opowiadanka 91-100
Skomplikowane myœli pu³kownika Stypy (listopad 04)
Rosó³ z czapli
Lubi³, jak go lubiano
W³adys³aw wœcibskiego charakteru by³
Gêbê pokornoœci œwiatu pokazywa³
Skomplikowane myœli pu³kownika Stypy
Nikogo nie poczêstowa³
Portki policyjne zrosi³ moczem w kroku
Lask¹ przegoni³ Czerwonego Kapturka
©2005prawa autorskie humoru iście żenującego
Skomplikowane myœli pu³kownika Stypy (listopad 04)
Pewien nauczyciel muzyki mia³ bardzo dobre serce: - pozwala³ graæ ubogim dziewczêtom na swoim flecie...
Jeden wydaje ksi¹¿ki, inny wydaje ludzi, a s¹ tacy, którym siê to tylko wydaje.
Mia³ ³aknienie jak wilk i sta³ siê wilko³akiem.
Z czego wyrabia siê piszcza³ki? - z piszczeli.
Twardzi ludzie to tacy, którzy cierpi¹ na zatwardzenie.
W obozie przy wozie odpad³o powozie.
Pewien hrabia mia³ dwa kutasy: - jeden przy szlafmycy, a drugi w spodniach.
Kto produkuje grabie? - grabarz.
Sk¹d siê bierze oœwiecenie? - ze œwiecy.
Na rozwidleniu dróg le¿a³y wid³y, powoduj¹c ich rozwidlenie.
Pewien du¿y szczep nagle zmala³ i sta³ siê szczepionk¹.
Trup nale¿a³ do trupy i od tej trupy dosta³ strupy.
Pewien peda³ wsiad³ na rower i tak peda³owa³, ¿e pogubi³ peda³y i sta³ siê peda³em zagubionym.
Otwieranie zamka kluczem nazywa siê kluczeniem.
Pachy powinny pachnieæ. Dlaczego wiêc œmierdz¹?
Z czego robi siê kisiel? - z kiœlaków.
Najœmieszniejszy lek - to globulki Z. U¿ywa siê je dowcipnie...
Koszta nie mo¿na skosztowaæ, ale tuszem mo¿na zatuszowaæ.
Czy tapira mo¿na natapirowaæ?
Buty trampa - trampki.
Pasta na uchu - pastuch.
Cz³owiek na przodzie - przodownik. A ten z ty³u? - oty³y.
Zgraja to grupa, która siê dobrze zgra³a.
Kulturalny cz³owiek to - kulturysta.
Deszcz powinien nazywaæ siê mocz... - bo moczy.
Kiedy robi siê kupê? - gdy siê zbiera coœ do kupy.
Gdzie mo¿na wysraæ siê na pla¿y? - do muszli.
Kto najlepiej potrafi marynowaæ? - marynarz.
Pewien kot wyl¹dowa³ w kiciu...
S³oñ-kanibal, to taki s³oñ, który je s³oninê.
Gdzie jast najlepiej wygrywaæ skoczne melodie? - na skoczni.
Jeden peda³ jad³ kurczaka, a jego bezzêbny kamrat móg³ tylko possaæ ptaka...
Kto siê stara, ten siê robi stary.
Pod czo³giem nie mo¿na siê czo³gaæ.
Szmatka do wycierania r¹k - rêcznik. A do wycierania pleców? - plecak.
Pi³k¹ no¿n¹ nie mo¿na pi³owaæ.
Sk¹d siê bior¹ bañki? - z baniaka.
W³os naje¿ony to taki, na którym siedzi je¿.
M³odzie¿ ma tr¹dzik. A starcy? - tr¹d.
Wahad³o to cz³owiek, który siê waha.
Sk¹d pochodzi s³onecznik? - ze s³oñca.
Jedni kupuj¹ zapa³ki, a inni siê ³api¹ za pa³ki...
W kiosku ruchu nie mo¿na siê ruchaæ.
Pewien dziadek ¿y³ w dziadostwie.
Siostra stoj¹ca za koniem, to siostra zakonna.
Jakie zwierzêta mia³ w nosie olbrzym? - kozy.
Pewien hydraulik dosta³ takie lanie, ¿e mu zmiêk³a rura.
Dlaczego cz³onkowie partii chodz¹ w p³aszczach? - bo lepiej im siê jest p³aszczyæ.
Jakie zwierzêta mieszkaj¹ na biegunach? - koniki.
Szczypiorek nie mo¿e uszczypn¹æ.
Jegomoœæ wymoœci³ siê na moœcie.
M³odzieniec ma malinki na szyji, a starzec w koszyku...
Gdy wiatr dmie to robi siê zadyma.
Dlaczego poduszka nazywa siê poduszka? - bo pod uszka. Zatem koc, powinien siê nazywaæ nabrzuszek.
Pewien kap³an za³o¿y³ pod kopu³¹ kapelê.
Sk¹d pochodzi plemiê? - z plemników.
Potomki hrabiego - hrab¹szcze.
Pewien wariat próbowa³ zaostrzyæ nó¿ na ose³ce mas³a.
Jan mia³ pawia i sta³ siê - pawianem.
Potarmosiæ za pysk - pyskowaæ
Potarmosiæ za mordê - mordowaæ
Gdy leñ je, to robi siê z niego jeleñ.
Tamten mia³ ¿ó³taczkê i pcha³ ¿ó³t¹ taczkê.
Obywatele z Indii - Indyki.
Kto dokonuje operacji plastycznych? - plastyk.
Co roœnie na górkach? - ogórki
Og³oszenie brzmia³o;
“Wynajmê pomieszczeñ
kilka, z loszkiem...”
W³adys³aw
Staruch wypatrzy³ go dnia pewnego na
przechadzce po miasteczku lokalnym. Brata Zenona ano odwiedzi³
i tamten piszcza³, co u niego bieda.
