opowiadanka 31-40

główna strona
strona informacyjna
opowiadanka      1-10
opowiadanka    11-20
opowiadanka    21-30
opowiadanka    31-40
opowiadanka    41-50
opowiadanka    51-60
opowiadanka    61-70 
opowiadanka    71-80
opowiadanka    81-90
opowiadanka    91-100
opowiadanka  101-110
opowiadanka  111-120
opowiadanka  121-130
opowiadanka  131-140
opowiadanka  141-150

 

Walizka

Targ

Koci terror

Rencista

Bezdomny

Ten z brodą

Szaleństwo Beaty

Zdychający kanarek

Kaczy areszt

Wizyta do Zoo

  ©2005prawa autorskie humoru iście żenującego

Walizka

Hotel był niski, jednopiętrowy. Zachodzące słońce odbijało się mgliście w przebrudzonych szybkach okien. Tuż przy furtce był śmietnik, z którego leniwie pełzał smród. Eugeniusz Trucht stał dłuższą chwilę wahając się, lecz zmęczenie przemogło. Wolno ruszył ku wejściu taszcząc dwie podniszczone walizy...
Stary
już był. Połatane paletko ledwie sięgało połowy chudych ud. Stopy bose, obute w nadgniłe sandały. Przystanął, by odpocząć. Wydobył z kieszeni pomiętą chusteczkę i przetarł spocone czoło. Ostatnim wysiłkiem wniósł walizki na poszczerbione schody i nieśmiało zapukał do drzwi. Długo czekał, otworzy właściciel, Jacek Naiwny. Suchy i maleńki o czarnych, rozbieganych oczkach.
- Pokoik ?... Ach tak, jest, owszem, proszę! - Pomógł staremu wnieść bagaż. Szybko podreptał do niewielkiej recepcji, gdzie zdjął ze ściany klucz i wskazał drzwi po drugiej stronie korytarza.
- Płatne z góry...- powiedział, wyciągając rękę.
Trucht
zrobił ‘słonia’ i z wywróconych kieszeni wypadła chusteczka i kilka połamanych petów.
- Nie mam... - wymlaskał, drapiąc się w zakłopotaniu po uchu.
Właściciel
wybuchnął krótkim, histerycznym śmiechem, po czym dodał pytająco;
- A w tych walizkach, to co ?... -
Stary
skrzywił się boleśnie, dźwigając jedną z nich na stolik recepcji. Chwilę się mocował z ciemnymi od rdzy zawiasami, ukazał biedne wnętrze. Sterta starych szmat symulujących przyodziewek, jakieś rozebrane części zegarów, zdeptane pary obuwia, nieco blaszanych naczyń. Wszystko zmurszale, pachnące sfermentowaną pleśnią i pokryte kurzem...
Naiwny
zrobił zawiedzioną minę.
- To kpiny...- mruknął - zabieraj pan te graty i wynoś się... -
Trucht
kichnął i ochryple odpalił;
- A nie pójdę!.. - Wyprostował się nagle i zarządał kolacji.
- Tak za darmo ...? -
- Tego nie powiedziałem... - zrobił tajemniczą minę i wskazał na drugą, nieotwartą walizkę..
Jacek
Naiwny był człowiekiem interesu. Zrozumiał gest i zmiękł... Mrużąc oczka, poprowadził Truchta do pokoju. Łóżko, szafa, stolik, wszystko jak się patrzy.
- Kolacja o ósmej - powiedział i wyszedł.
Stary
zatarł ręce i przymknął okno, gdyż woń śmietnika psuła hotelową sielankę. Usiadł na łóżku i zzuł sandały. Brudne jak święta ziemia stopy oparł na dywaniku. Był głodny. Kąpiel by się przydała... Prosił o nocleg, o kolację, szybko jednak postanowił, że pozostanie tu dłużej...
Na
zimę szło. Gdzie to się podzieje?...
Minął
tydzień. Trucht nie odchodził. Minął miesiąc, nadal tam siedział. O ile Naiwny dopominał się o zapłatę, Trucht z tajemniczą miną wskazywał na walizkę. Na drugą, nieotwartą...
Czas
upływał, a stary żarł, spał...i przybierał na wadze. Poorane policzki zaokrągliły się, zapadnięte niegdyś oczy nabrały wyrazu, a spasione brzucho ledwo mieściło się pod trzaskającą na boki koszulą... Swoją osobą jednak nie narzucał się. Siedział raczej w pokoju wychodząc tylko na czas posiłków. Ciepły piec i dobre żarcie rozleniwiły go. Przestał się nawet myć. Doszło do tego, że któregoś ranka zarządał śniadania do łóżka...
Tego
było dla Jacka Naiwnego za wiele. Wtargnął do pokoju jak burza i zaryczał do rozwalonego na łóżku Truchta;
- Morda ci urosła jak Tatarowi dupa!... Otwieraj walizkę! -
Trucht
w odpowiedzi na to obrócił się na bok przeciągając stopy trzeszczące w stawach.
- Otwórz se pan sam... - mruknął leniwie. Naiwny z pasją dopadł walizki. Za jednym szarpnięciem wieko odpadło ukazując biedne wnętrze; sterta starych szmat, jakieś rozebrane części zegara, przydeptane obuwie...śmierdziało pleśnią.

