opowiadanka 51-60

główna strona
strona informacyjna
opowiadanka      1-10
opowiadanka    11-20
opowiadanka    21-30
opowiadanka    31-40
opowiadanka    41-50
opowiadanka    51-60
opowiadanka    61-70 
opowiadanka    71-80
opowiadanka    81-90
opowiadanka    91-100
opowiadanka  101-110
opowiadanka  111-120
opowiadanka  121-130
opowiadanka  131-140
opowiadanka  141-150

 

Zwierzęta

Spowiedź

Bajeczka dla dorosłych dzieci

Samarytańska scheda

Momenty prywatne

I Herkules dupa, kiedy ludzi kupa

Zastrzegli, co by nie wracał z pustym wiadrem

Koperek czy bazylia..?

Po somsiedzku

Nic, ino piwsko żłopie

 ©2005prawa autorskie humoru iście żenującego 

Zwierzęta

( Ogony )

Te różnią się od człowieka tym, że mają ogony... ( Zaznaczmy w nawiasie, że węże szczególnie biedne, bo mają TYLKO ogony... )
I
tu powstaje pytanie; dlaczego zwierzęta mają ogony? Odpowiedź jest dosyć prosta; - Bo nie noszą majtek... Funkcja ogona jest więc taka, że zakrywa odbyt chroniąc go w ten sposób przed muchami.
Ogony
bywają różne. długie, kręcone, też i całkiem maleńkie, lub takie średnie a gładziutkie, co wiszą jak równiutko przycięty gałganek. Z reguły ładne. Ba,...lisi ogon jest piękny! Ale, nie zapędzajmy się za daleko z pochwałami. Ogon ogonem, ale czy ktoś potrafi sobie wyobrazić, co się dzieje pod nim? Co się TAM wyprawia?...
Prawda
bowiem jest okrutna. Wystarczy zbilżyć nos by się przekonać, że wszystkim zwierzętom i to bez wyjątku, śmierdzi z dupy!...
Słoń
na przykład. Stoi to w ZOO na wybiegu, słońce piecze, muchy wślizgują mu się z bzykiem w uszy, a on śpi na stojąco. Zad oczywiście równiutko okryty pasemkiem ogonka. Czy kto kiedy widział, aby ten dostojniak z trąbą czyścil sobie okolice odbytu?... Czym i jak?... Oczywiście, że nie. Zatem panuje tam nieświeżość.
Krowa
także nie podciera dupy papierem, ani nie wylizuje, jak to robi familia kotów. Psy z kolei starannie omijają ujście jelita parszywego i liżą się po jajach. Fe..! paskudny to nawyk, ale niestety, dziedziczny. Tu trzeba dodać, że niektóre rasy mają niegodziwie obnażone dupy, gdyż ogony natura zakręciła im do góry. Co za widok! Gdyby tak przyjrzeć się z bliska, to od razu można zauważyć resztki fekalii na ciasno splecionych zwieraczach odbytu.
A
jak wygląda to u lwa? Król zwierząt zawsze starannie zakrywa przedział swym zamszowym ogonem. Nawet jak goni za antylopą, to zadu nie widać. Bez wątpienia też stamtąd czuć.

( Mordy )

Dosyć nieprzyjemne słowo, gdyż wywodzi się od słowa; ‘mord’... A pysk na ten przykład? Owszem, od pyskowania... Pozostaje więc ryj lub twarz, lecz to ogranicza się do świń i ssaków ludzkich. Lico też nie pasuje. Bo czy tapir może miec lico? Tak samo jak małpa nie ma ryja, kot twarzy, a mysz pyska. Nazwijmy więc te lica i ryje “Przybytem”...Przybyt? jak najbardziej, biorąc pod uwagę, że otwór wylotowy nazywa się - Odbyt...

( Cwaniactwo )

W świecie zwierząt jest wielu cwaniaków. Ba, niemal w każdym stworze natury, czai się ta cecha. Lis na przykład. Pysk ( przybyt ) ma okrągły jak talerz. To nie przez przypadek. Patrzysz z daleka i; - co za czort?! Wilk czy kot?...- I strach cię trawi na samą myśl, że wilk tak zmalał, a kot stał się taki wielki... Reakcja? - nogi za pas i wio.- A lis spokojnie lezie do twego porzuconego na trawie pikniku i żre, mu się kita rusza.
Sowa
...wyłazi to w nocy z dziupli i śpi na drzewie. Ślepia jej przy tym świecą, jak lusterka na żydowskim jarmarku, bo wiadomo, że tylko udaje że śpi!... To dla zmylenia grasujących w pobliżu myszy. A te z kolei tańcują w ciemnawych pomieszczeniach, ale tylko wtedy oczywiście, kiedy nic żywego nie kręci się w pobliżu. Sowa więc czeka, cwaniacząc się, a mysz w cwany sposób siedzi cicho. Psy gdy złe szczerzą zęby popisując się przy tym wymową litery “R”. Te biedne stworzenia nie zdają sobie sprawy, jak bardzo wtedy brzydkie. Dotyczy to każdej rasy i gatunku. Oddając kał także przyświecają pozą wyjątkowej brzydoty. Z tym, że bardziej wyrośnięte kolesie mają szansę zatuszować ten wielce niemiły dla oka obrazek. Warunek jest jednak taki, że muszą znajdować się w terenie górzysto- pagórkowatym, i...musi leżeć śnieg, czyli cwaniactwo tego triku musi być praktykowane wyłącznie zimą.
Idzie
więc taki wyżeł, czy owczarek pod górę, zatrzymuje się w połowie i robi pół-przysiad z czynnością natury swoistej, pozorując narciarza... Z daleka wygląda to na nie lada sztuczkę, zastygnąć tak na nartach w połowie drogi...Nie każdy to potrafi!
Kangury
z kolei skaczą. Trudno mieć w obejściu takiego maskota, co ciągle podskakuje. Bo może być tak, że w porze kolacji podajesz mu na tacy orzeszki ziemne z makiem, a ten wyrośnięty na 2 metry kamrat z Australii, nyka z wielce niezadowoloną miną na posiłek niemiły jego podniebieniu i jednym fyrdnięciem do góry wytrąca to coś z twych ofiarnych rąk. Bryka potem jak na sprężynach po całym podwórku i na koniec próbuje wcisnąć się do sieni, gdzie stoi wiadro świeżej, dopiero co odcedzonej śmietany.
Należy
wtedy stać za drzwiami z pustym workiem w rękach i jednym ruchem nasadzić brykaczowi na głowę.