Kawalery z nich by³y stare i tak se umyœleli,
co cha³upê
jednego z nich najm¹, bo to razem ³acniej
bêdzie ¿ywot
pchaæ niŸli
pomieszkiwaæ z osobna.
Zenon piwnicê mia³
zajebist¹ pod pod³og¹
izby, co i za loszek ujœæ mog³a
gdyby siê kto tam upar³.
Tak to i s³owo czynem siê
sta³o, gdy w dni niespe³na
parê, cz³ek
niewysoki a ca³kiem maleñki,
co to lico mia³ czarne a wygniecione jak
pergamin w sadzy wybzykany, z kuferkami siedmioma na komorne siê
wsmykn¹³.
S¹siad Zenona, Edward Kaszanka, z ciekawoœci
rozmiarów gigantycznych a¿ pod okienka z
wieczora siê zakrad³.
Ale ¿e firany jak nicponie uprzykrzone
widoki przes³ania³y,
to i nie dojrza³ nic. A ³azi³
woko³o chwile d³ugie,
po b³ocku g³êbokim,
a¿ gumiaki cmoka³y.
W ciszy wiejskiej po zmroku odg³osy podobne
g³oœno
s³ychaæ,
tote¿ do cha³upy
zawróci³ ciekawoœci
niezaspokojone z³oœci¹
otwart¹ szczerz¹c.
We wsi Nuda Wielka atrakcji nijakich nie uwidzia³
nikt, bo to te same gêby, w tych samych cha³upinkach
patrza³y na siê
od lat wielu, tyle, co wiekiem sterlenia starczego przyodziane g³êbszym
z roku na rok. M³odych do miasta ponios³o,
a na sta³e, to i intryg a nowinek brakowa³o.
Edward Kaszanka usn¹æ tej nocy nie da³
rady. A to muchy mu bzyka³y za g³oœno,
to znowu maœæ wcieraæ
musia³ w poœladki,
bo na stêchliznê
odbytnicy cierpia³ i ule¿eæ
trudno by³o.
A¿ po pó³nocku
zerwa³ siê
z poœcieli i na podwórze wyszed³,
bo to sw¹d spalenizny wywêszy³.
W cha³upie u Zenona Starucha œwiate³ko
nik³e migota³o
w oknie. Zakrad³ siê
tam te¿, by z bliska popatrzeæ.
Sw¹d spalenizny w zapach wêdzonki
teraz przeszed³. ¯e to okienko kuchenne uchylone
by³o, zobaczy³
tajniki sytuacji wewnêtrznej. Komornik o
wygniecionym licu kuca³ ano przed piecykiem
i przypieka³ coœ
na palenisku, a na pogrzebacz nadziane.
Tr¹ba s³onia
na pó³ przekrojona ci to by³a.
Druga po³ówka na deseczce le¿a³a,
a zielenin¹ jak¹œ
posypana. Edward Kaszanka wzrok wytrzeszczy³
na te egzotyki, to znowu splun¹³, bo pogañska
jakaœ ta wieczerza by³a.
Drugiego dnia widzia³, jak tamten worek
soli na plecach dŸwiga³
ze sklepiku za rogiem, a potem podpatrzy³ i
inn¹ sprawê...
Ma³y przybysz miêsiwa
jakieœ sol¹
posypywa³, co to œmierdzia³y
tak ostro, ¿e po ca³ej
wsi aromaty owe hula³y, niepokój ogólny
wywo³uj¹c.
Kaszanka do so³tysa Józefa Ciepa³y
zawita³, i tak powiada; - Panie, a to coœ
niedobrego wyprawia siê u Zenona Starucha.
Trza tam zajrzeæ -
I nim obaj do drzwi zapukali, po wsi w mig siê
roznios³o, co jatka piekielna tam tragedie
wyczynia. Wylaz³ taki jeden z drugim z izby
i do ci¿by wywiadowczej siê
przy³¹czy³.
Ale na pukania nikt nie otwiera³.
- Otwieraj, ty Pigmeju zasrany! - zawo³a³
so³tys i dopiero wtedy tamten otworzy³.
- Poka¿, co tam solisz -
Niski komornik sk³oni³
siê nisko gromadzie ch³opów
wielce wysokich. W izbie kuferki cztery sta³y.
Ciepa³a dziwactwa w nich wyczai³
srogie. Dwa zasolone mrówkojady, piêæ
czapli, i podroby ze s³onia te¿
by³y.
- Co to ma znaczyæ!? - zawo³a³
- Ja lubieæ zjeœæ
du¿o miêsa
-
- Sk¹d to masz!? -
- Ja polowaæ -
- Nu...ty, bo jak cie zaraz tu zapolujê..!
-
Tydzieñ póŸniej
Pigmej znik³, a u so³tysa
na stole pojawi³ siê
rosó³ z czapli...
KONIEC 24.11.04
Mieczys³aw Dobroæ
wierzy³ w talenty ukryte cz³owieka
prostego jak ma³o kto. Najpierw odkry³
dwóch geniuszy w instytucie dla biednych œlepców.
Jeden z nich, Szczepan Niewidomy, potrafi³
z procy strzeliæ do celu i myszy pêdz¹ce
zygzakiem jednym pstrykniêciem gumki
unicestwia³. Drugi, Wac³aw
Têczówka, macaj¹c
kocie twarze, p³eæ
ich odgadywa³.
Innym razem, w Przytu³ku Dla Pijaków
wyczai³ artystê,
który popisywa³ siê
sztuk¹ zwan¹:
“Sznurowanie byczka”. Polega³o to na
tym, ¿e w trakcie szybkiego przykucniêcia
potrafi³ kichn¹æ,
bakn¹æ i pierdn¹æ
za jednym zamachem. Pijak che³pi³
siê tym, ¿e
nikt inny triku tego ponowiæ nie umia³
i w ten oto sposób czêsto-gêsto
piwo zarobi³.
