opowiadanka 61-70

główna strona
strona informacyjna
opowiadanka      1-10
opowiadanka    11-20
opowiadanka    21-30
opowiadanka    31-40
opowiadanka    41-50
opowiadanka    51-60
opowiadanka    61-70 
opowiadanka    71-80
opowiadanka    81-90
opowiadanka    91-100
opowiadanka  101-110
opowiadanka  111-120
opowiadanka  121-130
opowiadanka  131-140
opowiadanka  141-150

 

Karta rowerowa

Bo po co ma siostra potem gadać

O sytuacji sflaczałej sąsiada wiedzy nie posiadał

Przedsionki współczucia

Po drabince sukcesu

Rodzinka

Rzeczy iście nieprzyjemne

Legitymacją partyjną kał ze spodenek zgarniał...

Przez rok był na utrzymaniu szwagra

Kaszel babki

  ©2005prawa autorskie humoru iście żenującego

Karta rowerowa

Matka pierdziała głośno pochylona and kuchnią. - A prace masz!?...- zaskrzeczała nagle.
Pasierb
skurczył się ździebko w sobie naciągając głębiej oprychówkę na zatroskaną gębę. Nie w smak mu szły takie pytania. Głodny był i poirytowany. A tu i przybysz obcy siedział pod oknem. Brzydki był i obdarty. Po proszonym chlebie spacerki se urządzał i matka co to słuchy docierały, że kruchego serca była, pod dach swój go sprosiła.
Zasiadł
ano na taborecie i gadał o zmęczeniu ciała, o starości, i o zatwardzeniach, co to sił wyzbywały gdy człek sprężał się w sobie w chwilach natrętnych, a iście osobistej natury. Patrzał przy tym natarczywie na stół zastawiony.
- No to dziadu, pora w droge, bo my obiadać bedziemy - usłyszał w porę niełaskawą, którą sam czort narychtować musiał.
A
pasierb rad wielce co macocha o pracy gadać przestała, przydzwonił słowem pochlebnym;
- Tak, tak, pora w droge. My tam jeść obcym nie dajemy -
Stara
zgrzytnęła spod spódnicy i prostując się z nagła, krzyczeć poczęła; - Ty darmozjadzie! Ja cie pytała, czy masz prace..! A ty mi tu duperelki powtarzasz! Coś robił pół dnia!? -
- Ano, na rowerze jeździłem -
- A karte rowerową masz!? -
Obcy
przybysz przykucnął w ten czas zdradziecko i pod obrus długi wlazł, jako że i uwagi nań nie zwracano. Pasierb chytrą minę przyodział. - A to coś mamie zdradzę... - i ruchem wielce tajemnym w kieszeni portek wiercić począł.
- Masz prace! - z nadzieją wielką zawołała, ale młody okrutnie chwilę oświecenia przedłużał, wygrzebując śmieci jakieś i papierki na podłogę.
Stara
drżeć z emocji niebylejakiej poczęła, trzeszcząc resztkami gazu jelita niegodziwego. Przysiadła na przeciwko, palcami niecierpliwie tańcując po fartuchu, a minę chytrą przy tym piastując. moment kulminacyjny sytuacji zawitał wreszcie. Pasierb dokumencik zgrabnie oprawiony w portwelik z plastiku pokazał.
- O, mam! -
- Prace!?...-
- Ni, to karta rowerowa -
Stara
okrzyk wielki wydała, a tymczasem ręka brudna spod obrusa smaki z talerzy pod stół porywała.

KONIEC 7.2.04

 

Bo po co ma siostra potem gadać...

 Radosław Praca nigdzie nie pracował. U siostry na komornym siedział i planami wielkimi na kredyt żył.
Ze
wszystkich chwil najbardziej lubił te, kiedy był chwilowo sam. Nikt mu wtedy nie brzęczał we tle, przerywając sielanki wygody przy ciepłym piecu kaflowym. Każdego ranka czekał, udając że śpi oczywiście, siostra wyjdzie do fabryki gumek gdzie pracowała.
Gdy
drzwi echem pochlebnym się zatrzasnęły, wyskakiwał spod pierzyny i do kuchni biegł by grzebać po szafkach. Torebeczki różne a puszki przeglądał dopóty, dopóki nie wybrał co smaczniejsze. A wybierał tak ci, by siostra potem nie poznała, że znikło to czy tamto. Smykałkę do tego miał niezgorszą i talent niemały. Oto puszkę z Mintajem se otworzył, a starannie na talerz widelcem powygarnial i na koniec metal wypatroszony z ryby w gazetę owinął, na dnie kubła upychając, to znowu obierkami kartofli z dnia wczorajszego nakrywając. Bo po co ma siostra potem gadać, że wyżera bez pytania. Nie raz chwile wielce trwożne a wstydem nadziane falą nieczystą uciskały ambit jego.
Bo
to raz od dziadów bezambitnych wyzwany był? A pomocny w domu był i twierdził, co pożytek z niego niemały. Żarówki przepalone wymienić umiał. I jak trzeba było, to drzwiczki poluzowane w piecu dokręcić też potrafił. Jak te od szuflady się zacięły, to z wprawą pilnikiem po wierzchu przejechał.
Kucał
właśnie przed szafką obrabowaną z Mintaja w oleju i zręcznie przestawiał a układał plony sklepu spożywczego, co by miejsce puste zatuszować. Bo po co ma siostra potem
gadać…