KONIEC (23 Maj, 2003)

 

Spowiedź

Konfesjonał był stareńki, nieco koślawy. Przy okienku do spowiedzi skrawek
przeniszczonego
chodniczka. Tam klęczał Jakub Bzykacz. Skromnie pochylona głowa, czapka w ręce. Włożył na okazję świąteczne ubranie i wypastował buty. Był nawet z rana u golibrody.
Żywot
prowadził grzeszny i przygnało go tutaj sumienie. Kradł, oszukiwał, kłamał i ruchał wszystko, co ma nogi racice i łapy. Wczoraj zgwałcił kota z plebanii. Przyłapała go na tym gospodyni i zagroziła władzami, gdy to jeszcze raz rozepnie portki na zewnątrz swojej chałupy.
A
mieszkał sam. Nudnawo mu było, tyle co czasami pobrzękało coś z lichego radyjka ustawionego na kredensie. Wieczorami zwykle wajchy przekładał. Płeć piękna unikała go jak zarazy, choć kawalerem był i dopiero na czterdziesty drugi mu szło. A wszystko przez to, że przyrodzenie miał mizerne i krok niedomyty. Chałupa też była jakaś taka zgrzybiała i nieświeża, a całe jej wyposażenie, to zbiór przypadkowych gratów. Ziemi nie posiadał. Żył z zasiłku i tego, co podwędził. Złodziejem był od drugiej klasy podstawówki, na której zakończył edukację. Wtedy mieli jeszcze pole i dziadek potrzebował każdej pary rąk do roboty na nim. Wychowywał go sam i od początku uczył różnych sztuczek.
Od
niego to Jakub dowiedział się, że najlepiej ruchać krowę zaraz po dojeniu... Miał wtedy 9 lat. Potem były wyprawy na łąkę, gdzie pomysłowy dziadek kontynuował swe zdradzieckie triki i pokazywał to na owieczkach, jako że niskie były i bardziej pasowały do jego chłopięcej postury. Dawał mu wtedy landrynki i ogłaszał, że będą jeszcze z niego ludzie .
Zaczynało
mu się to podobać. Robił to, o czym jego rówieśnicy nie mieli pojęcia i nie raz miewał chęci przeogromne, by się pochwalić, ale......dziadek zabraniał, i jeszcze przysięgać kazał przed obrazkiem Częstochowskiej, że nikomu nie powie.... Trapiło go to okrutnie, jako że imponować lubił, a tu słowa pisnąć nie wolno.
W
14-ste urodziny był na tyle wysoki, że potrafił na stojąco a bez taborecika wyruchać krowę. Jakoś tak zaraz parę dni potem, ducha wyzionęła i w chałupie smutno się zrobiło, bo pozostały tylko kury i kaczki, a te trudno było złapać. Sąsiad sprzedał owce. Działo się coraz gorzej. Dziadek popadł w depresję i burza zmiotła dach z chałupy. By go odbudować, musieli wydzierżawić pole, którego już nigdy nie udało się odkupić. Potem głód wyszczerzył kły i Jakub z workiem pod pachą urządzał nocne wyprawy. Buszował po strychach, komorach i piwnicach. Zawsze coś przyniósł i jakoś żyli.
Raz
jednak zwinął przeleżały połeć wędzonki u zduna pod wsią, po której dziadek dostał takich konwulsji, że mu język wylazł na brodę, a potem znieruchomiał na zawsze. Jakub został sam. Kilka razy udało mu się zwabić pod swój nowo wybudowany dach wścibskie seksualnie małolatki. Szybko jednak rozniosło się po wsi, że zaglądać tam nie warto, bo nie dosyć, że smrodliwie, to jeszcze owa wścibskość nigdy nie była zaspokajana. Jego frędzelek nie był dłuższy od mysiego ogonka i jakiś taki miękkawy, a do tego niemrawy.
Kręcił
się więc po krzakach wzdłuż pola i obserwował stamtąd pochylone nad zagonami babskie zady zarysowujące się pod spódnicami. Szukał też podniet na procesjach, jako że tłok wtedy panował niemały i można było z odrobiną szczęścia przylgnąć do niejednej dupy, a przy tym dmuchnąć pulares z torebki. Lubił te procesje. W miarę jednak upływu czasu przyuważył, że ta dreptanina wśród wiernych i na miedzach jest coraz mniej ekscytująca. Tyłki go otaczające robiły się z roku na rok starsze, a te młode srałki zaczęły od tych miejsc stronić.
Nie
było więc rady, jak sprzedać chałupę i wyjechać. Ale najpierw postanowił zwierzyć się ze swych utrapień dobrodziejowi. Klęczał więc teraz głęboko zamedytowany i myślał, co by tu takiego rzec. A przdstawiciel boży siedział za drewnianą przegródką i czekał.
- Prosze księdza.....- zaczął - a to mam coś do wyznania....-
- Słucham synu, tylko prawdę powiadaj -
- W oborach i na polu grzech popełniałem -
- To znaczy, cudzołożyłeś?-
- I tak, i nie. Jedne były moje, inne sąsiadów...-
- Z wieloma to robileś?-
- Przyznaję, że tak...-
- Rozgrzeszenie dam, jak usłyszę o tym...-
- Przecież już powiedziałem -
- Synu, Bóg wprawdzie wie, ale mnie trza oświecić w detale...-
Bzykacz
spocił się ze strachu nagłego, czapką usta przysłaniając.
- Kiedy wstyd mi wyznawać...-
- A komu jak nie księdzu duszę otworzysz? To twój obowiązek święty...-
- Więc dobrze...! - Bzykacz wyprostował się nagle hardo i głośny szept powędrował w nastawione ucho dobrodzieja; - Ano krowy i owieczki ruchałem...-
- Często to?...-
- A raz tak, a raz siak...kiedy popadło -
- Synu...toć to obraza mienia bożego! Grzech!....Czy ty wiesz, że za to w piekle już ruszta na ciebie rychtują?!-
Bzykacz
poderwał się na równe nogi.
- Do dupy z takim rozgrzeszeniem! Na darmo buty zdzierałem...-
W
pośpiechu wielkim progi świątyni opuścił, gdyż gorąc go rozpierał srogi po wyznaniach owych niegodziwych. Łąką na przełaj do domu wracał, myśli niespokojne piastując. Nie uszedł daleko, jak wśród krzaków tarniny zabielała mu sierść owieczki. W cieniu se stojała, trawkę skubiąc...

