opowiadanka 51-60
Zwierzęta
Spowiedź
Bajeczka dla dorosłych dzieci
Samarytańska scheda
Momenty prywatne
I Herkules dupa, kiedy ludzi kupa
Zastrzegli, co by nie wracał z pustym wiadrem
Koperek czy bazylia..?
Po somsiedzku
Nic, ino piwsko żłopie
©2005prawa autorskie humoru iście żenującego
( Ogony )
Te różnią
się od człowieka
tym, że
mają ogony...
( Zaznaczmy w
nawiasie, że
węże są
szczególnie biedne,
bo mają
TYLKO ogony...
)
I tu powstaje
pytanie; dlaczego
zwierzęta mają
ogony? Odpowiedź
jest dosyć
prosta; - Bo
nie noszą
majtek... Funkcja
ogona jest
więc taka,
że zakrywa
odbyt chroniąc
go w ten
sposób przed
muchami.
Ogony bywają różne.
Są długie,
są kręcone,
są też
i całkiem
maleńkie, lub
takie średnie
a gładziutkie,
co wiszą
jak równiutko
przycięty gałganek.
Z reguły
są ładne.
Ba,...lisi
ogon jest
piękny! Ale,
nie zapędzajmy
się za daleko
z pochwałami.
Ogon ogonem,
ale czy ktoś
potrafi sobie
wyobrazić, co
się dzieje
pod nim?
Co się TAM
wyprawia?...
Prawda bowiem jest
okrutna. Wystarczy
zbilżyć nos
by się przekonać,
że wszystkim
zwierzętom i
to bez wyjątku,
śmierdzi z
dupy!...
Słoń na przykład.
Stoi to w
ZOO na wybiegu,
słońce piecze,
muchy wślizgują
mu się z
bzykiem w
uszy, a on
śpi na stojąco.
Zad oczywiście
równiutko okryty
pasemkiem ogonka.
Czy kto kiedy
widział, aby
ten dostojniak
z trąbą
czyścil sobie
okolice odbytu?...
Czym i jak?...
Oczywiście, że
nie. Zatem
panuje tam
nieświeżość.
Krowa także nie
podciera dupy
papierem, ani
nie wylizuje,
jak to robi
familia kotów.
Psy z kolei
starannie omijają
ujście jelita
parszywego i
liżą się
po jajach.
Fe..! paskudny
to nawyk,
ale niestety,
dziedziczny. Tu
trzeba dodać,
że niektóre
rasy mają
niegodziwie obnażone
dupy, gdyż
ogony natura
zakręciła im
do góry.
Co za widok!
Gdyby tak
przyjrzeć się
z bliska,
to od razu
można zauważyć
resztki fekalii
na ciasno
splecionych zwieraczach
odbytu.
A jak wygląda
to u lwa?
Król zwierząt
zawsze starannie
zakrywa przedział
swym zamszowym
ogonem. Nawet
jak goni
za antylopą,
to zadu nie
widać. Bez
wątpienia też
stamtąd czuć.
( Mordy )
Dosyć nieprzyjemne słowo, gdyż wywodzi się od słowa; ‘mord’... A pysk na ten przykład? Owszem, od pyskowania... Pozostaje więc ryj lub twarz, lecz to ogranicza się do świń i ssaków ludzkich. Lico też nie pasuje. Bo czy tapir może miec lico? Tak samo jak małpa nie ma ryja, kot twarzy, a mysz pyska. Nazwijmy więc te lica i ryje “Przybytem”...Przybyt? jak najbardziej, biorąc pod uwagę, że otwór wylotowy nazywa się - Odbyt...
( Cwaniactwo )
W świecie
zwierząt jest
wielu cwaniaków.
Ba, niemal
w każdym
stworze natury,
czai się
ta cecha.
Lis na przykład.
Pysk ( przybyt
) ma okrągły
jak talerz.
To nie przez
przypadek. Patrzysz
z daleka
i; - co za
czort?! Wilk
czy kot?...-
I strach
cię trawi
na samą
myśl, że
wilk tak
zmalał, a
kot stał
się taki
wielki... Reakcja?
- nogi za
pas i wio.-
A lis spokojnie
lezie do
twego porzuconego
na trawie
pikniku i
żre, aż
mu się kita
rusza.
Sowa...wyłazi to
w nocy z
dziupli i
śpi na drzewie.
Ślepia jej
przy tym
świecą, jak
lusterka na
żydowskim jarmarku,
bo wiadomo,
że tylko
udaje że
śpi!... To
dla zmylenia
grasujących w
pobliżu myszy.
A te z
kolei tańcują
w ciemnawych
pomieszczeniach, ale
tylko wtedy
oczywiście, kiedy
nic żywego
nie kręci
się w pobliżu.
Sowa więc
czeka, cwaniacząc
się, a mysz
w cwany sposób
siedzi cicho.
Psy gdy są
złe szczerzą
zęby popisując
się przy
tym wymową
litery “R”.
Te biedne
stworzenia nie
zdają sobie
sprawy, jak
bardzo są
wtedy brzydkie.
Dotyczy to
każdej rasy
i gatunku.
Oddając kał
także przyświecają
pozą wyjątkowej
brzydoty. Z
tym, że
bardziej wyrośnięte
kolesie mają
szansę zatuszować
ten wielce
niemiły dla
oka obrazek.
Warunek jest
jednak taki,
że muszą
znajdować się
w terenie
górzysto- pagórkowatym,
i...musi
leżeć śnieg,
czyli cwaniactwo
tego triku
musi być
praktykowane wyłącznie
zimą.
Idzie więc taki
wyżeł, czy
owczarek pod
górę, zatrzymuje
się w połowie
i robi pół-przysiad
z czynnością
natury swoistej,
pozorując narciarza...
Z daleka
wygląda to
na nie lada
sztuczkę, zastygnąć
tak na nartach
w połowie
drogi...Nie
każdy to
potrafi!
Kangury z kolei
skaczą. Trudno
mieć w obejściu
takiego maskota,
co ciągle
podskakuje. Bo
może być
tak, że
w porze kolacji
podajesz mu
na tacy orzeszki
ziemne z
makiem, a
ten wyrośnięty
na 2 metry
kamrat z
Australii, nyka
z wielce
niezadowoloną miną
na posiłek
niemiły jego
podniebieniu i
jednym fyrdnięciem
do góry
wytrąca to
coś z twych
ofiarnych rąk.