KONIEC 5.3.04

 

O sytuacji sflaczałej u sąsiada wiedzy nie posiadał

Budzisław Córcia duperelki różne kolekcjonował. Łyżki, śrubokręty, guziki, stare zdięcia, zabawki, gwizdki - ho!...Że i zliczyć nie da rady. Dom cały pudłami zapchany był, tyle, co łóżko widne w jednym kącie było. Na wyrze siedział, spał i jadał. Dziwactwem swej natury ludzi straszył, to i nikt tam nie zachodził. Nudziarzem też był paskudnym, a do tego zwyczaje niekoszerne miewał.
Ciało
na ten przykład obnażać lubił, a w parku i po krzakach to czynił chytrze. Babom starym wisiorki swe pokazywał, bo młode to z piskiem uciekały i jeszcze od zboczeńców wyzywały na rzeczy się nie znając. A że lata swe miał, to i wiedział jak robić by dobrze było chuciom jego przyczajonym. Sprytnie na tyły skwerków w każde południe się zakradał, gdzie babcie z wózeczkami łaziły i na ławeczkach pacierze odmawiały pobożnie. Za drzewem się ustawiał niby to mocz oddając i gdy która uwagę nań zwróciła, wychylał się jak widmo zza konara dąbka czy osiki z portkami spuszczonymi…
razu pewnego na żonę sąsiada niechcąco wyskoczył w bezwstydzie nagości przyodziany. Krzepka ta niewiasta torby dźwigane opuściła, jako że z zakupów ano wracała. Krzyk wielki podniosła, gdyż ślubny jej od lat dziesięciu w portkach przyzwoicie swe nikczemności chował. To od dnia, kiedy na chórze kościelnym wyśpiewywać zaczął o świętości się ocierając, a skruchę skromnie przy tym piastując. W domu modły odmawiał wieczorami, a potem walkę niemałą o wstrzemięźliwości toczył, w piżamę wskakując, a dyskretnie i na odludziu łazienki to czynił, by żona nie przyuważyła ani pasemka nagości torsa jego albo i niżej. Dobrodziej go pono straszył przykazaniami, a do skromności tych nawoływał. Więdła w nim wola widmem piekła narychtowana. Baba też więdła, frustracjami doczesnymi nadziana, że i kłótnie a niesnaski przy tym twarz swą nieciekawą obnosiły po ich abodzie zmurszałej na drugim piętrze w bloku administracyjnym! Żywot ich paskudą niechęci wzajemnej warczał. Sterchlała postem cielesnym niewiasta nijak żądzy swych przykrócić nie umiała, zaś to wyzuło nieśmiałości wielkie z czasem.
Budzisław
Córcia o sytuacji sflaczałej u sąsiada wiedzy nie posiadał. Ba, rzadko ich widywał, a że niewiasta w chustce przyodziana tego dnia była to i nawet nie rozpoznał komu to na ścieżynkę wskoczył. Wstyd więc zaskwerczał w nim niemały gdy gęba znajoma mu się wydała. Ale oto gwizdek przydeptany w piachu upatrzył i zmysł kolekcjonera do naciągnięcia spodni go przywołał. Porwał zdobycz, w krzakach znikając.
- Dziwak zakisły…- szepnęła otumaniona czynnością nagłą sąsiadka.

KONIEC 8.3.04

 