KONIEC ( 29 Maj, 2003 )

 

Bajeczka dla dorosłych dzieci

 Pies pewien, żywot okrutny prządł przy budzie. Łańcuszkiem za obrożę ujarzmiony, dnie całe spędzał w spiekocie letniej. Na dnie miski susza panowała, gdyż wodę i żarcie raz dziennie smakował. Buda, choć wietrzona hojnie szparami niedoskonałości swojej, cuchnęła posłaniem nieświeżym. Ckniło się tam szczekaczowi, jako że jedynie gębę ziemistą a ponurą gospodarza swego oglądał.
razu pewnego, wilk w odwiedziny zawitał. - Witaj kamracie ubogi! - zawołał pies, ogonem zamaszyście merdając.
- W kamrata łapy oddaję...- pokłonił się nisko przybysz z lasu cienistego i legl pobok, miskę pustą dostrzegając.
- A cóż to sprowadza cię w me progi? - pyta pies
- Patrzyłem z daleka, co siedzicie bracie pieski w bezczynności, tom pomyślał zajrzeć z bliska-
Pies
zafrasował się wielce, pustkę miski nosem przysuszonym wskazując;
- Poczęstować nie mam czym...pan mój, franca zapijaczony, zlewek dziś nie pomniał
podać
...-
- A tom cholera trafił...W lesie ostatnio myszy jeno łykam, bo inne futrzaki cwaniactwo zwietrzyły przed wilkami. Widzę, co ciężko pedałujecie kamracie. Nie dość, że swoboda u was na dwa metry długa, to jeszcze i miska świeci dnem...-
- No a myszy tego roku dużo?...- pies zmienił temat uchu niemiły.
- Troche tego jest, ale naganiać się trzeba -
- Eeeeeee........a u nas to kot tylko myszy łowi - powiedział pies z miną wyższości, zadem przysłaniając kąt paskudny za budą.
Wiaterek
tego dnia powiewał i coraz to natrętną falą zapachy nieświeże stamtąd nanosił, a rój rozbzykanych much tańcował zdradliwie w pobliżu.
- A ja przynajmniej nie muszę wdychać własnych smrodów - zawołał wilk zaczepnie, - przykucam, gdzie mnie wola poniesie, a potem szuram z miejsca parszywego i w gaikach zielonych pieszczą mnie perfumy natury...-
- Jak taki z was gieroj kamracie, to po co tu przy mnie przesiadujecie? -
- Bom z daleka myślał co smaki jakie w misce macie, a tu i pusto, i smrodliwie...! -
- To weź mnie ze sobą. Ja też swobody bym zakosztował -
Wilk
śmiechem parsknął, pchły wystraszone z kołtunów jego skakać poczęły.
- Ty myślisz, co ja głupi!? A kto się tobą tam opiekował będzie?..Chyba, co kota weźmiesz ze sobą, by i za ciebie myszy łowił...-
- To znaczy, żreć nie ma co? -
- Swoboda kosztuje -
- Tylko, że ja i głodny i bez swobody...-
W
tym momencie czasu ziemskiego, kroki zadudniły zza stodoły, co to po sąsiedzku stała i widmo pijanego gospodarza wyłoniło się na podwórze.
- Co, znowu szczekasz po próżnicy!? - zachrypiał. Wilk w krzaki wlazł, a pies do budy.
- To tak witasz pana, darmozjadzie straszny!? Już nawet chwostem nie zamerdasz?...-
Ale
pies schował się w kąt i drżąc ze strachu, nosem tam dziurę rył. Zad jego wypięty ździebko na zewnątrz wystawał. Gospodarz kopnął miskę, którą poniosło w krzaki  gdzie skrył się wilk, i przykucnął, zarkając w czeluść budy.
- Co tam kryjesz przede mną? - zainteresował się, ale pies bliski obłędu w terrorze całkowitym skamlał ino, zadem wiercąc nerwowo. Pan jego za zniewagę to przyjął. Wstał i kopniaka wymierzył w pieske pośladki, ten ze skowytem cały do budy się wcisnął. Gęba mu tylko widniała w półmroku, gęba dysząca i mlaskająca.
I
wtedy to nastąpiła zadość przeznaczenia. Wilk z krzaków susa dał, portki pijaka rozrywając. Z wrzaskiem ogromnym uciekł on w stronę chałupy.
- Kamracie! - rozległ się z budy głos olśniony zachwytem - Za to, że pomogłeś mi w chwili niedoli, z wdzięczności mej osoby pokornej życzenia spełnię trzy. Rzeknij więc to słowo bracie leśny! -
Wilk
ślepia przymróżył i tak powiada; - Usługi oferujesz, a sobie pomóc nie potrafisz?... Wiesz co cwaniaku, a pocałuj ty mnie w dupę - To mówiąc czmychnął w szuwary i od tamtej pory, psa z wilkiem trudno dojrzeć razem. Dobranoc dzieci.

KONIEC 28 Lipiec, 2003

 