Bryka potem
jak na sprężynach
po całym
podwórku i
na koniec
próbuje wcisnąć
się do sieni,
gdzie stoi
wiadro świeżej,
dopiero co
odcedzonej śmietany.
Należy wtedy stać
za drzwiami
z pustym
workiem w
rękach i
jednym ruchem
nasadzić brykaczowi
na głowę.
KONIEC (23 Maj, 2003)
Konfesjonał
był stareńki, nieco koślawy. Przy okienku do spowiedzi skrawekKONIEC ( 29 Maj, 2003 )
Pies pewien,
żywot okrutny
prządł przy
budzie. Łańcuszkiem
za obrożę
ujarzmiony, dnie
całe spędzał
w spiekocie
letniej. Na
dnie miski
susza panowała,
gdyż wodę
i żarcie
raz dziennie
smakował. Buda,
choć wietrzona
hojnie szparami
niedoskonałości swojej,
cuchnęła posłaniem
nieświeżym. Ckniło
się tam
szczekaczowi, jako
że jedynie
gębę ziemistą
a ponurą
gospodarza swego
oglądał.
Aż razu pewnego,
wilk w odwiedziny
zawitał. - Witaj
kamracie ubogi!
- zawołał pies,
ogonem zamaszyście
merdając.
- W kamrata
łapy oddaję...-
pokłonił się
nisko przybysz
z lasu cienistego
i legl pobok,
miskę pustą
dostrzegając.
- A cóż
to sprowadza
cię w me
progi? - pyta
pies
- Patrzyłem z
daleka, co
siedzicie bracie
pieski w
bezczynności, tom
pomyślał zajrzeć
z bliska-
Pies zafrasował się
wielce, pustkę
miski nosem
przysuszonym wskazując;
- Poczęstować nie
mam czym...pan
mój, franca
zapijaczony, zlewek
dziś nie
pomniał
podać...-
- A tom cholera
trafił...W
lesie ostatnio
myszy jeno
łykam, bo
inne futrzaki
cwaniactwo zwietrzyły
przed wilkami.
Widzę, co
ciężko pedałujecie
kamracie. Nie
dość, że
swoboda u
was na dwa
metry długa,
to jeszcze
i miska świeci
dnem...-
- No a myszy
tego roku
dużo?...- pies
zmienił temat
uchu niemiły.
- Troche tego
jest, ale
naganiać się
trzeba -
- Eeeeeee........a
u nas to
kot tylko
myszy łowi
- powiedział pies
z miną wyższości,
zadem przysłaniając
kąt paskudny
za budą.
Wiaterek tego dnia
powiewał i
coraz to
natrętną falą
zapachy nieświeże
stamtąd nanosił,
a rój rozbzykanych
much tańcował
zdradliwie w
pobliżu.
- A ja przynajmniej
nie muszę
wdychać własnych
smrodów - zawołał
wilk zaczepnie,
- przykucam, gdzie
mnie wola
poniesie, a
potem szuram
z miejsca
parszywego i
w gaikach
zielonych pieszczą
mnie perfumy
natury...-
- Jak taki
z was gieroj
kamracie, to
po co tu
przy mnie
przesiadujecie? -
- Bom z daleka
myślał co
smaki jakie
w misce macie,
a tu i
pusto, i
smrodliwie...! -
- To weź
mnie ze sobą.
Ja też swobody
bym zakosztował
-
Wilk śmiechem parsknął,
aż pchły
wystraszone z
kołtunów jego
skakać poczęły.
- Ty myślisz,
co ja głupi!?
A kto się
tobą tam
opiekował będzie?..Chyba,
co kota weźmiesz
ze sobą,
by i za
ciebie myszy
łowił...-
- To znaczy,
żreć nie
ma co? -
- Swoboda kosztuje
-
- Tylko, że
ja i głodny
i bez swobody...-
W tym momencie
czasu ziemskiego,
kroki zadudniły
zza stodoły,
co to po
sąsiedzku stała
i widmo pijanego
gospodarza wyłoniło
się na podwórze.
- Co, znowu
szczekasz po
próżnicy!? - zachrypiał.
Wilk w krzaki
wlazł, a
pies do budy.
- To tak
witasz pana,
darmozjadzie straszny!?
Już nawet
chwostem nie
zamerdasz?...-
Ale pies schował
się w kąt
i drżąc
ze strachu,
nosem tam
dziurę rył.
Zad jego
wypięty ździebko
na zewnątrz
wystawał. Gospodarz
kopnął miskę,
którą poniosło
w krzaki
gdzie skrył
się wilk,
i przykucnął,
zarkając w
czeluść budy.
- Co tam
kryjesz przede
mną? - zainteresował
się, ale
pies bliski
obłędu w
terrorze całkowitym
skamlał ino,
zadem wiercąc
nerwowo. Pan
jego za zniewagę
to przyjął.
Wstał i
kopniaka wymierzył
w pieske
pośladki, aż
ten ze skowytem
cały do
budy się
wcisnął. Gęba
mu tylko
widniała w
półmroku, gęba
dysząca i
mlaskająca.
I wtedy to
nastąpiła zadość
przeznaczenia. Wilk
z krzaków
susa dał,
portki pijaka
rozrywając. Z
wrzaskiem ogromnym
uciekł on
w stronę
chałupy.
- Kamracie! - rozległ
się z budy
głos olśniony
zachwytem - Za
to, że pomogłeś
mi w chwili
niedoli, z
wdzięczności mej
osoby pokornej
życzenia spełnię
trzy. Rzeknij
więc to
słowo bracie
leśny! -
Wilk ślepia przymróżył
i tak powiada;
- Usługi oferujesz,
a sobie pomóc
nie potrafisz?...
Wiesz co
cwaniaku, a
pocałuj ty
mnie w dupę
- To mówiąc
czmychnął w
szuwary i
od tamtej
pory, psa
z wilkiem
trudno dojrzeć
razem. Dobranoc
dzieci.
KONIEC 28 Lipiec, 2003
Wiesław Kopytko był
szczerą duszą.
Lubił się
podzielić z
bliźnim tym,
co miał.
A szlachetność
u niego była
tak wielka,
że zamiast
wydać ostatni
grosz na
piwo jak to
czynili jego
kamraci, on
wolał sypnąć
do czapki
żebraka.