KONIEC ( 1988 )

 

Targ

Edward Pokuta wracał z targu. Siedział na wozie wypełnionym workami i powoził mizernego konika. Zwierzę było małe, zachudzone, nieco parszywe a z pieniącą się mordą. Worki na wozie głucho podskakiwały o ile wjechał na wyboje. Były pełne...
Pokuta
był zły. Wszystko co udało mu się sprzedać, to wyleniałą skórkę po króliku. Jego plonami nikt się nie zainteresował. A były w workach kartofelki, groszek, jabłuszka, mak...
Wmawiano
mu, że w maku robaki, jabłka wpół- zgniłe, a kartofle drobne i pomarszczone...
- A żeby ich cholera... - mruczał. Pewnie, że jak kto ślepy... Złość go ponosiła coraz większa. Na dodatek słońce piekło niemiłosiernie i roje zielonkawych much krążyło nad koniskiem. Pokuta chciał jak najszybciej do domu, a tu koń człapie coraz wolniej... W końcu stanął i obejrzał się na powożącego z wytrzeszczonymi ślepiami. Zaczął się rwać i porykiwać. Muchy go tak zaatakowały, że dostał szału. Gospodarz zeskoczył z woza i z pięściami dopadł konia;
- Co ty kurwa wyprawiasz !?... - Koń oberwał w mordę i patrzył zdumiony tocząc coraz większą pianę. padł na przednie kolana, a następnie na bok. W ostatniej chwili Pokuta przytrzymał wóz, który omało nie wywrócił się razem z koniem.
- Wstawaj..! - Warknął, ciągnąc go za ucho, przy czym koń telepał się w drgawkach okrutnych. Gorąc go wzmagał, much coraz więcej. Pokutę toczyło pragnienie i pot zalewał oczy. Rozwiązał jeden z worków i wygrzebał parę jabłek. Były na wpół- zgniłe...
- A niech to cholera !... - Cisnął je z rozmachem w pobliskie krzaki.
Zajrzał
do drugiego wora. Ziemniaki przypominały swym wyglądem suszone śliwki...
Z
pasją wskoczył na wóz i zaczął skopywać worki. Pękały, spadając na ziemię, a ukazując swą całą zawartość... Mak się ruszał od robaków. Groch był wilgotny i zapleśniały. Gdy pozwalał to wszystko z woza, zabrał się za konia. Zapierając się nogami, ciągnął, pomagając mu wstać. Lecz co stanął, to znowu zwalał się na drugi bok szarpiąc za sobą wóz. W końcu Pokuta odpiął go od dyszla, kopnął w dupę i sam zaczął ciągnąć wóz...
Koła
skrzypiały i zapadały się w piach, jedno z nich obluzowane odpadło. Koń zdechł. Leżał z naciągniętą do przodu szyją. Pokuta sam ledwo żywy usiadł na środku drogi. W kieszeni spodni namacał parę miedziaków za wyleniałą skórkę po króliku.
W
tydzień później szedł na targ pieszo taszcząc pod pachą skórkę po zdechłym koniu. Dostał za nią niewiele. Kupił woreczek jabłek. Wracając, zajrzał do środka. Były na wpół- zgniłe ...