Samarytańska scheda

Wiesław Kopytko był szczerą duszą. Lubił się podzielić z bliźnim tym, co miał. A szlachetność u niego była tak wielka, że zamiast wydać ostatni grosz na piwo jak to czynili jego kamraci, on wolał sypnąć do czapki żebraka.
Szedł
ano uliczką brukowaną. Gorąc był straszny, bo to sierpniowa pora była. Pot obficie spływał mu po skroniach spod leninówki, jako że daszek miała to od słońca chroniła, ale jednak z wełenki uszyta, to i łeb pod nią topniał. Pragnienie nagłe i wręcz niepokojące objawiło się suchością w gardle nieboraka. Poszperał w spodniach, bo to sklepik dojrzał w oddali i wody gazowanej zapragnął skosztować. Wydobył z czeluści kieszeniowej parę złotych i już miał wartko przyśpieszyć kroku, gdy z cienia lipowego jak duch pojawił się nagle Heniu Rozpacz. Pachniał biedą i kacem, a to niedobry znak.
- Pożycz Wiesiu na piwo...- powiada bez wstępu, a tak błagalnie, że u Kopytka dusza niemal zapłakała, bo to czuły na prośby był. Rozpacz wyglądał też przepisowo żałośnie. Zafrasował się wielce Kopytko, gdyż pić okrutnie mu się chciało, a wiedział, że drobnych nie starczy, by napoić obu.
- Przegrys bym tesz co...- zagadał znowu Rozpacz, łypiąc przy tym zakisłymi oczkami.
Wiesław
Kopytko poczuł nagle omdlewającą niechęć. Bo i jak można dać, gdy i u niego bieda i niedola warczały niegodziwie? Taki już był, że prosić, ani odmówić nie umiał. Oddawał więc mizerne resztki takim jak Heniu Rozpacz, a potem sam wariował z głodu. A wszystko przez to, że duszę miał współczującą. Raz nawet oddał znajomemu jedyne buty, a  potem sam na boso po świecie spacerował. Uczynny też był, jak mało który. Dziadka, co to miał paraliż w kostkach, przez sześć lat i dwa miesiące na rękach wynosił do wychodka za stodołą. Gdy ostatnia godzina wybiła, dziadek czapką go obdarował za fatygę kamracką i w chwilę potem przy świetle gromnicy nogi naciągnął. Wiesław dziarskim wówczas był młodzieńcem i dorabiał na życie jako wykidajła w lokalnej pijalni piwa. Dobrze mu się wiodło w owe czasy, ale przeminęły i gdy pięćdziesiątka zafundowała mu łysinę i cztery pniaki w ustach, bieda zaczęła przygrywać smętną nutę rencisty. Skromny więc prowadził żywot, aczkolwiek drzwi miłosierdzia były otwarte tak szeroko, że szalał w nich czasami przeciąg głupoty. A to wspomagał ci wszystkich okolicznych mentów. Taki Stasiu Grzechotka na przykład, śmierdzial denaturatem i starą golonką, ale nigdzie w życiu nie pracował, bo uważał się za arystokratę. Za ćwiartkę ‘czystej’ opowiadał chętnym o swoim poprzednim na ziemi żywocie, jako bogaty ziemianin na majątku niebylejakim urzędującym... Wierzył w reinkarnację. Wśród pijaków był uważaną figurą, jako że umiał długo, a ciekawie opowiadać. Miał dar przekonywania.
Wiesław
Kopytko, choć sam nie pijał, często przysiadał w pobliżu, by posłuchać gaworzenia ciężej doświadczonych kamratów. Niedola pijaka ma bowiem w sobie to, że potrafi rozczulić a nawet wzbudzić zrozumienie, czemu taki Wacek czy Lesio łapie za kielich jak ksiądz przy podniesieniu. A że Kopytko był filantropem z natury, opieką iście matczyną ogarniał brać ową potępioną.
Do
czasu jednak i takie sentymenty. Bo oto znowu twarz Henia Rozpacza wyłoniła się z cienia zamyślań, tyle, że bardziej intensywana i natarczywa.
- Wiesiu..! Co tak stoisz i nic nie mówisz?.. No jak z tym piwem?-
Dźwięki
te niechętne dotarły do niego ze zdwojoną siłą niecierpliwości ofiary kaca. Coś nagle pękło w szczerości duszy jego miłosiernej, w niełaskę się obracając.
- A pójdziesz ty, dziadu zapleśniały!?- wrzasnął nagle w gębę kamrata uprzykrzonego. - Co to, mam żywić i poić darmozjada strasznego!?.. A kysz z tobą, i dupy ty mnie więcej nie zawracaj! -

KONIEC 1.7.2003

 

Momenty prywatne

( Swędzenie w miejscach prywatnych )

Każdy z nas bez wyjątku, potrzebuje być sam z sobą od czasu do czasu. Osoby u których następuje zbyt częsta inwazja chwil osobistych poprzez intruzów w postaci krewnych, przyjaciół i sąsiadów, prezentują irytację całkowitą. Weźmy na ten przykład pana Zdzisia Puder-Hyc, który schował się przed narzeczoną do garażu, gdyż poczuł, że niewielkie swędzenie na krawędzi odbytu przerobiło się w natarczywe łaskotanie całej tej wstydliwej okolicy. A tym czasem kobieta jego snów siedzi obok i oka z niego nie spuszcza. Na domiar złego bawi się jego dłońmi i teraz już zupełnie nie ma jak się podrapać. Założył więc nogę na nogę zaciskając pośladki, ale zrobiło się jeszcze gorzej. - Idę się przejść- mówi nagle i wstaje.
- Ależ kochanie, dokąd? Chcesz mnie tak samą zostawić?- I już sytuacja robi się bardzo nieprzyjemna. A że swędzenie jest wręcz niemożliwe, pan Zdzisio kręci się chwilę po mieszkaniu i znika tylnimi drzwiami poprzez kuchnię do ogrodu, a stamtąd do garażu. Ledwo próg przestąpił, jak ulgę doświadczył natychmiastową poprzez podrapanie dupy swędzącej wprost okrutnie.

( Dłubanie w nosie )

Swoboda. Relaks bycia w swoim towarzystwie... Jest to luksus i nie lada draka dla człowieka współczesnego. Taka błacha kwestia jak nieco zakitowany nos, potrafi być wielce irytująca i jest w stanie nawet rozproszyć uwagę podczas rozmowy z kamratem. Siedzi taki koleś na wprost, siorpie piwo i gada; - Kaziu, widze co mnie nie słuchasz...- A ofiara suchych substancji w nosie robi głupie miny, wciągając i wypuszczając powietrze odgłosem smarkającym. Od czasu do czasu muska dyskretnie wejście do nosa, co daje złudzenie ulgi.
Prawda
niezaprzeczalna jast taka, że w kącie prywatnym każdy chętnie grzebie palcem w nosie. Ruchem falującym górnego segmentu palca wskazującego wydobywa się suche, lub wpół wilgotne gile. I wtedy zaczyna się prawdziwy bal. Taki nieobserwowany przez bliźniego kiciuś, rozciera ‘to coś’ w palcach dopóki nie sklei się z tego solidna kuleczka, którą na koniec można pstryknąć przed siebie. Jest to zajęcie wielce absorbujace, wywołujące często stany hipnozy i semi-medytacji.

( Uwolnienie brzucha z obcisłych portek )

Istna tragedia, gdy siedzi taki osobnik w towarzystwie napinając resztki muskułów podczas gdy w ciemnościach poniżej pasa dzieje się coś strasznego. Sciśnięty bowiem niemiłosiernie paskiem spodni, jest nabity tłuszczem wał sadła. I to jest nieciekawe, a już robi się prawdziwie paskudnie, gdy worek żołądkowy jest równie przepełniony. Każdy oddech jest udreką, każdy ruch powoduje męki niewygody osobistej. O uwolnieniu się z tego portkowego uścisku nie ma mowy. Chyba, że jest to ustronne miejsce domowych pieleszy. Wtedy taki posiadacz rozchlapanego z roztycia torsa łazi po mieszkaniu boso, rozdziany od połowy w dół. Nie ma potrzeby zakrywania i wciągania torbieli tłuszczowych, które spiżarnią naturalną każdego obywatela z nadwagą.