Szedł ano uliczką
brukowaną. Gorąc
był straszny,
bo to sierpniowa
pora była.
Pot obficie
spływał mu
po skroniach
spod leninówki,
jako że
daszek miała
to od słońca
chroniła, ale
jednak z
wełenki uszyta,
to i łeb
pod nią
topniał. Pragnienie
nagłe i
wręcz niepokojące
objawiło się
suchością w
gardle nieboraka.
Poszperał w
spodniach, bo
to sklepik
dojrzał w
oddali i
wody gazowanej
zapragnął skosztować.
Wydobył z
czeluści kieszeniowej
parę złotych
i już miał
wartko przyśpieszyć
kroku, gdy
z cienia
lipowego jak
duch pojawił
się nagle
Heniu Rozpacz.
Pachniał biedą
i kacem,
a to niedobry
znak.
- Pożycz Wiesiu
na piwo...-
powiada bez
wstępu, a
tak błagalnie,
że u Kopytka
dusza niemal
zapłakała, bo
to czuły
na prośby
był. Rozpacz
wyglądał też
przepisowo żałośnie.
Zafrasował się
wielce Kopytko,
gdyż pić
okrutnie mu
się chciało,
a wiedział,
że drobnych
nie starczy,
by napoić
obu.
- Przegrys bym
tesz co...-
zagadał znowu
Rozpacz, łypiąc
przy tym
zakisłymi oczkami.
Wiesław Kopytko poczuł
nagle omdlewającą
niechęć. Bo
i jak można
dać, gdy
i u niego
bieda i niedola
warczały niegodziwie?
Taki już
był, że
prosić, ani
odmówić nie
umiał. Oddawał
więc mizerne
resztki takim
jak Heniu
Rozpacz, a
potem sam
wariował z
głodu. A
wszystko przez
to, że duszę
miał współczującą.
Raz nawet
oddał znajomemu
jedyne buty,
a potem
sam na boso po
świecie spacerował.
Uczynny też
był, jak
mało który.
Dziadka, co
to miał
paraliż w
kostkach, przez
sześć lat
i dwa miesiące
na rękach
wynosił do
wychodka za
stodołą. Gdy
ostatnia godzina
wybiła, dziadek
czapką go
obdarował za
fatygę kamracką
i w chwilę
potem przy
świetle gromnicy
nogi naciągnął.
Wiesław dziarskim
wówczas był
młodzieńcem i
dorabiał na
życie jako
wykidajła w
lokalnej pijalni
piwa. Dobrze
mu się wiodło
w owe czasy,
ale przeminęły
i gdy pięćdziesiątka
zafundowała mu
łysinę i
cztery pniaki
w ustach,
bieda zaczęła
przygrywać smętną
nutę rencisty.
Skromny więc
prowadził żywot,
aczkolwiek drzwi
miłosierdzia były
otwarte tak
szeroko, że
szalał w
nich czasami
przeciąg głupoty.
A to wspomagał
ci wszystkich
okolicznych mentów.
Taki Stasiu
Grzechotka na
przykład, śmierdzial
denaturatem i
starą golonką,
ale nigdzie
w życiu
nie pracował,
bo uważał
się za arystokratę.
Za ćwiartkę
‘czystej’ opowiadał
chętnym o
swoim poprzednim
na ziemi
żywocie, jako
bogaty ziemianin
na majątku
niebylejakim urzędującym...
Wierzył w
reinkarnację. Wśród
pijaków był
uważaną figurą,
jako że
umiał długo,
a ciekawie
opowiadać. Miał
dar przekonywania.
Wiesław Kopytko, choć
sam nie pijał,
często przysiadał
w pobliżu,
by posłuchać
gaworzenia ciężej
doświadczonych kamratów.
Niedola pijaka
ma bowiem
w sobie to,
że potrafi
rozczulić a
nawet wzbudzić
zrozumienie, czemu
taki Wacek
czy Lesio
łapie za
kielich jak
ksiądz przy
podniesieniu. A
że Kopytko
był filantropem
z natury,
opieką iście
matczyną ogarniał
brać ową
potępioną.
Do czasu jednak
i takie sentymenty.
Bo oto znowu
twarz Henia
Rozpacza wyłoniła
się z cienia
zamyślań, tyle,
że bardziej
intensywana i
natarczywa.
- Wiesiu..! Co
tak stoisz
i nic nie
mówisz?.. No
jak z tym
piwem?-
Dźwięki te niechętne
dotarły do
niego ze
zdwojoną siłą
niecierpliwości ofiary
kaca. Coś
nagle pękło
w szczerości
duszy jego
miłosiernej, w
niełaskę się
obracając.
- A pójdziesz
ty, dziadu
zapleśniały!?- wrzasnął
nagle w gębę
kamrata uprzykrzonego.
- Co to,
mam żywić
i poić darmozjada
strasznego!?.. A
kysz z tobą,
i dupy ty
mnie więcej
nie zawracaj!
-
KONIEC 1.7.2003
( Swędzenie w miejscach prywatnych )
Każdy z
nas bez wyjątku,
potrzebuje być
sam z sobą
od czasu
do czasu.
Osoby u których
następuje zbyt
częsta inwazja
chwil osobistych
poprzez intruzów
w postaci
krewnych, przyjaciół
i sąsiadów,
prezentują irytację
całkowitą. Weźmy
na ten przykład
pana Zdzisia
Puder-Hyc,
który schował
się przed
narzeczoną do
garażu, gdyż
poczuł, że
niewielkie swędzenie
na krawędzi
odbytu przerobiło
się w natarczywe
łaskotanie całej
tej wstydliwej
okolicy. A
tym czasem kobieta
jego snów
siedzi obok
i oka z
niego nie
spuszcza. Na
domiar złego
bawi się
jego dłońmi
i teraz już
zupełnie nie
ma jak się
podrapać. Założył
więc nogę
na nogę
zaciskając pośladki,
ale zrobiło
się jeszcze
gorzej. - Idę
się przejść-
mówi nagle
i wstaje.
- Ależ kochanie,
dokąd? Chcesz
mnie tak
samą zostawić?-
I
już sytuacja
robi się
bardzo nieprzyjemna.
