opowiadanka 81-90

g³ówna strona
strona informacyjna
opowiadanka      1-10
opowiadanka    11-20
opowiadanka    21-30
opowiadanka    31-40
opowiadanka    41-50
opowiadanka    51-60
opowiadanka    61-70 
opowiadanka    71-80
opowiadanka    81-90
opowiadanka    91-100
opowiadanka  101-110
opowiadanka  111-120
opowiadanka  121-130
opowiadanka  131-140
opowiadanka  141-150

 

Przynenta

Ludzie odwracali siê ze wstrêtem

Z cyklu - choroby

G³upi Jasio

Ale sie wysilili...

Makabra Akupunktury

Jak Pods³uch partii, tak partia Pods³uchowi

Niefortuna te¿ ko³em siê toczy

Matka pozna³a po etykietkach

 ©2005prawa autorskie humoru iście żenującego 

Przynenta

Filip Samorucha peda³em by³, maj¹c piêkne smaki na p³eæ brzydk¹. Tatula swego ano wini³ za te chucie dziedziczne w przypadku jego. Gdy mia³ rok, mateczkê jego knur w krocze uk¹si³, gdy strawê w korytko mu k³ad³a. Tydzieñ potem wykipia³a na grzybicê warg sromowych i od tamtej to pory tatulo opieki nad nim sprawowa³.
Pierwszym bodŸcem œwiadomoœci jego m³odej by³ sw¹d spoconych gir. Po prostu dotar³ do niego dnia pewnego, skrystalizowa³ sw¹ obecnoœæ niemi³¹ i - pozosta³. Bez w¹tpienia goœci³ tam i wczeœniej, ale maluszki, ¿e to dusze niewinne a ze œwiatem nieokszesane, to i uwagi na zapachy nietaktowne nijakiej nie zwracaj¹.
Z ojcem ano sypia³ a w nogach, ¿e to stary Samorucha towarzyszy do towarzystwa nocnego se sprasza³. Nieœwie¿oœæ jego lica zjecha³a na niziny popularnoœci, tote¿ przebierny nie by³ i bylejakoœci klêski fizycznej kamratów pierzyn¹ wspóln¹ przyokrywa³.
Taki Witold Parówa na ten przyk³ad. Têgi w torsie, niziutki, murarz z zawodu. W gumowcach ano spacerki na budowê urz¹dza³ i wapniaków piêt siê przez to nabawi³. Rdzawica potylicy sprawi³a co na umyœle powolnoœæ siê cwaniaczy³a i przez to nic zrobiæ ko³o siebie nie potrafi³, higienê natury osobistej za wroga systemu uwa¿aj¹c.
Jego to nogi niemyte dotar³y zapachem nieœwie¿oœci do wczesnego sensu wêchu ma³ego Filipa. Potem by³ Anastazy Karabinek. Ojciec wyczai³ go w Domu Starego ¯o³nierza, gdzie dwa worki m¹ki corocznie dowozi³ w celu pomocy charytatywnej. Karabinkowi œmierdzia³a tylko jedna noga, bo drug¹ utraci³ w boju z Turkami na Kamczatce. Brzydocie twarzy dorodnoœæ krocza zadoœæuczynienie nios³a. Stary Samorucha pozby³ siê go jednak po tygodniu, bo mu protez¹ pod³ogi rysowa³.
Galeria kolejnych zwolenników ojcowskiej pierzyny zatrzyma³a siê na Stanis³awie Ostatnim. Dziad to by³ stary a niedo³ê¿ny, niegdyœ smakosz z zawodu. Podobno wciska³ siê na przyjêcia wy¿szej sfery, gdzie nadrabiaj¹c gestem i minami czêstowa³ siê z pó³misków jak swoim. A ¿e g³oœno wychwala³ rozkosze podniebienia, nikt go nie przepêdza³. Spotka³o to go dopiero na staroœæ, gdy choroba œw. Antoniego spowodowa³a u niego wadê wymowy.
Przywyk³y do sytoœci, Ÿle przyj¹³ niedostatki ubogoœci w cha³upie Samoruchy. Grymasi³, ¿e biednawo i smrodliwie. Jêcza³ nad tanimi trunkami, marudzi³, co wikt niesmaczny. A¿ dnia pewnego wyniós³ siê do krawca, który podkoszulki dla wojska polskiego szy³ i duda pieniê¿na huczne marsze u niego wygrywa³a.
Samorucha okiem praktyka obejrza³ sw¹ dwunastoletni¹ latoroœl i decyzje niekoszerne w myœlach zdesperowanych upitrasi³. W majteczki krótkie go przyodzia³ i w progu dla przynênty ustawiaæ zacz¹³. Bo ju¿ i tak rozumowa³, co on sam brzydot¹ staroœci straszy, a tu m³ódek w k¹cie siê marnuje.
³ jesieni stercza³ Filip w drzwiach uchylonych. A ¿e to s³ota i ch³ody nasta³y, dygota³ ci on nikczemnie, a zêbami dzwoni³ g³oœno, ¿e i u s¹siada s³yszeli. Bogus³aw Dziwota coraz to do ¿ony zagadywa³ na temat ten uchu niemi³y. - A idŸ no tam matka, i wybadaj czego to stary na próg go co wieczór wypycha. -
- IdŸ sam. Ja tam po nocy ³azi³a nie bede. - I któregoœ wieczoru poszed³. Cicho, a dyskretnie wylaz³ zza p³ota. W gêstoœci mroku Filip nie rozpozna³ s¹siada. Zakrêci³ filigranowym ty³eczkiem i do izby wskoczy³, by rodziciela o nadejœciu klijenta powiadomiæ. Ale i Dziwota echem kroków swych pojawi³ siê w œrodku.
Samorucha przed lusterkiem brodê sko³tunion¹ ano pudrowa³, mró¿¹c powieki w kokieterii samoistnej. A Dziwota ze zdziwienia zadziwi³ siê iœcie dziwnie.