( Pierdzenie )

Jest to czynność wielce uprzykrzona i niepożądana w towarzystwie. Chyba, że kamrat jest znajomy od lat kilku, ale i w tym też istnieje cień ryzyka.
Niektórzy
pokutnicy po ślubie lat 30, a nadal solidnie zaciskają odbyt w obecności drugiej połowy świętej przysięgi. Zazwyczaj tyczy się to płci żeńskiej i wstrzemięźlniczkę można poznać po wiecznie zmartwionej, zasuszonej twarzy, wykrzywionych niezadowoleniem ustach i nieświeżym oddechu. Łazi taka po mieszkaniu wiecznie poirytowana, z miną męczennicy i zrzędzi, i narzeka, to znowu opisuje coraz to inne choroby kumom swoim. A w przewodzie pokarmowym grasują gazy trawienne zakitowane do systemu przed wieloma laty. Lecz dewotka przyzwoitości boi się dać im upust. Czasami, gdy jest już całkiem źle, popuści śmierdziela w kącie, który jak chmura niedobra wisi w powietrzu i odstrasza płeć brzydką.
Siedzi
potem taka w towarzystwie pacierzy i litanii, nic nie pojmując. Panowie zaś z reguły nie robią z nadmuchanych jelit wielkiej tragedii. Do wypuszczania wiatrów przystępują z werwą i determinacją, przecinając powietrze trzeszcząco-ostrym podmuchem.
W
sytuacjach wyjątkowych, takich jak w biurze gdy jest obecna sekretarka, na pierwszej randce, czy w galerii sztuk pięknych, następuje tzw. poskromnienie wyziewów trawiennych i w rejonie portek panuje cisza całkowita.
Ale
najgorzej się chyba dzieje, gdy bulgot natarczywy buszuje po jamie brzusznej przechadzając się z jednego boku na drugi i atakując raz po raz zaciśnięty niemożliwie odbyt. Idzie wtedy taki pan dyrektor szybkim spacerkiem w stronę ubikacji na korytarzu. Tam prędko zamyka się w kabinie i od razu traci maskę przyzwoitości obywatela wykształconego, nadymając wypięty zad nad klozetem.
A
tu - nic... Próbuje więc znowu i czerwienieje na gębie z wysiłku. Cisza. Robi więc dwa przysiady i kręci nogą rowerek jednostronny. Na darmo. Zawiedziony wraca do biura, siada w fotelu i oto znowu czuje, jak w jelitach grasuje niewygoda doczesna. Najpierw powoli, z dala od odbytu. Lecz szybko powraca do stanu poprzedniego i do tego ze zdwojoną siłą świdruje okolice ujścia.
Wielce
poirytowany zarządca firmy rzuca z pasją słuchawkę od telefonu i krytycznie obserwuje skamieniałą ze strachu sekretarkę. Po chwili pędzi znowu korytarzem...i - okazuje się, że znowu za późno...
Z
prawdziwą ulgą zjawia się wieczorem w zaciszu miejsca prywatnego i tam nareszcie sam, pierdzi jak murarz nad betoniarką, echo niesie pomiędzy barkiem a skurzaną kanapą. Tacy zazwyczaj nie chcą się żenić, a na przyjęciach często biegają do miejsca ustronnego.

KONIEC ( Połowa lipca 2003 )

 

I Herkules dupa, kiedy ludzi kupa...

