opowiadanka 71-80

główna strona
strona informacyjna
opowiadanka      1-10
opowiadanka    11-20
opowiadanka    21-30
opowiadanka    31-40
opowiadanka    41-50
opowiadanka    51-60
opowiadanka    61-70 
opowiadanka    71-80
opowiadanka    81-90
opowiadanka    91-100
opowiadanka  101-110
opowiadanka  111-120
opowiadanka  121-130
opowiadanka  131-140
opowiadanka  141-150

 

Językiem żyrafy muchy zabijał

Rodzaje pierdów

Rozmowy z duchami

U ojca po garnkach zaglądał

Sztuka pierdzenia

Tak walił, aż się spalił

Tańcowały dwa pedały

Upał, pokrzywy, gówno i muchy

Pech Kazimierza Wielkiego

Czary pod spożywczym

  ©2005prawa autorskie humoru iście żenującego

Językiem żyrafy muchy zabijał

Arkadiusz Przepych żywot wiódł w luksusach wielkich. Wytwornie a wykwitnie jadał, sypiał i pomieszkiwał. A że równych mu w okolicy nie było, do nikogo się nie odzywał. Bo i jak tu choćby spojrzeć na takiego Wytrycha czy Kadłubka, co to w chałupach biedneńkich siedzą i w szmaty stare się przyodziewają?
Przepych
nie znosił zapachu biedy, a widoki dziadostwa czkawkę duszy u niego wywoływały. Opera, malarstwo, jacuzzi i paryskie garnitury, oto co łaskawie łechtało smaki jego pańskie. Dom jego okazały przepychem był nadziany niebylejakim. Często na górze w pokoju stawał, oknem złośliwie wieś zza kotary obserwując. Wieczorami w szlafroku atłasowym przechadzki po salonach uprawiał, herbatę małymi łyczkami pociągając. Dobrze mu było, cieplutko a dostatnio. Kawalerstwo wybrał, by żadna tam baba mu nie jęczała w ciszy tej wyśmienitej. Bo to i futra a biżuterię takiej trza sprawić, a u niego natura chytrością skwerczała, że to dawać nie lubił. Wziąść, to co innego.
Raz
sąsiad wiśni wiaderko przyniósł. - Pan się poczęstuje… - zagadał. Wziął, a jakże by nie. Potem przez dwa dni łaskawie na dzień dobry odpowiadał, póki jeszcze wisienki nie wyjadł, ale gdy w misce dno lico swe ukazało, wnet zaprzestał grzeczności wszelkie i chyłkiem umykał przed ‘wiśniodajcą’.
Do
sklepiku wiejskiego nie zaglądał, bo mu wnętrze jego śmierdziało duperelkami taniutkimi, to znowu ponure twarze dziatwy pijącej trunki niewybredne drażniły zmysły jego elegancji artystycznej. Gdzie by tam taki bogacz i pan wielki wdychał wyziewy pospolite?
Arkadiusz
miał klasę iście wyszukaną. Kapcie pod kolor nocnika na ten przykład kupił sobie za granicą. A jakże, choć nocnik dla ozdoby pod łóżkiem ustawiał dla kaprysu ‘widzimisie’, to i w tym stylu wytwornego się doszukał. Pedantem był takim, że pilnował by smak i gust szły parą zgodliwą. Kał, który raz dziennie pod wieczór wydalał, był pod kolor jego włosów. Snobizmem arystokratycznym to nazywał, a jednak odcieniem elegancji i ta czynność ubarwiona była. Kapę na łóżku z kit lisich miał, bo milutkie w dotyku. A że i muzykalny był, to na trąbie słonia nuty wygrywał basowe. Instrument ten sam sporządził. Trąbę zakupił na kanikułach w Tybecie. Zasuszył na sztywno i grał pod obrazami natury martwej, co to salon jeden u niego zdobiły.
Językiem
żyrafy muchy zabijał. Czasem telepał nim po ścianach by komary latem wycykać z domostwa swego wytwornego. Język ten nabył od rzeźnika w Pekinie. Wyprawiony na skórkę cieniutką, przydatek ten wisiał na klamce sypialni jego.
Zjeść
dużo a smacznie też lubił. Pyton w galarecie z kminkiem i majerankiem był pieszczotą podniebienia. Ale najlepiej smakowały mu pawie nadziewane marynowanymi uszami zajączków młodych w polewie kokosowej. U kłusownika rarytasy te kupował.
Raz
w tygodniu maniery swe polerował, pozując bokiem do lustra z kryształu czystego. W twarz z powagą uniesioną się wpatrywał i gesty a ruchy różne z kalkulacją wielką ćwiczył.
Oto
niezgoda z sąsiadem zawarczała zawziętością swoją, bo gołębie se hodował i te srały na jego werandę. To znowu pies sąsiedzki szczekał długo i często, bałamucąc sielankę cichości dostojnej. Stał więc se teraz przed lustrem i złośliwość strasznej twarzy szlifował. Usta ściskał ciasno, oczy w szparki cieńkie mrużył a zęby przy tym nieznacznie obnażając. Charczał przy tym nisko a upiornie dla postrachu większego. Ćwiczył tak dopóki sam siebie się nie przestraszył. Dopiero wtedy do sąsiada poszedł.
Egipcjusz
Ciul kolację ano szykował. Stał przy piecu i smażył grzybki jakieś z kartofelkami na patelni wielkiej i poczerniałej niemało. Słoninkę właśnie na deseczce krajał, gdy posłyszał kałatanie do drzwi. - Wchodź! - Zawołał, nie przerywając kucharzenia. Arkadiusz Przepych nie wszedł. Bo co taki gałganiarz będzie mu tu rozkazywał, pomyślał. Przyjąwszy minę jeszcze okrutniejszą, zatarabanił do drzwi z energią wielce zdwojoną. W cugu złośliwym gębę wykrzywiał, gdy ciekawość niecierpliwością swoją Ciula do drzwi sprowadziła. Uchylił je nieco, w szparę ciemnawą natrętnie zaglądając. A tam ci pysk straszny widniał w pozie iście czorciej a zastygłej. Tyle, że chałupnik niewiele się tam zląkł. Szybko poznał czyja to gęba i nim tamten zdążył wyprostować powykręcane jej mięśnie, gospodarz grzecznie o samopoczucie zapytał.
- Ty stary słoninojadzie… - zawarczał Przepych, - jak śmiesz mnie tu przypochlebiać!? Ze skargą przyszedłem! Gołębie paskudzą mi progi i pies hałas czyni! - Egipcjusz Ciul roześmiał się szatańsko. - Ale!?...Paskudzą i hałasują? To obejrzyj i posłuchaj pan i to..! - Gospodarz półobrót szybki uczynił, tarabaniąc czeluścią portek obwisłych.