Przedsionki współczucia

W życiu zawsze coś się dzieje. dni dobre, mniej dobre, niedobre i bardzo niedobre. Wybryki losu różne i ani odgadnąć nie idzie, co kiedy i komu przypadnie. tacy, co wróżby potrafią z kart i miny na gębie wyczytać, czy też wprost za jasnowidzów się uważają i nie jedno odgadnąć potrafią, gapiąc się na osobnika wielce strapionego. I tak to już się dzieje, że czym więcej strapiennik z portfela wygrzebie, tym głębiej usłyszy o swoim nieszczęściu.
Idzie
potem taki do lekarza, bo już dzieje się zupełnie źle i tam kwiczy, co po nocach spać nie daje rady. Karty wróża pomogły tyle, co nowe zmartwienia nawiały do kieszeni pustej, bo oto komornego nie ma z czego zapłacić, a właściciel sutereny co dnia bzyczy nieciekawą nutą wysiedlenia… Lekarz, człowiek uczony a znachor natury ludzkiej, współczuje. Kapsułki jakieś przypisuje i brać zaleca często.
Mieczysław
Paskuda po znajomych na ten przykład biegał, pociechy szukając. Macocha koty dwa ogromne pod dach sprowadziła i dla nieboraka miejsca już nie stało. Oto żarcie mu wymawia i wartko z domu przepędza, jako że ‘trzydziestoletniego dziada’ żywić się zaparła. Pukał więc Paskuda to tu, to tam, ale los żony kamratom usłużnym sprawił, a te złe jak osy na jesieni spod drzwi goniły na sam widok gęby jego proszącej. raz pani Regina się ulitowała i kanapkę z serkiem topionym podała w progu, przemieniając dzień bardzo niedobry na dobry. W jeden taki dobry dzień, banknocik znalazł pod kioskiem. Schyla się, podnosi, a tu już starucha śpieszy w jego stronę i miałczy, że to jej… Ot i los, od razu robi się bardzo niedobrze i jakoś tak nieciekawie.
Współczucie
dla bliźniego często doprawione bywa cichym ‘a dobrze ci tak…’ w myślach oczywiście. Z reguły dzieje się tak, gdy taki kamrat wzbudza zazdrość całkowitą, co to zajadle ukatrupia cechy łaski miłosiernej. Marian Bryndza sery góralskie produkował. Skąpy z natury, łaził po serowni i pilnował by ‘nie podżerano’ w czasie pracy. Nawet skosztować nie dał. I oto razu pewnego ogień rusztem piekielnym skonsumował cały ten interes. Biegał, krzyczał, rozpaczał, dochodził i gówno zdziałał. Gadano potem, co to kara boska zakotłasiła się zdradziecko u sknery starego, ale w oczy to mawiano, że taki biedny teraz, że takie straty..! I jeszcze inne tam duperelki prawiono, jako że Bryndza łasy na przypochlebki się nagle zrobił.
typy, które pasożytują na słowach litościwych. Zaczyna taki ględzić o płaskostopiu… Litania jego jest zwykle bardzo długa i nurzaca dla słuchającej ofiary zwierzeń chorobliwych sporo refleksji. Od stop idzie wyżej, a więc żylaki w łydkach, potem woda w kolanie. Starannie omija przód krocza i nagle nadaje przez godzinę o żylakach odbytu i okropnościach z tym związanych, bo masa objętościowa stolca jest także w to wliczona. Potem łamanie w biodrach, łupanie w krzyżu i hyc - żołądek, nerki i wątroba ukazują swe czynności w rozdrobnionym opisie funkcji swych niewydolnych. Zgaga, bóle gardła, ucha środkowego i potylicy nie zakańczają jednakże listy tej wielce niesmacznej. Bo oto gadający przyuważa znudzenie na gębie kamrata i by ożywić zdychającą atmosferę konwersacji jednostronnej przechodzi do opisu przemiany materii w kiszkach. Niektórzy dowcipnisie lubują się w historyjkach typu; Mój dziadek takiego strzelił Pinokia, że mu się włosy łonowe wyprostowały!’…Ale to się zalicza do rzadkości, bo z reguły ględziarze nie mają za grosz poczucia humoru. Oni wolą opisy ‘kliniczne’, za znawców wielkich uchodząc.
Najlepiej
w sytuacjach takich jest powiedzieć że i u ciebie coś pobolewa, a wtedy jak za dotykiem różdżki magicznej cierpiennik milknie, bo nie lubi słuchać ‘nie o sobie’.

KONIEC 8.3.04

 