A że swędzenie
jest wręcz
niemożliwe, pan
Zdzisio kręci
się chwilę
po mieszkaniu
i znika tylnimi
drzwiami poprzez
kuchnię do
ogrodu, a
stamtąd do
garażu. Ledwo
próg przestąpił,
jak ulgę
doświadczył natychmiastową
poprzez podrapanie
dupy swędzącej
wprost okrutnie.
( Dłubanie w nosie )
Swoboda. Relaks
bycia w swoim
towarzystwie... Jest
to luksus
i nie lada
draka dla
człowieka współczesnego.
Taka błacha
kwestia jak
nieco zakitowany
nos, potrafi
być wielce
irytująca i
jest w stanie
nawet rozproszyć
uwagę podczas
rozmowy z
kamratem. Siedzi
taki koleś
na wprost,
siorpie piwo
i gada;
- Kaziu, widze
co mnie nie
słuchasz...- A
ofiara suchych
substancji w
nosie robi
głupie miny,
wciągając i
wypuszczając powietrze
odgłosem smarkającym.
Od czasu
do czasu
muska dyskretnie
wejście do
nosa, co
daje złudzenie
ulgi.
Prawda niezaprzeczalna jast
taka, że
w kącie
prywatnym każdy
chętnie grzebie
palcem w
nosie. Ruchem
falującym górnego
segmentu palca
wskazującego wydobywa
się suche,
lub wpół
wilgotne gile.
I wtedy zaczyna
się prawdziwy
bal. Taki
nieobserwowany przez
bliźniego kiciuś,
rozciera ‘to
coś’ w
palcach dopóki
nie sklei
się z tego
solidna kuleczka,
którą na
koniec można
pstryknąć przed
siebie. Jest
to zajęcie
wielce absorbujace,
wywołujące często
stany hipnozy
i semi-medytacji.
( Uwolnienie brzucha z obcisłych portek )
Istna tragedia, gdy siedzi taki osobnik w towarzystwie napinając resztki muskułów podczas gdy w ciemnościach poniżej pasa dzieje się coś strasznego. Sciśnięty bowiem niemiłosiernie paskiem spodni, jest nabity tłuszczem wał sadła. I to jest nieciekawe, a już robi się prawdziwie paskudnie, gdy worek żołądkowy jest równie przepełniony. Każdy oddech jest udreką, każdy ruch powoduje męki niewygody osobistej. O uwolnieniu się z tego portkowego uścisku nie ma mowy. Chyba, że jest to ustronne miejsce domowych pieleszy. Wtedy taki posiadacz rozchlapanego z roztycia torsa łazi po mieszkaniu boso, rozdziany od połowy w dół. Nie ma potrzeby zakrywania i wciągania torbieli tłuszczowych, które są spiżarnią naturalną każdego obywatela z nadwagą.
( Pierdzenie )
Jest to
czynność wielce
uprzykrzona i
niepożądana w
towarzystwie. Chyba,
że kamrat
jest znajomy
od lat kilku,
ale i w
tym też
istnieje cień
ryzyka.
Niektórzy pokutnicy są
po ślubie
lat 30, a
nadal solidnie
zaciskają odbyt
w obecności
drugiej połowy
świętej przysięgi.
Zazwyczaj tyczy
się to płci
żeńskiej i
wstrzemięźlniczkę można
poznać po
wiecznie zmartwionej,
zasuszonej twarzy,
wykrzywionych niezadowoleniem
ustach i
nieświeżym oddechu.
Łazi taka
po mieszkaniu
wiecznie poirytowana,
z miną męczennicy
i zrzędzi,
i narzeka,
to znowu
opisuje coraz
to inne choroby
kumom swoim.
A w przewodzie
pokarmowym grasują
gazy trawienne
zakitowane do
systemu przed
wieloma laty.
Lecz dewotka
przyzwoitości boi
się dać
im upust.
Czasami, gdy
jest już
całkiem źle,
popuści śmierdziela
w kącie,
który jak
chmura niedobra
wisi w powietrzu
i odstrasza
płeć brzydką.
Siedzi potem taka
w towarzystwie
pacierzy i
litanii, nic
nie pojmując.
Panowie zaś
z reguły
nie robią
z nadmuchanych
jelit wielkiej
tragedii. Do
wypuszczania wiatrów
przystępują z
werwą i
determinacją, przecinając
powietrze trzeszcząco-ostrym
podmuchem.
W sytuacjach wyjątkowych,
takich jak
w biurze
gdy jest
obecna sekretarka,
na pierwszej
randce, czy
w galerii
sztuk pięknych,
następuje tzw.
poskromnienie wyziewów
trawiennych i
w rejonie
portek panuje
cisza całkowita.
Ale najgorzej się
chyba dzieje,
gdy bulgot
natarczywy buszuje
po jamie
brzusznej przechadzając
się z jednego
boku na drugi
i atakując
raz po raz
zaciśnięty niemożliwie
odbyt. Idzie
wtedy taki
pan dyrektor
szybkim spacerkiem
w stronę
ubikacji na
korytarzu. Tam
prędko zamyka
się w kabinie
i od razu
traci maskę
przyzwoitości obywatela
wykształconego, nadymając
wypięty zad
nad klozetem.
A tu - nic...
Próbuje więc
znowu i aż
czerwienieje na
gębie z
wysiłku. Cisza.
Robi więc
dwa przysiady
i kręci
nogą rowerek
jednostronny. Na
darmo. Zawiedziony
wraca do
biura, siada
w fotelu
i oto znowu
czuje, jak
w jelitach
grasuje niewygoda
doczesna. Najpierw
powoli, z
dala od odbytu.
Lecz szybko
powraca do
stanu poprzedniego
i do tego
ze zdwojoną
siłą świdruje
okolice ujścia.
Wielce poirytowany zarządca
firmy rzuca
z pasją
słuchawkę od
telefonu i
krytycznie obserwuje
skamieniałą ze
strachu sekretarkę.
Po chwili
pędzi znowu
korytarzem...i
- okazuje się,
że znowu
za późno...
Z prawdziwą ulgą
zjawia się
wieczorem w
zaciszu miejsca
prywatnego i
tam nareszcie
sam, pierdzi
jak murarz
nad betoniarką,
aż echo
niesie pomiędzy
barkiem a
skurzaną kanapą.
Tacy zazwyczaj
nie chcą
się żenić,
a na przyjęciach
często biegają
do miejsca
ustronnego.
