
Wszystko w
odcieniu szarości,
ciasne i
przykrótkie, choć
właściciel był
chudy jak
kij od miotły.
Grzecznie się
pokłonił i
zajął miejsce
na stołku
koło okna.
To samo miejsce
od tygodnia...
Tym samym
ruchem sięgnął
też po gazetę
z półki.
Nie patrząc
na datę
rozwinął ją
prawie nerwowym
ruchem i
chyba czytał,
lecz raczej
udawał, gdyż
pan Laczek
zdążył już
zauważyć, że
‘ Ten z
brodą ‘
sięga codziennie
po tę samą
gazetę... Innych
gazet zresztą
tam nie było.
Laczek, z
natury skąpy
i przewidujący,
przestał zostawiać
świeżą prasę
w jadalni.
To od momentu,
gdy wynajął
pokój „ Temu
z brodą
„. Nie kwapił
się nawet,
by zapamiętać
jego imię.
Wiadomo, nie
był człowiekiem
drobiazgowym.
Wpatrzony w prawie
pusty już
talerz, czuł
że ma w
siebie wlepione
spojrzenie "Tego
z brodą"
Postanowił jednak, że
nie da się
zwieść i
nie spojrzy
na niego.
- Kupiłby lepiej
nową gazetę,
dziad cholerny,
nie stać
go na gazetę...
- mamrotał cichutko
gdy był
już w kuchni.
Talerz po
zupie postawił
w zlewie,
a następnie
uchylił piekarnik
skąd wytaszczył
poczerniałą od
sadzy brytfankę.
Buchał stamtąd
smakowity zapach
podpiekanej kaczki.
Kujnął ją
widelcem i
po namyśle
wsunął blachę
z powrotem.
Postanowił, że
zje to na
kolację, a
tymczasem pora
na owoce...
Kupił rano,
świeżutkie!... Rumiane
jabłuszka, słodziutkie
śliwy pełne
soku, gruszki
twarde jak
dziewicze piersi,
to znowu
kiść czarnych
jak noc winogron.
Opłukał to
wszystko troskliwie
pod ciepłą
wodą, a
następnie ułożył
w koszyczku,
który postawił
w jadalni
pośrodku
stołu. Przez
chwilę miał
wizję, że
‘Ten z
brodą’ stoi
przy stole,
ręce ma
zanurzone w
koszyczku skąd
wyjada szybko
i smacznie...
Jednym susem przesadził
próg i wnet
zmieszał się,
widząc jak
‘ Ten z
brodą’ poderwał
się nerwowo
na siedzeniu
conajmniej o
pół metra.
Zrobiło mu
się nieprzyjemnie,
co próbował
zatrzeć uśmiechem.
Usiadł wolniutko na
swe stałe
miejsce i
jednym ruchem
ręki przygarnął
koszyk z
owocami. ‘Ten
z brodą’
już nie
czytał, a
przynajmniej nie
musiał udawać,
gdyż gazeta
leżała tam,
skąd ją
brał i odkładał
codziennie. Nie
krył też
już swych
oczu... Jastrzębi
wzrok uderzał
Laczka jak
kopniak w
siedzenie. Była
w nim pasja,
pożądanie i
natręctwo. Z
kącików ust
płynęły wąskie
strumyczki śliny.
Chuda grdyka
zaczęła latać
w górę
i dół.
Nie wytrzymał.
Wstał, i
trzęsąc się
a śliniąc,
podszedł do
stołu... Laczek
jadł, nie
podnosząc na
niego oczu.
- Da pan
śliwkę...? - wyjąkał
‘ Ten z
brodą’
- A kup
se... - Szepnął
i jednym
mlaśnięciem połknął
słodziutki, pełen
soku owoc.
KONIEC ( 1990 )
Niezgrabna stopa
fyrdnęła niespokojnie.