Po drabince sukcesu

Oto siedzi taki pisarz ‘literatury pięknej’ i pisze pięknie przez lat 20, mając równie piękne nadzieje. Nieśmiałością natury swej nadziany robi to odpowiednio po cichu… dnia pewnego w przypływie odwagi nagłej dzieła swe spakował i do wydawnictwa poniósł. Tam popatrzyli, przerzucili, i niejaki pan Rysio Proza, co to w chwale redaktora naczelnego tam spoczywał, warczy;
- To jest kolego, do dupy!...- Taka reakcja odcedza duszę literacką z inspiracji samoobrony. Skurczony ze strachu drapie się za uchem i już wie, że znalazł się w sytuacji strasznej, gdyż literatura piękna okazała się literaturą brzydką.
Inny
siedzi nad skryptami. Wymyśla i pisze dialogi jakiegoś pana Czesia pomiędzy panią Wiesią. W wielce niewygodnej pozycji to czyni, a na krzesełku twardawym, to i cierpi na martwicę pośladków. Przykra to dolegliwość dla pisarzy a i często rozpraszająca uwagę drętwością swoją.
Ireneusz
Pisz-Wymaluj inspiracje miał iście geniuszem pachnące i za krytyka się uważał wielkiego. A tak ostro pisał i krytykował, że kosze dwa czeluścią swą głęboką nadziane były dziełami jego pomiętymi.
Idee
, pomysły, ileż tego jest! Każdemu czasem przyświeci moment łaskawy. Tyle, że uchwycić go trudno bo już po chwili niechęć wierci judaszowe podszepty, że nie warto się trudzić bo i po co, kiedy ktoś tam gdzieś już robi to samo? Zdychający entuzjazm jest nieszczęściem każdego a’la twórcy.
Nikodem
Parówa figurki święte z gliny lepił. Żadnej nie dokończył. A bo to brat zawitał w połowie roboty, a potem to już wola opadła, a i chęci wyparowały by się dalej trudzić. Innym razem ksiądz po kolędzie chodził, to śpiesznie schował Piotra świętego, nie chcąc na krytyki talentu swego wystawiać. To znowu kumpel z ćwiartunią w kieszeni w drzwiach stanął, a wiadomo co to grzech i obraza po pijanemu świętych lepić. Kłopot więc był niemały bo na zasiłku żył, a za artystę się uważał. Z tego wszystkiego frustracje wielkie weń hasały jak te zające na polu kapusty!
Można
i inaczej. Albert Sztaluga malował pejzaże. A że szanującym się artystą był, to i nikomu w czasie twórczym drzwi nie otwierał. Pędzelkiem ano wymachiwał dzień cały, to znowu spacerkiem po pokoju się przechadzał dla inspiracji niebylejakich, herbatkę z rumianku popijając. Z czasem zaś dzwonki i pukania w cisze złowieszczą się obróciły, co w samym sobie markotnym znakiem jest, jako że chwile samotnika jęczą po czasie za pobrykaniem, a tu nie ma z kim! Wychodzi więc taki natchniony talentem do sklepu po bułeczki by ożywić ducha wibracjami świeżymi, a pilnie przy tym patrzy czy jaki znajomy nie czai się gdzie w pobliżu. Pogadał by se tera, a rozpytał o to czy o tamto. Tyle, że nikogo nie widać w drętwości porannej.
Bajkopisarze
podobny kłopot piastują. Zazwyczaj nie cierpią dzieci, bo te wrzeszczą pod oknem, uwagę rozpraszając. Wtedy to myśli iście sadystyczne talent twórczy nawiedzają i spod pióra Babyjagi straszne wyłażą, to znowu upiory z widłami na koniec bajki się wciskają, trwogą okrutną małego Jasia przejmując. Dziwi się potem taka babcia czy mamusia, że latorośl przedszkolna majaki w nocy ma niedobre. A bajkopisarz klawiaturą cykając, zęby szczerzy na same wyobrażenie sytuacji tej niemiłej. Zaabsorbowany wielce udaje, co go nie ma w domu. Gdy dzwoni telefon, gapi się jak małpa w ekran na automatyczną sekretarkę i słucha jęczenia pani Basi, że znowu nie zapłacił raty za uszyty jesienią płaszcz, złośliwie się przy tym radując. Bo pani Basia miauczy już tak od miesiąca. Wiadomo, dzieci czworo sama wyżywić musi, a on przecież tych małych obywateli tak nie lubi…
Zaś
dyrygenci orkiestry dętej do spraw podchodzą energicznie. Z reguły nerwowe to osobniki i ci z kolei lubują się w hałasie ekscentrycznym. Siedzi taki Arkadiusz Zagraj i w pozie zastygłej a dostojnej, ruchy praktykuje iście wariackie pod dźwięk trąby i bębna w duecie swym dynamicznym. Zad u niego umięśniony i tułów krępy od tych ruchów zamachliwych. Gdy dźwięki natury bardziej delikatnej rozlegną się piskiem flecika, zygzaki patyczkiem czyni w powietrzu szybciutkie. Zdziwaczałe to osobniki i często przez otoczenie niezrozumiałe.
Sukces
niestety ma to w sobie, że drogo kosztuje. Wielu kamratów cyka żywot iście samotny w intencji zadośćuczynienia talentowi. Talentowi, z którym jak powiadają, taki czy siaki się urodził. Fryderyk Ciupaga w innym świecie artystów się obracał. U niego sukces w ubogie szatki był odziany. Innym słowem żył z tego, co ‘podwinął’. Latem na działki po nocy się zakradał i po omacku rwał co ino namacał. Wybredny nie był, aby tylko worek napełnić. A rano z tym na targ, gdzie taniutko dla zachęty upychał. Zimą, strychy obrabiał i po piwnicach buszował. Kombinował tak od lat, a gdy gęba u niego workiem starości zawisła i grzywka się znalazła w tyle głowy, pomyślał co spryt i siły już nie te i trza zwolnić tempo. Koleś Eugeniusz Czapa doradził by konikiem został. - Kupujesz - mówi - bileciki z rana, a wieczorem sprzedajesz ze zyskiem -
Stał
więc pod kinem i kręcił się po placu cyrkowym, deszcz ulewny zmoczył jego posturę zdziadziałą, zapachy profitu w nicość obracając. Tak i chęci zeń spłynęły w buty srogo przemoczone.
Inny
znowu artysta w kuchni urzęduje. Pierożki lepi z różnościami w środku to znowu chochelką miesza w garze ogromnym, para kłębami bucha, zapachami wytworności iście okrutnej nos atakując. Po łyżeczkę wtedy sięga mistrz kuchenny i próbuje, smaki tym podrażniając swe. A że owe próbowanie bryka w naturze częstej, dupa u kucharza rozrasta się w tempie strasznym. Gada potem taki, że on na kosztowaniu poprzestaje i niby od zapachów samych grubieje. Czasem sałatki różne kraja i te już oficjalnie wcina, bo ponoć przyszczuplają… Ale czy kto widział chudego mistrza kuchni?
A
teraz przejdźmy do kowali. Gorące to rzemiosło i wielce niebezpieczne dla zmysłu węchowego. Gdy taki artysta kowadłem od tyłu podkuwa rumaka, dzieją się wtedy rzeczy paskudne. Bo wiadomo przecież wszystkim, co te juczne kopytniaki pierdzieć potrafią nie zgorzej od starego chłopa, który to regularnie potrawy kapuściane konsumuje. Tyle, że koń ma dupę często 5 razy większą. Stąd kowale z racji swej profesji narażeni na trzaski ze srak srodze dynamicznych. I jakby tego mało, ich twarze rozgrzane, smagane chwostem tych pierdzieli strasznych. ( Kto nie wierzy w te końskie możliwości, ten niech spędzi dzień cały w stajni, nasłuchując.) Nie należy się więc dziwić, że złośliwy iście temperament cechuje grupę osobników. Tak niestety bywa, ale to jest cena sukcesu.