Mieczys³aw Dobroæ
serce mia³ dobre i raz w tygodniu przemówienia
nadzieje nios¹ce w Zjednoczeniu Samotnych
Starców wyg³asza³.
Prawi³ o mi³osierdziu
charytatywnym i o funduszu na wózki inwalidzkie. Obieca³
te¿ ponadto, ¿e
oto konkurs rzeœkoœci
miejsce mia³ bêdzie
i zwyciê¿ca laskê
ze stu-procentowej koœci s³oniowej
dostanie!
Wœród starczych oklasków zg³osi³o
siê kilku konkurentów, co to si³y
¿ywotne nios³y
jeszcze ruchy ich koñczyn wartkoœci¹
swoj¹ niebylejak¹.
Tak wiêc najpierw, marchew zawieszon¹
na nitce u sufitu w zêby pochwyciæ
nale¿a³o.
A sztuka ci to by³a niema³a,
jako ¿e podskok wysoki pu³apk¹
by³ zdradzieck¹.
Wystartowa³o szeœciu
starców i jedna starucha, ale tyle zdzia³ali,
co szczêki im powypada³y
i jeden z konkurentów nogi obie w kostkach zwichn¹³.
Potem by³y skoki w zwy¿
nad materacykiem s³omianym. Czterech
wartkich dziadków wystartowa³o, ale ¿aden
nie skoczy³ wy¿ej
jak 10 centymetrów.
Trzecim punktem programu by³o przeczytanie
drobno-druku opowiadania pt. “Staroœæ
nie radoœæ” - bez okularów. Nikt nie
rozczyta³ nawet tytu³u.
Mieczys³aw Dobroæ
powiedzia³ na koniec, ¿e
to bardzo niedobrze i laskê ze
stu-procentowej koœci s³oniowej
do torby z powrotem schowa³.
Razu pewnego, do Stowarzyszenia Bezrobotnych Hydraulików zawita³.
Grube spasione ch³opy na taborecikach wokó³
sto³u spoczywa³y,
graj¹c w “Rurki”. Polega³o
to na tym, ¿e braæ
zebrana z oczyma przymkniêtymi siedzia³a,
podczas gdy jeden przydzwania³ im rurk¹
po g³owach. Trik polega³
na odgadniêciu, czy rurka by³a
plastikowa, czy te¿ z metalu. Ten, który
zgad³, w nagrodê
robotê na drugi dzieñ
otrzymywa³ w pobliskiej wytwórni pompek
rowerowych, gdzie krany dwa notarycznie przecieka³y
w kot³owni.
Aby zapewniæ ci¹g³oœæ
pracy dla zwyciê¿ców gry w “Rurki”,
ten co naprawia³ ciekn¹cy
kran, przed wyjœciem psu³
ten co nie ciek³.
Mieczys³aw Dobroæ
za istny talent sprytu oszukañstwo to
wyceni³ i piwo opryszkom bezrobotnym
postawi³. Lubi³,
jak go lubiano...
KONIEC 10.12.04
W³adys³aw wœcibskiego charakteru by³
Bogumi³ Kruchta mieszka³
we wsi Fiutki Niewielkie. Pokorny i niewielkiej postury, pracownik wrsztatu zelówek
na podeszwy ortopedyczne, smaki ¿ycia
prywatnego mia³ wygórowane, aczkolwiek
nikczemnie przyczajone przed wœcibskoœci¹
oka potocznego. Jak kot w kuwecie fekalia przykrywa³,
tak ci on skormnoœci¹
swoj¹ œlady
po¿¹dañ
niebylejakich zagrzebywa³ w przepastnoœci
trików naturalnych. Bo to i uczynny by³, a
pomocny jak ma³o kto.
Gdy u Stefana Cipuli po drugiej stronie drogi niecnota powodzi wdar³a
siê za próg, on ci to pierwszy z
wiaderkiem przyby³, by mazie b³otniste
powyciepywaæ na dwór. Przybyli te¿
i inni, ale on by³ pierwszy. Problem zaœ
polega³ na tym, ¿e
Cipula zauwa¿y³
go na ostatku. Ale nie szuka³ ci on wyró¿nieñ
a pochwa³. Nie.
Poczyny jego samarytañskie na innym pod³o¿u
falowa³y, celowoœæ
sw¹ w tym maj¹c.
Bogumi³ Kruchta fetysz ci piastowa³
wielce potajemny, w obuwiu przechodzonym siê
lubuj¹c.
Tego dnia wyniós³ od Cipuli trep iœcie
podnietliwy, bo na ten przyk³ad do
niewiasty nale¿a³.
Babka Cipuli ano w ³ó¿ku pi¹ty
tydzieñ boki stare wylegiwa³a,
wzdêcie macicy lekuj¹c.
PowódŸ trzewik jej spod wyra wygarnê³a
fal¹ sw¹
bystr¹ i los chcia³,
co wyp³yn¹³
pobok Kruchty gdy akuratnie z wiaderkiem siê
tam pojawi³, a nisko pochylony.
By³ to sto-dwunasty but do kolekcji jego
wielce tajemnej, a w barwie swej ró¿norakiej.
Mia³ ci on kozaczki z cholewkami, czó³enka
na obcasikach, sanda³y i klapeczki, to
znowu mokasyny, i te ze szmatek taniutkich szyte, te¿
by³y. A wszystkie w rz¹dkach
na strychu ustawione, gdzie wizyty czêste
osob¹ sw¹
szczyci³.