W gminie Suszki Wielkie zorganizowano konkurs na wzorowe gospodarstwo. Wieś liczyła sobie 50 chałup i była przykładem dziedziczenia pola z pradziada na dziada... Tradycja ta przetrwała wszystkie inne tradycje i była chyba jedyną...jeszcze do niedawna. Sławomir Miedza na ten przykład, przeciwny tradycji dobrej woli był skłócony z pierworodnym, który po ożenku zakotwiczył się pod jego sufitem i oznajmił, co nigdzie nie pójdzie. Ma czas, to poczeka na ojcowiznę choćby paręnaście roków. Miedza, że to krzepki był i zawzięty, a czuły na przytyczki o starości, batem w złości niewyżytej bydło okładał.
O
konkursie słyszał, ale że konkurów było niemało, niwiele się tym interesował.
- A co mnie ta po tym...- powiadał
- Nagrody pono dają...- zamamrotał sąsiad zza płota, Zygmunt Bieda, kurzą łapkę ze smakiem zajadając.
- Eeeeeeeeeeeee.........., jakie tam oni bedo dawali nagrody......-
- Słyszał, co ładne rzeczy....Z miasta ponoć!...-
- To pewnie tym pomiędzy sobą wybranym rozdadzą....ja ta nie wiem...konkursa im sie zachciało...-
- Podobno to w ramach mobilizacji, by zachęcić ludzi do roboty-
- A bo to kto siedzi?...-
- Som tacy, co niewiela tam dbajo...chałupy jak chlewy, a chlewy panie, do wychodków podobne! Sam widział, u Mietka Pstrykałki kury na ten przykład pod łóżkami nocują...-
- Eeeeeeee...tam...-
- No to jak, zajrzy pan do świetlicy?-
- A co to już dzisiaj ma być?-
- Tak powiadali. Pójść zawsze warto. Ja tam na rozrywki łasy, a i moja tesz już sie szykuje. Mówili, co i potańcówka ma być-
Rozeszli
się żwawo, każdy w swoją stronę. Bo po prawdzie, Miedza też był ciekawością łechtany. A nuż zdobędzie główną wygraną?... Podwórze co wieczór zamiatał, a krowy, choć batem łoił, to jednak boki starannie z łajna ocierał. Ba, wiaderko przy studni raz w tygodniu polerował lśniło, że i odbicie własne ujrzeć się dało. Stara jego zaś robiła najlepsze serki w okolicy, a już dynie to wyrosły u nich takie, co i we dwoje z synem udźwignąć nie dali...
Przyodziewając
się w garnitur przemyśliwał na różne sposoby, co też i za to mu dadzą... Liczył conajmniej na samochód... A może i gotówka jaka?... Dobudowałby zaraz ze dwie izby, to i luźniej by się u nich zrobiło... W końcu ręką machnął, że tak czy inaczej, to i tak opłaci się pójść. Ktoś nawet wspomniał przed tygodniem, co słyszał od kogoś, jak tamten widział, że ponoć zwieźli do gmachu gminy całą przyczepę telewizorów szeroko-ekranowych... Te, niby prawie wszyscy dostaną za pilność przy żniwach.
Nie
dziwota, że wieś cała zeszła się do świetlicy i usiąść ni stanąć nie było gdzie, a połowa narodu na podwórzu się stłoczyła. Miedza ledwo co za drzwi zdołał się wcisnąć. A że wysoki był, to i podium dojrzał z kąta odległego. Taboret i mikrofon widniały tam w świetle żarówki.
W
minut parę, prezes zjednoczenia rolników wkroczył spoza kotary z boku, pudło wielkie oburącz przed sobą taszcząc. Umilkły więc szmery i rozmowy wszelkie, a twarze w uroczystym wyczekiwaniu zwróciły się w kierunku akcji koło mikrofonu. Cisza zapanowała, że ino skrzyp pudła ustawianego na stołku słychać było. Prezes przysunął usta do mikrofonu i chrząknął weń parę razy. Zapiszczało przeciągłą nutą z głośników, i tym oto sygnałem mowę wygłaszać naczął. Długo, a z pasją gorącą o rolnictwie wywodził. Potem, o siewach w polu mądrze powiadał, a na koniec o porządkach między stodołą a chałupą prawił.
Co
niektórzy kręcić się niespokojnie poczęli na krzesełkach twardych, bo już i zady bolały od siedzenia, a niejednemu dłużyła się ta przemowa uroczysta.
Niecierpliwością
zapachniało wśród zebranych. Zmurszałe wyczekiwaniem gęby rozglądać się zaczęły po sali. Niejeden też wzrokiem świdrował kotarę w kącie, czy przypadkiem nie zaczną wnosić już nagrody. Lecz zasłona nawet zdradziecko nie zafalowała w przeciągu, który to pomiędzy drzwiami a okienkiem świstał od czasu do czasu.
- Obywatele! - zagrzmiał nagle głos prezesa w nowym uniesieniu - A teraz, przystąpmy do rozdania nagród!...- Proszę...- przedstawiciel zjednoczenia rolników pochylił się i zaczął grzebać w ustawionym obok pudle. Wydobył z kieszeni okulary, na twarzy usadowił, i szperał dalej.
- O..! Znalazłem, jest! Proszę...- w ręku trzymał kilka podłużnych papierków - to dla pana Zbigniewa Wycuga... Pierwsza nagroda, czyli, bilety do Zoo, na wstęp dla 6-ciu osób! - podkreślił uroczyście. Wśród kilku niemrawych oklasków, chłop niziutki a mizerny przecisnął się do przodu. W podzięce wydukał do mikrofonu tonem wielce nieśmiałym, że czasu im pewno nie starczy by wybrać się do miasta. Znikł też szybko z powrotem w tłumie zebranych. Zaś rozochocony prezes ogłosił z entuzjazmem następne dary dobrej woli... I tak, na drugim miejscu była - pompka do roweru, na trzecim - komplet szklanek, a czwartą nagrodą była cerata na stół...
Sąsiad
Miedzy oglądał właśnie przykurzoną nieco ceratę, jako że na czwarte miejsce go wyłowili z tłumu.
- A cie...ale sie wysilili!..Toż to same tandety!..- rzekł do Miedzy
- Eeeeeeeeeee, a co mnie tam po tym...- ziewnął przysłaniając twarz, co by sąsiad prawdy gorzkiej z lica zawiedzionego nie wyczytał...
- Bubli narozdawali, i tyla..! - zaoponował Bieda
- A jakże, bo i prawda - zagadał inny
Nagle
świst rozległ się obok. To zdobywca drugiej nagrody pompkę wypróbowywał, co to syczała i zacinała się przy ruchach jego niecierpliwych.
- I na co mnie to?...Roweru nie mam...chyba, że krowom lewatywy tym bede robił!...- splunął, gdyż znienacka rączka na pół pękła, od reszty odlatując.
- Ot, i na nic już...-
W
tejże chwili, prezes zjednoczenia rolników pojawił się przechodząc w pobliżu.
- Panie! A przystańcie no tu... Pomówmy...- zaczął Miedza
- Nie teraz obywatelu, śpieszę się-
Koleś
od pompki zastąpił mu drogę, fant połamany pod nos podsuwając.
- Patrz pan, ten szpargał i ostatniej nagrody nie wart!-
- Reklamacji nie przyjmuję...-
- Ależ to zwykłe oszukaństwo! Żeby ludziom rozdać jekieś stare szpargały?!...-
- A prawda! Prawda!...Nas w pole gonią, a sami gadki szlifują w cieniu za biurkiem! Przecież to kara boska..! A gdzie potańcówka?..- I już w ludzi jakby piorun strzelił, bo rozkrakali się na dobre, a każdy niezadowolenie swe głośniej krzyczał od drugiego, że i już nie było słychać o czym kto wrzeszczy. Baby stare też zawodzić poczęły, i zgiełek okrutny rozhulał się w tłumie gniewnym.
Prezes
, widząc co się święci, cichaczem próbował umknąć, ale wnet go złapali, do muru przyciskając, a wyjaśnień żądając. Zezłościlo to pana od spraw wyższych.
- Cicho no! A to chołota straszna jazgocze mi tu! W pole ruszać, na wykopki, a nie gęby tutaj wietrzyć! Jazda do roboty! - Nieborak myślał, co tonem władczym brać polną przestraszy, ale nieobacznie dolał oliwy do rondla goryczy, bo w mig jeden tłum rozjuszony odzienie z niego zwlókł i z pudłem pod pachą kopniakiem ze wsi przegonił.
Biegł
tak zmachany minut parę, w krzaki schonił nieskromności swe obwisłe. Zajrzał w pudło nadzieje wielkie piastując, ubranie naród mu tam upchał... Ale oto nagrody rozdane zawartością swą obdrapaną zalśniły w słońcu...

KONIEC 14.8.2003

 

Zastrzegli, co by nie wracał z pustym wiadrem...

Marian Pukawa ni się obejrzał, jak zmrok osłonił świat. Srodze zmartwiony był i sfrasowany wielce. Stojące obok wiaderko świeciło pustym denkiem. Znowu gówno złowił. Po prawdzie zaś, ostatnio telepał się tam rybi chwost przed tygodniem. A w domu baba zła jak czort w czasie pasterki, jej prababka, dziadek pierwszej żony, i dwie ciotki.
Wszyscy
czekali, co przyniesie z połowu. Zastrzegli, co by nie wracał z pustym wiadrem...
Pech
zaś złośliwie merdał mu językiem przed twarzą zatroskaną. Przejechał niechętnym wzrokiem po nieruchomej powierzchni stawu, wypiął dupę, i pierdnął w tamtym kierunku.
- Na! Ty...psia twa mać... - zaklął szpetnie wodom jałowym.