KONIEC 28.2.04

 

Rodzinka

Sytuacja domowa u Stefana Boczka była brzydko pachnąca, czyli śmierdziała. On, żona, rodzice, teść, dziadek i dwóch żonatych synalków gnieździli się w dwuizbowej chałupie i od trzech lat warczeli na siebie jak hieny nad padliną. Panowała ciasnota, ogólna niezgoda, i bieda kamratem im była. A nie zgadzali się we wszystkim. Niesnaski kłębiły się przy stole, w sieni, na podwórzu, w polu i stajni. Obie synowe skłócone ze sobą, buntowały nikczemnie całą resztę. Kością niezgody było lenistwo. A że wrzeszczeć potrafił w ich domostwie każdy i to głośno, słychać było ich o każdej porze.
Oto
pora obiadowa. Jest niedziela. Na dworze deszcze leją już od dni paru i błoto po kolana tuż za progiem. Cisza panuje zaś przy stole wielka, a 9 par ślepi w skupieniu prawie świętym świdruje miskę z pierogami. Nagle, na znak niewidzialny rzucili się na nie, porywając po jednym.
Nieurodzaj
tego roku kły wyszczerzył i żreć nie było co. Plaga szczurów i myszy wymiotła spiżarnię do ostatniego ziarna, a zaraza w polu grasująca pokurczyła, a tak powykręcała plony, że i rozpoznać trudno było czy to burak czy marchewka. Wiosną mróz tak przydusił drzewinę, że zaledwie parę jabłek i śliwek pacnęło latem o ziemię. Susza trawę wypaliła i krowie nie było co dać, że ino gnaty z niej ostały, bo i mleko też wyschło.
Teraz
na jesieni pyskacze przycichli nieco, bo trwoga nieobfitości jęczała coraz głośniej. Stefan Boczek nakazał oto synalkom by pracy szukali, jako że zimą cieńko będą srać. Pretensje też miał do dziadka, że żre za dziesięciu, a do roboty go nie ma. Teściowi też się oberwało, bo niby z rana przyłapał go jak wypił całe 4 jajka, co to miał zebrać ze stodoły, gdzie kury złośliwie na słomie po kątach kucały. mu stary ojciec zwrócił uwagę; - Synu! A to nie paplaj tyle! Sam ano jaja wybieraj na drugi raz! -
- Tu nie o jaja chodzi! Każdy żre po kryjomu to i co się dziwić, że na stole pustka się cwaniaczy?! -
Wtem
dziadek co to cicho se siedział do tej pory, szyję wolno naciągnął ku górze, pierdząc w rytm ten piskliwie a długo, dopóty twarz jego sędziwa sufitu na płasko nie ujrzała. - W imię ojca, syna i ducha świętego, - zachrypiał nieśmiało - a to mnie się rodzinka udała. Gdybym to wiedział pół wieku temu jak to będzie, to zamiast figli pod pierzyną, pacierze bym odmawiał..! -