KONIEC 19.3.04

 

  Rodzaje pierdów

 Kapucyn

Nuta jego cicha rozlega się wyłącznie w ścianach plebanii, kiedy to natchniony pasterz parafii przygotowuje niedzielne kazanie i trudności se wielkie zadaje co by tu takiego wymyślić.

Kopciuszek

 Popularny wśród bajkopisarzy. Występuje w chwilach natchnienia twórczego prozy dla milusińskich. Często kopci z portek kierownika domu dziecka. Niezbyt mile zaś witany przy pisaniu telenoweli oraz dramatu.

Gama cmentarna

Jest to bardzo niski a przeciągły odgłos, który starszy swym pomrukiem, gdyż przypomina charczenie dzikiej bestii. Bardzo niebezpiecznie jest zetknąć się z tym w miejscach cichych a odizolowanych. Nierzadko zaś dźwięk ten usłyszeć można z dup zatroskanych ekspedientów w sklepach z obuwiem i ceramiką, gdy to utarg dzienny nie pokrywa rachunku za światło.

 Liliput

 Ten grzeje z tyłka karłów i osób niskich. Tonacja jego jest średnio-cienka, lecz brzmi zaczepnie i z entuzjazmem. Korzyść z niego u tych osobników taka, że powoduje manię wyższości.

 Wapniak

 Uprzykrzenie starych pierdzieli. Odgłos paskudny a prostacki, który smrodzi otoczenie wonią zepsutego gulaszu węgierskiego. Zdecydowanie psuje apetyt.

 Parówa pojezierska

 Hula letnią porą na obozach wędrownych północnej części kraju. ( Należy zwrócić uwagę, by przy produkcji tego podmuchu nie siedzieć zbyt blisko ogniska, gdyż gaz jelitowy jest łatwopalny. )

Łajdak

 Wielce niepożądany na ważnych przyjęciach, gdy gościmy u siebie na przykład przyszłego pracodawcę. Zdecydowanie chamski dźwięk. Psuje atmosferę miłej konwersacji i jest często zwiastunem bezrobocia, stąd panoszy się w kolejkach po zasiłek.

 Weteran klawiszowy

 Puszczają go kamraci celi więziennej po ogłoszeniu ciszy nocnej. Barwą swą bywa różnoraki; od nuty smętnej do warczenia okrutnego. Często słychać go w suterenie dozorcy kamienicy, oraz wśród kominiarzy.

 Mintaj

 Nie lada heca, gdyż jest to przywilej wyłącznie rybaków z wędką nad stawem siedzących. Pierd z gatunku łagodnych, stosunkowo dobrze harmonizujący z idyllą przyrody. Nieźle koordynuje z ruchami zarzucania wędki na wodę. Zupełnie natomiast nie pasuje puścić go w piekarni czy pracowni krawieckiej.

 Cytra zawodząca

 Utrapienie studentów weterynarii, gdyż dźwiękiem swym przypomina lament rannego czworonoga. Słychać go często w mieszkaniach osób na niskim budżecie i w akademikach. Dźwięk ten także towarzyszy panom płacącym alimenty. Absolutnie zabroniony na basenie. Chyba, że siedzimy w jacuzzi.

Bździna staropanieńska

Jak sama nazwa wskazuje, dotyczy to pań niezamężnych, które dźwiękiem tym wyładowują złość na niedolę losu. Jest to gama wielce zgorzkniała i tym samym okrutna w zapachu. Zdecydowanie odstrasza płeć brzydką.

Ciupaga

Dmucha z dup górali, kaskaderów i pracowników cepelii. Jest to pierd zdecydowanie głośny i nieprzyjemny dla ucha swym trzaskiem.

 

Rozmowy z duchami

Teofil Tuba poważanie miał u tych co go mało znali, bo ci co byli lepiej oświeceni życiorysem jego, nie poważali go wcale. Wykształcony ci był nie byle gdzie, bo na sam uniwersytet go los zagnał w czasie właściwym, jak rozpowiadał. Tajemnicza ta persona, talenty miała iście wyszukane. Ponoć na zjawiskach paranormalnych się nieźle wiedzą swą ocykał, a i słuchy krążyły co o podróżach astralnych wiele opowiedzieć umiał. A tak barwnie to opowiadał, że słuchać mile było, bo to wiadomo łechtało ciekawość zwykłych śmiertelników od czasów wielce odległych. Kto by tam wątpić śmiał w takie rzeczy, gdy z wprawą wielką przekonać potrafił o cudach podoczesnych. Sakiewkę ze skórki jeleniej przy sobie ano nosił, a w niej kamuszki jakieś gładkie i kolorowe, które ponoć moc wielką w sobie miały. Wieczorami odziany w chałat ciemny przy świecach czarnych wino popijał i konwersacje długie prowadził do cieni tajemnych na ścianach.
Intrygowało
to obserwujących kamratów, bo na ten przykład słowa niezrozumiałe dla otoczenia z ust jego płynęły. Łaciną je nazywał, bo z istotami świata astralnego nie wypada mówić gwarą pospolitą. raz w istocie swej niepożądanej, prawdziwy znawca łaciny się nawinął w pobliżu. Podobno były prawnik czy doktor, czort tam wie, ale fakt, że osobnik ten wnet rozgłosił nutę wielce nieprzychylną, co żadna tam łacina nie płynęła z ust Teofila, tyle co jakieś pierdołki nieartykułowane w żadnym słowniku jak świat długi a szeroki. Co niektóry świadek tego obnażenia nieprawdziwości obawy sielne dusił w głębi czaszki swojej, co teraz Teofil czary jakie w imię zemsty za zniewagę wykałacze spod chałata ciemnego. Bano się jego i wszelkie wątpliwości co do opowiastek nieziemskich trzymano w tajemnicy wielce prywatnej. Teofil z powagą iście dostojną przytyczki do łaciny przyjął, tylko że coś nieznacznie ruchy jego jakby bardziej mrawości nabrały.
Stefan
Obertelek od dawna z daleka wprawdzie, ale się przyglądał temu osobnikowi co z umarłymi gadki se urządzał za pan brat. A że teraz był bliżej, to i przyjrzeć się mu łacniej było. Gębę ano dojrzał szantrapy i wnet wiedział, co to hulapago i niecnota w chałacie omotana siedzi. Obertelek sceptykiem był znanym, bo gdy coś komuś gdzieś się udawało, to on swoje: Eeeeee-tam… zawsze wciskał, nie dowierzając. Odwagę też wielką miał i na poczekaniu pytanie takie zadał: Skim to pan tam doprawdy gada?... Teofil na to ręce rozwarł szeroko na boki i długo a piskliwie zjełczał się wiatrami jamy brzusznej, na przyzwoitości nie bacząc.
- A to zasraniec jeden..! - Zawołał Obertelek i splunął kąt ocieniony.