Trep babki Cipuli przemokniêty by³,
to i Bogumi³ na piecu go ustawi³
by przesech³. Gdy zasiad³
do parówki na gor¹co, smaki wielkie
piastuj¹c, gêba
brata jego, W³adys³awa,
mignê³a w oknie.
Nie w smak mu ta wizyta nag³a by³a.
W³adys³aw
wœcibskiego charakteru by³,
³asy na pieni¹dz
a plotkarz zapowietrzony i do tego z³oœliwy.
Trumny ano wyrabia³ dla zarobku, a w
warsztacie cha³upniczym przy cha³upie
swojej. By przypodobaæ siê
ludziom, raz w miesi¹cu potañcówki
ludowe sponsorowa³.
- S³ysza³em,
co babka Cipuli nogi szykuje do naci¹gniêcia
- zagada³ w progu.
- A po co ci to wiedzieæ? Ma³o
to masz zamówieñ? -
- Tak sie tylko pytam, bo ludzie ju¿ gadaj¹
-
- To niech se gadaj¹ -
- I powódŸ ponoæ
tam zala³a -
- Ano zala³a -
- A babka bardzo chora..? -
- Bardzo -
- A Cipula zdrowy..? -
- IdŸ i sie spytaj -
- No, a ten, jak mu tam...no wiesz, ten co siedzi od lewej ko³o
Cipuli... -
- Obertelek?... -
- Tak! Obertelek. Zdrowy to..? -
- A po co mia³by chorowaæ?
-
- Nie przedrzeŸniaj. Ja siê
tak tylko pytam -
- To przestañ siê
pytaæ - rzek³
Bogumi³, parówki kês
do ust pakuj¹c. Choæ
uczynny dla drugich by³, brata swego nie
lubi³. Ale W³adys³aw
¿e to brat, nie pytaj¹c
do rynki na piecu zajrza³, i wy³owi³
widelcem paróweczkê. Nieco mniejsz¹
od tej co konsumowa³ Bogumi³,
ale jednak zawsze.
Wtedy to trepa starego dojrza³ wœród
garnków... A to ¿e on dojrza³,
Bogumi³ te¿
dojrza³, i w mig jeœæ
zaprzesta³.
- A wyrywaj ty...ja do twojej cha³upy
szperaæ nie ³a¿ê
-
W³adys³aw
od³o¿y³
w rondelek kie³basê
gestem wielce obra¿onym.
- Przecie¿ nie szperam. Skosztowaæ
chcia³em! -
- A na boki œlepiasz! -
- Co ty tak dziœ pleciesz? -
- Widzia³em, coœ
na but spogl¹da³
-
- W g³owie ci siê
merda -
- A tobie to nie? £azisz i wêszysz
gdzie kto nogi naci¹ga! -
K³ótnia ci wybuch³a
zawi³a wielce, gdzie ka¿dy
g³oœniej
wrzeszcza³, a zduperela³e
drobiazgliwoœci iœcie
¿enuj¹co
na wierzch wypstrykuj¹c. W krzykaninie tej
czort sam udzia³ wzi¹³,
kopyciska zacieraj¹c, bo oto trep owy
wielce przesuszony, iskierkami spod blachy tliæ
siê pocz¹³,
po¿ar wzniecaj¹c.
Chwilê potem, Cipula z wiaderkiem przyby³.
Przybyli i inni, ale on by³ pierwszy.
Problem zaœ polega³
na tym, ¿e Kruchta zauwa¿y³
go na ostatku.
Sta³ ci ano na boku, zwêglony
but babczyny ogl¹daj¹c.
Rozpozna³ po zelówce na obcasie. But ci to
bowiem by³ ortopedyczny, a zelówkê
sam Kruchta w warsztacie wyklepywa³. Tak to
i patrzy³ Cipula. Patrzyli i inni, gdy W³adys³aw
Kruchta kolekcjê smaków wygórowanych na górze
wypatrzy³.
- Anim myœla³,
co na szewca siê wyszpecowa³eœ!
- zawo³a³
w czeluœci sieni, gdzie dym z ro¿na
iœcie piekielnego swawole wyczynia³.
Chwilê potem grad trepów na g³owy
patrz¹cych siê
posypa³. Lecia³y
kozaczki z cholewkami, czó³enka na
obcasikach, sanda³y i klapeczki, to znowu
mokasyny, i te ze szmatek taniutkich szyte, te¿
lecia³y...
KONIEC 10.12.04
Gêbê pokornoœci œwiatu pokazywa³
Nie ka¿dy siê
starzeje. Ludzie m¹drzy, dojrzewaj¹.
Poprzez nabyte doœwiadczenia i wiedzê
wzbudzaj¹ szacunek, a bywa i tak, ¿e
siej¹ dobry przyk³ad.
Ale, to siê dzieje tylko na zewn¹trz,
bo co siê wyprawia w œrodku
takiego kolesia, to druga sprawa.
Oto na ten przyk³ad Grzegorz Makówa. Ze
wsi ci pochodzi³, gdzie gnój, s³omiany
dach i sieczka, w zakamarkach odleg³ej pamiêci
osiad³y. Matka co dnia gada³a,
co ojciec nie doœæ ¿e
stary, to i do tego g³upi by³.
A ju¿ dziadek, to by³
bardzo stary i bardzo g³upi. Tak gada³a
matka. M³ode myœli
Grzegorza nasi¹k³y
tym gadaniem tak, i¿ postanowi³
co on nigdy nie bêdzie ani stary, ani g³upi...
Do miasta szurn¹³, gdy zegar czasu
przydzwoni³ w jego szesnaste urodziny. A by³o
to na wiosnê, kiedy bocian co dopiero z
wielkim ³omotem skrzyde³
sfrun¹³ jak co roku na dach stajenki. Ponoæ
w ciep³ych krajach zimowa³.
Tak gada³a matka.