KONIEC 15.3.04

Rzeczy iście nieprzyjemne

Najbardziej nieprzyjemną rzeczą jest zesrać się pod siebie do łóżka. Winę za to ponosi oczywiście sen, w którym taki ktoś biega po jakimś np. dworcu i szuka ubikacji. Źle się dzieje gdy znajdzie. Stolec ‘senny’ robi zadośćuczynienie temu ‘bezsennemu’ i powstaje wtedy ‘tragedia fizjologiczna’. Budzi się bowiem nieszczęśnik w chwili iście paskudnej. Bo oto parówka kału wyciśnięta jest prawie cała i czuć jej ciepło gdzieś z tyłu na plecach. Fetor upiornym wyziewem wisi wokół pierzyny i to też jest bardzo niepożądane.
Inną
nieprzyjemnością jest zaciągnięcie się cudzym pierdem. Najczęściej dzieje się tak w miejscach zamkniętych a rojnych od kamratów. Powiedzmy, w kinie. Siedzi se taki pan Jacek, profesor chemii, i kulturalnie gapi się w ekran na jakieś tam namiociki rozbite wśród skałek do których zbliża się na czworaka skulona postać karła z dzidą w ręku, gdy nagle gaz nieszlachetny w nos mu się nikczemnie wciska. Trudno rozpoznać w ciemności po minie kto nakadził czeluścią dupną, a i pozycja intelektu wzbrania wręcz dociekania w tej sprawie nieczystej. A tu zawiesina kiszkowa rozprasza oczywiście uwagę i wywołuje irytacje zmysłowe. Dziw się czytelniku ile chcesz, ale takie rzeczy się zdarzają.
W
zatłoczonym autobusie też dzieje się niezgorzej. Parszywy wydech jelita grubego fermentuje niekiedy zjełczałością tak okrutnie, że najbliższe ofiary robią się żółte na twarzy. Lecz znowu nie wiadomo kto zakatrupił tlen. Fenomenalne jest to, że nikt na to nie reaguje choćby gestem. Obywatele mężnie znoszą te powiewy odbytowe i niejeden nos cierpi katusze. Ciekawostką jest też, że nigdy ich nie słychać bo w miejscach publicznych pierdzieć głośno jest zjawiskiem bardzo niekulturalnym. Robią to tylko niemowlęta i pijaki.
Osobna
historia dzieje się z moczem. Wyżej wymieniona grupa szcza w pieluchy i portki. Ale czasem zdarzy się to innym obywatelom, którzy ocierają się o przyzwoitość fizyczno- umysłową. Z reguły to sytuacje proste. Duża ilość wypitego trunku ciśnie się do pęcherza, którego właściciel nie ma gdzie opróżnić bo na horyzoncie nie widać ‘przybytku ulgi’, a do domu zwykle daleka droga i ani autobusem, ani na pieszo dobiec na czas się nie da. Takie coś przytrafiło się panu Lutkowi Moczyńskiemu. Z imienin brata wracał i choć ‘odpryskał’ się przed wyjściem, ledwo dotarł do tramwaju a poczuł, że znowu mocz oddać musi. Tylko gdzie? Na trawniku nie można bo ludzie się patrzą, a w tramwaju tym bardziej. Jechał więc, niewygody wielkie piastując. Potem iść trza uliczką długą a krętą, a w sklepiki wypstrykaną po obu stronach, a to wiadomo ściąga niezłe grono gatunku kamrackiego. I co się dzieje? Mocz wartko w spodnie wyciekać poczyna strugą smrodliwą. Wskakuje wtedy pan Lutek pomiędzy butik a budkę z lodami i stoi jak zaczarowany w rozkroku skamieniałym, a niemiłym dla przechodniów. Czort nadał, że czerwcowy to wieczór był, to i jasność panuje na dworze długo, a że hańba zagoniła go blisko domu to i niejeden znajomek dojrzeć to poradził. Potem opowiada taki innemu; - Prezes, a w portki nasikał -
Inne
nieprzyjemności dotyczą ‘stolca zwierzęcego’. Winne oczywiście pieski srające po chodnikach, gdzie taki śpieszący się obywatel goni nie patrząc pod nogi. Często wdepnie w rurkę gówna i pędzi dalej. Zazwyczaj wraca z pracy i chce szybko do domu. Zupełnie nieświadomy swego zbeszczenia wchodzi do mieszkania. Oprócz teczki i torby z zakupami, przynosi też ze sobą rozgnieciony kotlet kału przylepiony na płasko do podeszwy buta. W ciszy domowych pieleszy kręci się chwilę po kuchni i zagląda do lodówki. A że schylić się przy tym musi, to i zapach nieświeży czuje nagłością swoją. Szybko przerzuca serki i kiełbaski na półkach, pilnie węsząc po pudełeczkach, by wytropić co się popsuło. Ale że pedantem dbającym o dom jest, to i dba by takie historie u niego nie gościły. Rozgląda się wtedy bezradnie i dopiero wtedy dostrzega brązowo-żółte ślady na błękitnym linoleum. Szybko zzuwa buty i odkrywa zakotłaszony kit z psiej dupy, który jak płaskorzeźba ekscentryka zrównuje przód z obcasem, że i nawet zelówek nie widać!
Ale
odkrycie paskudy to dopiero początek, bo teraz trza jakoś to zeskrobać i buta oczyścić, co należy do rzeczy iście nieprzyjemnych. Potem podłogę zmyć też trzeba, no i chodnik w przedpokoju wilgotną szmatką przejechać. No a te zdradzieckie ślady na klatce schodowej? I to usunąć należy, jako że wstyd przed sąsiadami zamerda okrutnie gdy to wypatrzą. Dziwi się potem taki pan Czesio z parteru, że sąsiad jego chłodno spogląda na jego Burka i Szarika. I już tworzą się niesnaski, bo co taki piesek mu uczynił, że go nawet ten palant z pierwszego piętra nie
pogłaska…

