opowiadanka 61-70
Karta rowerowa
Bo po co ma siostra potem gadać
O sytuacji sflaczałej sąsiada wiedzy nie posiadał
Przedsionki współczucia
Po drabince sukcesu
Rodzinka
Rzeczy iście nieprzyjemne
Legitymacją partyjną kał ze spodenek zgarniał...
Przez rok był na utrzymaniu szwagra
Kaszel babki
©2005prawa autorskie humoru iście żenującego
Matka
pierdziała głośno pochylona and kuchnią. - A prace masz!?...- zaskrzeczała nagle.KONIEC 7.2.04
Bo po co ma siostra potem gadać...
Radosław Praca nigdzie
nie pracował.
U siostry
na komornym
siedział i
planami wielkimi
na kredyt
żył.
Ze wszystkich chwil
najbardziej lubił
te, kiedy
był chwilowo
sam. Nikt
mu wtedy
nie brzęczał
we tle, przerywając
sielanki wygody
przy ciepłym
piecu kaflowym.
Każdego ranka
czekał, udając
że śpi
oczywiście, aż
siostra wyjdzie
do fabryki
gumek gdzie
pracowała.
Gdy drzwi echem
pochlebnym się
zatrzasnęły, wyskakiwał
spod pierzyny
i do kuchni
biegł by
grzebać po
szafkach. Torebeczki
różne a
puszki przeglądał
dopóty, dopóki
nie wybrał
co smaczniejsze.
A wybierał
tak ci, by
siostra potem
nie poznała,
że znikło
to czy tamto.
Smykałkę do
tego miał
niezgorszą i
talent niemały.
Oto puszkę
z Mintajem
se otworzył,
a starannie
na talerz
widelcem powygarnial
i na koniec
metal wypatroszony
z ryby w
gazetę owinął,
na dnie kubła
upychając, to
znowu obierkami
kartofli z
dnia wczorajszego
nakrywając. Bo
po co ma
siostra potem
gadać, że
wyżera bez
pytania. Nie
raz chwile
wielce trwożne
a wstydem
nadziane falą
nieczystą uciskały
ambit jego.
Bo to raz
od dziadów
bezambitnych wyzwany
był? A pomocny
w domu był
i twierdził,
co pożytek
z niego niemały.
Żarówki przepalone
wymienić umiał.
I jak trzeba
było, to
drzwiczki poluzowane
w piecu dokręcić
też potrafił.
Jak te od
szuflady się
zacięły, to
z wprawą
pilnikiem po
wierzchu przejechał.
Kucał właśnie przed
szafką obrabowaną
z Mintaja
w oleju i
zręcznie przestawiał
a układał
plony sklepu
spożywczego, co
by miejsce
puste zatuszować.
Bo po co
ma siostra
potem
gadać…
KONIEC 5.3.04
O sytuacji sflaczałej u sąsiada wiedzy nie posiadał
Budzisław Córcia
duperelki różne
kolekcjonował. Łyżki,
śrubokręty, guziki,
stare zdięcia,
zabawki, gwizdki
- ho!...Że
i zliczyć
nie da rady.
Dom cały
pudłami zapchany
był, tyle,
co łóżko
widne w jednym
kącie było.
Na wyrze
siedział, spał
i jadał.
Dziwactwem swej
natury ludzi
straszył, to
i nikt tam
nie zachodził.
Nudziarzem też
był paskudnym,
a do tego
zwyczaje niekoszerne
miewał.
Ciało na ten
przykład obnażać
lubił, a
w parku i
po krzakach
to czynił
chytrze. Babom
starym wisiorki
swe pokazywał,
bo młode
to z piskiem
uciekały i
jeszcze od
zboczeńców wyzywały
na rzeczy
się nie
znając. A
że lata
swe miał,
to i wiedział
jak robić
by dobrze
było chuciom
jego przyczajonym.
Sprytnie na
tyły skwerków
w każde
południe się
zakradał, gdzie
babcie z
wózeczkami łaziły
i na ławeczkach
pacierze odmawiały
pobożnie. Za
drzewem się
ustawiał niby
to mocz oddając
i gdy która
uwagę nań
zwróciła, wychylał
się jak
widmo zza
konara dąbka
czy osiki
z portkami
spuszczonymi…
Aż razu pewnego
na żonę
sąsiada niechcąco
wyskoczył w
bezwstydzie nagości
przyodziany. Krzepka
ta niewiasta
torby dźwigane
opuściła, jako
że z zakupów
ano wracała.
Krzyk wielki
podniosła, gdyż
ślubny jej
od lat dziesięciu
w portkach
przyzwoicie swe
nikczemności chował.
To od dnia,
kiedy na
chórze kościelnym
wyśpiewywać zaczął
o świętości
się ocierając,
a skruchę
skromnie przy
tym piastując.
W domu modły
odmawiał wieczorami,
a potem walkę
niemałą o
wstrzemięźliwości toczył,
w piżamę
wskakując, a
dyskretnie i
na odludziu
łazienki to
czynił, by
żona nie
przyuważyła ani
pasemka nagości
torsa jego
albo i niżej.