KONIEC czerwiec - 2003

 

U ojca po garnkach zaglądał...

Gdy Roman Powrót w progi rodzinne zawitał po latach dwudziestu, we wsi nie rozpoznano kto taki przyjechał. W chałupie ojca jeno zastał, jako że matka nogi przed rokiem naciągła, a młodszy brat w kiciu od lat pięciu boki na pryczy wylegiwał. Ponoć kogoś tam zakatrupił podając zupę z muchomorów, a inni powiadali co udusił, czy tam jeszcze co. Zgryzota więc rodzinna panowała, a stary Powrót pokalany wstydem drugorodnego twarz swą rzadko za progiem ukazywał. Obejście zmarniało jak przyrodzenie starca, chwastami paskudnymi obrastając. Dach przeciekał, że w czasie ulewy na stół kapało niby z wiadra dziurawego, to znowu mech gęsty okienka okalał a w sposób naturalny przed wilgocią chroniąc. Muchy ino arie iście diabelskie wyczyniały w ciszy tej zmurszałej tragedią osobistą domostwa.
W
taki oto moment nieciekawy syn marnotrawny kołatką do drzwi zapukał, w sercu czterdziestoletnim nadzieje płonne piastując. Za granicą ano siedział, a tak zamaszyście pracował, że ledwo co dorobił się torby łachów pachnących organizacją charytatywną i butów po koledze, który umarł na zapalenie opon mózgowych, jako co udaru słonecznego się nabawił, kalafior u barmana z gąsienic obnażając.
Listy
z domu namiętnie ignorował, przychodzić po latach kilku przestały. Bo co tam miał się przyznawać na glebie cudzoziemskiej, że ze wsi biedneńkiej pochodzi. Myśli o bogactwach wielkich harce niegodziwe mu w głowie wyczyniały, a robić się nie chciało. Piwo niemieckie ano smakował, a pod spódnicami macając z ochotą wielką. A czas okrutnie do przodu kroczył, brzuch jak bęben mu w hojności swej ofiarowując i włos rzadzizną przeczesując.
Stał
oto teraz na progu zapadłym, łechtany zapachem początku nowego. Szurliwy krok za drzwiami dech emocji zatrzymał, wyzwalając strużki potu pod pachami, co to smrodliwie w koszulę wsiąkał po raz któryś tam. w czeluści sieni twarz Powrota zamajaczyła w majestacie zgryzoty starczej. Resztki duszy w pięty spękane mu opadły, gdy latorośl obdarta do kuchni wkroczyła.
Powitał
go niechętnie, zwęszywszy instynktem praktyka wieku sędziwego pustkę w torbie żerującą. Wielce nierad z wizyty tej nagłej, do stołu poprosił a miseczką kaszy z tłustościami poczęstował.
- A na długoś to przyjechał? - Spytał
- A na stałe - usłyszał, i już poczuł jak mrowie niechęci znakiem przestrogi zgrzytnęło. Nie w smaki mu szło trzymać byka średniowiecznego pod dachem zabiedzonym. Prace mu se kazał poszukać.
Romeczek
przytakiwał, miskę solidnie wyskrobując.
- Ma tata co zapalić? -
Stary
pytanie to mimo uszu popuścił, torebeczki jakieś pilnie po szafkach upychając, to znowu z rynki coś wygarnął w garnczek niewielki i do kredensu schował.
- Co tam teras we wsi słychać? - Synek zapytał
- A to samo co kiedyś -
Cisza
upierdliwa zapanowała w chwili tematu zamkniętego. Tak też i we dnie czasu przyszłego kotłasiło się to wzajemne zażenowanie nadziane suto niechęcią starego Powrota. Ciasno mu się nagle w chałupie zrobiło, to w pole na spacerki wyprawy se urządzał. A synek w ten czas u ojca po garnkach
zaglądał…

KONIEC czerwiec 2004

 