KONIEC ( Połowa lipca 2003 )
I Herkules dupa, kiedy ludzi kupa...
W gminie
Suszki Wielkie
zorganizowano konkurs
na wzorowe
gospodarstwo. Wieś
liczyła sobie
50 chałup
i była przykładem
dziedziczenia pola
z pradziada
na dziada...
Tradycja ta
przetrwała wszystkie
inne tradycje
i była chyba
jedyną...jeszcze
do niedawna.
Sławomir Miedza
na ten przykład,
przeciwny tradycji
dobrej woli
był skłócony
z pierworodnym,
który po
ożenku zakotwiczył
się pod
jego sufitem
i oznajmił,
co nigdzie
nie pójdzie.
Ma czas,
to poczeka
na ojcowiznę
choćby paręnaście
roków. Miedza,
że to krzepki
był i zawzięty,
a czuły
na przytyczki
o starości,
batem w złości
niewyżytej bydło
okładał.
O konkursie słyszał,
ale że konkurów
było niemało,
niwiele się
tym interesował.
- A co mnie
ta po tym...-
powiadał
- Nagrody pono
dają...- zamamrotał
sąsiad zza płota, Zygmunt
Bieda, kurzą
łapkę ze
smakiem zajadając.
- Eeeeeeeeeeeee.........., jakie
tam oni bedo
dawali nagrody......-
- Słyszał, co
ładne rzeczy....Z
miasta ponoć!...-
- To pewnie
tym pomiędzy
sobą wybranym
rozdadzą....ja
ta nie wiem...konkursa
im sie zachciało...-
- Podobno to
w ramach
mobilizacji, by
zachęcić ludzi
do roboty-
- A bo to
kto siedzi?...-
- Som tacy,
co niewiela
tam dbajo...chałupy
jak chlewy,
a chlewy
panie, do
wychodków podobne!
Sam widział,
u Mietka
Pstrykałki kury
na ten przykład
pod łóżkami
nocują...-
- Eeeeeeee...tam...-
- No to jak,
zajrzy pan
do świetlicy?-
- A co to
już dzisiaj
ma być?-
- Tak powiadali.
Pójść zawsze
warto. Ja
tam na rozrywki
łasy, a
i moja tesz
już sie
szykuje. Mówili,
co i potańcówka
ma być-
Rozeszli się żwawo,
każdy w
swoją stronę.
Bo po prawdzie,
Miedza też
był ciekawością
łechtany. A
nuż zdobędzie
główną wygraną?...
Podwórze co
wieczór zamiatał,
a krowy,
choć batem
łoił, to
jednak boki
starannie z
łajna ocierał.
Ba, wiaderko
przy studni
raz w tygodniu
polerował aż
lśniło, że
i odbicie
własne ujrzeć
się dało.
Stara jego
zaś robiła
najlepsze serki
w okolicy,
a już dynie
to wyrosły
u nich takie,
co i we
dwoje z synem
udźwignąć nie
dali...
Przyodziewając się w
garnitur przemyśliwał
na różne
sposoby, co
też i za
to mu dadzą...
Liczył conajmniej
na samochód...
A może i
gotówka jaka?...
Dobudowałby zaraz
ze dwie izby,
to i luźniej
by się u
nich zrobiło...
W końcu
ręką machnął,
że tak czy
inaczej, to
i tak opłaci
się pójść.
Ktoś nawet
wspomniał przed
tygodniem, co
słyszał od
kogoś, jak
tamten widział,
że ponoć
zwieźli do
gmachu gminy
całą przyczepę
telewizorów szeroko-ekranowych...
Te, niby
prawie wszyscy
dostaną za
pilność przy
żniwach.
Nie dziwota, że
wieś cała
zeszła się
do świetlicy
i usiąść
ni stanąć
nie było
gdzie, a
połowa narodu
na podwórzu
się stłoczyła.
Miedza ledwo
co za drzwi
zdołał się
wcisnąć. A
że wysoki
był, to
i podium
dojrzał z
kąta odległego.
Taboret i
mikrofon widniały
tam w świetle
żarówki.
W minut parę,
prezes zjednoczenia
rolników wkroczył
spoza kotary
z boku, pudło
wielkie oburącz
przed sobą
taszcząc. Umilkły
więc szmery
i rozmowy
wszelkie, a
twarze w
uroczystym wyczekiwaniu
zwróciły się
w kierunku
akcji koło
mikrofonu. Cisza
zapanowała, że
ino skrzyp
pudła ustawianego
na stołku
słychać było.
Prezes przysunął
usta do mikrofonu
i chrząknął
weń parę
razy. Zapiszczało
przeciągłą nutą
z głośników,
i tym oto
sygnałem mowę
wygłaszać naczął.
Długo, a
z pasją
gorącą o
rolnictwie wywodził.
Potem, o
siewach w
polu mądrze
powiadał, a
na koniec
o porządkach
między stodołą
a chałupą
prawił.
Co niektórzy kręcić
się niespokojnie
poczęli na
krzesełkach twardych,
bo już i
zady bolały
od siedzenia,
a niejednemu
dłużyła się
ta przemowa
uroczysta.
Niecierpliwością zapachniało wśród
zebranych. Zmurszałe
wyczekiwaniem gęby
rozglądać się
zaczęły po
sali. Niejeden
też wzrokiem
świdrował kotarę
w kącie,
czy przypadkiem
nie zaczną
wnosić już
nagrody. Lecz
zasłona nawet
zdradziecko nie
zafalowała w
przeciągu, który
to pomiędzy
drzwiami a
okienkiem świstał
od czasu
do czasu.
- Obywatele! - zagrzmiał
nagle głos
prezesa w
nowym uniesieniu
- A teraz,
przystąpmy do
rozdania nagród!...-
Proszę...- przedstawiciel
zjednoczenia rolników
pochylił się
i zaczął
grzebać w
ustawionym obok
pudle. Wydobył
z kieszeni
okulary, na
twarzy usadowił,
i szperał
dalej.
- O..! Znalazłem,
jest! Proszę...-
w ręku trzymał
kilka podłużnych
papierków - to
dla pana
Zbigniewa Wycuga...
Pierwsza nagroda,
czyli, bilety
do Zoo, na
wstęp dla
6-ciu osób!
- podkreślił uroczyście.
Wśród kilku
niemrawych oklasków,
chłop niziutki
a mizerny
przecisnął się
do przodu.