Dobrodziej go
pono straszył
przykazaniami, a
do skromności
tych nawoływał.
Więdła w
nim wola
widmem piekła
narychtowana. Baba
też więdła,
frustracjami doczesnymi
nadziana, że
i kłótnie
a niesnaski
przy tym
twarz swą
nieciekawą obnosiły
po ich abodzie
zmurszałej na
drugim piętrze
w bloku administracyjnym!
Żywot ich
paskudą niechęci
wzajemnej warczał.
Sterchlała postem
cielesnym niewiasta
nijak żądzy
swych przykrócić
nie umiała,
zaś to wyzuło
nieśmiałości wielkie
z czasem.
Budzisław Córcia o
sytuacji sflaczałej
u sąsiada
wiedzy nie
posiadał. Ba,
rzadko ich
widywał, a
że niewiasta
w chustce
przyodziana tego
dnia była
to i nawet
nie rozpoznał
komu to na
ścieżynkę wskoczył.
Wstyd więc
zaskwerczał w
nim niemały
gdy gęba
znajoma mu
się wydała.
Ale oto gwizdek
przydeptany w
piachu upatrzył
i zmysł
kolekcjonera do
naciągnięcia spodni
go przywołał.
Porwał zdobycz,
w krzakach
znikając.
- Dziwak zakisły…-
szepnęła otumaniona
tą czynnością
nagłą sąsiadka.
KONIEC 8.3.04
W życiu
zawsze coś
się dzieje.
Są dni dobre,
mniej dobre,
niedobre i
bardzo niedobre.
Wybryki losu
są różne
i ani odgadnąć
nie idzie,
co kiedy
i komu przypadnie.
Są tacy,
co wróżby
potrafią z
kart i miny
na gębie
wyczytać, czy
też wprost
za jasnowidzów
się uważają
i nie jedno
odgadnąć potrafią,
gapiąc się
na osobnika
wielce strapionego.
I tak to
już się
dzieje, że
czym więcej
strapiennik z
portfela wygrzebie,
tym głębiej
usłyszy o
swoim nieszczęściu.
Idzie potem taki
do lekarza,
bo już dzieje
się zupełnie
źle i tam
kwiczy, co
po nocach
spać nie
daje rady.
Karty wróża
pomogły tyle,
co nowe zmartwienia
nawiały do
kieszeni pustej,
bo oto komornego
nie ma z
czego zapłacić,
a właściciel
sutereny co
dnia bzyczy
nieciekawą nutą
wysiedlenia… Lekarz,
człowiek uczony
a znachor
natury ludzkiej,
współczuje. Kapsułki
jakieś przypisuje
i brać zaleca
często.
Mieczysław Paskuda po
znajomych na
ten przykład
biegał, pociechy
szukając. Macocha
koty dwa
ogromne pod
dach sprowadziła
i dla nieboraka
miejsca już
nie stało.
Oto żarcie
mu wymawia
i wartko
z domu przepędza,
jako że
‘trzydziestoletniego dziada’
żywić się
zaparła. Pukał
więc Paskuda
to tu, to
tam, ale
los żony
kamratom usłużnym
sprawił, a
te złe jak
osy na jesieni
spod drzwi
goniły na
sam widok
gęby jego
proszącej. Aż
raz pani
Regina się
ulitowała i
kanapkę z
serkiem topionym
podała w
progu, przemieniając
dzień bardzo
niedobry na
dobry. W
jeden taki
dobry dzień,
banknocik znalazł
pod kioskiem.
Schyla się,
podnosi, a
tu już starucha
śpieszy w
jego stronę
i miałczy,
że to jej…
Ot i los,
od razu robi
się bardzo
niedobrze i
jakoś tak
nieciekawie.
Współczucie dla bliźniego
często doprawione
bywa cichym
‘a dobrze
ci tak…’
w myślach
oczywiście. Z
reguły dzieje
się tak,
gdy taki
kamrat wzbudza
zazdrość całkowitą,
co to zajadle
ukatrupia cechy
łaski miłosiernej.
Marian Bryndza
sery góralskie
produkował. Skąpy
z natury,
łaził po
serowni i
pilnował by
‘nie podżerano’
w czasie
pracy. Nawet
skosztować nie
dał. I oto
razu pewnego
ogień rusztem
piekielnym skonsumował
cały ten
interes. Biegał,
krzyczał, rozpaczał,
dochodził i
gówno zdziałał.
Gadano potem,
co to kara
boska zakotłasiła
się zdradziecko
u sknery
starego, ale
w oczy to
mawiano, że
taki biedny
teraz, że
takie straty..!
I jeszcze
inne tam
duperelki prawiono,
jako że
Bryndza łasy
na przypochlebki
się nagle
zrobił.
Są typy, które
pasożytują na
słowach litościwych.