Skurcz w
łydce rzucił
nogą do
przodu. Mrowie
nagłej złości
skupiło uwagę
na wpół
uchylonych drzwiach
pokoju... Z
kuchni dolatywał
syk smażonego
mięsa. Przywędrował
też zapach.
Stęchły i
nieświeży. Rozejrzała
się wokoło,
drapiąc nagle
nieuczesane od
tygodnia włosy.
Charknęła, uchylając
wąskie usta.
Rudawy kołtunek
flegmy strzyknął
i rozbryznął
się na lustrze.
- Żreć!!!... - Zawołała,
waląc pięścią
w rozbabrany
barłóg łóżka.
Nagły tupot
na korytarzu,
i w drzwiach
ukazała się
głowa Jacka.
- Zaraz będzie
! Już prawie
gotowe!...Przecież
staram się
jak mogę...
- Powiedział to
szybko lecz
ostrożnie, po
czym zniknął.
W czas, bo
już w tamtą
stronę leciał
nadłamany stołek.
- Ja chcę
już!!! - Zawyła,
robiąc rowerek
w powietrzu,
a następnie
bębniąc stopami
w ścianę.
W kuchni
obok zrobił
się ruch.
Szczęknęły garnki,
pokrywka rąbnęła
o podłogę,
coś odbiło
się o zlew.
I rzeczywiście,
za chwilę
ukazał się
najpierw parujący
talerz, a
za nim skruszona
strachem postać
Jacka.
- Sam przyprawiłem!...
- Powiedział z
dumą i nadzieją.
- A ziemniaczki
to dzisiaj,
że palce
lizać, deser
też już
prawie gotowy...
- Postawił talerz
obok na stoliku
i robiąc
grdyką czekał,
aż ona skosztuje.
Łypnęła jednak
dziko okiem
i zagarnęła
pięścią parujące
naczynie. Porcja
mięsa chlasnęła
o ścianę,
a kartofle
poturlały się
zdradzieckim półkolem
aż pod szafę.
- Śmierdzi! Zabieraj
to!...Poczekaj,
zrób herbaty!
-
Na kolanach, parząc
palce zbierał
z podłogi
to i owo,
gdy nagle
Beata zerwała
się i szepnęła;
- Zostaw, Bunio
zje... - Zerwał
się, wielce
rad, że
się udobruchała.
Zatarł ręce
i już usta
złożyły się
same w trąbkę
by zacmokać,
gdy nagle
jak grom
z jasnego
nieba, zaryczał
głos opętany;
- Ty leniu
śmierdzący! Ty
pijaku obdarty
! A zjeżdżaj
stąd! Tylko
żreć i
srać, a
groszem nie
pachniesz! - Nagle
przysiadła, zwaliła
się na bok
i naprężając
umięśniony zad,
trzasnęła gamą
czadu przyczajonego!
Szatański śmiech
przeszył powietrze,
a Jacek truchlał
w kącie
ze strachu.
To już niewesołe.
Beata rycząc
ze śmiechu
chwyciła w
dwa palce
mięso, co
to spoczywało
nadal pod
ścianą i
wpakowała pomiędzy
zęby warcząc
jak pies,
a tarmosząc
z boku na
bok... Złapała
wnet kapeć,
który jakoś
tak zaplątał
się w koc
i leżał
w pobliżu
i kłapiąc
szczęką, a
wypuszczając smażonkę
wycelowała w
postać konkubina.
Oberwał w
ramię, częściowo
w ucho, jako
że laczek
był pokaźnego
rozmiaru.
- Kawa ! Zaraz
zrobię kawę!
- Zawołał, podrywając
się, a szybko
chowając kapcia
za siebie.