KONIEC 23.9.04

 

Ludzie odwracali siê ze wstrêtem

Ludys³aw Byleco zapo¿yczony by³ niebylejak. Kawiarniê w centrum samym Warszawy stolicy naszej se otworzy³, i ju¿ po tygodniu powieki ze strachu w ciszy wnêtrza pustego przymyka³. Bo i jak¿e, kie³basy spuchniête a skwercz¹ce na ro¿nie wolniutko siê obraca³y, ciasteczka kremowe z fantazj¹ za gablot¹ kolorami têczy lœni³y, to znowu kawa z Bangladeszu smakowicie aromatem swym zniewala³a, a tu pustka ino zasiad³a przy stolikach i z³oœliwym echem okadza³a Ludys³awa obecnoœci¹ sw¹ niemi³¹ dla ducha.
Sta³ ci to o ladê wsparty, sztukê hipnozy w myœlach stroskanych wielce natarczywie doskonal¹c. Z guru wielkim w Himalajach swego czasu przebywa³, triki esoteryczno-cwaniackie na wy¿ynach chwytaj¹c. Rok ca³y w kucki nad misk¹ ry¿u posnego medytowa³, olœnienia wyczekuj¹c. Guru obieca³, co po miesi¹cu wpatrywania siê w ry¿, a usilnej wizualizacji, ujrzy pieczeñ wo³ow¹ ze skwarkami. Tkwi³ wiêc w nieruchomoœci srogiej i z dwóch wymienionych rzeczy ujrz¹³ tê drug¹. Ale gdy oko znurzone bli¿ej siê przyjrza³o, muchy to by³y a nie skwarki, na wspomnienie których jêzyk mu dêba stawa³, telepi¹c siê po jamie ustnej a smaków wyszukuj¹c w cierpieniu ca³kowitym komórek smakowych! Guru zgani³ go, co Ÿle medytowa³ i jeœæ przez tydzieñ wzbroni³. A¿ fata-morgana litoœci¹ go sw¹ ocyka³a, wizje chwalebne zsy³aj¹c.
Po roku uciek³ stamt¹d, wa¿¹c 28 kilo. Ledwo do cha³upy dotar³. A mieszka³ we wsi G³odnoujœcie. W ³ó¿ku przez tygodni 12 le¿a³, chudoœci swe lekuj¹c.
A¿ Kazimierz Wiersz, poeta na emeryturze, doradzi³ mu interes kawiarniany.
- Ludek, - rzek³ dnia pewnego - a sprzedaj no cha³upe i zainwestuj w lokaik jaki -
- A gdzie bede mieszka³? -
- A choæby u mnie. W pokoju jest kanapa... - Chwyci³o. Sprzeda³, dopo¿yczy³, za³atwi³. U Wiersza na kanapie spa³, a w dnie za lad¹ spacerki nerwowe urz¹dza³. Kamrat jakiœ pomys³owy doradzi³, by reklam¹ jak¹ sypn¹³...
Wpierw, kie³basy kawa³ urwa³ i za progiem ludziom pod nos podtyka³. - Pow¹chaj pan, smaczna, z ro¿na! - zachêca³. Albo; - Chce pan skosztowaæ? Œwie¿a! Z dopiero co ubitego œwiniaka. S¹siad sam szlachtowa³, a kuzyn pomaga³ krew spuszczaæ! Pó³ wanienki naciek³o...a kiszki na kie³basy dobrze przep³ukali! -
Ludzie odwracali siê ze wstrêtem i nikt spróbowaæ nie chcia³. Byleco ciasteczka na tacy wyniós³ i stoj¹c w drzwiach pojada³ je z g³oœnym mlaskaniem jêzyka, pomrukuj¹c; Niam-niam-niam...!
Krem mu po brodzie sp³ywa³ a¿ na ko³nierzyk krochmalem usztywniony, a ludzie odwracali siê ze wstrêtem...

KONIEC 25.9.04

 

Z cyklu - Choroby

Od czego robi siê przepuklina? - Od nadmiernego pukania.

Kto czêsto zwalnia, ten dostaje rozwolnienia.

Pewien kamrat zarzuci³ nogê na skuter, i zosta³ skuternog¹.

Nowa nazwa opadów deszczu - Padaczka.

Nadmiar uczuæ powoduje uczulenie.

Tak biega³, a¿ dosta³ biegunki.

Od czego jest gruŸlica? - Od groŸnego lica.

Tamten wybra³ siê na grzyby i dostal grzybicy.

Zbyt wiele zakazów powoduje zaka¿enie.

Sk¹d biar¹ siê kaszaki? - z kaszy.

Wœród Chiñczyków szaleje ¿ó³taczka.

Gdy siê przyciœnie kogoœ nisko, to ten ma niskie ciœnienie.

U pewnego Araba stwierdzono stan ropny...

Nie¿yt ¿o³¹dka wystêpuje u ka¿dego, kto nie ¿yje.

Surowica to surowe potrawy.

Zajady to obywatele, którzy du¿o jedz¹.

Pewien amant da³ swojej kochance ró¿yczkê...

Kurz na jajkach? - kurzajka.

Pewien milicjant prowadzi³ œledztwo ze œledziem w kieszeni, i zachorowa³ na œledzionê...

Gdzie rosn¹ robaki? - w wyrostku robaczkowym.

Na plecach mia³ torbê, a pod oczami torbiele.

Nie tylko kury, ale psy te¿ potrafi¹ siedzieæ na jajach.