KONIEC 7.10.03

 

Koperek czy bazylia..?

Przyjęcie u Mieczysława Warkoczyka wypadło na szóstą. Właściwie był to obiad, który okazał się poczęstunkiem. Wacław Tłuszcza, był tzw. nowym sąsiadem, i po roku machania ku sobie głowami z odległości przyzwoitej, postanowiono się poznać bliżej. Wacek w tej intencji cały dzień nie jadł. Szykował ‘miejsce w brzuchu’ jak to u niego na wsi mawiali. Zjeść lubił, a że wybredny nie był, chętnie przystał na zaprosiny.
Już
od rana rozmyślał, co też tam naszykują. O piątej wykąpał się i koszulę czystą włożył do spodni granatowych, a na kant wyprasowanych. Potem, wody kolońskie wąchał, a mieszał i wcierał to tu to tam po trochu. O szóstej grzebieniem przejechał po grzywce w dół, odczekał jeszcze z minutę, jako że to nieładnie było zjawiać się tak w samą porę, bo to natarczywe podobno i poszedł.
Daleko
nie miał, bo Warkoczyki siedzieli na przciw, po drugiej stronie korytarza. Mietek od razu do ‘gościnnego’ go poprosił i zasiedli przy niskiej ławie. Od razu też gospodyni talerze i półmiski wniosła.
O
pogodzie najpierw dyskutowali.
- Pada dziś... - zaczął Tłuszcza
- Ano pada - podjął Warkoczyk
- Wczoraj też padało... - dodała Warkoczykowa
- Mniejmy więc nadzieję, że jutro padać nie będzie - odezwał się znowu gość.
I
cisza zapadła iście nieprzyjemna. Gospodyni wieka półmisków uniosła i łyżką makaron ostro parujący na talerze wyłożyła. Serkiem jakimś omaszczony był, a na wierzchu listeczki zielone sypnęła. Wacek kujnął widelcem i do ust kęs niemały włożył.
Smak
wprost niespotykany rozhasał się po jamie ustnej, i lepszy się stawał z każdym kęsem nowym. Konsumowali też w ciszy całkowitej, gdzie tylko pół procenta spokoju zakłócał zagar na ścianie. Gość zażenowanie poczuł nagłe. Czuł, że wypada pochwalić podaną potrawę.  Najbardziej zaś intrygowała go owa zielenina...
- Koperek..? - spytał, wskazując widelcem
- Bazylia... - pół-wyszeptał sąsiad z miną wyższości. Jego małe rude oczka zmrużyły się przy tym, jak u wielkiego znawcy i smakosza...

KONIEC 7.11.03

 

Po somsiedzku...