Sztuka pierdzenia

Gazy jelita grubego stanowią dosyć upierdliwy problem. Pojawiają się bowiem zazwyczaj przy ujściu odbytu w najbardziej niepożądanej chwili. Często w towarzystwie, i miejscach tragicznie cichych. By uniknąć pokalania wstydliwego, potocznie stosuje się tzw. ‘wstrzymywanie wiatrów’ poprzez zaciskanie zwieraczy odbytu. Nieprzyjemne parcie cofa się wtedy do czeluści brzusznej na chwil kilka jedynie po to, by znowu z nawrotem zaatakować otwór parszywy. Osoby cierpiące na tego typu ‘nawroty’ z dużą częstotliwością, zobowiązane z racji koniecznej starannie studiować otoczenie z uwagą zegarmistrza. Nie wszystkie bowiem miejsca sprzyjają czynności tej nietowarzyskiej. Wieś, biblioteki, muzea i spokojne uliczki przedmieścia, absolutnie nie nadają się do puszczania głośnych wiatrów cielesnych. Prosto mówiąc, w miejscach powleczonych sielanką ciszy należy nauczyć się sztuki robienia sztucznego hałasu…
Polega
to na tym, by precyzyjnie połączyć dwa elementy odgłosu w ten sposób, aby ten pochodzący odbytu był podrzędny swej sile.
Energiczne
szurnięcie krzesłem na ten przykład, to niezły trik. Aczkolwiek należy wziąć pod uwagę, by nie robić tego zbyt często na terytorium obcym, gdyż porysowanie podłogi irytuje gospodarzy. Głośny atak kaszlu jest bardziej zalecony.
Oto
, jak poradził sobie w sytuacji podbramkowej pan Stefan Podmuch. Cierpiąc na częste skowyty jamy brzusznej unikał życia towarzyskiego, systematycznie odmawiając zaprosin do grona kamratów. raz, pan Bogumił Pytaj, sfrasowany odizolowaniem kolegi od świata zewnętrznego, wizytę mu złożył niespodziewaną. Stefan Podmuch herbatką słabą go poczęstował, umyślając to za szybki sposób pozbycia się przybysza natrętnego. Ale Bogumił Pytaj rozsiadł i rozgadał się na dobre.
Stefan
, że to dzień miał wyjątkowo ‘wystrzałowy’, katusze cierpiał srogie w pozycji zastygłej spoczywając. Ale że na rzeczach się znał, to po czasie myśl inteligentna pomysł mu trafny nadała. Z racji wieku średniego przywilejem stać się może, że obywatel taki na ten przykład nie zawsze dosłyszy co usta bliźniego wymawiają takiego. Mróży wtedy szpary wzrokowe, minę zagadkową przybierając i w chwili gdy gazy w jelicie cisną się paskudnie na świat, krzykiem głośnym pytanie zadaje: - Co!?????.....Coś pan rzekł?!!!!...- I gdy chwila niebezpieczna przemija, ze spokojem stoickim wyjaśnień słucha, a siedzi przy tym nieruchomo, bo wbrew pozorom, drugi stopień niebezpieczeństwa pokonany być jeszcze musi. Dotyczy to zmysłu węchowego. Najmniejszy bowiem ruch tułowia powoduje wydostawanie się spod siedzenia zdradliwej fali nieczystości powietrza, która przy stanie nieruchomości ciała, po minutach paru wchłonięta zostaje do atmosfery w sposób niedostrzegalny dla otoczenia.
Wiedzieć
‘kiedy’ i ‘jak’, to sztuka niełatwa do opanowania.
Najlepiej
jest pierdzieć w centrum wielkich miast i…na plaży. W pierwszym przypadku sprzyja głośny szum pojazdów. Nieprzerwany sznur pędzących samochodów i tramwajów stanowi bardzo pożądane tło dla wszelkiego rodzaju odgłosów naturalnych ciała naszego. Należy tylko uważać na przejściach dla pieszych, gdyż wtedy chwilowo można się naciąć na niefortunny moment ciszy gdy pojazdy zwalniają szum silników.
Plaża
morska to raj dla kamratów cierpiących na wysokie ciśnienie gazu w jelitach. Szum morza tuszuje nawet najbardziej strzeliste odgłosy trzeszczące z dupy.
Miłośnicy
wspinaczek górskich już natomiast w sytuacji iście paskudnej, z góry wskazanej na niepowodzenie i klęskę upadku. Pnie się taki kiciuś z plecakiem po skałkach i tylko kamyczki drobne smykają mu na boki spod stóp odzianych na płasko w buciki sportowe. Czasem krzaczek jaki szurnie mu koło spodni i na tym się kończy hałas naturalny. Z tyłu podążają towarzysze tułaczki górskiej, a tu jelito grube już daje o sobie znać, natarczywie domagając się odgazowania. Tylko jak to zrobić, gdy nos kamrata straszy bliskością swoją, a najmniejszy szmer odbija się echem zdradzieckim? Zejście w bok zwraca uwagę, no i trza się oddalić co najmniej sto metrów ‘aby nie było słychać’. Cierpi więc taki turysta niewygody rozdemne, i żałuje że nie pojechał nad morze…
Pomieszczenia
zakitowane dużą grupą kamratów znośne, ale…należy mieć się na baczności. Przede wszystkim trzeba zadbać by prowadzić głośny i długi dialog, najlepiej z trzema kolesiami na raz. Gdy harce gazu jelitowego już na wylocie, osoba dotknięta atakiem nieszlachetności powinna szybko a sprytnie przejąć dialog w swoje usta i głośno a bez przerwy nadawać tak, by innym nie dać dojść do głosu. W tym samym czasie popuszczać gazy nutą średniego natężenia akustycznego, jednym, a długim ciągiem. Odgłos paskudy w tej sytuacji jest niedosłyszalny, a zasłuchani towarzysze uwagę skupiają na głosie mówiącego, ignorując dźwięki dodatkowe.
W
czasie wizyty do Zoo, najlepiej trzymać się blisko wybiegu dla słoni. Stworzenia te, jarosze z natury, pierdzą często i co ważne, głośno. Jest więc na kogo zwalić winę, gdy bulgot za ścianką odbytu wróży rychłe wydostanie się gazu. Unikać trzeba natomiast klatek z familią kotów. Pumy i Jaguary zbyt subtelne by zbeszczecać środowisko. Te smukłe koty robią to po cichu, i gdy taki pan Tomasz Zgrzyt popuści gromkim basem w spodnie, wywołuje popłoch klatce i zwraca na siebie uwagę spacerowiczów w sposób wielce niepożądany.
W
kinie najbezpieczniej jest pierdzieć w momencie gdy dramat na ekranie osiągnie punkt kulminacyjny. Jest bowiem wtedy wystarczająco głośno by zatuszować trzask z kroku. Ale…uwaga, obowiązuje tu ścisła zasada ‘nieruchomości’. Pod żadnym pozorem nie należy wykonywać żadnych ruchów ud i tułowia przez następnych parę minut, gdyż powoduje to powstanie szpary przez którą fetor paruje wprost w nozdrza sąsiadów.
W
miejscach publicznych, takich jak kawiarnie, kluby i restauracje, zachodzić należy tylko tam, gdzie siedzenia obite miękką tapicerką. (Twarde krzesła gorzej izolują dźwięki - i jest słychać…)
Podstawowym
błędem jest piastowanie nadziei, że otoczenie ‘nie dosłyszy…’.
Oto
stoi taki pan Jakub Usłysz w kolejce pod kioskiem, gdzie nasilenie gwaru jest średnio-ciche, i odważnie dudni w spodnie gapiąc się w niebo i pogody wypatrując. Jednak brak kontaktu wzrokowego nie oznacza, że winowajca zbeszczenia wychodzi cało z sytuacji niemile pachnącej. Bo oto wnet słyszy słowa gdzieś za plecami: - Ale się spierdział, jak mu nie wstyd…- Jakub Usłysz owszem wstydzi się. Ale przeprosić, to znaczy przyznać się, więc stoi cicho.

KONIEC czerwiec 2004

 

Tak walił, aż się spalił...