KONIEC ( 1989 )

 

 Koci terror

Pewnego dnia pojawił się w domu kot. Od tej to pory wszystko się zaczęło zmieniać i to rzecz jasna, nie na lepsze... Firanki wisiały w strzępach, z poszarpanych pazurami poduszek wyłaziło pierze, kwiaty doniczkowe często sterczały korzeniami do góry. Znikały też różne drobiazgi, które odnajdywano po kilku dniach gdzieś w kącie pod stołem. No, i było też czuć... Kot od początku ignorował ustawione w kuchni pudełko z piaskiem. Często zakradał się do szafy, by tam zesrać się na świeżo poukładaną bieliznę. Po tym znikał na parę godzin, a gdy już doczyszczono zapaskudzone miejsce, wyłaził z kryjówki...
Na
obiad podawano mu talerz śmietany i popiersie kurczaka, leciutko podgotowane i polane masełkiem do smaku. Potem było czesanie... Sierść kota lśniła od szczotkowania. Sypiał na stosie poduszek ubranych w miękkie, flanelowe poszewki. Nadszedł czas, że z drogi nikomu nie złaził i jego panoszenie stało się bezczelne. Srał gdzie stał, łapą strącał pokrywki z garnków skąd wyżerał co lepsze kąski.
Początkowo
mamusia wzdychała ciężko i biadoliła, że stworzonko pewnie głodne, że niedokarmione... W jadłospisie kota pojawiły się bażanty, młoda cielęcinka, cieniutkie plasterki łososia... Ustawiano to przed nim na tacy i przyglądano się z pobożną miną jak delikatnie skubie przysmaki. Na skubaniu się kończyło. Kot nie był głodny. Szurając spasionym brzuchem po podłodze odchodził wolno z wysoko uniesionym ogonem... Zgrabnie dawał susa na stół, robił przysiad i popuszczał z dupy...
- Biedaczek! Znów nie trafił do pudełeczka... - załamywała ręce mamusia - Taki śliczny i kochany kotek, a pewnie nie dowidzi... - szeptała ze zgrozą.
Gdy
sprzątnęła ze stołu, nakręciła zamszową myszkę i puściła po podłodze. Myszka szurnęła wzdłuż pokoju, a kot za nią. Szybko dorwał zabawkę, gryzł , tarmosił, podrzucał. Mamusia była w niebo wzięta.
- Jak to się słodko zabawia..! - Wołała. Po chwili myszka była w strzępach, a znudzony kot podreptał do miseczki ze śmietaną. Chłeptał leniwie.
Gdy
synek wrócił do domu po całodziennym pobycie w szkole, mamusia postawiła przed nim talerz zupy sprzed tygodnia.
- Co, znów to samo?... Nie będę tego jadł - zaprotestował. Zupa była kwaśna i śmierdziała jak zdechła ryba na śmietniku. Synek z protestem rzucił skórzaną pilotkę w kąt. Kopnął też nogą podartą torbę, z której posypały się zeszyty i kredki.
- Kuba, jedz zupkę... - zachęcała.
- Nieświeża... - Mruknął i w tym momencie dojrzał kota, jak rozkraczony oddawał mocz na jego pilotkę. Zerwał się z krzesła, ale zbyt późno. Kot jednym susem dopadł tacy pod ścianą skąd porwał plasterek łososia i zniknął pod szafą. Mamusia poczerwieniała ze złości.
- Co płoszysz zwierzątko...! Co..? Pewnie, zupa niedobra, śmierdzi mu ! Wiesz chyba, że gotuję raz w tygodniu, jeszcze dobra... jedz Kuba -
Ale
Kuba nie słuchał i nie jadł. Złapał z wieszaka parasol i pochylony zaczął grzebać nią po szafą. Stukał o deski podłogi, walił o ścianę, chcąc wyszpurać stamtąd kota... Ale kota już tam nie było. Siedział u mamusi na kolanach, mruczał i przymykał chytrze oczka. Tłusty kark lśnił od dobrego żarcia. Na Kubę zerkał obojętnie i jakby mówił;
- Mamusia ma racje, jedz zupkę... -
Kuba
z pasją zanurzył łyżkę w śmierdzącej zupie i żarł, mu się uszy trzęsły. Kot w tym czasie srał na jego podartą torbę...