W podzięce
wydukał do
mikrofonu tonem
wielce nieśmiałym,
że czasu
im pewno
nie starczy
by wybrać
się do miasta.
Znikł też
szybko z
powrotem w
tłumie zebranych.
Zaś rozochocony
prezes ogłosił
z entuzjazmem
następne dary
dobrej woli...
I tak, na
drugim miejscu
była - pompka
do roweru,
na trzecim
- komplet szklanek,
a czwartą
nagrodą była
cerata na
stół...
Sąsiad Miedzy oglądał
właśnie przykurzoną
nieco ceratę,
jako że
na czwarte
miejsce go
wyłowili z
tłumu.
- A cie...ale
sie wysilili!..Toż
to same tandety!..-
rzekł do
Miedzy
- Eeeeeeeeeee, a
co mnie tam
po tym...-
ziewnął przysłaniając
twarz, co
by sąsiad
prawdy gorzkiej
z lica zawiedzionego
nie wyczytał...
- Bubli narozdawali,
i tyla..!
- zaoponował Bieda
- A jakże,
bo i prawda
- zagadał inny
Nagle świst rozległ
się obok.
To zdobywca
drugiej nagrody
pompkę wypróbowywał,
co to syczała
i zacinała
się przy
ruchach jego
niecierpliwych.
- I na co
mnie to?...Roweru
nie mam...chyba,
że krowom
lewatywy tym
bede robił!...-
splunął, gdyż
znienacka rączka
na pół
pękła, od
reszty odlatując.
- Ot, i na
nic już...-
W tejże chwili,
prezes zjednoczenia
rolników pojawił
się przechodząc
w pobliżu.
- Panie! A
przystańcie no
tu... Pomówmy...-
zaczął Miedza
- Nie teraz
obywatelu, śpieszę
się-
Koleś od pompki
zastąpił mu
drogę, fant
połamany pod
nos podsuwając.
- Patrz pan,
ten szpargał
i ostatniej
nagrody nie
wart!-
- Reklamacji nie
przyjmuję...-
- Ależ to
zwykłe oszukaństwo!
Żeby ludziom
rozdać jekieś
stare szpargały?!...-
- A prawda!
Prawda!...Nas
w pole gonią,
a sami gadki
szlifują w
cieniu za
biurkiem! Przecież
to kara boska..!
A gdzie potańcówka?..-
I już w
ludzi jakby
piorun strzelił,
bo rozkrakali
się na dobre,
a każdy
niezadowolenie swe
głośniej krzyczał
od drugiego,
że i już
nie było
słychać o
czym kto
wrzeszczy. Baby
stare też
zawodzić poczęły,
i zgiełek
okrutny rozhulał
się w tłumie
gniewnym.
Prezes, widząc co
się święci,
cichaczem próbował
umknąć, ale
wnet go złapali,
do muru przyciskając,
a wyjaśnień
żądając. Zezłościlo
to pana od
spraw wyższych.
- Cicho no!
A to chołota
straszna jazgocze
mi tu! W
pole ruszać,
na wykopki,
a nie gęby
tutaj wietrzyć!
Jazda do
roboty! - Nieborak
myślał, co
tonem władczym
brać polną
przestraszy, ale
nieobacznie dolał
oliwy do
rondla goryczy,
bo w mig
jeden tłum
rozjuszony odzienie
z niego zwlókł
i z pudłem
pod pachą
kopniakiem ze
wsi przegonił.
Biegł tak zmachany
minut parę,
aż w krzaki
schonił nieskromności
swe obwisłe.
Zajrzał w
pudło nadzieje
wielkie piastując,
iż ubranie
naród mu
tam upchał...
Ale oto nagrody
rozdane zawartością
swą obdrapaną
zalśniły w
słońcu...
KONIEC 14.8.2003
Zastrzegli, co by nie wracał z pustym wiadrem...
Marian Pukawa ni
się obejrzał,
jak zmrok
osłonił świat.
Srodze zmartwiony
był i sfrasowany
wielce. Stojące
obok wiaderko
świeciło pustym
denkiem. Znowu
gówno złowił.
Po prawdzie
zaś, ostatnio
telepał się
tam rybi
chwost przed
tygodniem. A
w domu baba
zła jak
czort w czasie
pasterki, jej
prababka, dziadek
pierwszej żony,
i dwie ciotki.
Wszyscy czekali, aż
co przyniesie
z połowu.
Zastrzegli, co
by nie wracał
z pustym
wiadrem...
Pech zaś złośliwie
merdał mu
językiem przed
twarzą zatroskaną.
Przejechał niechętnym
wzrokiem po
nieruchomej powierzchni
stawu, wypiął
dupę, i
pierdnął w
tamtym kierunku.
- Na! Ty...psia
twa mać...
- zaklął szpetnie
wodom jałowym.
KONIEC 7.10.03
Przyjęcie u
Mieczysława Warkoczyka
wypadło na
szóstą. Właściwie
był to obiad,
który okazał
się poczęstunkiem.
Wacław Tłuszcza,
był tzw.
nowym sąsiadem,
i po roku
machania ku
sobie głowami
z odległości
przyzwoitej, postanowiono
się poznać
bliżej. Wacek
w tej intencji
cały dzień
nie jadł.
Szykował ‘miejsce
w brzuchu’
jak to u
niego na
wsi mawiali.
Zjeść lubił,
a że wybredny
nie był,
chętnie przystał
na zaprosiny.
Już od rana
rozmyślał, co
też tam
naszykują. O
piątej wykąpał
się i koszulę
czystą włożył
do spodni
granatowych, a
na kant wyprasowanych.
Potem, wody
kolońskie wąchał,
a mieszał
i wcierał
to tu to
tam po trochu.
O szóstej
grzebieniem przejechał
po grzywce
w dół,
odczekał jeszcze
z minutę,
jako że
to nieładnie
było zjawiać
się tak
w samą porę,
bo to natarczywe
podobno i
poszedł.
Daleko nie miał,
bo Warkoczyki
siedzieli na
przciw, po
drugiej stronie
korytarza. Mietek
od razu do
‘gościnnego’ go
poprosił i
zasiedli przy
niskiej ławie.
Od razu też
gospodyni talerze
i półmiski
wniosła.
O pogodzie najpierw
dyskutowali.
- Pada dziś...