W twarz jego starczą spoglądał, młodości wypatrując...
Duże uszy nisko mu zwisały,
a bezzębne usta pleśnią starości były pokryte.
Szyja torbielą luźną wokół karku spoczywała,
a podbródek wsparty był na ptasiej grdyce...
Tym rymem okrutnym, Mateusz Wyga stale opisywał swego pradziada, którego piszczele w deskach zadzwoniły po 95-ciu wiosnach jego istnienia we wsi Korzonki Głębokie. Oprócz księdza i grabarza, na pogrzebie nie było nikogo.
Szpageniusz Wyga był bowiem niecnotą. Pułkownik wojska swego czasu, z okrutności swej skwerczącej zasłynął. Myszy na ten przykład żołnierzom po koszarach ganiać kazał, w kota wzbraniając się zainwestować, a pewnej zimy w przypływie chwili dobroci zapowiedział co lody dostaną na deser po obiedzie. I lody były; kulki śniegu na patykach. Największym utrapieniem zaś było to, że grochem samym pułk piechoty karmić kazał, a pierdzieć nie pozwalał. Gdy szpital lokalny zapchał się żołdakami cierpiącymi na opuchliznę jelita grubego, komisja lekarska do sądu pułkownika zaciągnęła i tak to kariera jego militarna końca doskoczyła.
Na wieś powrócił. A że nie w smak mu robota była, to robili za niego inni. Sam na łóżku pod pierzyną leżał i śmietanę pełnotłustą popijał. Nocą łaził po wsi, pod okna chałup się zakradając. Lubił straszyć ludzi. Gdy gospodynie pracą polną znurzone pacierze przy łóżkach szeptały, twarz swą wykrzywioną szatańczo do szybek przystawiał. Krzyki wtedy wielkie echem aż do sieni frunęły, jako że w mrokach pod śliwami gęby jego nikt się nie dopatrzył, wierząc, co to sam ‘Zły’ być musi.
Wyga zacierał wtedy ręce w satysfakcji dzikiej i dawał susa pod inne chałupy. Tak mu się ta zabawa podobała, że co noc to czynił, a przez lat 15. Aż raz, sąsiad go rozpoznał...
Stanisław Siur pijany był. Przy stole ano siedział, a twarzą do okna, i szklaneczką wódki usta dopieszczał. Syn załapał się do pracy w biurze projektu czapek dla kolejarzy spod Karpacza i opić to należycie przystało. Pewnie, bo i zaszczyt to i honor niemały. Siur poletko miał najmniejsze we wsi, a troski największe, toż gdy jedynak chwałą łaski prawie- militarnej zabłysnął, stary butelkę przed sobą postawił. Siedział se tak i plany wielce miłe dla ducha układał, gdy tu nagle morda straszna w oknie oblicze swe ukazała. Wzdrygnął się zdziebko bo to wiedział jak każdy, co na wsi straszy, ale odwaga pijacka wnet nutą geroja w nim zagrała. Twarz swą do owej twarzy przybliżył i - rozpoznał.
Szpageniusz Wyga znalazł se więc nowe atrakcje i okrutność jego okryta całunem kreatywności, w terror rodzinny zainteresowania swe obróciła. Batem ano łoił wszystko co się pod jego dachem ruszało. Prawnuczka Mateusza w piwnicy zamykał i pająkami straszył, to znowu mocz do karmy kaczej oddawał. A że antyreligijny był, to co niedziela buty domowników kałem nadziewał, by do kościoła iść się nie ośmielili. Raz gdy pies w budzie spał, kota sielnie opierającego się tam wcisnął, właz pokrywą od kotła blokując. Długo potem ręce zacierał, wspominając odgłosy iście diabelskie, które falą swą nikczemną aż za stodołę do wychodka dobiegały.
Lubił to miejsce. Gdy ktoś z domowników z miejsca tego korzystał, on już tam stał na tyłach ukryty i kijem po deskach tarabanił, skupić się nie pozwalając.
Pięty miodem se nacierać kazał, by gładkość zachowały, to znowu napary genitalii co wtorek urządzał. Przy stole grymasy straszne wyczyniał. Kłuł widelcem, obrzucał resztkami kości z talerza i bezwstydnie dmuchał w spodnie.
Aż razu pewnego, gdy synowa kał oddawała w wychodku, a on przyczajony z boku w deski kijem walił, piorun go ubił. W pień gruszy ano walnął, a że to prawie przylegała do miejsca ustronnego i pochylony zad Szpageniusza w kontakcie zeń był w chwili owej, toć i jego samego czort powitał w duecie. Dymek ano z postaci zwęglonej czóbkiem głowy jego postarzałej zakopcił. A tak ci przy tym zesztywniał, że czterech gospodarzy się mocowało by rękę w zamachu uniesioną na dół przygiąć, bo to w deskach śmiertelnych się nie mieścił.
Radość ci wielka po tym zapanowała we wsi. Ale nie na długo, bo w dni parę się rozniosło, co to gęba straszna nocami w okna zagląda...

KONIEC 14.8.2004

 

Tańcowały dwa pedały

Antonio Proteza z Brazylii pochodził. Zajechał to na wystawę liliputów w Toruniu i już na obszarze tym pozostał. Panów ano lubił i w imię zadośćuczynienia płci brzydkiej, w parę, a pod rękę, z Arkadiuszem Bzykaczem do domu dał się poprowadzić.
Bzykacz swego czasu koncerty charytatywne na rzecz zjednoczenia głuchoniemych organizował, to znowu petycje przeciw nagonkom na zające. Aż pewnego razu, zapaści zwieraczy odbytu się nabawił i czyny jego dobroczynne w cichości poddasza osiadły na spoczynek wieloletni. Tam to też popędy swe zakotwiczył, w partnerstwa różnorakie się wdając. Żadne zaś ku jego zgryzocie wielkiej, nie przetrwało tygodnia.
Pierwszy był Jarosław Fetorowicz. Niby miły koleś ale cóż z tego, kiedy nogi mu tak śmierdziały, że powietrze gęstniało niezdrowo. Za nic do wanny wleźć nie chciał, bo ponoć ktoś z rodziny się w kąpieli utopił i przez to fobii do wody się nabawił.
Potem Mietek Cioteńka balował tam dni cztery. Przy radyjku ano siedział, gałkami kręcił i muzyczek jakichś lichych wysłuchiwał. Na bezsenność cierpiał, i wody w ustępie nie spuszczał. Co rano kał jego zakręcony na dnie muszli, pana domu witał. A że zjeść lubił dużo i często, to i kupa odpowiednio gruba była. Arkadiusz Bzykacz z niesmakiem to odebrał i wygonił obesraja.
Leon Kicia miał pryszczycę kości ogonowej. Ten pański z natury osobnik, uważał za wielce niestosowne podcieranie odbytu po użytku i stąd to paskuda nieczystości w miejscu tym zagrała.
I wreszcie ostatni z orszaku nieudolców, Wichary Pryskaj. U tego miażdżyca ust suchoty jamy ustnej wywołała takie, że mówił tylko szeptem i przez to zrozumieć go było trudno, bo Bzykacz na ten przykład nie dosłyszał.
Wystawa liliputów szczęście mu wypstrykała w postaci Protezy. W gadkach na migi się dogadali i iskry romansu sypnęły rześką nutą, kiedy to wąsy kamrata z Ameryki Południowej zalśniły pod żyrandolem w sali pokazowej. Arkadiusz wnetki zgadł, co to duszę bratnią w postaci tej odnalazł i pod pierzynę z gęsich piórek tej samej nocy wpuścił.
Przez pierwszy tydzień było bardzo dobrze. Przez drugi - dobrze. W trzecim niedobrze, a w czwartym bardzo niedobrze. Arkadiusz inwalidą stopnia piątego był, i na chudym zasiłku dla niepracujących żywot prządł. Wąsaty przybysz zdrów był, ale chorobliwie bał się pracy. I stąd niesnaski zawarczały nad sielanką. Głód bowiem piszczał nieprzyjemnie po jelitach cienkich, tonem zawodzącym na świat ulatując, a powodując tym dźwiękiem okrutnym w swej niecnocie - zwiędnięcie prącia u obojga. Wąs Protezy połysk zawadiacki utracił, a ponury wydech ust niedokarmionych, diabelską wonią stęchłości wszelkie wychuchiwał. Czeluście chuci się unicestwiły. Kieszeń pana domu pusta była jak torba żebraka pod synagogą.
Aż raz, rybki jakieś wędzone skąś Proteza przyniósł. Nie pierwszej ani drugiej świeżości, bo kolor mógł zadziwić najwybitniejszego artystę sztuki malarskiej, a zapach powalić z nóg najbardziej wytrzymałego stachanowca z ziemi nowosybirskiej...
Jednak kształt rybi się zachował, więc obaj do wniosku doszli co muszą być dobre. Chwycili za widelce i po chwili dość prędkiej, kęsy wielkie do ust wyposzczonych dostarczone zostały. Smak trupi twarze im wykrzywił, ale jedli, ustami kłapiąc, a powietrze świeże łapiąc.
Bzykacz nie wytrzymał. Z rykiem wielkim w ubikacji azyl odnalazł, ostatni kęs w postaci chwosta rybiego do klozetu wypluwając. Nigdy mu nic tak nie smakowało.
Proteza porcję swją dokończył i rozsiadł się w pokoju z miną wyższości. Pokonał bowiem niemożliwości smakowe.