KONIEC ( 1989)

 

Rencista

Śmierdziała przypiekana kiszka. Dym zapełnił kuchnię. Patelnia była prawie sucha. Oliwę jednak trzeba było oszczędzać... Kazimierz Zdzieciniały miał blisko dziewięćdziesiąt lat i znikąd zbytniej pomocy. Gdyby nie ta renta to... ach, szkoda słów. Starał się też mieć w porę szykowania posiłku zamknięte drzwi i okno kuchenne... To z obawy, że rozchodzące się zapachy zwabią jego synka, który miał sześćdziesiąt dziewięć lat i nigdzie całe życie nie pracował, smokcząc z chorego i biednego ojca. Synek mieszkał zaraz na dole i miał niezłą intuicję oraz instynkt wyczuwania przeróżnych rzeczy w życiu. Potrafił na przykład nieźle wyczuć, kiedy jego ojciec, Kazimierz Zdzieciniały szykował żarcie... Nie nakładając butów, boso, skradał się wtedy jak kot pod drzwi i drapał w nie przeraźliwie, czasem do połamania resztek paznokci. To był ich sygnał. Stary na pukanie nie otwierał. Nikomu właściwie nie otwierał. Lecz synek, to co innego. Ojcem przecie był i czasem duma go rozpierała..., ale gdy pomyślał o swojej chudej rencie i o śmierdzącym leniu swoim synku, który i tego nie miał, to złość go porywała. Biegł do kuchni, otwierał szafeczkę, w której trzymał kawałeczek rybki, dwa pomidorki i nieco cukru w torebce, wygarniał to na stół, otaczał drżącymi, pomarszczonymi ze starości rękoma i wołał studziennym głosem; - Nie dam! - Zazwyczaj wkładał w to tyle wysiłku i energii, że musiał przysiąść na trzeszczącym krzesełku i długo przecierał zasuszoną jak ulęgałka twarz.
Tego
popołudnia smażył kiszkę... Podskakiwała i prężyła się na nieźle okadzonej patelni. Stał też w pobliżu i zapłakanymi od dymu oczkami szukał widelca. Był zadowolony bo żarcie prawie gotowe, no i zaraz będzie konsumował. Wywalił dymiącą kiszkę na talerz, położył z boku pół białej bułeczki i poniósł to do pokoju obok. Usiadł przy stole i z rozkoszą wciągał woń sadowiąc się jednocześnie wygodnie. Oderżnął w końcu kawałeczek i już miał włożyć do szczerbatych, a cienkich ust, gdy usłyszał drapanie do drzwi...
Zdzieciniały
pacnął widelcem o talerz i z trzaskiem odsunął krzesło wstając od stołu. Niechętnie podszedł do drzwi. Odsunął zasówę. Otworzył.
- A ty czego...? - Warknął
- Wpuści tata na chwilę? - Był śmierdzący, nieogolony i jak zwykle tylko w skarpetkach.
- Po co..? - Zapytał podejrzliwie Kazimierz
- A tak sobie, no niech tatuś wpuści... -
Wszedł
. Poruszył obwisłym na usta nosem.
- Widzę, co to dziś kiszeczka...! -
- Nie ruszaj..! - Zaskrzeczał stary, bo tamten już dał kroka w kierunku stołu naciągając szyję.
- Smakowicie to wygląda... - zmruczał synek
- A chciałbyś, co..? - Zdzieciniały nie czekając co synek powie, zasiadł z powrotem do stołu. Raz plasterek kiszeczki to znowu kęs bułeczki... Jadł w milczeniu, ignorując obdartego synka. Mlaskanie mieszało się z tykaniem starego zegara na ścianie. Synek pospacerował chwilę wokół stołu, po czym wyszedł, zamykając z trzaskiem drzwi. Gdy w kilka godzin później na patelni znowu prężyła się i podskakiwała skwercząca kiszka, rozległo się ciche drapanie do drzwi. Zdzieciniały podbiegł truchcikiem pod drzwi, lecz nie otwierał.
- Czego tam !... - Zaryczał
- A niech tatuś wpuści... -
- Po co ?... -
- A bo to kiszeczka... -
- Nie, nie..., ja z tej renty, z renty... - A synek drapał do drzwi coraz głośniej...