Zaczyna taki
ględzić o
płaskostopiu… Litania
jego jest
zwykle bardzo
długa i
nurzaca dla
słuchającej ofiary
zwierzeń chorobliwych
sporo refleksji.
Od stop idzie
wyżej, a
więc żylaki
w łydkach,
potem woda
w kolanie.
Starannie omija
przód krocza
i nagle nadaje
przez godzinę
o żylakach
odbytu i
okropnościach z
tym związanych,
bo masa objętościowa
stolca jest
także w
to wliczona.
Potem łamanie
w biodrach,
łupanie w
krzyżu i
hyc - żołądek,
nerki i wątroba
ukazują swe
czynności w
rozdrobnionym opisie
funkcji swych
niewydolnych. Zgaga,
bóle gardła,
ucha środkowego
i potylicy
nie zakańczają
jednakże listy
tej wielce
niesmacznej. Bo
oto gadający
przyuważa znudzenie
na gębie
kamrata i
by ożywić
zdychającą atmosferę
konwersacji jednostronnej
przechodzi do
opisu przemiany
materii w
kiszkach. Niektórzy
dowcipnisie lubują
się w historyjkach
typu; ‘
Mój dziadek
takiego strzelił
Pinokia, że
mu się włosy
łonowe wyprostowały!’…Ale
to się zalicza
do rzadkości,
bo z reguły
ględziarze nie
mają za
grosz poczucia
humoru. Oni
wolą opisy
‘kliniczne’, za
znawców wielkich
uchodząc.
Najlepiej w sytuacjach
takich jest
powiedzieć że
i u ciebie
coś pobolewa,
a wtedy jak
za dotykiem
różdżki magicznej
cierpiennik milknie,
bo nie lubi
słuchać ‘nie
o sobie’.
KONIEC 8.3.04
Oto siedzi
taki pisarz
‘literatury pięknej’
i pisze pięknie
przez lat
20, mając
równie piękne
nadzieje. Nieśmiałością
natury swej
nadziany robi
to odpowiednio
po cichu…
Aż dnia
pewnego w
przypływie odwagi
nagłej dzieła
swe spakował
i do wydawnictwa
poniósł. Tam
popatrzyli, przerzucili,
i niejaki
pan Rysio
Proza, co
to w chwale
redaktora naczelnego
tam spoczywał,
warczy;
- To jest
kolego, do
dupy!...- Taka
reakcja odcedza
duszę literacką
z inspiracji
samoobrony. Skurczony
ze strachu
drapie się
za uchem
i już wie,
że znalazł
się w sytuacji
strasznej, gdyż
literatura piękna
okazała się
literaturą brzydką.
Inny siedzi nad
skryptami. Wymyśla
i pisze dialogi
jakiegoś pana
Czesia pomiędzy
panią Wiesią.
W wielce
niewygodnej pozycji
to czyni,
a na krzesełku
twardawym, to
i cierpi
na martwicę
pośladków. Przykra
to dolegliwość
dla pisarzy
a i często
rozpraszająca uwagę
drętwością swoją.
Ireneusz Pisz-Wymaluj
inspiracje miał
iście geniuszem
pachnące i
za krytyka
się uważał
wielkiego. A
tak ostro
pisał i
krytykował, że
kosze dwa
czeluścią swą
głęboką nadziane
były dziełami
jego pomiętymi.
Idee, pomysły, ileż
tego jest!
Każdemu czasem
przyświeci moment
łaskawy. Tyle,
że uchwycić
go trudno
bo już po
chwili niechęć
wierci judaszowe
podszepty, że
nie warto
się trudzić
bo i po
co, kiedy
ktoś tam
gdzieś już
robi to samo?
Zdychający entuzjazm
jest nieszczęściem
każdego a’la
twórcy.
Nikodem Parówa figurki
święte z
gliny lepił.
Żadnej nie
dokończył. A
bo to brat
zawitał w
połowie roboty,
a potem to
już wola
opadła, a
i chęci
wyparowały by
się dalej
trudzić. Innym
razem ksiądz
po kolędzie
chodził, to
śpiesznie schował
Piotra świętego,
nie chcąc
na krytyki
talentu swego
wystawiać. To
znowu kumpel
z ćwiartunią
w kieszeni
w drzwiach
stanął, a
wiadomo co
to grzech
i obraza
po pijanemu
świętych lepić.
Kłopot więc
był niemały
bo na zasiłku
żył, a
za artystę
się uważał.
Z tego wszystkiego
frustracje wielkie
weń hasały
jak te zające
na polu kapusty!
Można i inaczej.
Albert Sztaluga
malował pejzaże.
A że szanującym
się artystą
był, to
i nikomu
w czasie
twórczym drzwi
nie otwierał.
Pędzelkiem ano
wymachiwał dzień
cały, to
znowu spacerkiem
po pokoju
się przechadzał
dla inspiracji
niebylejakich, herbatkę
z rumianku
popijając. Z
czasem zaś
dzwonki i
pukania w
cisze złowieszczą
się obróciły,
co w samym
sobie markotnym
znakiem jest,
jako że
chwile samotnika
jęczą po
czasie za
pobrykaniem, a
tu nie ma
z kim! Wychodzi
więc taki
natchniony talentem
do sklepu
po bułeczki
by ożywić
ducha wibracjami
świeżymi, a
pilnie przy
tym patrzy
czy jaki
znajomy nie
czai się
gdzie w pobliżu.