W mieœcie neony zamiga³y
gdy tylko co z poci¹gu wysiad³,
bo to z wieczora tam przyjecha³. By³y
i inne podniety, co to w g³owie jego m³odej
a prosto ze wsi, zawroty nikczemne pstryknê³y.
Reklamy ci to ró¿ne w kolorach œwiate³
miga³y, to znowu zgraja modnie
przyodzianych obywateli chucie jego za³echta³a.
Z niesmakiem odbicie swe w oknie wystawy bielizny damskiej obejrza³.
Ojcowe buty, co to by³ wyprosi³
z trudem iœcie upierdliwym, nie pasowa³y
do reszty przyodziewku, ani to drugie do tego pierwszego. W marynareczkê
lich¹ ubrany ano by³
i spodnie. Te, po dziadku by³y. Matka gada³a,
co z we³ny ponoæ
stuprocentowej mia³y byæ
a ca³kiem nowe, bo dziadek raz tylko je na
dupie mia³, na stypie u s¹siada
Piotra Kufra-Œciereczki, co to pasierbicê
ano pochowa³, ¿e
to skrêtu twarzy po przestrachu nag³ym
dozna³a i zmar³o
siê biedaczce. Ponoæ
ktoœ tam uroki jakieœ
na ni¹ zasadzi³.
Grzegorz Makówa po szczebelkach doœwiadczeñ
dojrzewania doœwiadczy³.
U ksiêdza na plebanii palaczem przez lat
parê by³,
to i o sprawy duchowe mimochodem siê otar³.
Potem w Stowarzyszeniu Kolejarzy mundury sfatygowane ³ata³,
gdzie cierpliwoœci siê
wyuczy³. A na koniec, w orkiestrze Armii
Zbawienia na bêbenku wygrywa³,
gdy to koncerty charytatywne w Przytu³ku
Dla Pijaków wystawiali.
Wszystko to razem wziête zaledwie pokoik
czynszowy na poddaszu mu wypstryka³o.
Ojcowe buty i dziadkowe spodnie dalej ci to po latach nosi³,
jako ¿e los nieciekawie go wsmykn¹³
w dolinê biedy iœcie
dziadoskiej. Gryz³ siê
z tym srodze, a wielce po cichu i gêbê
pokornoœci œwiatu
pokazywa³. “Skromny!” - gadali kolesie,
“I od nikogo nic nie chce!” - chwalili inni. Oto co widzieli. Ale czego nie
by³o widaæ,
to z³oœæ
szatañska, która w nim warcza³a
jak z³y pies nad pust¹
misk¹. Bo i jak¿e,
przez lat 20 dogadza³ a wys³ugiwa³
siê innym, czêsto-gêsto
o pustym brzuchu i o cichoœci bezdennej
pustki w kieszeni, co to nawet nie przydzwoni³a
zdradzieckim miedziakiem.
A¿ dnia pewnego, brat jego m³odszy
wiekiem prosto ze wsi na poddasze zawita³...
Grzegorz Makówa dzieñ paskudny akuratnie
mia³. Od tygodni wielu na bóle w
nadgarstkach cierpia³, co z kolei zawa¿y³o
na jakoœci rytmu bêbenkowego
w orkiestrze Armii Zbawienia. Zwolnione jego ruchy, innych do niemrawoœci
zniewoli³y, przez co melodie wielce sfa³szowane
wygrywali. Dyrektor Przytu³ku Dla Pijaków
choæ pijany by³,
to jednak fa³szu w przygrywkach siê
dos³ucha³
i przegoni³ kapelê
co to gamy dla ucha niemi³e wygrywa³a,
a dziatwa rezydentów spostrze¿enia jego
podzieli³a.
Makówa z³y do domu wróci³,
bo to i bez napiwku i pracy teraz by³. Buty
ojcowe ano zzuwa³, gdy pukanie do drzwi
echem zdradzieckim siê roznios³o.
A ¿e to na schadzki towarzyskie ochoty w
chwili danej nie mia³, to i s³owem
opryskliwym natrêta spod drzwi przegoniæ
zapragn¹³. Ale nim pierwsz¹
sylabê z ust wycisn¹æ
zdo³a³,
w progu brat jego rodzony stan¹³. Spasiony
ci by³ i przyodziany jak Cygan na wesele.
Sygneciki jakieœ mu na paluchach pob³yskiwa³y,
a t³usta szyja wisiorkami dla ozdoby
obwieszona by³a. W rêku
walizeczkê maciupeñk¹
trzyma³.
- Grzesiu, od teraz masz mnie ¿ywiæ
i ubieraæ - rzek³
ano na powitanie, co zagrzmia³o jak
wyrocznia uprzykrzona.
Grzegorz Makówa dobrze te¿ ci rozumowa³
znaczenie s³ów tych wielce uchu niemi³ych.
Niegdyœ to, gdy bieda u niego tarabani³a
po pustych garnkach, zapo¿yczy³
siê u brata srodze, przysiêgaj¹c
d³ug sp³aciæ.
Ale - nie sp³aci³.
A ¿e to w odleg³oœci
bezpiecznej od siebie pomieszkiwali, hojnie braciszka zaprasza³
w progi swoje, obiecankami zaprosiny nadziewaj¹c.
Bo i wiadomo, mieszka³ daleko to i pewnoœæ
by³a wielka co do drzwi jego nie zapuka. A¿
dzisiaj...
Brat echem iœcie nieprzyjemnym znowu siê
odeywa³: - No jazda! Od teraz masz mnie ¿ywiæ
i ubieraæ! -
Czuj¹c ¿ywio³
goryczy, ¿e los figla mu takiego
niegodziwego wymerda³, z³oœci¹
niema³¹ na s³owa
powitalne wyjecha³: - Przecie¿
jesteœ od¿ywiony
i ubrany...! - zasycza³ na widok cia³a
spasionego.