- Co ci
się znowu
pomerdało? Przecież
miał być
deser!... -
Wybiegł z pokoju
jak Żyd
z pustego
sklepu. Siły
już nie
miał. A
tu w kuchni
stos garów
do wyszorowania,
zakupy niezrobione,
pranie niedokończone
i - czort
to nadał,
z pokoju
obok już
rozlega się
walenie i
łomotanie. Pochwycił
w rękę
salaterkę z
galaretką, posypał
poziomkami i
z gracją
zagonionego kelnera
a budując
odwagę, wkroczył...w
sam potok
latających poduszek
i butów,
gdzie w tym
samym momencie
na wpół
rozdarte prześcieradło
spoczęło mu
jak płachta
na głowie.
Oszołomiony pochylił
się do przodu
łapiąc równowagę
z omało
nieopuszczonym deserem.
Wtedy to
poczuł ‘
dmuchawę bezgłosową’
tuż przy
swoim nosie.
Towarzyszył temu
rechot jak
z czeluści
piekielnych. Salaterka
z galaretką
potoczyła się
na podłogę,
kołując przez
chwilę zanim
się zatrzymała
w miejscu...
- Żreć! - Usłyszał
- A szybko!
Gdzie obiad?!...-
- Już! Zaraz
usmażę mięsko!...
-
- W dupę
se je wsadź,
bo śmierdzi
podobnie! - Znieruchomiała
nagle, mrużąc
przebiegle oczy...
Powietrze przeszył
tym razem
pierd ‘
murarski ‘,
który stopniowo
przeszedł w
‘ nikczemnika
zawodzącego ‘...
KONIEC ( 4 / 12 / 99 )
I siedział
biedak, siedział
i myślał.
Sam nie wiedział
czego chce.
Przed nim
w klatce,
widmo zdychającego
kanarka. Co
mu jest?
Przecież na
obiad dostał
śliwkę z
kompotu...
To już tak
tydzień. Mateusz
szczerze zmartwiony,
nie pojmował
dlaczego ptaszyna
zdycha, łupiąc
suchym dziobem
o resztko
nadgniłej pestki.
Były momenty
nagłego podniecenia,
ale szybko
jednak nastrój
ten mijał
i pozostawała
apatia... Ptaszysko
konało. Wyschły
z pragnienia
dziób otwierał
się z różną
częstotliwością agonii
wydając czasem
dźwięki jak
zepsuty flet.
- A będziesz
ty kurwa
cicho...?! - wrzeszczał
Mateusz trzepiąc
klatką o
ścianę.
Oszalały ze zgrozy
kanarek latał
wewnątrz jak
korek w butelce,
ale tylko
przez chwilę...
Mateusz bowiem miał
dobre serce.
Za piątym
rozmachem stawiał
powyginaną klatkę
na miejsce.
Siadał wtedy
dumny ze
swego wyczynu
i...dalej
myślał. W
końcu wstał
i poszedł
do kuchni
skąd przyniósł
w blaszanym
garnuszku wody.
Świeża, zimna
i smaczna...
Pociągał ją delikatnie
niewielkimi łykami,
rozkoszując się
jej chłodem
na języku.
Ptak przyglądał
się mu namiętnie.
Wyłażące z
orbit ślepia
błagały o
kropelkę... Zasuszony
dziob zachrypiał
cichutko. Na
to czekał
Mateusz. Pustym
już garnuszkiem
rzucił w
klatkę. Zachwiała
się i spadła
z rogu półki
na podłogę.
- A nie mówiłem,
byś się
kurwa uspokoił...!?
- zawarczał w
złośliwym uśmiechu.
KONIEC (1988)
Inspektor Kaczy-nos
skończył właśnie
swój dyżur
dookoła stawu,
gdy z trzciny
wylazł Kwak-kwak
i drżąc
ze strachu
aż gubił
pióra zakomunikował,
że właśnie
godzinę temu
opodal wsi
na śmietniku
znaleziono oderżnięty
kaczy łeb...
- Coś podobnego..!