Pogadał by
se tera,
a rozpytał
o to czy
o tamto.
Tyle, że
nikogo nie
widać w
drętwości porannej.
Bajkopisarze podobny kłopot
piastują. Zazwyczaj
nie
cierpią
dzieci, bo
te wrzeszczą
pod oknem,
uwagę rozpraszając.
Wtedy to
myśli iście
sadystyczne talent
twórczy nawiedzają
i spod pióra
Babyjagi straszne
wyłażą, to
znowu upiory
z widłami
na koniec
bajki się
wciskają, trwogą
okrutną małego
Jasia przejmując.
Dziwi się
potem taka
babcia czy
mamusia, że
latorośl przedszkolna
majaki w
nocy ma niedobre.
A bajkopisarz
klawiaturą cykając,
zęby szczerzy
na same wyobrażenie
sytuacji tej
niemiłej. Zaabsorbowany
wielce udaje,
co go nie
ma w domu.
Gdy dzwoni
telefon, gapi
się jak
małpa w
ekran na
automatyczną sekretarkę
i słucha
jęczenia pani
Basi, że
znowu nie
zapłacił raty
za uszyty
jesienią płaszcz,
złośliwie się
przy tym
radując. Bo
pani Basia
miauczy już
tak od miesiąca.
Wiadomo, dzieci
czworo sama
wyżywić musi,
a on przecież
tych małych
obywateli tak
nie lubi…
Zaś dyrygenci orkiestry
dętej do
spraw podchodzą
energicznie. Z
reguły nerwowe
są to osobniki
i ci z
kolei lubują
się w hałasie
ekscentrycznym. Siedzi
taki Arkadiusz
Zagraj i
w pozie zastygłej
a dostojnej,
ruchy praktykuje
iście wariackie
pod dźwięk
trąby i
bębna w
duecie swym
dynamicznym. Zad
u niego umięśniony
i tułów
krępy od
tych ruchów
zamachliwych. Gdy
dźwięki natury
bardziej delikatnej
rozlegną się
piskiem flecika,
zygzaki patyczkiem
czyni w powietrzu
szybciutkie. Zdziwaczałe
są to osobniki
i często
przez otoczenie
niezrozumiałe.
Sukces niestety ma
to w sobie,
że drogo
kosztuje. Wielu
kamratów cyka
żywot iście
samotny w
intencji zadośćuczynienia
talentowi. Talentowi,
z którym
jak powiadają,
taki czy
siaki się
urodził. Fryderyk
Ciupaga w
innym świecie
artystów się
obracał. U
niego sukces
w ubogie
szatki był
odziany. Innym
słowem żył
z tego, co
‘podwinął’. Latem
na działki
po nocy się
zakradał i
po omacku
rwał co
ino namacał.
Wybredny nie
był, aby
tylko worek
napełnić. A
rano z tym
na targ,
gdzie taniutko
dla zachęty
upychał. Zimą,
strychy obrabiał
i po piwnicach
buszował. Kombinował
tak od lat,
a gdy gęba
u niego workiem
starości zawisła
i grzywka
się znalazła
w tyle głowy,
pomyślał co
spryt i siły
już nie
te i trza
zwolnić tempo.
Koleś Eugeniusz
Czapa doradził
by konikiem
został. - Kupujesz
- mówi - bileciki
z rana, a
wieczorem sprzedajesz
ze zyskiem
-
Stał więc pod
kinem i kręcił
się po placu
cyrkowym, aż
deszcz ulewny
zmoczył jego
posturę zdziadziałą,
zapachy profitu
w nicość
obracając. Tak
i chęci
zeń spłynęły
w buty srogo
przemoczone.
Inny znowu artysta
w kuchni
urzęduje. Pierożki
lepi z różnościami
w środku
to znowu
chochelką miesza
w garze ogromnym,
aż para
kłębami bucha,
zapachami wytworności
iście okrutnej
nos atakując.
Po łyżeczkę
wtedy sięga
mistrz kuchenny
i próbuje,
smaki tym
podrażniając swe.
A że owe
próbowanie bryka
w naturze
częstej, dupa
u kucharza
rozrasta się
w tempie
strasznym. Gada
potem taki,
że on na
kosztowaniu poprzestaje
i niby od
zapachów samych
grubieje. Czasem
sałatki różne
kraja i te
już oficjalnie
wcina, bo
ponoć przyszczuplają…
Ale czy kto
widział chudego
mistrza kuchni?
A teraz przejdźmy
do kowali.
Gorące to
rzemiosło i
wielce niebezpieczne
dla zmysłu
węchowego. Gdy
taki artysta
kowadłem od
tyłu podkuwa
rumaka, dzieją
się wtedy
rzeczy paskudne.