- zaczął Tłuszcza
- Ano pada
- podjął Warkoczyk
- Wczoraj też
padało... - dodała
Warkoczykowa
- Mniejmy więc
nadzieję, że
jutro padać
nie będzie
- odezwał się
znowu gość.
I cisza zapadła
iście nieprzyjemna.
Gospodyni wieka
półmisków uniosła
i łyżką
makaron ostro
parujący na
talerze wyłożyła.
Serkiem jakimś
omaszczony był,
a na wierzchu
listeczki zielone
sypnęła. Wacek
kujnął widelcem
i do ust
kęs niemały
włożył.
Smak wprost niespotykany
rozhasał się
po jamie
ustnej, i
lepszy się
stawał z
każdym kęsem
nowym. Konsumowali
też w ciszy
całkowitej, gdzie
tylko pół
procenta spokoju
zakłócał zagar
na ścianie.
Gość zażenowanie
poczuł nagłe.
Czuł, że
wypada pochwalić
podaną potrawę. Najbardziej zaś
intrygowała go
owa zielenina...
- Koperek..? - spytał,
wskazując widelcem
- Bazylia... - pół-wyszeptał
sąsiad z
miną wyższości.
Jego małe
rude oczka
zmrużyły się
przy tym,
jak u wielkiego
znawcy i
smakosza...
KONIEC 7.11.03
Szczepan Srukała
kupił worek
ziemniaków. Po
złotówce odkładał,
po grosiku.
Smalcu łyżeczka
mu pozostała,
to przez
tydzień palec w nim
maczał i
po chlebie
wodził, nim
do ust włożył.
Wodą z kałuży
popijał. Kran
ano miał
zatkany, a
u sąsiada
studnia sparszywiała
po utopieniu
się tam
kocura ośmioletniego.
Aż deszcz
spryskał świat,
spragnionych napoił,
i ożywił
to i owo.
U Władysława Kuwety
na ten przykład,
poletko porów
omdlałych wyprężyło
się na baczność
jak przyrodzenie
buchaja na
widok jałówki!
Właśnie co
zabrali też
kosz fasoli.
Srukała zza firanki
obserwował to,
i widział,
jak wnieśli
we dwóch
z zięciem
do chałupy.
A późnym
wieczorem po
porze kolacyjnej
słyszał też
już pierwsze
trzaski z
dupy gospodarza.
Kuweta postrachem
rodziny był
i utarło
się, co
wszyscy tam
cicho siedzieli
w lęku przed
nim srogim.
Srukała z
drogi mu
w pokłonie
schodził, jako
że sąsiad
ze studni
dawał łaskawie
korzystać.
Do czasu jednak
dobrze bywa.
Kuweta kota
miał, gdyż
plaga myszy
ucztowała u
nich jak
szatan w
getcie Nowego
Yorku! Wszystkie
worki podziurawić
potrafiły i
z dziur tych
nikczemnych ziarno
sypało się
w sposób
okrutny, marnację
wielką przepowiadając.
Myszy śmigały
po kątach
jak szarańcza,
to kupił
Kuweta na
targu kocura
sielnego, a
spasionego srodze
dla postarchu.
W worku odziurawionym
przez gryzonie
do domu go
przyniósł, aby
to już na
początku zwęszył
na co ma
w obejściu
polować. Żryć
też nie
dawał, zmusić
chcąc miałkaja
do pogoni
za myszami.
Nadzieje wielkie
rokował, jako
że całe
sto złotych
zapłacił za
myszołapa na
ten przykład.
Cóż, kiedy kota
myszy najmniej
interesowały. Inne
ci on miał
smaki. Zjeść
bowiem lubił,
byle często
a dużo,
a najchętniej
śmietanę samą.
W słonku
też ano
wylegiwał się
a przeciągał,
by potem
w sieni o
zmroku fakalia
wydusić pod
ławkę tam
ustawioną.
Kuweta frasował się
zrazu, a
po tygodniu
złość szałem
go wielkim
zniewoliła. Sprał
nicponia, nos
w paskudzie
maczając, po
czym
w stodole
przymknął. Tylko,
że dach
dziurawy był,
to już nazajutrz
kot w kuchni
się pojawił,
gdy akurat
śmietanę przelewano
do garnczka
z gliny naturalnej.
Coś pływało po
wierzchu i
gdy Kuwetowa
palcem to
trąciła, okazało
się co to
mysz ano
utopiona. Wypuściła
niewiasta garnek,
i mysz w
śmietanie chlapnęła
tuż pod
spasione brzucho
kota. Przykucnął
pobok, ślepia
przymknął i
leniwie chłeptał
śmietanę rozlaną.
Krzyk i harmider
gospodarza zwabiły
ze strychu,
gdzie od
rana dach
łatał snopkami.
Szczepan Srukała mocz
oddawał wśród
pożeczek, jak
uwidział przez
drzwi wywarte
z chałupy
obok, co
kot zawodzący
miałkami piekielnymi
wyfrunął. Przepadł
po tym gdzieś
na dni parę,
a Srukała
ciekawy tam
nawet nie
był, gdzie
i po co,
bo i u
niego nie
działo się
dobrze. Po
śmierci konkubiny
biedę klepał
etiopejską, do
gęby nie
mając co
włożyć. Ziemi
swojej nie
posiadał, a
chałupę dostał
od administracji
gminnej w
ramach pomocy
charytatywnej. Swojego
nie miał
nic. Nawet
zawodu, a
do roboty
żadnej łazić
nie chciał.
Chałupa skromneńka
była, a
na zewnątrz
klop drewniany
srodze zawalony,
do ściany
jednej bokiem
przywierał. W
środku rozpacz
i tragedia
iście osobista.
Sterta kału
przez drewnianą
dziurę wznosiła
się jak
piramida cuchnąca.
Ani and tym
kucnąć już
się nie
dało, to
łaził ci
on po krzakach
sąsiedzkich o
zmroku, a
po cichu,
by nie przyuważyli.
Latem srał
we zbożu.
Najgorzej było
zimową porą,
bo na śniegu
zdradziecko ślad
każdy ostawał,
a do lasu
za daleko
było, no
i mróz w
miejsca podnietliwe
szczypał srodze,
że i resztki
moczu przymarzały
do siuraka.