Szczepan Srukała kupił worek ziemniaków. Po złotówce odkładał, po grosiku. Smalcu łyżeczka mu pozostała, to przez tydzień  palec w nim maczał i po chlebie wodził, nim do ust włożył. Wodą z kałuży popijał. Kran ano miał zatkany, a u sąsiada studnia sparszywiała po utopieniu się tam kocura ośmioletniego. deszcz spryskał świat, spragnionych napoił, i ożywił to i owo. U Władysława Kuwety na ten przykład, poletko porów omdlałych wyprężyło się na baczność jak przyrodzenie buchaja na widok jałówki! Właśnie co zabrali też kosz fasoli. Srukała zza firanki obserwował to, i widział, jak wnieśli we dwóch z zięciem do chałupy. A późnym wieczorem po porze kolacyjnej słyszał też już pierwsze trzaski z dupy gospodarza. Kuweta postrachem rodziny był i utarło się, co wszyscy tam cicho siedzieli w lęku przed nim srogim. Srukała z drogi mu w pokłonie schodził, jako że sąsiad ze studni dawał łaskawie korzystać.
Do
czasu jednak dobrze bywa. Kuweta kota miał, gdyż plaga myszy ucztowała u nich jak szatan w getcie Nowego Yorku! Wszystkie worki podziurawić potrafiły i z dziur tych nikczemnych ziarno sypało się w sposób okrutny, marnację wielką przepowiadając. Myszy śmigały po kątach jak szarańcza, to kupił Kuweta na targu kocura sielnego, a spasionego srodze dla postarchu. W worku odziurawionym przez gryzonie do domu go przyniósł, aby to już na początku zwęszył na co ma w obejściu polować. Żryć też nie dawał, zmusić chcąc miałkaja do pogoni za myszami. Nadzieje wielkie rokował, jako że całe sto złotych zapłacił za myszołapa na ten przykład.
Cóż
, kiedy kota myszy najmniej interesowały. Inne ci on miał smaki. Zjeść bowiem lubił, byle często a dużo, a najchętniej śmietanę samą. W słonku też ano wylegiwał się a przeciągał, by potem w sieni o zmroku fakalia wydusić pod ławkę tam ustawioną.
Kuweta
frasował się zrazu, a po tygodniu złość szałem go wielkim zniewoliła. Sprał nicponia, nos w paskudzie maczając, po czym w stodole przymknął. Tylko, że dach dziurawy był, to już nazajutrz kot w kuchni się pojawił, gdy akurat śmietanę przelewano do garnczka z gliny naturalnej.
Coś
pływało po wierzchu i gdy Kuwetowa palcem to trąciła, okazało się co to mysz ano utopiona. Wypuściła niewiasta garnek, i mysz w śmietanie chlapnęła tuż pod spasione brzucho kota. Przykucnął pobok, ślepia przymknął i leniwie chłeptał śmietanę rozlaną. Krzyk i harmider gospodarza zwabiły ze strychu, gdzie od rana dach łatał snopkami.
Szczepan
Srukała mocz oddawał wśród pożeczek, jak uwidział przez drzwi wywarte z chałupy obok, co kot zawodzący miałkami piekielnymi wyfrunął. Przepadł po tym gdzieś na dni parę, a Srukała ciekawy tam nawet nie był, gdzie i po co, bo i u niego nie działo się dobrze. Po śmierci konkubiny biedę klepał etiopejską, do gęby nie mając co włożyć. Ziemi swojej nie posiadał, a chałupę dostał od administracji gminnej w ramach pomocy charytatywnej. Swojego nie miał nic. Nawet zawodu, a do roboty żadnej łazić nie chciał. Chałupa skromneńka była, a na zewnątrz klop drewniany srodze zawalony, do ściany jednej bokiem przywierał. W środku rozpacz i tragedia iście osobista. Sterta kału przez drewnianą dziurę wznosiła się jak piramida cuchnąca. Ani and tym kucnąć już się nie dało, to łaził ci on po krzakach sąsiedzkich o zmroku, a po cichu, by nie przyuważyli. Latem srał we zbożu. Najgorzej było zimową porą, bo na śniegu zdradziecko ślad każdy ostawał, a do lasu za daleko było, no i mróz w miejsca podnietliwe szczypał srodze, że i resztki moczu przymarzały do siuraka.
raz z pomysłem wyszedł do Kuwety, aby tamten kupił od niego zawartość drewnianego wychodka jako nawóz polny... Sąsiad śmiechem iście szatańskim parsknął, po czym wnet spoważniał, i tak powiada; - Coś pan, gówno bede kupował? Toż takie coś, to somsiadom i darmo sie nie daje! -
Tak
i pozostało to łajno nietknięte, zaś łajnem zapachniały ich stosunki wzajemne. Kuweta z dala go omijał i na skinięcie głową ruchu nie odwzajemniał, sztywno swoją na karku niosąc. kota ze studni Kuwety wyłowiono i od razu pomruki złe przecwałowały po wsi, że to musi być sprawka Srukały...
Z
worka ano kartofle co był kupił, zsypywał w wiaderko, gdy drzwi się otwarły i Mateusz Wyro do izby wkroczył. Na drugim końcu wsi siedział, zagon kopru i ogórków pielęgnując, jako że pijak był i na zagrychę inną stać go nie było. Stanął ano pośrodku, śliną strzyknął i wzrokiem jak jaskółka krąży po kątach.
- Co tak ślepiasz pan tu? - zagadał Srukała
- A bo ludzie powiadają, że tu Złe przyczajone jekieś, albo jeszcze i co inne -
- Eee tam. Powiadajo, bo sie nudzo. A Kuweta to drań najpierwszy, łazi ano po wsi, i plotki rozsiewa. Już ja wiem, co kota sam do studni ciepnął -
- A bo to kto widział? -
-...On sam wie najlepiej -
- A ja słyszał, co on na pana wskazuje...ponoć mówi, co pan siły nieczyste za kamratów ma- 
- Wściekł się chłop!? To niby ja by głodem przymierał gdyby tak było? -
- Tego nie powiedziałem...ale we wsi widziały, co pan niewiadomo za co i skond worek kartofli niósł...-
- Skond!? Za co!?...A ze skupu frajerze! I po złotówce za kilo, a ściubałem psia mać z zasiłku odkładając, by tera choć ras sie porządnie nażreć! A teraz, chodu stąd. Sru! Mam w dupie Kuwete i co tam powiada! Ja tu cholera już ledwie łaże! Od tygodni nie mam czym się wysrać, a takie mnie tu o siły nieczyste osądzają...-
Wyro
wyleciał, acz w progu wyminął Stanisława Paciorka. Niski to był chłop, a cichy i pobożny, tyle, że kłopoty wstydliwe miał, jako że za nic wiatrów ciała swego powstrzymać nie uredził. ‘Pochwalony’ wypowiedział, a z portek skrzek niepoczciwy falą zgrzytliwą dołem przeleciał.
- Co pan tu pierdzieć przyłazi!? - warknął gospodarz ku powitaniu niemiłemu.
- W imie Ojca i Syna...cóż pan wygaduje! A tom po somsiedzku tak zawitał...-
- I na co mnie to? Poczęstować nie mam czym, chyba ziemniaków albo... -
- Ja tam panie nie dla poczęstunku przyszed... -
- To po co? - Srukała spytał podejrzliwie.
Paciorek
w zadumie cichej a pobożnie, spojrzał na obrazek święty za szybkę kredensu wetknięty.
- Po somsiedzku, po somsiedzku...- i w skromności człeka niezwadliwego zabrzęczał cichutko a piskliwie wiatrami nadpsutymi...

KONIEC 6.10.03

 

Nic, ino piwsko żłopie...

Korneliusz Kwach pokutował w sposób żałosny pod sklepem spożywczym we wsi Śliwica. Kieszeń u niego okrutną pustką zionęła od dni paru, to przesiadywał na ławeczce pod ścianą wystawową i nadzieję z niecierpliwością piastował wielką.
A
to wymyślił, że na ten przykład taki Zbigniew Zakąska się w końcu na końcu ulituje, i to piwo postawi. Jest i Edmund Kac, który sławę litościwego ma gdy grosz jaki w portkach zabrzęczy. Józef Wymocz też kamrat niezgorszy a wyborny smakosz piwa, słynie z tego, co choćby skrzynkę, a sam wypić potrafi. Śmierdzi potem godzinami, jako że mocz oddaje w krok, ale jak ma, to zawsze postawi i przez to lubiany koleś jest. Byli i inni kolędnicy monopolu, równie rzetelne chłopy, a i równo ciągnący z butelek brzękliwych, jak te noworodki co to u cycka matuli wiernie ssały.
Korneliusz
Kwach cenił te cechy i już z daleka rozpoznawał czy ‘swój’ nie nadchodzi. Ale tegoż dnia cisza i pustka panowała na dróżce pobok. Tyle co bydlę jakieś ryczało w zagrodzie sąsiedniej. Kwach wygolony był i przyodziany w koszulę czystą, bo źle wyglądającemu dziadowi stawiać mało który ochotę miał. I grdykę też już miał naszykowaną na zaś. Wykontemplował, co wpierw wypyta o najbliższych, potem o tych dalszych, a ostrożnie, by nie zrazić zawczasu, a na końcu sprytnie wkręci, co pod to to trza jednak co nieco wypić...
Siedział
więc se wyprostowany, a zmrużonymi ślepiami horyzont świdrował na boki. tu Bronisław Pupa rowerem podjechał. Los jednak chciał, niepijący był to kamrat i wielce niemiły schadzkom pod ‘spożywczym’. Toteż i na pozdrowienie nie odpowiedział, a w zamian z niełaską zawarczał; - Siedzi to i ludzi straszy, dziad jeden...Nic, ino piwsko żłopie! -
- A daj spokój Bronek...- ozwał się wielce sfrasowany pokutnik życia doczesnego.

KONIEC 3.12.03