 

G³upi Jasio

Pewien gospodarz mia³ trzech synów. Gdy ch³opaki podros³y i ¿eniaczki nadszed³ czas, zgryzota niema³a rozszala³a siê pod niskim sufitem cha³upianej izdebki.
Najstarszy og³uch³, œredni przesta³ mówiæ, a najm³odszy odzyska³ s³uch i mowê, jako ¿e od kolebeczki g³uchoniemym by³. Najstarszy nie reagowa³ na s³owa, œredni nie móg³ ich wymówiæ, a najm³odszy gada³ byle co. Wybryki niedoskona³oœci tych zasmradza³y wszelkie nadzieje matrymonialne nicoœci¹ swoj¹ z³oœliw¹.
Inne strapienia niedostatku dotyczy³y. Babka chora by³a na taniec œw. Tomasza, huragan stodo³ê przeniós³ pod las, a plaga korników tak podziurawi³a sto³ki, ¿e spocz¹æ nie by³o na czym. I jakby tego by³o ma³o, daszek w komorze pleœni¹ rozmok³y zjecha³ na g³owê starego gospodarza, gdy ten kapustê z beczki do wiaderka k³ad³. Trzêsawki potylicy siê nabawi³, co zezem straszym na twarzy siê objawi³a. Le¿a³ ci nieborak na wyrku twardawym i biedê pod ró¿nymi k¹tami niechêtnie obserwowa³. W k¹cie przeciwnym na ³ó¿ku, babka pod pierzyn¹ siê telepota³a, krzyki starcze w otch³añ cha³upy puszczaj¹c. Mocz w nocnik czêsto oddawa³a, a ¿e w ruchu ci¹g³ym by³a, ka³u¿a parszywoœci ca³unem wilgotnym rozpustê pod ³ó¿kiem czyni³a.
Rozp³aszczeni w tragiŸmie sytuacji tej wielce uprzykrzonej, na ³asce potomstwa trefnego zawiœli. I oto co siê dzia³o; Najstarszy wo³ania ignorowa³, bo ich nie s³ysza³. Œredni siê nie oddzywa³, bo nie potrafi³, a najm³odszy s³ysza³, ale pomocy odmawia³. Tak wiêc stary z babk¹ w duecie zniewolenia kiœli na wyrach, w niewygodach wielce nieprzyzwoitych.
A¿ s¹siad zza sadu zainteresowania swe zwróci³ na brak obecnoœci starszyzny, jako ¿e gêb ich dawno nie widzia³. Wybra³ siê raz z wieczora i bez pukania do izby wlaz³. A tam najm³odszy przy stole sta³ i kogutka pieczonego obgryza³. S¹siad, choæ nie dowidzia³, wnet dojrza³ wyg³odnia³e postacie przyodziane w pierzyny w k¹tach mrocznych.
- Co, sam tak strawê spo¿ywasz? - spyta³ s¹siad
- Sam -
- Takiœ to g³upi?... A jak ciê wo³aj¹...?
- Jasio -

KONIEC 28.9.04

 

Ale sie wysilili...

Mróz trzeszcza³, œnieg sypa³ i wichura tañcowa³a jak stara baba po przechyleniu szklanki samogonu. Piotr Kufaja ledwo dycha³. Otulony w szmaty-dziwol¹gi pomaga³ pchaæ sanie z prowiantem. Ignacy Wycug ci¹gn¹³ z przodu, a pod górê by³o.
Bliskoœæ obozu energi¹ pociechy zab³ys³a, bo to dreptali kilometrow 50, a spod samych obrze¿y Workuty Pó³nocnej. Pora kolacyjna ci to by³a i w ustach g³odem wymacanych spekulacje smakowe hasa³y, œlinotoki wywo³uj¹c okrutne. ¯e to ciê¿ko by³o sanie pchaæ, to na gadki ochota bylejaka by³a i ka¿dy z osobna snu³ domys³y kulinarne, co te¿ takiego w miskach dziœ wypatrz¹. Piotr Kufaja mia³ smaki na œledzie. Zawsze po dwa dawano, a do tego ca³uszka chleba... Wycug, zupy by sie napi³. Ci¹gn¹c na przodzie, tak go lodowata wichura obmaca³a, co z brody zwisa³ mu dwukilowy sopel. Przeklina³ teraz swój zarost twarzowy. Towarzysz pryczowy, Wojciech Onuca, gada³ co zgoliæ powinien, jako ¿e wszy tam gniazdo uwi³y. Wycug zaœ wybada³, co z brod¹ cieplej i zgoliæ nie chcia³. Kud³y na g³owie te¿ zapuœci³ i szyjê nimi owija³, bo to szalika nie mia³.