KONIEC ( 1989 )

 

Bezdomny

Wolno, krok za krokiem, posuwał się naprzód. Rozlatujące się buty nie pozwalały na szybki chód. Trzymane w kieszeniach spodni ręce były lepkie od brudu. Czasem zatrzepotał nerwowo palcami, z nadzieją, że wygrzebie stamtąd jakiego peta. Na próżno. Charknął i splunął zielonkawą flegmą. To od papierosów. Gdy zaczął palić, miał siedem lat...
Uniósł
wysoko łysiejącą głowę i wszedł na rynek. Wiedział, po co tam szedł. Rząd zamkniętych już straganów krył mnóstwo niespodzianek. Tu gruszka, tam nadgniły ogórek. A czasem nawet było coś z odzieży. Fachowo przerzucał stosy śmieci i odpadków. Smród wiercił w nosie, mokre gazety przylepiały się natarczywie do rąk. Coraz szybciej nimi pracował. Bujna wyobraźnia pojawiała przed oczyma całe paczki papierosów, pieniądze i inne cuda. Widział to wszystko, lecz gdy dotknął, znikało...
Jakąś
kobieta szła w jego kierunku. Gruba, niemłoda już, ale szykowna. Ubrana w futro z lisów, szła dumnie i z wdziękiem, udając jednak, że go nie dostrzega. W prawej ręce ściskała malutką torebkę. Przestał grzebać. Znieruchomiał. Oczami wyobraźni widział w owej torebce gruby plik banknotów... Wystarczyło skoczyć za najbliższy stragan, ukryć się, zaczaić odpowiednio i gdy będzie go mijać, rzucić się jej do gardła, zdusić by nie wrzeszczała, wyrwać torebkę i uciec...
Za
wolno jednak myślał, bo oto nadeszła. Pot go oblał z emocji, zatarł brudne łapska i stanął z boku. Strzyknął przez zęby siwą flegmą, a następnie cicho i pokornie poprosił o pieniądz... Okrutny wyziew nie mytej latami jamy ustnej, cofnął kobietę o pół kroku. Rozejrzała się chwilę bezradnie, przekładając torebkę do drugiej ręki. Powtórzył prośbę. Obróciła się ze wstrętem.
- Tesz, bede dawała... - Szepnęła, pochylając twarz o trzech podbródkach.
Nie
odezwał się już. Gwiżdżąc, poczłapał poprzez pokryty już mrokiem rynek. Wolno, krok za krokiem posuwał się na przód. Rozlatujące się buty nie pozwalały na szybki chód...

KONIEC ( 1989 )

 