- zdziwił się
inspektor
- To nie
wszystko, świadkowie
widzieli też
dwie kacze
stopy... -
- Dwie kacze
stopy..? To
straszne... -
- Tak, jedną
z nich porwał
pies z sąsiedniej
zagrody... -
- A ta druga..?
-
- Drugą zjadł
kot -
- ZAARESZTOWAĆ !!! -
KONIEC ( 1990 )
Stanął przed
ogromną klatką.
Słonko świeciło
na wysokim
niebie, a
słoń machał
zawzięcie trąbą
nad korytkiem,
gdzie leżała
garstka sterlałej
trawy. Stworzenie
było chude
i niedożywione.
Obwisłe pośladki
i niewielki
ogonek przedstawiały
żałosny widok.
Zwiędłe pergaminowe
uszy okalały
dyniowaty łeb.
Ślizgając się
we własnym
łajnie szukał
suchego miejsca,
aż w końcu
zrezygnował, przyczajony
w kącie
śmierdzącej klatki.
Jedynie pomarszczona trąba
była w nieustannym
ruchu...
Wzruszyło to pana
Jacka, który
był wielkim
miłośnikiem zwierząt.
Sięgnął do
przewieszonej przez
ramię torby,
skąd wydobył
dwa małe
jabłka. Westchnął,
ujrzawszy pordzewiały
szyld z napisem
; NIE KARMIĆ
ZWIERZĄT.
- Porządek musi
być... - pomyślał
i wbił zęby
w owoc.
Jadł z apetytem,
przyglądając się
słoniowi. Słoń
mu się też
przyglądał... Słońce
prażyło coraz
mocniej, a
rój natrętnych
much krążył
wokół klatki,
skąd zalatywał
coraz większy
fetor.
Pan Jacek zamachnął
się i rzucił
w słonia
malutkim ogryzkiem.
- Żryj piorunie...
- szepnął i
zabrał się
za drugie
jabłko.
Zwierz tymczasem długo
grzebał trąbą
w ekskrementach
poszukując ogryzka...
Pan Jacek,
wielki miłośnik
zwierząt, nie
mogąc dłużej
znieść tego
widoku obrócił
się i poszedł
ścieżynką, która
zawiodła go
pod klatkę
z małpkami.
Tu zmiana
nastroju. Siwobiałe,
zwinne, o
długich ogonach,
kicały zręcznie
po suchych
gałęziach przyczepionych
do żerdek
klatki. Poruszały
się szybko
i tak śmiesznie,
że rozbawiło
to pana Jacka
do łez.
Twarz jego
poczerwieniała, usta
rozeszły się
w stronę
uszu i śmiał
się, że
niech Bóg
broni..!
Jedna z małpek
przysiadła na
chwilę tyłem
do niego,
tuż przy
brzegu klatki,
a tak, że
ogon był
wysunięty na
zewnątrz. Pan
Jacek nie
wytrzymał. Śmiejąc
się do rozpuku,
chwycił za
ten ogon
i ciągnął...
Ciągnął mocno
i z taką
pasją, że
zwierzątko piszczało
okrutnie, zapierając
się czterema
kończynami i
próbując uwolnić.
Pozostałe lokatorki
klatki zbiły
się przeciwny
kąt, tworząc
okropny hałas...
Cień paniki
i terroru
przygasił zabawę
i pogodny
nastrój.
Aż wreszcie spocony
i zmachany,
pan Jacek
rozluźnił uchwyt
palców i
małpisko jednym
susem znalazło
się wśród
swoich towarzyszek.
Zrobiło się
nagle cicho...
Pokrzywdzona, z
naderwanym ogonem
leżała na
boku i łzawo
utkwiła swe
małpie oczki
w panu Jacku.
- Co się
kurwa gapisz..?
Też, jeszcze
co, małpami
się będę
przejmował... - mruczał
niechętnie i
polazł dalej...
Ach..! Westchnął na
widok białego
misia... Był
przecież wielkim
miłośnikiem zwierząt...!
KONIEC 1988