Naczelnik obozu pochwali³ pomys³owoœæ wynalazku i dla przyk³adu wszystkim nakaza³ robiæ to samo, rachuj¹c, co zaoszczêdzi twa tysi¹ce szalików i w nagrodê mo¿e pochwa³ê jak¹ dostanie z siedziby wy¿szej, albo i medalik jaki, ¿e to pagonki u niego p³asko a pustawo na paletku le¿a³y.
Wyros³y wœród machorki i kufajek, kreatywnoœæ mia³ tak zanik³¹, jak kurzy wzrok o zmierzchu. W budyneczku ano siedzia³ ma³ym, a w czapie ze skórek skunksowych, co to œmierdzia³a wokó³ twarzy jego, ciasno na lico nasuniêta. Nikczemnoœæ ta os³abi³a wszelkie reakcje zmys³owe, nieszlachetnoœci wyzwalaj¹c.
Dojrza³ ano przez okienko dwie postacie z saniami, co to pod kuchniê ledwo docz³apa³y i ju¿ irytacje w nim warcza³y niechêciami srogimi, bo to na zimnicê skwercz¹c¹ mrozem trza bêdzie siê wychyliæ by w worki zajrzeæ. A w pokoju cieplutko by³o i piecyk sycza³ przyjemnie. Zaœby mu siê tam chcia³o na dwór wy³aziæ. Bo to i szubê trza w³o¿yæ i walonki wzuæ, a jak drzwi uchyli to i ciep³oty na œwiat siê wydostan¹. Puka³ wiêc w okienko, wartko rêk¹ krêci³, a znaki czyni³ by tragarze sanie pod próg zataszczyli, ale ¿e zawierucha hula³a ostro, to i nikt go ni dojrza³ ni us³ysza³.
Pomstuj¹c jak ¯yd przed komor¹ gazow¹, przyodzia³ siê a opasa³ i wyskoczy³ w czeluœci syberyjskiej zamieci. Wichura z rykiem czapê mu zerwa³a. Ko³uj¹c spiral¹ diabelsk¹, na dach baraku ponios³a. Wnet ostre pazury mrozu za uszy go chapnê³y, a zamieæ ca³unem lodowatym gêbê owia³a.
A przy saniach czterech kucharzy ju¿ na bacznoœæ siê prê¿y³o. Od dwóch dni woda ino bulgota³a w kadziach kuchennych. Przeg³odzone t³umy w okna têsknie zagl¹da³y, siorpi¹c z misek wrz¹tek postny. A¿ dzisiaj...
Wielka ci to chwila nasta³a. Mia³a byæ ryba i kartofelki, to znowu bochenki pod³u¿ne a treœciwe. Mia³y byæ po³cie s³oninki suto osolonej, a groch, a kasza...
Naczelnik no¿ykiem ostrym a œpiesznie, ponacina³ sznureczki przy worach hojnie wypchanych. Zagl¹da do pierwszego, a tam szmaty jakieœ brudne skis³oœci¹ mu w nos powia³y... W drugim worku trepy bez zelówek a srodze podniszczone by³y. Trzeci wór nadziany by³ kocami z rewiru, a tak upstrykane robactwem, ¿e same siê rusza³y. W nastêpnych znowu szmaty, a w ostatnim s³omiane pêdzle okrutnie powykrzywiane i wylenia³e.
Po chwili wichura syberyjska nios³a trepy, pêdzle, szmaty i dziurawe koce po ca³ym obozie, co to tañcowa³y pomiêdzy barakami niczym demony zdziadzia³e...
A tymczasem na obrze¿ach Workuty Pó³nocnej, pod pralniê przywieziono worki z
prowiantem...