- Wiesz co Grzesiu, jesteœ stary i g³upi
- to mówi¹c, skopci³
siê parszywie na progu niegoœcinnym
i znik³ w mrokach korytarza.
- A ty, zasraniec! - zawo³a³
za nim oszukany przez los cz³eczyna, któremu
nie uda³o siê
dojrzeæ...
KONIEC 15.12.04
Skomplikowane myœli pu³kownika Stypy
W¹¿, to p³eæ mêska, a ¿mija - p³eæ ¿eñska z rodziny wê¿y.
Jeden
przekrêca³ ga³ki w radiu, a inny przekrêca³ siê na drugi bok.Czy
na tr¹bie s³onia mo¿na tr¹biæ?Smierdzia³
mu przedzia³, bo nie otrzyma³ przydzia³u przydzielonego myd³a.Pewien
pijak zrobi³ w domu przedstawienie - poprzestawia³ meble i rodzinê po k¹tach.Gdzie
mo¿na dorwaæ cipê? - W ciupie.Pewien
facet siê zebŸdzi³ i dosta³ bŸdzika.Pracownica
opery - operetka.Na
ciele ma siê myszki, a w domu - myszy.Pewien
dziedek za³o¿y³ sobie w komórce telefon i mia³ telefon komórkowy.W
gardle mego ojca by³a mecha...Mo¿na
mieæ wdziêki i byæ niewdziêcznym.Kawa³
to ¿art, a mo¿na te¿ ze¿reæ kawa³ kie³basy.Stary
wapniak miesza³ wapno.Obywatel
z Krety - Kretyn.
Mateusz Posoka
uk³ady mia³
w rodzinie
niemi³e. Babka
chora na
jelito grube
na ³asce
jego by³a.
Ojczym ze
swym kuzynam
te¿ siedzieli
mu na karku.
Zwali³ siê
syn z pierwszego
ma³¿eñstwa i
teœæ córki
bo to g³owy
przytuliæ nie
mia³ gdzie,
a na koniec
ciotka ojczyma
i jej bratanek
te¿ do³¹czyli.
GnieŸdzili siê
ci to wszyscy
w cha³upie
Mateusza a
po garnkach
zagl¹daj¹c, jako
¿e zabiedzona
to srodze
zgraja by³a
a niepomna
zapachu grosza.
Dziwnym trafem,
roboty nijakiej
dlañ w okolicy
nie by³o,
a swoj¹
drog¹, robiæ
siê nie
chcia³o. W
tydzieñ po
przybyciu ciotki
ojczyma i
jej bratanka
pod dach
jego z³oœliwoœci¹
warcz¹cej w
chwili owej,
Mateusz cukiereczki
drobniutkie a
kolorowe w
sklepiku spo¿ywczym
kupi³. Zasiad³
ci to na
taboreciku pod
piecem, bo
to zawsze
cieplej tam
by³o, i
smacznie zajada³.
Gapi³ siê ojczym
ze swym kuzynem,
gapi³ siê
syn z pierwszego
ma³¿eñstwa, gapi³
siê teœæ
córki, gapi³a
siê ciotka
ojczyma z
jej bratankiem
i gapi³a
siê babka
chora na
jelito grube.
Cisza ci
przy tym
panowa³a jak
przed podniesieniem
w czasie
mszy œwiêtej.
A Mateusz
jed³, jad³,
i jad³...
Wiêksze cukiereczki
cmokta³ pomaleñku, a
te mniejsze
rozgryza³ na
mia³ek drobniutki,
rozkoszuj¹c siê
proszkiem s³odziusieñkim
na jêzyku.
Nikogo nie poczêstowa³.
KONIEC 4.3.2005
Portki policyjne zrosi³ moczem w kroku
Zbigniew Przecier-Dmuchawa
pracowa³ jako
stró¿ nocny
w szwalni
fartuchów rzeŸnickich.
Lubi³ swe
zajêcie. W
k¹ciku se
ano przesiadywa³,
gdzie grza³ka
elekrtyczna tarabani³a
o garnuszek
blaszany w
bulgocz¹cym wrz¹tku
wody na coraz
to kolejne
herbatki, które
smakowa³ w
szklaneczce z
plasterkiem cytryny.
Chrupi¹c ciasteczko
przechadza³ siê
po sali wielkiej
jak stadion,
gdzie w mrokach
maszyny do
szycia niczym
pos¹gi stercza³y.
Zim¹ ch³ody
tam hasa³y
zdradzieckie to
i niechêci
srogie wstrz¹sa³y
cia³em jego
iœcie przemarz³ym.
Raz ci wiêc
tylko obchód
robi³, w
komórce swej
resztê nocki
spêdzaj¹c. A
¿e cisza
sroga do
snu zniewala³a,
to i sposobów
ró¿nych wyszperywa³,
by alert
zachowaæ jako-taki.
Miskê wody
na ten przyk³ad
na kolanach
trzyma³ i
gdy g³owa
sennie mu
w dó³ opada³a,
lodowaty plusk
nurkuj¹cej twarzy,
do ty³u
go podrywa³.
Mysz srodze
wyg³odzon¹ trzyma³
ci te¿ w
puszce na
stole, a
umyœlnie jeœæ
nie dawa³
co by zêbami
o blaszkê
ha³as czyni³a.
To znowu
przygarœcie kamyczków
w d³oniach
zaciœniêtych te¿
dope³nia³y celu
swego. Bo
zdarza³o siê
przecie¿, ¿e
mysz cich³a
na pewien
czas i wtedy
zasypia³ w
pozycji sztywno-wyprostowanej,
kiedy to
grawitacja nie
pochyla³a g³owy
do przodu.