Dwie godziny później...

Zjełczały powiew zaatakował nos pana domu przez szparkę w pierzynie, która otulała połowę twarzy jego. Poruszył się gwałtownie i tym szparę poszerzył w pierzynie. Swąd omało go nie udusił. Proteza spał z boku na boku, hańby swej nieświadomy, co to w postaci jadowitych szeptów upust dawała odbytem ciała jego egzotycznego.
Bzykacz z łóżka wyskoczył i tańcem opętanym do czeluści okiennej przylgnął, a na świat opasany nocą wyglądając. Wnet też i kamrat jego oprzytomniał ze snu twardego, a rześko wyro okadzone opuścił, w podskokach miejsca świeżego po pokoju poszukując. Ale letnia i parna ci to noc była, wielce sprzyjając zawiesinie, co to obłokiem nikczemnym na 20-stu metrach kwadratowych kisła. Uciec od tego było tak niemożliwie, jak ujrzenie ucha swego bez zwierciadła. Niczym w wędzarni srogiej, tańcowali więc do rana, aż zorze poranka wiaterkiem litościwym chuchnęły...

KONIEC 9.8.2004

 

Upał, pokrzywy, gówno i muchy

Malicjusz Niewysoki był człowiekiem niskiego wzrostu. Pracował w wytwórni łapek na myszy, gdzie co rano dojeżdżał pekaesem ze wsi Małżowina Uszna. 39-te urodziny zawitały u niego w postaci łysiny, co to rozhulała się jak głowa długa i szeroka. Siedząca praca, oraz prawa grawitacji dokonały dzieła obwisu ciała tu i tam, a stan długotrwałego kawalerstwa - obwisu prącia. Czyli inaczej mówiąc, został zaatakowany brzydotą klapy fizycznej, która nikczemnie uchyliła wrota wieku średniego. Inne atrakcje, niestrawności dotyczyły. Wzdęcia okrutne żywot mu uprzykrzały, to znowu na nieżyt smakowy cierpiał. Kozim mlekiem brzuch nacierał, ale dało tyle, że jak cap stary śmierdział, w pracy płeć piękną od siebie odstraszając.
Żył w cichości chałupy, co to na skraju łąki stojała. Ogródek niewielki uprawiał, plony jego na stole piastując w czasie pory letniej.
Raz kolega z pracy wprosił się do niego na niedzielę. Bogusław Spalina w mieście całe życie pomieszkiwał i powietrzem świeżym zapragnął odetchnąć. Wykarmiony na biedzie, bylejakością się zadawalał. A że wyobraźnia bujna u niego była jak owłosienie łonowe córki Rabaja, to i z łatwością cudeńka myślami se w głowie malował. Wiejske uroki na pierwsze plany przykładał, jako że matka Natura hojnie te miejsca obcykiwała tym i owym. Widział jabłonie rozłożyste, a pokłonione ku ziemi ciężarem jabłuszek różowiukich. Widział śliwy granatowe, rozrzucone w cieniu soczystej zieleni trawy, to znowu kwiecia bogactwo wokół bajecznych chatek o ganeczkach barwnych, a milutkich dla ducha, jako że do środka szlachetnie zapraszały, a tam, na ławie sosnowej, chlebek wiejski i kobiałka śmietanki gościnności swe obnażały. Były i inne rozkosze smakowo-duchowe. Choćby na ten przykład widok świeżego rosołku, z dopiero co ubitego kogutka, co to kipi sobie wolniuteńko na piecu, kolorami jarzynek się mieni i od czasu do czasu mignie w nim nóżka czy skrzydełko, co to gorącym ukropem na powierzchnię z dna wypstryknie.
A potem te odgłosy kojące, co bujnie w obejściach wiejskich harce uprawiają. Tu kurka zagdacze, tam żóraw studzienny powiewem wiaterku skrzypnie, czy owoc dojrzały z drzewa pacnie na daszek pochyły. Ach...!!! Wzdychał Bogusław Spalina do tych myśli iście bajkowych, a tak rozkosznych, że aż dusza w nim ożywała jak podlotek na dźwięk muzyki. Czas to wielce niebylejaki wyobrażenia mu szykowały!...
Z emocji tych wielkich spać nie mógł, a rano o świcie w autobusie przy okienku zasiadł niecierpliwie. Słoneczko co ano na niebo bławatkowe się wtoczyło, zwiastując przyjemności niemałe. Trasa przez lasy cieniste prowadziła, a tam dęby stare i brzózki wdzięcznie się ku niemu kłaniały.
Małżowina Uszna pierwszą wioską za zakrętem była. Ruszył rześko w stronę chałupy kamrata z pracy. Cichość skwarem dnia letniego nadziana otoczyła posturę jego, gdy krokami wielkimi zarośla trawiaste przemierzał.
Malicjusz na podwórzu czekał. Twarz skapciałą od niewyspania miał, jako że wizyta Spaliny wczesnością nieciekawą go spod pierzyny wygarnęła. Jako człowiek w mieście pracujący, czasu nie miał na obrządki, to i natura przyodziana w chwasty a pokrzywy, harce wokół chałupy wyczyniała. Badyle jakieś straszne tuż za progiem się czaiły, a za wpół zawalonym płotem, latryna nieświeżością ziejąca stojała.
Bogusław Spalina wnet spostrzegł niedoskonałości owe, ale miną nadrabiając, entuzjazm lica dla przyzwoitości zachował. Ogród najpierw obejrzeć zapragnął...