KONIEC 1.10.04

 

Makabra Akupunktury

RzeŸba Rasputina w skali jeden-do-jednego, a w pozie pokurczonej stercza³a w k¹cie przycienionym. Na œcianie wisia³ szkic genitalii p³ci mêskiej w stanie obwis³ym. Poduszki wyszywane pejsami ¿ydowskimi zdobi³y kanapê, na której siedzia³a figura Chrystusa z workiem na plecach, a z boku Karze³ w formalinie kuca³.
Profesor Waldemard Akupunktura obserwowa³ wymys³y swych kaprysów ekscentrycznych z szaleñstwem na twarzy. Siedzia³ ano przy dwunastowiecznym biurku i wiersz o ob³¹kaniu wizualnym pisa³. By³a to treœæ okrutna, o twarzy zaros³ej brod¹ czarn¹ jak sadza, co to zêbami bia³ymi usta nieboszczyka szarpa³a, zgniliznê tkanek obna¿aj¹c...
Noce spêdza³ w trumnie przykazuj¹c s³u¿¹cemu, ( Albinos o budowie cyklopa ) by œwiece czarne do rana pali³ nad g³ow¹ jego twórcz¹ dla natchnienia. Malowid³a demonów zdobi³y œciany sypialni, a pod³ogê wyœciela³y skórki kocie, które to w³asnorêcznie wyprawi³. Wszystko to razem, by³o dzie³em swego rodzaju.
Profesor dba³ wielce, by oko niewra¿liwe na tajniki sztuki wy¿szej nie goœci³o w pokojach jego dzie³em odzianych. Poleci³ s³u¿¹cemu drzwi zaryglowane trzymaæ i na pukanie reakcji ¿adnych nie okazywaæ.
Profesor rzeŸby na zamówienia sfer wy¿szych wystrugiwa³. W pracowni na poddaszu mia³ ich kilka. By³a Sierotka Marysia z biustem na wierzchu, jakiœ gestapowiec w pelerynie do ziemi, Gomu³ka modl¹cy siê, to znowu Alfred Hitchcock z ptakiem pomiêdzy nogami...
Akupunktura rym ostatni w³aœnie doszlifowa³, w¹sy czarne twarzy okrutnej doprawiaj¹c, gdy pukanie do drzwi ciszê skupienia nieprzyjemnie roztrzepa³o. Wieczór ci to by³ niewczesny i s³uga na spoczynek wczeœniejsz¹ por¹ do sutereny podrepta³.
Poirytowany ha³asem palca o deski drzwi frontowych, mistrz sztuki ignorowa³ nikczemnoœci nieproszone, nadzieje piastuj¹c wielkie, co ustan¹.
Ale pukanie natrêctwem siê rozhula³o iœcie zuchwa³ym, wycmoktuj¹c cierpliwoœci z profesora, jak bezzêbne usta starca ostatni landrynek przed œmierci¹. Nieciekawa to chwila, gdy trza ulec natarczywoœci zmys³y twórcze dra¿ni¹cej.
Osiem zamków i cztery zasuwy, drzwi zaczynione trzyma³y. Profesor otwiera³ i rozsuwa³ minut dziesiêæ, wœród trajkotu pukania nieustaj¹cego.
Wreszcie uchyli³ wrota domu swego. A tu na progu dziad stary, a krucho przyodziany stoi. W rêku torba równie licha dynda³a.
- To ty Waldek?! - zawo³a³ przybysz g³osem gderliwym a znajomym, ku utrapieniu profesora. Ju¿ bowiem wiedzia³ i¿ to wujek W³adys³aw Udrêka by³. Pijak i sknera, co to raz, bardzo dawno temu, trzyma³ go w swojej cha³upie, a modliæ siê przykazywa³ o miskê kartofli na sucho raz dziennie. Za³odze pijackiej przechwa³ki prawi³, jaki to on kamrat litoœciwy, co sierotê po bracie ( utopi³ siê w ka³u¿y podczas ataku padaczki ) przygarn¹³ na garnuszek ³askawy, i jakie to pielesze domowe czarowa³ dnia ka¿dego. A prawda okrutnoœci¹ zêby jego popsute szczerzy³a. Do roboty pêdzi³ i jeœæ nie dawa³, w piwie kisz¹c swe dobroci urojone. Smród i zgryzota pod dachem jego skwercza³y ballady smêtne, które nutê sw¹ paskudn¹ na lico nicponia nadzia³y siê ca³unem markotnym.
Szatê niegodziwoœci owej zzuæ nie uradzi³, bo oto i teraz, stercz¹c wœród mroków obecnoœci¹ sw¹ straszy³a. Dojrza³ to wnet Waldemard i dawne zmory zabêbni³y kopytami wszystkich demonów z piekie³ razem wziêtych, kurzawê na umyœle wœciek³¹ czyni¹c!
- Co ci to, nie poznajesz wujka?... -
Pozna³. A jak¿e by nie? I nim reakcje jakie wysup³aæ potrafi³, stary dziad z torb¹ do œrodka siê wsmykn¹³, jako ¿e drzwi otworem szerokim rozwarte by³y.
- Co to za dziwol¹gi tam siedz¹? - spyta³, bekaj¹c przeci¹gle.
- To dzie³a sztuki! - zawo³a³ oburzony profesor
- Wiesz, brzuch mnie boli. Daj mnie siê co napiæ. Rano sraczki dosta³em i sam nie wiem po czym, ale musia³ to byæ salceson, bo coœ œmierdzia³ i pewnie ju¿ by³ popsuty. Wymasujesz mi brzuch? -
Waldemard poczu³ jak fala gor¹ca uderza mu do g³owy, to znowu serce obuchem w skroniach wali.
- Tak patrzysz, jak kiedyœ. Nic siê widzê nie zmieni³eœ. To dobrze. A teraz skocz no, i przynieœ miskê wody. Buty mnie uciskaj¹. Doktor gada³, co za d³ugie mam paznokcie, ale mnie tam siê nie chce obcinaæ. Bo widzisz, w moim wieku to ciê¿ko siê schylaæ. No, szuraj i nie stój jak sierota. Wujka przecie¿ masz! -
Waldemard milcz¹c, znikn¹³ w mrokach korytarza.
A W³adystaw Udrêka rozsiad³ siê na kanapie obok figury Chrystusa. Chwilê przypatrywa³ siê twarzy w modlitwie zamar³ej, a¿ worek na plecach syna bo¿ego uwagê jego przydyba³. Zmerdany nikczemnoœci¹ ciekawoœci, zajrza³ do œrodka. W worku g³owa siostry jego by³a...
Waldemard Akupunktura tak¿e przebywa³ u niej raz, bardzo dawno temu...

KONIEC 6.10.04

 