Aż raz z
pomysłem wyszedł
do Kuwety,
aby tamten
kupił od
niego zawartość
drewnianego wychodka
jako nawóz
polny... Sąsiad
śmiechem iście
szatańskim parsknął,
po czym wnet
spoważniał, i
tak powiada;
- Coś pan,
gówno bede
kupował? Toż
takie coś,
to somsiadom
i darmo sie
nie daje!
-
Tak i pozostało
to łajno
nietknięte, zaś
łajnem zapachniały
ich stosunki
wzajemne. Kuweta
z dala go
omijał i
na skinięcie
głową ruchu
nie odwzajemniał,
sztywno swoją
na karku
niosąc. Aż
kota ze studni
Kuwety wyłowiono
i od razu
pomruki złe
przecwałowały po
wsi, że
to musi być
sprawka Srukały...
Z worka ano
kartofle co
był kupił,
zsypywał w
wiaderko, gdy
drzwi się
otwarły i
Mateusz Wyro
do izby wkroczył.
Na drugim
końcu wsi
siedział, zagon
kopru i ogórków
pielęgnując, jako
że pijak
był i na
zagrychę inną
stać go
nie było.
Stanął ano
pośrodku, śliną
strzyknął i
wzrokiem jak
jaskółka krąży
po kątach.
- Co tak
ślepiasz pan
tu? - zagadał
Srukała
- A bo
ludzie powiadają,
że tu Złe
przyczajone jekieś,
albo jeszcze
i co inne
-
- Eee tam.
Powiadajo, bo
sie nudzo.
A Kuweta
to drań
najpierwszy, łazi
ano po wsi,
i plotki
rozsiewa. Już
ja wiem,
co kota sam
do studni
ciepnął -
- A bo to
kto widział?
-
-...On sam
wie najlepiej
-
- A ja słyszał,
co on na
pana wskazuje...ponoć
mówi, co
pan siły
nieczyste za
kamratów ma-
- Wściekł się
chłop!? To
niby ja by
głodem przymierał
gdyby tak
było? -
- Tego nie
powiedziałem...ale
we wsi widziały,
co pan niewiadomo
za co i
skond worek
kartofli niósł...-
- Skond!? Za
co!?...A
ze skupu
frajerze! I
po złotówce
za kilo,
a ściubałem
psia mać
z zasiłku
odkładając, by
tera choć
ras sie porządnie
nażreć! A
teraz, chodu
stąd. Sru!
Mam
w dupie Kuwete
i co tam
powiada! Ja
tu cholera
już ledwie
łaże! Od
tygodni nie
mam czym
się wysrać,
a takie mnie
tu o siły
nieczyste osądzają...-
Wyro wyleciał, acz
w progu wyminął
Stanisława Paciorka.
Niski to
był chłop,
a cichy i
pobożny, tyle,
że kłopoty
wstydliwe miał,
jako że
za nic wiatrów
ciała swego
powstrzymać nie
uredził. ‘Pochwalony’
wypowiedział, a
z portek
skrzek niepoczciwy
falą zgrzytliwą
dołem przeleciał.
- Co pan
tu pierdzieć
przyłazi!? - warknął
gospodarz ku
powitaniu niemiłemu.
- W imie
Ojca i Syna...cóż
pan wygaduje!
A tom po
somsiedzku tak
zawitał...-
- I na co
mnie to?
Poczęstować nie
mam czym,
chyba ziemniaków
albo... -
- Ja tam
panie nie
dla poczęstunku
przyszed... -
- To po co?
- Srukała spytał
podejrzliwie.
Paciorek w zadumie
cichej a
pobożnie, spojrzał
na obrazek
święty za
szybkę kredensu
wetknięty.
- Po somsiedzku,
po somsiedzku...-
i w skromności
człeka niezwadliwego
zabrzęczał cichutko
a piskliwie
wiatrami nadpsutymi...
KONIEC 6.10.03
Korneliusz Kwach
pokutował w
sposób żałosny
pod sklepem
spożywczym we
wsi Śliwica.
Kieszeń u
niego okrutną
pustką zionęła
od dni paru,
to przesiadywał
na ławeczce
pod ścianą
wystawową i
nadzieję z
niecierpliwością piastował
wielką.
A to wymyślił,
że na ten
przykład taki
Zbigniew Zakąska
się w końcu
na końcu
ulituje, i
to piwo postawi.
Jest i Edmund
Kac, który
sławę litościwego
ma gdy grosz
jaki w portkach
zabrzęczy. Józef
Wymocz też
kamrat niezgorszy
a wyborny
smakosz piwa,
słynie z
tego, co
choćby skrzynkę,
a sam wypić
potrafi. Śmierdzi
potem godzinami,
jako że
mocz oddaje
w krok, ale
jak ma, to
zawsze postawi
i przez to
lubiany koleś
jest. Byli
i inni kolędnicy
monopolu, równie
rzetelne chłopy,
a i równo
ciągnący z
butelek brzękliwych,
jak te noworodki
co to u cycka
matuli wiernie
ssały.
Korneliusz Kwach cenił
te cechy
i już z
daleka rozpoznawał
czy ‘swój’
nie nadchodzi.
Ale tegoż
dnia cisza
i pustka
panowała na
dróżce pobok.
Tyle co bydlę
jakieś ryczało
w zagrodzie
sąsiedniej. Kwach
wygolony był
i przyodziany
w koszulę
czystą, bo
źle wyglądającemu
dziadowi stawiać
mało który
ochotę miał.
I grdykę
też już
miał naszykowaną
na zaś.
Wykontemplował, co
wpierw wypyta
o najbliższych,
potem o tych
dalszych, a
ostrożnie, by
nie zrazić
zawczasu, a
na końcu
sprytnie wkręci,
co pod to
to trza jednak
co nieco
wypić...
Siedział więc se
wyprostowany, a
zmrużonymi ślepiami
horyzont świdrował
na boki.
Aż tu Bronisław
Pupa rowerem
podjechał. Los
jednak chciał,
iż niepijący
był to kamrat
i wielce
niemiły schadzkom
pod ‘spożywczym’.
Toteż i
na pozdrowienie
nie odpowiedział,
a w zamian
z niełaską
zawarczał; - Siedzi
to i ludzi
straszy, dziad
jeden...Nic,
ino piwsko
żłopie! -
- A daj spokój
Bronek...- ozwał
się wielce
sfrasowany pokutnik
życia doczesnego.
KONIEC 3.12.03