Bo wiadomo
przecież wszystkim,
co te juczne
kopytniaki pierdzieć
potrafią nie
zgorzej od
starego chłopa,
który to
regularnie potrawy
kapuściane konsumuje.
Tyle, że
koń ma dupę
często 5
razy większą.
Stąd kowale
z racji swej
profesji narażeni
są na trzaski
ze srak srodze
dynamicznych. I
jakby tego
mało, ich
twarze rozgrzane,
smagane są
chwostem tych
pierdzieli strasznych.
( Kto nie
wierzy w
te końskie
możliwości, ten
niech spędzi
dzień cały
w stajni,
nasłuchując.) Nie
należy się
więc dziwić,
że złośliwy
iście temperament
cechuje tę
grupę osobników.
Tak niestety
bywa, ale
to jest cena
sukcesu.
KONIEC 28.2.04
Sytuacja domowa
u Stefana
Boczka była
brzydko pachnąca,
czyli śmierdziała.
On, żona,
rodzice, teść,
dziadek i
dwóch żonatych
synalków gnieździli
się w dwuizbowej
chałupie i
od trzech
lat warczeli
na siebie
jak hieny
nad padliną.
Panowała ciasnota,
ogólna niezgoda,
i bieda kamratem
im była.
A nie zgadzali
się we wszystkim.
Niesnaski kłębiły
się przy
stole, w
sieni, na
podwórzu, w
polu i stajni.
Obie synowe
skłócone ze
sobą, buntowały
nikczemnie całą
resztę. Kością
niezgody było
lenistwo. A
że wrzeszczeć
potrafił w
ich domostwie
każdy i
to głośno,
słychać było
ich o każdej
porze.
Oto pora obiadowa.
Jest niedziela.
Na dworze
deszcze leją
już od dni paru
i błoto
po kolana
tuż za progiem.
Cisza panuje
zaś przy
stole wielka,
a 9 par
ślepi w
skupieniu prawie
świętym świdruje
miskę z
pierogami. Nagle,
na znak niewidzialny
rzucili się
na nie, porywając
po jednym.
Nieurodzaj tego roku
kły wyszczerzył
i żreć
nie było
co. Plaga
szczurów i
myszy wymiotła
spiżarnię do
ostatniego ziarna,
a zaraza
w polu grasująca
pokurczyła, a
tak powykręcała
plony, że
i rozpoznać
trudno było
czy to burak
czy marchewka.
Wiosną mróz
tak przydusił
drzewinę, że
zaledwie parę
jabłek i
śliwek pacnęło
latem o ziemię.
Susza trawę
wypaliła i
krowie nie
było co
dać, że
ino gnaty
z niej ostały,
bo i mleko
też wyschło.
Teraz na jesieni
pyskacze przycichli
nieco, bo
trwoga nieobfitości
jęczała coraz
głośniej. Stefan
Boczek nakazał
oto synalkom
by pracy
szukali, jako
że zimą
cieńko będą
srać. Pretensje
też miał
do dziadka,
że żre
za dziesięciu,
a do roboty
go nie ma.
Teściowi też
się oberwało,
bo niby z
rana przyłapał
go jak wypił
całe 4 jajka,
co to miał
zebrać ze
stodoły, gdzie
kury złośliwie
na słomie
po kątach
kucały. Aż
mu stary
ojciec zwrócił
uwagę; - Synu!
A to nie
paplaj tyle!
Sam ano jaja
wybieraj na
drugi raz!
-
- Tu nie
o jaja chodzi!
Każdy żre
po kryjomu
to i co
się dziwić,
że na stole
pustka się
cwaniaczy?! -
Wtem dziadek co
to cicho
se siedział
do tej pory,
szyję wolno
naciągnął ku
górze, pierdząc
w rytm ten
piskliwie a
długo, dopóty
twarz jego
sędziwa sufitu
na płasko
nie ujrzała.
- W imię
ojca, syna
i ducha świętego,
- zachrypiał nieśmiało
- a to mnie
się rodzinka
udała. Gdybym
to wiedział
pół wieku
temu jak
to będzie,
to zamiast
figli pod
pierzyną, pacierze
bym odmawiał..!
-
KONIEC 15.3.04
Najbardziej nieprzyjemną
rzeczą jest
zesrać się
pod siebie
do łóżka.
Winę za
to ponosi
oczywiście sen,
w którym
taki ktoś
biega po
jakimś np.
dworcu i
szuka ubikacji.
Źle się
dzieje gdy
ją znajdzie.
Stolec ‘senny’
robi zadośćuczynienie
temu ‘bezsennemu’
i powstaje
wtedy ‘tragedia
fizjologiczna’. Budzi
się bowiem
nieszczęśnik w
chwili iście
paskudnej. Bo
oto parówka
kału wyciśnięta
jest prawie
cała i
czuć jej
ciepło gdzieś
z tyłu
na plecach.