Jak Pods³uch partii, tak partia Pods³uchowi

Marjan Pods³uch do partii nale¿a³. W jasnym prochowcu ano paradowa³, w ko³nierzu wysoko ustawionym twarz natchnion¹ s³u¿b¹ kamrack¹ ukrywaj¹c. Oddany patriota przykazañ z kraju rad, prze¿ywa³ snobistyczne stany psychiczne, co to ³echta³y wy¿sze inspiracje ducha komunistycznego. A zas³ugi mia³ niema³e. Oto przed tygodniem kolegê swego najlepszego wyda³ towarzyszom z UB, bo wyczai³ nikczemnie, co Lucjan Myde³ko, Wolnej Europy wys³uchiwa³ namiêtnie po pó³nocce.
Sta³ ano pod okienkiem jego na oœcierz uchylonym i - us³ysza³. A¿ garœcie zatar³ w majestacie odkrycia tego. W kapeluszu ciemnym jak zmora do kancelarii pobieg³ i zameldowa³ o niecnocie radiowej. W nagrodê aktóweczkê now¹ ze skóry knura spod Workuty zafasowa³. Lubi³, jak go chwalono.
Kiedyœ go nie doceniano i na kompleksy niemi³e cierpia³. Jako hycel przez lat 15 pracowa³, sobaki bezpañskie do budy chwytaj¹c. Za ka¿d¹ sztukê piêæ z³otych dostawa³ od s³u¿by porz¹dków publicznych.
A¿ partia zainteresowa³a siê jego talentami ³owczymi. Przyodziali go w paletko be¿owe i buty, które to specjalistyczn¹ kontrolê antyskrzypi¹c¹ przesz³y. A odbywa³o siê to tak; osobnik wy¿szych organów œledczych siedzia³ rozparty za biurkiem, a przed nim kamrat rangi ni¿szej spacerowa³ po pokoju. Ten pierwszy wys³uchiwa³, czy buty skrzypia³y zdradziecko. O ile cisza panowa³a, to naczelnik stempelek na pude³ku przybija³ i chowano weñ pieszczo³owicie to obuwie partyjnie zas³u¿one. Po czynnoœci tej, nastêpn¹ parê na próbê wystawiano. Te, które skrzypia³y, rozdawano w ramach premii osobnikom podejrzanym o sabotarze antypartyjne. U³atwia³o to wyczajenie ich kroków konspiracyjnych.
Marian Pods³uch wybornym przodownikiem by³, co to na ochotnika a piechot¹ wœród mroków nocnych snu³ siê pod murami kamieniczek zapad³ych.
Za dnia przed lustrem owalnym g³os æwiczy³, by brzmieniem swym przypodobaæ siê w smaki dostojnoœci kamrackiej na wyg³aszaniu mowy chwalebno-partyjnej. Gama jego bieg³a od szeptu do gromkoœci zapalonej. I to podoba³o siê dru¿ynie ze wschodu. Oklaski i wyró¿nienia sypa³y siê jak œnieg w œrodkowej Syberii. Hojnoœæ nagród huœta³a siê pomiêdzy skrzynk¹ jab³uszek, a kilkoma karpiami na ¿ywo. Za trafnie doniesione donosy, dewocjonalia proletariackie w postaci gipsowych g³ówek Lenina, te¿ potrafi³ zdobyæ. Raz popiersie Ilicza do domu przyniós³, a tak wielkie, co czterech kandydatów sejmu z nim dŸwiga³o.
A¿ pewnego dnia, Pods³uch zaniemóg³. Pod pierzyn¹ ano le¿a³, pastylki jakieœ cmokta³, a w jamie brzusznej tragedia wzdêcia natrêtnie hula³a. Potem dreszcze nim trzepa³y, a na koniec czkawki 20-sto godzinnej dosta³.
I w ten oto czas, pukanie nie na czasie u drzwi jego siê rozleg³o. Rozszumia³y siê pierzyny parz¹ce, gdy cia³o swe zaniemog³e spod nich wydoby³.
W progu sta³ dostojnik z wydzia³u œledczego UB. Z notatnikiem w rêku pisa³ o tych szmerach zas³yszanych zza drzwi, co to dla ucha jego, brzmienie “fali krótkich” z radyjka imitowa³y. A ju¿ najtrafniejszym dowodem, ¿e konspiracja antypartyjna czai³a si¹ za drzwiami, by³o opóŸnienie w reakcji na pukanie. “S³ucha³ Wolnej Europy...A na koniec s³ysza³em, jak radio czymœ przykrywa³, by schowaæ...” pisa³ w notesiku.
Gdy Marian Pods³uch drzwi otworzy³, pusto tam by³o i jedynie przeci¹g korytarza kalesonami jego zafalowa³.
TydzieñŸniej, dzieli³ celê z Lucjanem Myde³ko, który ¿ali³ mu siê ze szczeroœci¹;
- Chory by³em. Brzuch dokucza³. Dreszcze. Czkawka. W ³ó¿ku ledwo ¿ywy le¿a³em, a ktoœ doniós³, co Wolnej Europy s³ucha³em... No, a ciebie za co przymknêli?

KONIEC  (2003)

 