 Ten z brodą

Gdy wcinał obiadową zupę, do jadalni wszedł niespodziewanieTen z brodą“. Ubrany był tak samo jak wczoraj i tydzień temu. Wszystko w odcieniu szarości, ciasne i przykrótkie, choć właściciel był chudy jak kij od miotły. Grzecznie się pokłonił i zajął miejsce na stołku koło okna. To samo miejsce od tygodnia... Tym samym ruchem sięgnął też po gazetę z półki. Nie patrząc na datę rozwinął prawie nerwowym ruchem i chyba czytał, lecz raczej udawał, gdyż pan Laczek zdążył już zauważyć, że Ten z brodą sięga codziennie po samą gazetę... Innych gazet zresztą tam nie było. Laczek, z natury skąpy i przewidujący, przestał zostawiać świeżą prasę w jadalni. To od momentu, gdy wynajął pokójTemu z brodą „. Nie kwapił się nawet, by zapamiętać jego imię. Wiadomo, nie był człowiekiem drobiazgowym. Wpatrzony w prawie pusty już talerz, czuł że ma w siebie wlepione spojrzenie "Tego z brodą"
Postanowił
jednak, że nie da się zwieść i nie spojrzy na niego.
- Kupiłby lepiej nową gazetę, dziad cholerny, nie stać go na gazetę... - mamrotał cichutko gdy był już w kuchni. Talerz po zupie postawił w zlewie, a następnie uchylił piekarnik skąd wytaszczył poczerniałą od sadzy brytfankę. Buchał stamtąd smakowity zapach podpiekanej kaczki. Kujnął widelcem i po namyśle wsunął blachę z powrotem. Postanowił, że zje to na kolację, a tymczasem pora na owoce... Kupił rano, świeżutkie!... Rumiane jabłuszka, słodziutkie śliwy pełne soku, gruszki twarde jak dziewicze piersi, to znowu kiść czarnych jak noc winogron. Opłukał to wszystko troskliwie pod ciepłą wodą, a następnie ułożył w koszyczku, który postawił w jadalni pośrodku stołu. Przez chwilę miał wizję, że ‘Ten z brodą’ stoi przy stole, ręce ma zanurzone w koszyczku skąd wyjada szybko i smacznie...
Jednym
susem przesadził próg i wnet zmieszał się, widząc jak Ten z brodą’ poderwał się nerwowo na siedzeniu conajmniej o pół metra. Zrobiło mu się nieprzyjemnie, co próbował zatrzeć uśmiechem.
Usiadł
wolniutko na swe stałe miejsce i jednym ruchem ręki przygarnął koszyk z owocami. ‘Ten z brodą’ już nie czytał, a przynajmniej nie musiał udawać, gdyż gazeta leżała tam, skąd brał i odkładał codziennie. Nie krył też już swych oczu... Jastrzębi wzrok uderzał Laczka jak kopniak w siedzenie. Była w nim pasja, pożądanie i natręctwo. Z kącików ust płynęły wąskie strumyczki śliny. Chuda grdyka zaczęła latać w górę i dół. Nie wytrzymał. Wstał, i trzęsąc się a śliniąc, podszedł do stołu... Laczek jadł, nie podnosząc na niego oczu.
- Da pan śliwkę...? - wyjąkał Ten z brodą’
- A kup se... - Szepnął i jednym mlaśnięciem połknął słodziutki, pełen soku owoc.

KONIEC ( 1990 )

 