Dojść tam było niełacno, bo osty kłuły złośliwie w pięty, co to wystawały zza paska sandałów, a i pokrzywy kąsały po rękach, jako że trawa tam po pas bujnie wystrzeliła. A żar z nieba palił niemiłosiernie, że i trudno skupić było uwagi wszelkie by rozpoznać kalarepki czy dynie, bo to drugie tak się w spiekocie pokurczyło, że i rozróżnić się nie dało w tej mieszaninie plonów nieudanych. Muchy też tam tańcowały a gryzły, łaskocząc okrutnie i irytacje wszelkie wywołując.
Malicjusz, że to człowiek wsi, uwagi na te niegodziwości nie zwracał. Instynkt zaimponowania ego załechtał go iście kusząco, toteż rześko przodem kroczył, obmyślając jakie by tu atrakcje wyczarować dla gościa z miasta.
-Uwaga...- zaczął głosem przygodę zwiastującym - bo tutaj...o, są, patrz no..!- wskazał na jakieś natki splątane.
- Co to? - spytał Boguś głosem wielce znurzonym.
- Aaaaa..! Zgadnij! - zawołał z miną znającego się na rzeczy.
- A bo to ja wiem? - kucnął, z bliska wypatrując.
- To ci powiem...Pietruszka!!! -
Przybysz z miasta aż podskoczył na to słowo ostatnie, bo znachor plonów polnych tak wrzasnął, co muchy z bzykiem na metr odskoczyły. Potem dziurę jakąś zajęczą mu palcem pokazywał, a pilnie przy tym na twarzy jego zainteresowania wypatrywał.
-To już w tamtym roku ją wyczaiłem, - objaśniał - wyszedłem narwać cebuli, patrze.., jest! Ale zajęcy tu nie widać.-
Coś tam jeszcze trajkotał o szczawiu, o deskach i jakimś zardzewiałym kluczu, ale uwagę gościa inne myśli mocno rozproszyły. Prawa natury fizjologicznej na plan pierwszy wskoczyły i dyskretnie w kierunku latryny się oddalił.
Tam, swawole fetoru stopnia najwyższego w nos go uderzyły siłą boxera wagi ciężkiej. Ino co próg drewniany przestąpił, jak w gówno okraszone muchami wdepnął. Drewniany sedes też był extrementami ubarwiony, że ani usiąść, ni przykucnąć nijak nie było.
Na zewnątrz wśród pokrzyw wysokich mocz oddał, pokalany sandał bokiem o trawę ocierając. Coś łaskotało go w szyję, to znowu gryzło pod łopatką, dokładnie tam, gdzie strużki potu zygzakiem po plecach spływały. Do tego jakaś śmierdziucha bzyczała nieustannie wokół jego ucha upałem spieczonego.
-Boguś! A chodźże no tu, co ty tam tak długo robisz!? - rozległo się wołanie kamrata z otchłani spiekoty letniej, którego barwa głosu punkt kulminacyjny dnia zwiastowała.
Rześko przedarł się przez badyle, rozporek po drodze dopinając. Głodny był i spragniony okrutnie, to i z ulgą niemałą myślał, co to do chałupy na gościnę i ochłodę wreszcie pójdą.
Malicjusz na klęczkach, mocno do przodu pochylony, pilnie coś studiował.
- O, zobacz no...kolejna dziura. Tylko, że mniejsza od tamtej. To musi być kret..! A może mysza? Wiesz, u mnie myszy nigdy nie było, a u sąsiada - są. Widocznie to od niego się tu przekopują. Zboża szukają!...Ale tutaj co, chyba że marchewki podziurawią. Fasolę miałem, to mi wrony wydziobały nim zarwać zdążył. Co ty na to?-
- A nic. Pić mi się chce.-
- Wiesz, a kalafior to liszaje zjadły co do główki. Innym też, że i do skupu nie było co ponieść. Tak, tak, sałata też nie obrodziła i w sklepie kupić musiałem. Tutaj albo leje, albo susza i figę się z tego ma. Bób zasadziłem, to skarlał nim zakwitnął, choć co dnia podlewałem. A zmachałem się przy tym! Bo wiesz, studnia jast o tam, po tamtej stronie. Ach! Zapomniałem ci powiedzieć, co wiadro rdza podziurawiła, a ja nosiłem nie wiedząc! Brałem, pełne było, a jak tu doniosłem, patrzę, mniej jak połowa...ki czort? Myślę, dopiero jak dno odleciało, tom tajemnicę wybadał! Potem, nowe kupiłem w spółdzielni ogrodniczej, a wiesz, oszukać mnie chcieli. Tam taki szachraj pracuje i o złotówkę więcej mi policzył... Mówię mu, a on udaje co nie dowidzi, a tak naprawdę, to cygani i nadwyżki se do kieszni chowa. Co ty na to? -
- Napiłbym się czegoś... - wykrztusił Bogusław suchością gardła. Bo i jakże? Dwie całe godziny w skwarze na polu stał. Cholera go już brała i nuda syczała niecierpliwością wielką, a gospodarz nijakiej uwagi nie zwracał na cierpienia doczesne gościa swego.
O łataniu dachu prawił teraz, jak to snopki dźwigał po drabinie i omało nie spadł, bo buty niegodziwie ślizgały się po szczebelkach, a potem belki przegniłe na strychu opisywał z precyzją niebylejaką.
Bogusław w milczeniu śledził usta trajkoczące. Usta wąskie, a wielce ruchliwe, co to rozciągały się z różną częstotliwością na wsze strony w wymowie sylab i zgłosek, bałagan nieprzyjemny dla ucha tworząc.
- Co ty na to? - wyłowił gość po raz ktoryś tam kolejny i nie wytrzymał.
- A wiesz co..? W dupie mam twe krecie dziury, chwasty, liszaje, i zapadłe dachy! Na psa taka gościna! Tutaj nic, tylko upał, pokrzywy, gówno i muchy! -
To mówiąc, wielkimi krokami trawy przebierzając, uciekł na przestanek autobusowy.