Niefortuna te¿ ko³em siê toczy

Marcin Piszczel chorowitym by³ cz³owiekiem. Sama g³owa schorzeñ mia³a piêæ: g³uszyca ucha œrodkowego, zgorzel policzka, zwapnienie nosa, szkorbut dolnej szczêki i ³uszczyca warg. Resztê postury drêczy³y reumatyzmy, odmy, zapalenia, mia¿d¿yce, i wszelkiego rodzaju pryszcze.
Naby³ tych nikczemnoœci w szpitalu œw. Teresy, gdzie w czynie spo³ecznym korytarze my³ co rano, przez lat 18, a t¹ sam¹ szmatk¹ maczan¹ w tym samym wiaderku wody z mydlinkami.
Pacjenci miejsca owego w schorzenia umys³u osobistoœci swe powdziewali, czêsto bez œwiadomoœci wszelkiej, ale czasem przyczyniaj¹c siê do upierdliwoœci tej czynami postêpków swoich. Na oddzia³ach, a w salkach niewielkich pozaczyniani, czêsto-gêsto wysmyki na korytarze d³ugie urz¹dzali, gdzie snu³ siê taki jeden z drugim w krainie myœli swych wielce sko³tunionych.
Taki Ireneusz Kaplica, na ten przyk³ad. W fanatyzmy g³êbokie przyodziany, Chrystusa pozowa³. W bieli przeœcierad³a spowity, a boso, snu³ ci siê po zau³kach budowli i okrzykami srogimi karci³ grzechy ¿ywota doczesnego. Kaszkê mann¹ ino spo¿ywa³, o czystoœci cia³a nie dbaj¹c. Szkody nijakiej nie czyni³, tyle, co zarazy z nie domycia ró¿ne obnosi³, a to hazardem ataku paskudy straszy³o.
Zbigniew Kiciura, w osobowoœæ pumy wcielony by³. W k¹tach ano wysiadywa³, mia³ki a pomruki kota drapie¿nego tworz¹c. Pazury d³ugachne hodowa³ ci te¿ dla efektu urojeñ myœli jego. Noc¹ w kaftanie bezpieczeñstwa okotany spoczywa³, jako ¿e kamratów swych wariactwem opêtanych poddrapywa³, od ty³u zachodz¹c.
Henryk Kropid³o, za biskupa siê podawa³. Rzeczy niestworzone o tajnikach kanonickich prawi³, a szeptem wielce konspiracyjnym w uszy pokor¹ przyodzianych przek³ada³. Z³oœnikiem te¿ by³ okrutnym i szczypa³ boleœnie tych, co s³uchaæ nie wyra¿ali ochoty. A ju¿ korytarzowego, Marcina Piszczela, upodoba³ se najbardziej.
Gdy tamten pochylony nad wiaderkiem szmatê wykrêca³, Kropid³o jak zjawa natrêtna zza rogu wy³azi³ i niestrudzon¹ monotoni¹ szeptu swego wyk³ady robi³ iœcie ¿enuj¹ce, a wstydliwe dla ucha. Bo i na ten przyk³ad, pokuty wszelkie kleru opisywa³, o poœcie seksualnym g³ównie prawi¹c. Twierdzi³, co raz do roku, ca³a dziatwa biskupowa, u samego papie¿a wyznania zdawaæ musia³a. Ponoæ w klatkach specjalnie zmontowanych ptaszki swe obnosili, ¿e ni pomacaæ nawet nie by³o jak, bo kluczyki do tych konstrukcji w samym Watykanie wisia³y... Gada³, co i on sam tak¹ klateczkê posiada³, ale szpital œw. Teresy kategorycznie mu wzbroni³ z niej korzystaæ. Podobno przez to przyrodzenie jego rozros³o siê i dokucza³o mu straszliwie, bo choæ próbowa³, to nijak nie poredzi³, by powstrzymaæ siê od dotykania.
Marian Piszczel, ¿e to religijny by³, niechêci srogie na te nowinki wypstrykiwa³ i s³uchaæ nie chcia³. Z³oœci tym na siebie zagarnia³, jako co pacjent spragniony chêci w s³uchaniu, szmatê na ten przyk³ad mu wyrywa³ i twarz brudami zdradziedzkimi naciera³. Piszczel twierdzi³ potem, co to przez to schorzeñ paskudnych g³owy na³apa³.
Les³aw Dzyndzel pryszcze na rêkach mu zes³a³. Niegdyœ pose³ partyjny, przechadza³ siê korytarzem i uœciski r¹k nachalnie ofiarowywa³ - swymi nigdy niemytymi. Mawia³ z pasj¹ niebylejak¹, co kandydatów sejmu pokrótce goœci³ u siebie bêdzie, gdzie odczyty tajemnic pañstwowych w jego wydaniu siê odbêd¹... Pisa³ te¿ coœ stale na skraweczkach papieru, a pod materac na ³ó¿ku chowa³ z min¹ wielce wa¿n¹. K³opot by³ z nim niema³y. Nocami przemowy bez ³adu i sk³adu wyg³asza³, a w g³os gromki je oprawiaj¹c. I choæ w izolatce ulokowany by³, s³ychaæ by³o.
Charytatywna praca Piszczela koñca dobieg³a, gdy dnia pewnego ni schyliæ siê, ni wiadra w rêce przenieœæ ju¿ nie potrafi³. Koœci w stawach mu trzeszcza³y, mia¿d¿yca w kolanach nogi mu ugina³a do przysiadu, a schorowana g³owa grzechota³a boleœciami iœcie przykrymi w swym majestacie brzydoty.
Do domu ci ledwo spacerkiem przyby³ i ³y¿ki sam do gêby nie by³ w stanie unieœæ.
Wydzia³ opieki spo³ecznej pomocy w opiece odmówi³. Do instytutu samarytanów z pisemkiem go odprawiono, a tamci z kolei pos³ali go do zjednoczenia charytatywnego pielêgniarek. Có¿, kiedy i tam lista ochotników pustk¹ œwieci³a nieprzyjemn¹.
¯e to dzieñ ca³y ³azi³, to i nogi w przysiad siê z³o¿y³y z wyczerpañ wszelkich a dolegliwoœci. Pod szpitalem œw. Teresy ci to przykucn¹³, jako ¿e do domu mia³ drogi kawa³ek nieciekawy.
Henryk Kropid³o z okna go wyczai³. Sta³ ano ci, i przez szybki spowite w siatki na œwiat spogl¹da³. Piszczel b³aga³ go godzin piêæ, co by tamten da³ komu znaæ o sytuacji jego przykucniêtej. Kropid³o odmówi³ bo pomny by³, co Piszczel odmawia³ s³uchania opowiastek jego, frustracje tym sielne nañ zsy³aj¹c. A¿ gong na wieczerzê przerwa³ intrygi owe sadystyczne.

Epilog: Marcin Piszczel w pokoiku bia³ym, a na ³ó¿ku ¿elaznym do sensu œwiadomoœci siê przedar³. Wnet rozpozna³ miejsce, co to go w choróbska przyodzia³o. W szale ob³êdu wykrzykiwa³ s³owa wielce nieprzychylne, a oszczerstwa na ochotników i samarytanów, a ju¿ zjednoczeniu charytatywnemu pielêgniarek najwiêcej siê oberwa³o. Wrzaski te ponawia³ codziennie, kilkaset razy dziennie, a¿ personel szpitala œw. Teresy w izolatce go przyczyni³, by ha³asy owe poskromiæ.
Po miesi¹cu... spacerki po korytarzach smakowa³, a w towarzystwie Kaplicy, Kiciury, Kropid³a i Dzyndzla.

Wktótce, pojawi³ siê tam nowy ochotnik korytarzowy. Z nowym wiaderkiem w rêku, a zdrowiutki i œwie¿y, jak i on niegdyœ...