W takiej
to chwili,
przymerdane relaksem
kostki d³oni
otwiera³y siê
mimowolnie, tarabani¹c
gradem kamuszków
o posadzkê.
Zbigniew Przecier-Dmuchawa
mia³ ci
i inne sposoby
unicestwiania snu.
Raz woreczek
paskudy na
szyji uwiesi³,
a szparkê
maluteñk¹ w
nim czyni¹c.
Iœcie nieprzyjemne
wonie spaæ
nie dawa³y.
A¿ przyb³¹ka³ siê
kryzys wielki
i szwalnia
funkcje swe
zaprzesta³a z
racji strajku
generalnego rzeŸników.
Zbysiu zosta³
bez pracy
i w domu
opieki nad
ojcem niepe³nosprawnym
na umyœle
sprawowa³, jako
¿e stary
na stare
lata zwariowa³.
Inwalida wojenny,
komikiem w
piechocie wojskowej
swego czasu
by³. Posadê
tê za³atwi³
mu s¹siad
co to u
pu³kownika w
ogródku zatrudniony
by³, bo
ponoæ glebê
u¿yŸniaæ potrafi³
jak nikt
inny i hodowa³
najsmaczniejsze rzodkiewki
w okolicy.
- Masz byæ
do rozpuku
œmieszny - poucza³,
- bo w wojsku
smutki wojenne
grasuj¹ i
¿o³nierzom ckni
siê za domem
matuli. -
To i zabawia³
kamratów minami,
gesty wyfiutane
w ramach
promocji dorzucaj¹c.
Rozruszana tym
piechota oklaskami
go nagradza³a,
choæ jemu
nie zawsze
do œmiechu
by³o jako
¿e markotny
z natury
by³, powody
ku temu piastuj¹c
niebylejakie. ¯ona
na ten przyk³ad
mu siê zmarnowa³a.
W Nigerii
miesi¹c miodowy
przebzykali i
nied³ugo potem,
Murzyna mu
urodzi³a, œwiêcie
siê zaklinaj¹c
co to jego
potomek by³.
Rok póŸniej,
Zbysiu na
œwiat wyjrza³
i jasnoœci¹
cery swej
dowiód³, i¿
braciszek jego
ciemnoskóry z
innego ci
worka mosznowego
siê wywodzi³.
Po skandalu tym
iœcie upierdliwym,
kobieta pokalana
jako przyzwoitka
dorabia³a, gdzie
to na pó³
etatu cnotliwoœci
panienek w
dworkach pobliskich
dogl¹da³a. Siadywa³a
ci to odêta
jak kwoka
a w koronki
przyodziana na
krzese³ku odgradzaj¹cym
hormony ¿eñsko-mêskie
i stró¿owa³a,
co by przyzwoitoϾ
w rozmowach
i ruchach
wiedli. Mówi³a
o urokach
przyrody w
ogródku d³ugo
a w szczegó³ach
srogich, to
znowu o robótkach
rêcznych godzinami
prawi³a, by
nikczemnoœci myœli
niekoszernych ukróciæ,
a herbatkê
przy tym
cedz¹c z
porcelany chiñskiej
iœcie subtelnie
umalowanej.
No, ale to
by³o dawno
temu i gdy
przyzwoitka nieprzyzwoicie
nogi naci¹g³a
w kolejce
po pieczywo
stoj¹c, m¹¿
jej stary
urojeñ psychicznych
siê nabawi³.
Gada³, co
po nocach
klaun jakiœ
z szafy wy³azi
i straszy
go minami
okrutnymi, to
znowu armia
myszy atakuje
koñczyny jego
spod pierzyny
wystaj¹ce. Nawyki
zdziwacza³e tak¿e
miewa³. Stó³
siedem razy
obchodzi³ zanim
to zasiad³
przy nim
do talerza
zupy. Nic
innego bowiem
nawet skosztowaæ
nie raczy³.
Zupa z kapusty
i kalarepki
okraszona ³y¿eczk¹
szczypiorku, jedynym
jego po¿ywieniem
by³a. A
¿e konsumowa³
raz dzeinnie,
wkrótce te¿
i zesech³
jak badyl
do s³oñca
wystawiony.
Gdy doktor Les³aw
Pigu³a-Za¿yj
o powody
tej szczup³ej
diety wypytywa³,
stary wymerda³
historyjkê o
poczwarze co
to w ciele
jego ¿yje.
- Demona karmi³
nie bede.
S³ysze czêsto
jak sie tam
³omocze i
bulgoty straszne
wyczynia! -
- Ale¿ to
jelita pañskie
z g³odu
siê tak
skrêcaj¹ - oœwieci³
go Pigu³a-Za¿yj.
- Eee tam.
Jakie tam
skrêty jelit,
ju¿ ja wiem
lepiej. W
nocy czêsto
chwost jego
czarci mi
z ust wystaje!
-
- Ale¿ to
pañski jêzyk
byæ musi,
jako ¿e
nock¹ nie
panoszy siê
tam proteza
szczêki. Tak,
tak, w pana
wieku jêzyk,
podobnie jak
nos i uszy
rosn¹, i
st¹d te
przywidzenia. -
- ¯adne przywidzenia!
Czort tam
siedzi, bo
na ten przyk³ad
ogniem zieje
przez odbyt!
-
- Ale¿ to
gazy jelita
grubego byæ
musz¹ -
- To niby
pierdzê i
o tym nie
wiem?! -
- Proszê nie
krzyczeæ. W
pana wieku
siê to zdarza.
-
I w ten
to sposób
gadaj¹c nie
dogadali siê,
jako ¿e
niezgoda zawarcza³a
co do diagnoz
tych. Zbigniew
d³onie za³ama³
na fina³
taki bylejaki
i iœcie
nieciekawy w
treœci swej.