Szaleństwo Beaty

Niezgrabna stopa fyrdnęła niespokojnie. Skurcz w łydce rzucił nogą do przodu. Mrowie nagłej złości skupiło uwagę na wpół uchylonych drzwiach pokoju... Z kuchni dolatywał syk smażonego mięsa. Przywędrował też zapach. Stęchły i nieświeży. Rozejrzała się wokoło, drapiąc nagle nieuczesane od tygodnia włosy. Charknęła, uchylając wąskie usta. Rudawy kołtunek flegmy strzyknął i rozbryznął się na lustrze.
- Żreć!!!... - Zawołała, waląc pięścią w rozbabrany barłóg łóżka. Nagły tupot na korytarzu, i w drzwiach ukazała się głowa Jacka.
- Zaraz będzie ! Już prawie gotowe!...Przecież staram się jak mogę... - Powiedział to szybko lecz ostrożnie, po czym zniknął. W czas, bo już w tamtą stronę leciał nadłamany stołek.
- Ja chcę już!!! - Zawyła, robiąc rowerek w powietrzu, a następnie bębniąc stopami w ścianę. W kuchni obok zrobił się ruch. Szczęknęły garnki, pokrywka rąbnęła o podłogę, coś odbiło się o zlew. I rzeczywiście, za chwilę ukazał się najpierw parujący talerz, a za nim skruszona strachem postać Jacka.
- Sam przyprawiłem!... - Powiedział z dumą i nadzieją. - A ziemniaczki to dzisiaj, że palce lizać, deser też już prawie gotowy... - Postawił talerz obok na stoliku i robiąc grdyką czekał, ona skosztuje. Łypnęła jednak dziko okiem i zagarnęła pięścią parujące naczynie. Porcja mięsa chlasnęła o ścianę, a kartofle poturlały się zdradzieckim półkolem pod szafę.
- Śmierdzi! Zabieraj to!...Poczekaj, zrób herbaty! -
Na
kolanach, parząc palce zbierał z podłogi to i owo, gdy nagle Beata zerwała się i szepnęła;
- Zostaw, Bunio zje... - Zerwał się, wielce rad, że się udobruchała. Zatarł ręce i już usta złożyły się same w trąbkę by zacmokać, gdy nagle jak grom z jasnego nieba, zaryczał głos opętany;
- Ty leniu śmierdzący! Ty pijaku obdarty ! A zjeżdżaj stąd! Tylko żreć i srać, a groszem nie pachniesz! - Nagle przysiadła, zwaliła się na bok i naprężając umięśniony zad, trzasnęła gamą czadu przyczajonego! Szatański śmiech przeszył powietrze, a Jacek truchlał w kącie ze strachu. To już niewesołe. Beata rycząc ze śmiechu chwyciła w dwa palce mięso, co to spoczywało nadal pod ścianą i wpakowała pomiędzy zęby warcząc jak pies, a tarmosząc z boku na bok... Złapała wnet kapeć, który jakoś tak zaplątał się w koc i leżał w pobliżu i kłapiąc szczęką, a wypuszczając smażonkę wycelowała w postać konkubina. Oberwał w ramię, częściowo w ucho, jako że laczek był pokaźnego rozmiaru.
- Kawa ! Zaraz zrobię kawę! - Zawołał, podrywając się, a szybko chowając kapcia za siebie.
- Co ci się znowu pomerdało? Przecież miał być deser!... -
Wybiegł
z pokoju jak Żyd z pustego sklepu. Siły już nie miał. A tu w kuchni stos garów do wyszorowania, zakupy niezrobione, pranie niedokończone i - czort to nadał, z pokoju obok już rozlega się walenie i łomotanie. Pochwycił w rękę salaterkę z galaretką, posypał poziomkami i z gracją zagonionego kelnera a budując odwagę, wkroczył...w sam potok latających poduszek i butów, gdzie w tym samym momencie na wpół rozdarte prześcieradło spoczęło mu jak płachta na głowie. Oszołomiony pochylił się do przodu łapiąc równowagę z omało nieopuszczonym deserem. Wtedy to poczuł dmuchawę bezgłosową’ tuż przy swoim nosie. Towarzyszył temu rechot jak z czeluści piekielnych. Salaterka z galaretką potoczyła się na podłogę, kołując przez chwilę zanim się zatrzymała w miejscu...
- Żreć! - Usłyszał - A szybko! Gdzie obiad?!...-
- Już! Zaraz usmażę mięsko!... -
- W dupę se je wsadź, bo śmierdzi podobnie! - Znieruchomiała nagle, mrużąc przebiegle oczy... Powietrze przeszył tym razem pierd murarski , który stopniowo przeszedł w nikczemnika zawodzącego ...

 KONIEC ( 4 / 12 / 99 )

 

Zdychający kanarek

I siedział biedak, siedział i myślał. Sam nie wiedział czego chce. Przed nim w klatce, widmo zdychającego kanarka. Co mu jest? Przecież na obiad dostał śliwkę z kompotu...
To
już tak tydzień. Mateusz szczerze zmartwiony, nie pojmował dlaczego ptaszyna zdycha, łupiąc suchym dziobem o resztko nadgniłej pestki. Były momenty nagłego podniecenia, ale szybko jednak nastrój ten mijał i pozostawała apatia... Ptaszysko konało. Wyschły z pragnienia dziób otwierał się z różną częstotliwością agonii wydając czasem dźwięki jak zepsuty flet.
- A będziesz ty kurwa cicho...?! - wrzeszczał Mateusz trzepiąc klatką o ścianę.
Oszalały
ze zgrozy kanarek latał wewnątrz jak korek w butelce, ale tylko przez chwilę...
Mateusz
bowiem miał dobre serce. Za piątym rozmachem stawiał powyginaną klatkę na miejsce. Siadał wtedy dumny ze swego wyczynu i...dalej myślał. W końcu wstał i poszedł do kuchni skąd przyniósł w blaszanym garnuszku wody. Świeża, zimna i smaczna...
Pociągał
delikatnie niewielkimi łykami, rozkoszując się jej chłodem na języku. Ptak przyglądał się mu namiętnie. Wyłażące z orbit ślepia błagały o kropelkę... Zasuszony dziob zachrypiał cichutko. Na to czekał Mateusz. Pustym już garnuszkiem rzucił w klatkę. Zachwiała się i spadła z rogu półki na podłogę.
- A nie mówiłem, byś się kurwa uspokoił...!? - zawarczał w złośliwym uśmiechu.