Fetor upiornym
wyziewem wisi
wokół pierzyny
i to też
jest bardzo
niepożądane.
Inną nieprzyjemnością jest
zaciągnięcie się
cudzym pierdem.
Najczęściej dzieje
się tak
w miejscach
zamkniętych a
rojnych od
kamratów. Powiedzmy,
w kinie.
Siedzi se
taki pan
Jacek, profesor
chemii, i
kulturalnie gapi
się w
ekran na
jakieś tam
namiociki rozbite
wśród skałek
do których
zbliża się
na czworaka
skulona postać
karła z
dzidą w
ręku, gdy
nagle gaz
nieszlachetny w
nos mu
się nikczemnie
wciska. Trudno
rozpoznać w
ciemności po
minie kto
nakadził czeluścią
dupną, a
i pozycja
intelektu wzbrania
wręcz dociekania
w tej sprawie
nieczystej. A
tu zawiesina
kiszkowa rozprasza
oczywiście uwagę
i wywołuje
irytacje zmysłowe.
Dziw się
czytelniku ile
chcesz, ale
takie rzeczy
się zdarzają.
W zatłoczonym autobusie
też dzieje
się niezgorzej.
Parszywy wydech
jelita grubego
fermentuje niekiedy
zjełczałością tak
okrutnie, że
najbliższe ofiary
robią się
żółte na
twarzy. Lecz
znowu nie
wiadomo kto
zakatrupił tlen.
Fenomenalne jest
to, że
nikt na
to nie
reaguje choćby
gestem. Obywatele
mężnie znoszą
te powiewy
odbytowe i
niejeden
nos cierpi
katusze. Ciekawostką
jest też,
że nigdy
ich nie
słychać bo
w miejscach
publicznych pierdzieć
głośno jest
zjawiskiem bardzo
niekulturalnym. Robią
to tylko
niemowlęta i
pijaki.
Osobna historia dzieje
się z
moczem. Wyżej
wymieniona grupa
szcza w
pieluchy i
portki. Ale
czasem zdarzy
się to
innym obywatelom,
którzy ocierają
się o
przyzwoitość fizyczno-
umysłową. Z
reguły są
to sytuacje
proste. Duża
ilość wypitego
trunku ciśnie
się do
pęcherza, którego
właściciel nie
ma gdzie
opróżnić bo
na horyzoncie
nie widać
‘przybytku ulgi’,
a do domu
zwykle daleka
droga i
ani autobusem,
ani na
pieszo dobiec
na czas
się nie
da. Takie
coś przytrafiło
się panu
Lutkowi Moczyńskiemu.
Z imienin
brata wracał
i choć
‘odpryskał’ się
przed wyjściem,
ledwo dotarł
do tramwaju
a poczuł,
że znowu
mocz oddać
musi. Tylko
gdzie? Na
trawniku nie
można bo
ludzie się
patrzą, a
w tramwaju
tym
bardziej.
Jechał więc,
niewygody wielkie
piastując. Potem
iść trza
uliczką długą
a krętą,
a w sklepiki
wypstrykaną po
obu stronach,
a to wiadomo
ściąga niezłe
grono gatunku
kamrackiego. I
co się
dzieje? Mocz
wartko w
spodnie wyciekać
poczyna strugą
smrodliwą. Wskakuje
wtedy pan
Lutek pomiędzy
butik a
budkę z
lodami i
stoi jak
zaczarowany w
rozkroku skamieniałym,
a niemiłym
dla przechodniów.
Czort nadał,
że czerwcowy
to wieczór
był, to
i jasność
panuje na
dworze długo,
a że hańba
zagoniła go
blisko domu
to i niejeden
znajomek dojrzeć
to poradził.
Potem opowiada
taki innemu;
- Prezes, a
w portki
nasikał -
Inne nieprzyjemności dotyczą
‘stolca zwierzęcego’.
Winne są
oczywiście pieski
srające po
chodnikach, gdzie
taki śpieszący
się obywatel
goni nie
patrząc pod
nogi. Często
wdepnie w
rurkę gówna
i pędzi
dalej. Zazwyczaj
wraca z
pracy i
chce szybko
do domu.
Zupełnie nieświadomy
swego zbeszczenia
wchodzi do
mieszkania. Oprócz
teczki i
torby z
zakupami, przynosi
też ze
sobą rozgnieciony
kotlet kału
przylepiony na
płasko do
podeszwy buta.
W ciszy
domowych pieleszy
kręci się
chwilę po
kuchni i
zagląda do
lodówki. A
że schylić
się przy
tym musi,
to i zapach
nieświeży czuje
nagłością swoją.
Szybko przerzuca
serki i
kiełbaski na
półkach, pilnie
węsząc po
pudełeczkach, by
wytropić co
się popsuło.
Ale że
pedantem dbającym
o dom jest,
to i dba
by takie
historie u
niego nie
gościły. Rozgląda
się wtedy
bezradnie i
dopiero wtedy
dostrzega brązowo-żółte
ślady na
błękitnym linoleum.