KONIEC 16.3.04

 

Legitymacją partyjną kał ze spodenek zgarniał...

Ruchał na stojąco potykając się o swój długi płaszcz partyjny… W tym jasnym prochowcu był tak przystojny, że nawet na służbie ten ubecki tajniak miał powodzenie.
Niestety
tego dnia w kantynie podano na obiad nadpsuty bigos i już w niecałą godzinę potem, zad jego zawarczał niepoczciwym bulgotem nad czeluścią muszli klozetowej. Śpieszył się, gdyż o czwartej miał schedę z kobietą. Czas był iście niekorzystny i wiedział, że nie wypróżni parszywości jelita w porę. Wodnisty krupnik strzelał jak  wiatrówka na odpuście. Śmierdziało przy tym okrutnie i na dodatek zapaskudził rąbek płaszcza od tyłu, jako że zadarł do góry byle jak, a nie ściągając z siebie. Ubikacje choć partyjne, nieopalone były, stąd ziąb tam cwaniaczył się po kątach i dupy obnażone ostudzał.
Urwał
w końcu kawałeczek papieru, podtarł zaciśnięty na gwiazdkę odbyt i wybiegł nie spuszczając wody, że to rączka była urwana. Biegł przedmieściem, kapelusz ręką przytrzymując.
Czekała
na niego w bramie. - Mieczysław Paragon..? - Spytała
- Ja towarzyszko, proszę, oto moja legitymacja partyjna… - Machnął jej przed licem książeczką zieloną i od razu do obłapiania przystąpił, jako że czasu nie stało wiele. Ruchał na stojąco, potykając się o swój długi płaszcz partyjny…, ale chwila nieciekawa przerwała rytmy chuci lubieżnej, powodując tułowia paraliż. Oto z dupy żur zbutwiały wystrzelił, warcząc złowrogo. Kobieta z krzykiem majtki naciągnęła i na ulicę wybiegła. Chwilę potem dwóch Ubeków do bramy ciekawie zajrzało. - Ja swój, panowie - odezwał się Paragon. W kącie ano kucał i…legitymacją partyjną kał ze spodenek
zgarniał…