KONIEC   (1988)

 

Kaczy areszt

Inspektor Kaczy-nos skończył właśnie swój dyżur dookoła stawu, gdy z trzciny wylazł Kwak-kwak i drżąc ze strachu gubił pióra zakomunikował, że właśnie godzinę temu opodal wsi na śmietniku znaleziono oderżnięty kaczy łeb...
- Coś podobnego..! - zdziwił się inspektor
- To nie wszystko, świadkowie widzieli też dwie kacze stopy... -
- Dwie kacze stopy..? To straszne... -
- Tak, jedną z nich porwał pies z sąsiedniej zagrody... -
- A ta druga..? -
- Drugą zjadł kot -
- ZAARESZTOWAĆ !!! -

KONIEC ( 1990 )

 

Wizyta do Zoo

Stanął przed ogromną klatką. Słonko świeciło na wysokim niebie, a słoń machał zawzięcie trąbą nad korytkiem, gdzie leżała garstka sterlałej trawy. Stworzenie było chude i niedożywione. Obwisłe pośladki i niewielki ogonek przedstawiały żałosny widok. Zwiędłe pergaminowe uszy okalały dyniowaty łeb. Ślizgając się we własnym łajnie szukał suchego miejsca, w końcu zrezygnował, przyczajony w kącie śmierdzącej klatki.
Jedynie
pomarszczona trąba była w nieustannym ruchu...
Wzruszyło
to pana Jacka, który był wielkim miłośnikiem zwierząt. Sięgnął do przewieszonej przez ramię torby, skąd wydobył dwa małe jabłka. Westchnął, ujrzawszy pordzewiały szyld z napisem ; NIE KARMIĆ ZWIERZĄT.
- Porządek musi być... - pomyślał i wbił zęby w owoc.
Jadł
z apetytem, przyglądając się słoniowi. Słoń mu się też przyglądał... Słońce prażyło coraz mocniej, a rój natrętnych much krążył wokół klatki, skąd zalatywał coraz większy fetor.
Pan
Jacek zamachnął się i rzucił w słonia malutkim ogryzkiem.
- Żryj piorunie... - szepnął i zabrał się za drugie jabłko.
Zwierz
tymczasem długo grzebał trąbą w ekskrementach poszukując ogryzka... Pan Jacek, wielki miłośnik zwierząt, nie mogąc dłużej znieść tego widoku obrócił się i poszedł ścieżynką, która zawiodła go pod klatkę z małpkami. Tu zmiana nastroju. Siwobiałe, zwinne, o długich ogonach, kicały zręcznie po suchych gałęziach przyczepionych do żerdek klatki. Poruszały się szybko i tak śmiesznie, że rozbawiło to pana Jacka do łez. Twarz jego poczerwieniała, usta rozeszły się w stronę uszu i śmiał się, że niech Bóg broni..!
Jedna
z małpek przysiadła na chwilę tyłem do niego, tuż przy brzegu klatki, a tak, że ogon był wysunięty na zewnątrz. Pan Jacek nie wytrzymał. Śmiejąc się do rozpuku, chwycił za ten ogon i ciągnął... Ciągnął mocno i z taką pasją, że zwierzątko piszczało okrutnie, zapierając się czterema kończynami i próbując uwolnić. Pozostałe lokatorki klatki zbiły się przeciwny kąt, tworząc okropny hałas... Cień paniki i terroru przygasił zabawę i pogodny nastrój.
wreszcie spocony i zmachany, pan Jacek rozluźnił uchwyt palców i małpisko jednym susem znalazło się wśród swoich towarzyszek. Zrobiło się nagle cicho... Pokrzywdzona, z naderwanym ogonem leżała na boku i łzawo utkwiła swe małpie oczki w panu Jacku.
- Co się kurwa gapisz..? Też, jeszcze co, małpami się będę przejmował... - mruczał niechętnie i polazł dalej...
Ach
..! Westchnął na widok białego misia... Był przecież wielkim miłośnikiem zwierząt...!

KONIEC 1988