Szybko zzuwa
buty i
odkrywa zakotłaszony
kit z psiej
dupy, który
jak płaskorzeźba
ekscentryka zrównuje
przód z
obcasem, że
i nawet
zelówek nie
widać!
Ale odkrycie paskudy
to dopiero
początek, bo
teraz trza
jakoś to
zeskrobać i
buta oczyścić,
co należy
do rzeczy
iście nieprzyjemnych.
Potem podłogę
zmyć też
trzeba, no
i chodnik
w przedpokoju
wilgotną szmatką
przejechać. No
a te zdradzieckie
ślady na
klatce schodowej?
I to usunąć
należy, jako
że wstyd
przed sąsiadami
zamerda okrutnie
gdy to
wypatrzą. Dziwi
się potem
taki pan
Czesio z
parteru, że
sąsiad jego
chłodno spogląda
na jego
Burka i
Szarika. I
już tworzą
się niesnaski,
bo co taki
piesek mu
uczynił, że
go nawet
ten palant
z pierwszego
piętra nie
pogłaska…
KONIEC 16.3.04
Ruchał na
stojąco potykając
się o swój
długi płaszcz
partyjny… W
tym jasnym
prochowcu był
tak przystojny,
że nawet
na służbie
ten ubecki
tajniak miał
powodzenie.
Niestety tego dnia
w kantynie
podano na
obiad nadpsuty
bigos i już
w niecałą
godzinę potem,
zad jego
zawarczał niepoczciwym
bulgotem nad
czeluścią muszli
klozetowej. Śpieszył
się, gdyż
o czwartej
miał schedę
z kobietą.
Czas był
iście niekorzystny
i wiedział,
że nie wypróżni
parszywości jelita
w porę.
Wodnisty krupnik
strzelał jak
wiatrówka
na odpuście.
Śmierdziało przy
tym okrutnie
i na dodatek
zapaskudził rąbek
płaszcza od
tyłu, jako
że zadarł
do góry
byle jak,
a nie ściągając
z siebie.
Ubikacje choć
partyjne, nieopalone
były, stąd
ziąb tam
cwaniaczył się
po kątach
i dupy obnażone
ostudzał.
Urwał w końcu
kawałeczek papieru,
podtarł zaciśnięty
na gwiazdkę
odbyt i wybiegł
nie spuszczając
wody, że
to rączka
była urwana.
Biegł przedmieściem,
kapelusz ręką
przytrzymując.
Czekała na niego
w bramie.
- Mieczysław Paragon..?
- Spytała
- Ja towarzyszko,
proszę, oto
moja legitymacja
partyjna… - Machnął
jej przed
licem książeczką
zieloną i
od razu do
obłapiania przystąpił,
jako że
czasu nie
stało wiele.
Ruchał na
stojąco, potykając
się o swój
długi płaszcz
partyjny…, ale
chwila nieciekawa
przerwała rytmy
chuci lubieżnej,
powodując tułowia
paraliż. Oto
z dupy żur
zbutwiały wystrzelił,
warcząc złowrogo.
Kobieta z
krzykiem majtki
naciągnęła i
na ulicę
wybiegła. Chwilę
potem dwóch
Ubeków do
bramy ciekawie
zajrzało. - Ja
swój, panowie
- odezwał się
Paragon. W
kącie ano
kucał i…legitymacją
partyjną kał
ze spodenek
zgarniał…
KONIEC 28.10.03
Bogusław Utul był wybitnie brzydki, wybitnie biedny,
wybitnie samotny i wybitnie głupi. Wszystko co robił brzydko śmierdziało, a
tak naprawdę, to nie potrafił zrobić nic. Pech był w nim zakochany, a
nieszczęście uwielbiało go jak czort grzech. Oto podłogę reperował bo
skrzypiała okrutnie, że sąsiad z dołu przylatywał na skargę. Gwoźdź
zamiast w deskę, w buta sobie wbił, a potem deszcz dzieła wilgoci stopy dopełnił.
Przeziębił się. Majacząc w gorączce zamiast mleka, garnczek smalcu na piec
postawił, a potem popijał i dziwił się, co niesmaczne. Srał potem tak tłusto,
że na brzegach klozetu widniały smugi smalcu niestrawionego. Ksiądz po kolędzie
zajrzał. - Śmierdzi tu, - rzekł, próg przystępując i kadzidłem wymachując
zamaszyście.
Kot mu zdechł, jako że przejadł się myszami, a potem kupił drugiego, co
myszy jeść nie chciał. Psa też miał w owe czasy, to tak niepoczciwie go
wyuczył, że zamiast łapę podawać w przód się chylił, zad wypinając.
Utul mawiał wtedy, że pies jest ‘zdezorientowany’ i słowo to sprawiło,
co w sąsiedztwie aż zawrzało, jako że słowo to długością sylab zdradzało
inteligencję ukrytą. I już śmignęła nowina, co Bogusław to człek skromny
a pełen skruchy, bo taki uczony, a cicho siedzi i się nad drugie nie wywyższa.