KONIEC 20.11.04

 

Matka pozna³a po etykietkach

 

Alojzy Macocha by³ dzieckiem nieœlubnym. Ma³o to, brzydot¹ sw¹ wrêcz zniechêca³. I wyrós³ te¿ na brzydala strasznego, bo z wiekiem urody mu nie przyby³o. Szczêœcia tak¿e nie mia³. Gdy dnia pewnego o pozycjê konduktora tramwajowego wyst¹pi³, posady tej nie otrzyma³, bo ponoæ jak dowiedzia³ siê potem, twarz¹ sw¹ i postur¹ ludzi straszy³. Kelnerem chcia³ zostaæ, to i w tym fachu niepowodzenie zatrzeszcza³o odmow¹ tu i tam. Próbowa³ w wytwórni popielniczek, a potem po sklepikach ró¿nych ³azi³ - i nic.
A¿ znajomek jeden za³atwi³ mu robotê przy czyszczeniu manekinów na wystawach. Szmateczk¹ z irchy, a wieczorami, za kotary siê wsmykiwa³ i twarze zastyg³e polerowa³. A tak sprawnie, co szpecem wielce usprytnionym w tej dziedzinie zaistnia³. Matuli swej na wieœ przechwa³ki siarczyste wypisywa³, co modelem zosta³... Ale ino o pasemko prawdy to siê ociera³o, bo z modelami ino do czynienia mia³, sam nim nie bêd¹c.
Rodzicielka owocu nieœlubnego uwidzieæ go po czasie zapragnê³a. Zmartwi³ siê srodze t¹ wizyt¹, bo po prawdzie to przyodziaæ siê nie mia³ zbytnio w co. A¿ wymyœli³, co i na to sposób jest.
W sklepiku charytatywnym ano pos¹gi plastikowe polerowa³, a ¿e w szmatki ca³kiem ponêtne przyozdobione by³y, rozdzia³ ci wiêc jednego. Spodnie, swetrek i pó³buty wielce w modzie na dzionek jeden wypo¿yczy³. A w mroku, przy œwiate³ku wygaszonym przeodzienie uczyni³, co by nikt nie wyczai³.
Prosto stamt¹d, do matuli na wieœ Skorupki Gniecione pojecha³. Trafi³ na kolacjê. Piero¿ki z grzybkami jakimiœ na stole by³y, a w jasnoœci œwiecy, co to ojczym spod figury œw. Piotra z koœció³ka pobliskiego skrad³. Bieda ci to wielka niedostatkiem u nich wionê³a, tote¿ na widok Alojzego zryw radoœci ty³ki ich zza sto³u poderwa³.
Teczkê ci to w rêku trzyma³ wypchan¹ przyzwoicie na ten przyk³ad, a to ju¿ by³o coœ. W cieniu ich zubo¿enia prezentowa³ ci siê te¿ wynios³oœci¹ miejsk¹.
- Widzê, co wypania³eœ synu... - zagada³a stara i z onieœmieleniem wielkim r¹bek porteczek jego ujê³a, w palcach pocieraj¹c.
- Po dotyku widzi mi siê, co drogie to byæ musi... -
- A ¿eby mama wiedzia³a, co nietanie przecie¿ -
- I ³adne... -
- A przecie¿, co niebrzydkie -
- A na d³ugoœ to przyjecha³? - spytala stara, pêkatoœæ teczki z nadziej¹ przyczajon¹ wzrokiem masuj¹c.
- Jutro trza mi wracaæ. Dwóch fotografów wyczekuje. Zdiêcia do katalogu mody cykaj¹, a taki jeden, to nawet do samej reklamy mnie powo³uje i o kontrakty nalega!... - wo³a³ w urojeniu fantazji hochsztaplerskiej, bo to twarze przed nim wiarygodnoœci¹ mu przed licem po³yskiwa³y.
W ³ó¿ku te¿, honorowo a pod pierzyn¹, na noc go u³o¿ono, a na palcach st¹paj¹c, co by spokojnoœci snu karierowicza niebylejakiego nie zak³óciæ.
Ojczym te¿ ju¿ spa³, ale stara spocz¹æ ci to nie uradzi³a. Bo i jak to? Jedynak s³awny, a bogaty, w progi rodzinnej cha³upy zawita³ po latach wielu, a nawet najmarniejszym upominkiem nie przydzwoni³. “To pewnie z rana nas obdaruje...” myœla³a, przewracaj¹c siê w wyrze niewygodnym wielce, bo to z siennika dziurawego s³omki wy³azi³y, w miejsca delikatne podk³uwaj¹c nieprzyjemnie.
Kur pierwszy zapia³, gdy wsta³a, ciekawoœci¹ okrutn¹ omotana co te¿ za niespodzianki teczka owa wypchana w sobie czai³a. Niby to nie³adnie by³o tak zdradziecko szperaæ, ale intryga wielka oka przecie zmró¿yæ nie da³a.
Przyœwiecaj¹c se latareczk¹, suwak teczki wolniutko rozsunê³a do œrodka zagl¹daj¹c...
Trepy jakieœ stare na wierzchu le¿a³y, a pod spodem koszulina marna a portki wygniecione upchane by³y. Na dnie papier z rozgniecion¹ bu³czyn¹ spoczywa³, to znowu seledynowy plasterek kie³basy jakiejœ. W kieszeni pod klapk¹ kanapkê z pasztetem znalaz³a, a w nieœwie¿oœci srogiej, co to zapach niemi³y rozsiewa³a...
Wtedy to, iluzji wyzbyta kieszenie umyœli³a obejrzeæ w szatkach owych nowych co to by³ przyjecha³. Przegl¹d ten odkryciem iœcie nieprzyjemnym zafalowa³, jako ¿e Alojzy Macocha w chwili poœpiesznej pochodzenia przyodzienia swego nie pomnia³ wyfiutaæ. Matka pozna³a po etykietkach...
Na agraweczkach maciopkich ci to spoczywa³y, jedna przy sweterku z w³enki angorowej, a druga w nogawce portek. Obie stempelki zdradliwe Armii Zbawienia nosi³y...

KONIEC 22.11.04