KONIEC 28.10.03

Przez rok był na utrzymaniu szwagra

Bogusław Utul był wybitnie brzydki, wybitnie biedny, wybitnie samotny i wybitnie głupi. Wszystko co robił brzydko śmierdziało, a tak naprawdę, to nie potrafił zrobić nic. Pech był w nim zakochany, a nieszczęście uwielbiało go jak czort grzech. Oto podłogę reperował bo skrzypiała okrutnie, że sąsiad z dołu przylatywał na skargę. Gwoźdź zamiast w deskę, w buta sobie wbił, a potem deszcz dzieła wilgoci stopy dopełnił. Przeziębił się. Majacząc w gorączce zamiast mleka, garnczek smalcu na piec postawił, a potem popijał i dziwił się, co niesmaczne. Srał potem tak tłusto, że na brzegach klozetu widniały smugi smalcu niestrawionego. Ksiądz po kolędzie zajrzał. - Śmierdzi tu, - rzekł, próg przystępując i kadzidłem wymachując zamaszyście.
Kot mu zdechł, jako że przejadł się myszami, a potem kupił drugiego, co myszy jeść nie chciał. Psa też miał w owe czasy, to tak niepoczciwie go wyuczył, że zamiast łapę podawać w przód się chylił, zad wypinając. Utul mawiał wtedy, że pies jest ‘zdezorientowany’ i słowo to sprawiło, co w sąsiedztwie aż zawrzało, jako że słowo to długością sylab zdradzało inteligencję ukrytą. I już śmignęła nowina, co Bogusław to człek skromny a pełen skruchy, bo taki uczony, a cicho siedzi i się nad drugie nie wywyższa. Aż pewna stara wdowa, córkę niezamężną posłała doń na zwiady. Ta zaś, gdy z bliska mu się przyjrzała lico brzydkie wzrokiem ujmując, uciekła wystraszona staropanieństwo wybierając.
W robocie też szczęścia nie miał. Ledwo tknął taczki, jak kółko odpadało. W łopatach trzonki się krzywiły dziwacznie, a cegłówki kruszyły mu się w rękach. Kiedy z motyczką w ręku przyhakiwał u sąsiada kartofle, w krzyżu coś mu chrupnęło, że miesiąc cały pod pierzyną śmierdział, a z głodu halucynacje o smakach kuchennych miewał. W fabryce piłeczek pingpongowych robił, to go po tygodniu wyrzucili, jako co maszyny przegrzewał, korbą zbyt zamaszyście kręcąc. Do pracy stróża nocnego przystąpił z ciekawością Żyda na odpuście. Zawsze fascynowało go życie nocne. Jednak i tam długo nie siedział, jako że sen mu lutował powieki zaraz po północce. Budził się jak pierwszy kur zapiał, ale wtedy złodziejskie harce zdążyły już unicestwić worki z cementem i dwie skrzynki gipsu na ten przykład.
Listonoszem był, to już drugiego dnia mu torbę dmuchnęli gdy na moment wdepnął do ubikacji za sklepem spożywczym na drugim końcu wsi. Raz załapał się na palacza w klasztorze. W kotłowni siedział, do pieca dorzucał se węgielki, a jednak podpatrzony przez Mateczkę przełożoną i oceniony nagannie został. Ze skargą pobiegła na plebanię stojącą po sąsiedzku za cmentarzem w lewo i dobrodziejowi rzeczy strasznych naopowiadała. A że brzydki, aż grzech takiego trzymać, a że źle w piecach pali bo cały zakon z zimna drży, że i różańca w palcach utrzymać nie da rady. Z książeczką do nabożeństwa odprawiony do domu został.
Przez rok był na utrzymaniu szwagra, Jakuba Moszny. A potem siostra rozwód wzięła i Moszna rzekł do Lejka by ten go w dupę pocałował. Dołączył do grona lichoty najniższej i po śmietnikach grzebał za butelkami po occie. Do sklepu nosił i te parę groszy było.
Sąsiad króliki hodował, to do garbowania skórek go najął. Cóż, kiedy tak je porozciągał, że sierść sypała się ze szczelin rozdartych. Od partachów wyzwany a przeklęty, w niełaski pracodawcy wkroczył, wylatując w całunie hańby za drzwi.
Potem ponoć szwagier widział, jak gotował zupę z łapek i uszu króliczych. Taka jest i prawda, bo pech i bieda kochają głupotę i brzydotę.

KONIEC ( Listopad 2003 )

 

 Kaszel babki

Struchlały ze strachu Mirosław Paciorek, stał jak posąg pośrodku pokoju. W głowie harcowały słowa babki: - Nie kupuj, bo tam ponoć straszy. - Nie usłuchał. Kto tam myślał o strachach, gdy chałupa taniością swą kusiła. A że na zaciszu stojała, to i w sam raz była dla tego miłosza muzyki i spokoju. Wrażliwą duszę ci on miał i czułą wielce na podmuchy flecika, w który dął ze zwiniętymi w trąbkę ustami swymi cienkimi. Babka gadała co fałszuje, toteż serce do niej zatracił i zawziął się w sobie powiadając, by swe rady se w dupę swą starą wsadziła. Podejrzewał, co umyślnie od kupna chałupy odwieźć go chciała, bo nie za darmo u niej siedział, wspierając chudą jej rentę dostojnością portfela swego. - Wyprowadzę się, to jej markotno za moją hojnością będzie - myślał. - Pewnie, demony se wymyśliła durna. -
Chałupa trzy pomieszczenia w progach swych dzierżyła i sadek gęsty ją okalał, a za nim poletka obszernością wielką koła zataczały. Cichość tu mościła chytrością przyczajoną i tylko wiaterek czasem zatarabanił o deseczki i dach pochyły. Ale dziś, wiaterek nie powiewał a tarabanienie jakoś nie ustawało. Wpierw nie zauważył, bo na fleciku se pogwizdywał i do taktu nogą przytupywał. Wnet jednak trwoga zakałatała straszliwie sercem jego czułym. Coś skrobało, coś dudniło, a na koniec jęki iście szatańskie zawyły nutą nieprzychylną wprost w okienko uchylone. Mrowie kaczej skórki kark mu zjeżyło, że chłód poczuł iście upierdliwy a w istocie swej nieprzyjemny. Wycie ze świeżą siłą powietrze przeszyło, po chwili niewielkiej w kaszel suchy a natrętny się obracając… Pot go oblał, gdyż oto właśnie rozpoznał że, był to - kaszel babki…

KONIEC 23.3.04