KONIEC 26.8.04

 

Pech Kazimierza Wielkiego

Jeszcze nie dowierzał. Trzymane w rękach dwa czarne buty były nie do pary. Jeden o trzy numery mniejszy od drugiego i oba na lewą nogę. A dopiero co rozpakował pudełko świeżo ze sklepu przyniesione. Omało nie zapłakał. Tydzień temu kupił raczki w puszce. Otworzył w domu - popsute. Potem długo wietrzył pokój, gdzie nachalny smród nieświeżości zaparował każdy kąt i przedmiot. Było to w dzień po, jak starość swą w lustrze wyczaił i w kompleksy dokuczliwe przez to popadł. Długo oblicze swe studował młodości wypatrując, a ino nos rozdęty srogo, a torbiele paskudne na obwisłej twarzy się panoszyły. Nawet uszy były jakieś większe, a kłakami zarosłe, zdradziecko przeszłość unicestwiając.
Zmartwił się szczerze widokiem swoim nieciekawym. Za młodu smaki wielkie miał na róg obfitości, co to suto innych kamratów obdarował. A to niewiasty świeże i urocze w ich chałupy zaganiał, to pieniążków brzękliwych sypnął hojnie, czy też i innym dobrem obdarzył.
Ale nie jego. Kazimierz Wielki pokutę niegodziwą dźwigał, nie będąc oświeconym w jakim to celu. Pieska se raz kupił, bo to przyjemnie jak stworzenie jakie ogonkiem zamerda w czas samotny. Nie upłynęło dni parę, zdechł. Oczy i język na wierzch mu wylazły, a ogon zesztywniał okrutnie w pozycji prostej. Sąsiąd potem gadał, co jadło nieświeże skonsumować musiał i przez to go tak rozciągło. Zółwia kupił, to już na drugi dzień szyję naciągnął, a tak parszywie, co metr długości liczyła gdy linijką zmierzył. W torbie do lasu go potem wywiózł nikomu nie pokazując, by go tam przypadkiem ligia ochrony zwierząt o sadyzm nie posądzała.
Raz kał w reklamówce zawieszonej na klamce znalazł. Po dniu ciężkim do domu wrócił i już z głębi korytarza to wypatrzył. Nieszlachetność ta irytacje międzysąsiedzkie rozbudziła, bo podejrzliwy stał się od dnia tamtego. Często za firaną ukryty czatował, a nasłuchiwał, piastując jałowość sytuacji tej w złości całkowitej.
Do baru na bigos poszedł. Ledwo zasiadł przy stoliku, a tak niefortunnie łokciem zamachnął po pieprz sięgając, co talerz z potrawą do góry dnem mu na kolanach spoczął. Stanął rozkraczony, okrzyki człowieka sparzonego wydając. - Co pan do cholery wyprawia! - zaszczekał konsument pobok siedzący, a przy zupce szczawiowej z jajkiem na twardo.
Piwa chciał się napić, to ucho mu w ręku zostało gdy po kufel sięgnął.
Ojciec mu zmarł na platfusa ( tak wujek Teodor Płaskostop powiadał), a matka zatruła się farbami malując wydmuszki wielkanocne.
W zgryzocie wielkiej, Kazimierz w tropiki afrykańskie się wybrał. A tam, w worek mosznowy przez komara ukąszony, malarii prącia się nabawił i Tiki-tiki wzroku od słońca dostał. W Ciechocinku się potem kurował, a tak okrutnie popadł, co nerwicę do domu przywiózł. Towarzysz jego na pokoju wspólnym cierpiał na podrygi Kici-kici jelita grubego, hałasy fizjologiczne często emitując wśród nocnej ciszy, a sen zakłócając upierdliwie.
Stał oto teraz, buty z małpią ciekawością oglądając i żując w myślach niecnoty przeszłości. Skurczony zanikłą odwagą czuł, co nie poradzi odnieść fant fałszywy do obuwniczego...
Tydzieńźniej złamał prawą nogę. Niestety, żaden z lewych butów na niego nie pasował...

KONIEC 28.8.04

 

Czary pod spożywczym

Stanisław Alpaga pod ‘spożywczym’ we wsi Kieliszki Puste siedział. Dłubał w nosie, potem turlał w palcach  kuleczki i pstrykał przed siebie. Czekał, aż dziatwa okoliczna pielgrzymki nadziane kacem rozpocznie.
Piwa by się napił, albo i czegoś mocniejszego, a tu w kieszeni u niego przeciąg pustki hulał. Miesiąc temu zasiłek mu zabrali. Potem z chałupy go bratowa przegoniła, bo ‘śmierdział i nic nie robił’, jak to zwykle gadała. W stodołach swą gębę do snu układał, a w tajemnicy niebylejakiej, by kto nie przyuważył. W środku nocy do brata się zkradał i krowy poddajał, by choć mleka ciepłego skosztować. W dzień pod sklepem koczował, bo to zawsze kamrat jaki litościwie napoił.
Ale tego dnia, nadzieje jego w posępność się obróciły. Mietek Butelka całą siatkę piwa kupił, a nie postawił, choć twarz mu swą przed oblicze prawie podsuwał. Potem Michał Zadyma, jak cień z ćwiarteczką w rękawie pobok przemknął, ale ten ani spojrzał na ochotnika krzywego ryja. Wreszcie, Arkadiusz Kapsel (ksywa-’Czarodziej’) zza rogu się wychylił, a słynął z tego, co odmówić nie potrafił. Chudy i żylasty był to człek, a zwinny jak Judasz pod sypialnią Chrystusa. Studnie ano kopał po okolicy, a tak głębokie, co dna niełacno dojrzeć z góry było. Na różnych rzeczach się znał. Ponoć czarować umiał, bo dwa tuziny dziciaków po wsiach przyległych swego czasu wyczarował. A sąsiadowi, co to go nie lubił, raz tak w oczy spojrzał, co chłop oślepł w mig i od lat pięciu z białą laską po miedzach łaził.
Na widok Kapsla, Stanisław Alpaga rześko poderwał się z twardzizny ławeczki i mrugnął na dzień dobry. Co mu tam taki Butelka, czy Zadyma, kiedy oto szczery pasierb dusz strapionych dostojnością swą zaszczycił widok z bliska.
Tylko że dziś nie wyglądał on najlepiej. Jakiś zmurszały był i wyprany z energii doczesnej, a zachmurzony jak niebo w zaduszki. Na pozdrowienie nie odpowiedział, buty przydeptane pilnie oglądając.
- Aruś, a tobie dzisiaj co? - podjął Alpaga
- A nic. Na spacer wyszedłem - syknął
- To może co przechylimy..? -
Pytanie to zadał w porę iście zdradliwą.
- Nu...bo jak cie przechyle...- huknął gromkim głosem, a tak popatrzył w twarz wyczekująco-zastraszoną, co Alpaga znieruchomiał posągiem pijackim, paraliżu wielkiego doświadczając.
Przez tydzień sztywności ciała w pozie przechylonej go trzymały, że wyprostować się nie poradził, a że smaki na trunki nie zmalały, to i pod ‘spożywczym’ zawitał znowu dnia pewnego. Siedział ano w pół złożony, jeno buty kamratów przeglądając, bo to twarzy w pozie tej dojrzeć nie mógł. Aż w końcu odwagę zebrawszy, zapytał;
- Kolego, postawisz..? -
- Nu...bo jak cie postawie... - usłyszał głos znajomy z góry i...wnet się wyprostował, a Kapsel zaklął siarczyście w obliczu gafy celu niezamierzonego.

KONIEC 30.8.04