Aż pewna stara wdowa, córkę niezamężną posłała doń na zwiady. Ta zaś,
gdy z bliska mu się przyjrzała lico brzydkie wzrokiem ujmując, uciekła
wystraszona staropanieństwo wybierając.
W robocie też szczęścia nie miał. Ledwo tknął taczki, jak kółko odpadało.
W łopatach trzonki się krzywiły dziwacznie, a cegłówki kruszyły mu się w
rękach. Kiedy z motyczką w ręku przyhakiwał u sąsiada kartofle, w krzyżu
coś mu chrupnęło, że miesiąc cały pod pierzyną śmierdział, a z głodu
halucynacje o smakach kuchennych miewał. W fabryce piłeczek pingpongowych robił,
to go po tygodniu wyrzucili, jako co maszyny przegrzewał, korbą zbyt zamaszyście
kręcąc. Do pracy stróża nocnego przystąpił z ciekawością Żyda na odpuście.
Zawsze fascynowało go życie nocne. Jednak i tam długo nie siedział, jako że
sen mu lutował powieki zaraz po północce. Budził się jak pierwszy kur zapiał,
ale wtedy złodziejskie harce zdążyły już unicestwić worki z cementem i
dwie skrzynki gipsu na ten przykład.
Listonoszem był, to już drugiego dnia mu torbę dmuchnęli gdy na moment wdepnął
do ubikacji za sklepem spożywczym na drugim końcu wsi. Raz załapał się na
palacza w klasztorze. W kotłowni siedział, do pieca dorzucał se węgielki, a
jednak podpatrzony przez Mateczkę przełożoną i oceniony nagannie został. Ze
skargą pobiegła na plebanię stojącą po sąsiedzku za cmentarzem w lewo i
dobrodziejowi rzeczy strasznych naopowiadała. A że brzydki, aż grzech takiego
trzymać, a że źle w piecach pali bo cały zakon z zimna drży, że i różańca
w palcach utrzymać nie da rady. Z książeczką do nabożeństwa odprawiony do
domu został.
Przez rok był na utrzymaniu szwagra, Jakuba Moszny. A potem siostra rozwód wzięła
i Moszna rzekł do Lejka by ten go w dupę pocałował. Dołączył do grona
lichoty najniższej i po śmietnikach grzebał za butelkami po occie. Do sklepu
nosił i te parę groszy było.
Sąsiad króliki hodował, to do garbowania skórek go najął. Cóż, kiedy tak
je porozciągał, że sierść sypała się ze szczelin rozdartych. Od partachów
wyzwany a przeklęty, w niełaski pracodawcy wkroczył, wylatując w całunie hańby
za drzwi.
Potem ponoć szwagier widział, jak gotował zupę z łapek i uszu króliczych.
Taka jest i prawda, bo pech i bieda kochają głupotę i brzydotę.
KONIEC ( Listopad 2003 )
Struchlały ze strachu Mirosław Paciorek, stał jak posąg pośrodku
pokoju. W głowie harcowały słowa babki: - Nie kupuj, bo tam ponoć straszy. -
Nie usłuchał. Kto tam myślał o strachach, gdy chałupa taniością swą kusiła.
A że na zaciszu stojała, to i w sam raz była dla tego miłosza muzyki i
spokoju. Wrażliwą duszę ci on miał i czułą wielce na podmuchy flecika, w
który dął ze zwiniętymi w trąbkę ustami swymi cienkimi. Babka gadała co
fałszuje, toteż serce do niej zatracił i zawziął się w sobie powiadając,
by swe rady se w dupę swą starą wsadziła. Podejrzewał, co umyślnie od
kupna chałupy odwieźć go chciała, bo nie za darmo u niej siedział, wspierając
chudą jej rentę dostojnością portfela swego. - Wyprowadzę się, to jej
markotno za moją hojnością będzie - myślał. - Pewnie, demony se wymyśliła
durna. -
Chałupa trzy pomieszczenia w progach swych dzierżyła i sadek gęsty ją okalał,
a za nim poletka obszernością wielką koła zataczały. Cichość tu mościła
chytrością przyczajoną i tylko wiaterek czasem zatarabanił o deseczki i dach
pochyły. Ale dziś, wiaterek nie powiewał a tarabanienie jakoś nie ustawało.
Wpierw nie zauważył, bo na fleciku se pogwizdywał i do taktu nogą przytupywał.
Wnet jednak trwoga zakałatała straszliwie sercem jego czułym. Coś skrobało,
coś dudniło, a na koniec jęki iście szatańskie zawyły nutą nieprzychylną
wprost w okienko uchylone. Mrowie kaczej skórki kark mu zjeżyło, że chłód
poczuł iście upierdliwy a w istocie swej nieprzyjemny. Wycie ze świeżą siłą
powietrze przeszyło, po chwili niewielkiej w kaszel suchy a natrętny się
obracając… Pot go oblał, gdyż oto właśnie rozpoznał że, był to -
kaszel babki…
KONIEC 23.3.04