Bez pracy
ci teraz
by³ i szczuplutka
renta starego
wymerdywa³a im
z³oœliwie zapachy
ubóstwa. Jak
by³o Ÿle,
tak zrobi³o
siê gorzej
i zaistnia³o
bardzo niedobrze.
Nieudolnoœæ umys³u
starego Przeciera-Dmuchawy
rozgoœci³a siê
pod ich dachem
iœcie niegodziwie,
przydzwaniaj¹c coraz
to nowymi
upierdliwoœciami. Po
przewidzeniach na
arenê niecnoty
wkroczy³ zanik
pamiêci, a
po nim zagnieŸdzi³a
siê utrata
kontroli nad
funkcjami cia³a.
Oto stary
do ubikacji
snuæ siê
pocz¹³ korytarzykiem,
zapominaj¹c w
po³owie drogi
gdzie i po
co szed³.
Sta³ ci
tak w rozkroku
przez minut
parê, a¿
ni st¹d
ni zow¹d
zesra³ siê
w spodnie.
- I co tata
wyprawia? - skarci³
go syn
- Ano, szed³em
po parasol,
bo deszcz
dzisiaj pada!
-
Innym razem, stary
wytar³ nos
kromk¹ chleba
bo mu siê
uwidzia³o co
to chusteczka,
któr¹ to
z kolei do
ust w³o¿y³
zamiast chleba.
Butami rzuca³
w telewizorek,
gdy gêby
nieprzyjazne jego
oku na ekranie
siê objawia³y.
Kota za ogon
poci¹ga³, gdy
ten do miski
z ¿arciem
przykuca³. A
¿arcia pod
ich dachem
by³o w owym
czasie ju¿
niewiele. Pa³aszowanie
cieñkiej zupki
si³ Zbigniewa
wyzby³y i
lico jego
ca³unem chudoœci
siê powlok³o.
A¿ s¹siad
razu pewnego
naj¹³ go
do wysprz¹tania
ogródka dzia³kowego.
Zbigniew ledwo
siê tam
dowlók³ bo
to i daleko
by³o, a
na piechotê
szed³. Grabkami
ci w pierwszej
kolejnoœci œcie¿ynki
przejecha³, jako
¿e wichura
liœci tam
nanios³a, a
potem natki
stare po
pomidorach wyrywaæ
pocz¹³. A
¿e g³odny
by³ niebylejak
to i czêsto
po zagonach
grzeba³, plonów
letnich wypatruj¹c.
Có¿, kiedy
dzia³ka zdradziecko
zêby pustki
wyszczerzy³a, ¿e
i marchewki
nie znalaz³.
A tak ci
przy tym
têgo pracowa³,
¿e roboty
jego wcale
widaæ nie
by³o gdy
dzionek cmokn¹³
siê z wieczorem
na powitanie.
Nim ciemnota
zapad³a na
ogrodach ja³owych,
Zbigniew ogórka
ci srodze
przeroœniêtego spod
badyli wygrzeba³.
Wielki by³,
twardy jak
orzech, a
lekki w wadze.
K³api¹c zêbami,
kês potê¿ny
w usta pochwyci³.
Syk z³owieszczy
jak z opony
dziurawej w
nos go fermentem
dmuchn¹³ nieœwie¿oœci¹
iœcie paskudn¹.
Z³y, co
s¹siad na
poletko ogo³ocone
go sprowadzi³,
cisn¹³ wygmuszkê
w badyliska
nieprzeczyszczone i
piechot¹ do
domu wróci³.
Po miesi¹cu pracê
w szwalni
mundurów policyjnych
przydyba³. W
budynku od
myszy siê
roi³o tote¿
trzymano 24
koty, które
Zbigniew mia³
za zadanie
dokarmiaæ mlekiem
pa³not³ustym dwa
razy dziennie.
Odpowiedzialny tak¿e
by³ za usuwanie
ich fekalii
na terenie
hali produkcyjnej,
by pracownicy
w nie nie
wdeptywali. Zbigniew
rozpi³ siê
przy tej
robocie, bo
to cuchn¹ce
mocno zajêcie
by³o. I
by na piwo
dorobiæ, bzykn¹³
jeden taki
mundurek uszyty,
przeodzia³ siê
w niego i
noc¹ przy
wjeŸdzie do
wioski Ceratka
Namok³a obok
szosy siê
ustawi³. Pojazdy
ci to nieliczne
zatrzymywa³ mandaty
wlepiaj¹c, a
¿e pijany
by³, to
i portki
policyjne zrosi³
moczem w
kroku, niepomny
parszywoœci tam
panuj¹cej.
A¿ ci ktoœ
przedzwoni³ na
komendê w
miasteczku, lament
wielki czyni¹c
co obeszczeniec
na drodze
pop³ochy czyni.
Przyjechali, zabrali
i do kicia
wpakowali.
Po paru dniach
Przecier-Dmuchawa
o pozycjê
stró¿a nocnego
w murach
komendy siê
ubiega³, jako
¿e z pracy
w szwalni
go wydalono.
Ale niestety,
odmówili...
KONIEC 4.3.2005
Lask¹ przegoni³ Czerwonego Kapturka
Józef Pieczara wyl¹dowa³
na stare lata w domu starców. Córka umy³a
rêce, syn wypi¹³
dupê, a¿
organizacja ochrony staroœci poda³a
mu ³askawy k¹t,
gdzie g³owê
sw¹ pomarszczon¹
utuli³ na ³ó¿ku
z poduszk¹ i kocykiem w kratkê.
Dwa rêczniki i nocnik nowy do³o¿yli
w ramach dobrej woli.
Wielkie rozrywki a atrakcje piszcza³y
podnietliw¹ nut¹
w wyobraŸni wyczekiwañ
Józefa, gdy to obudzi³ siê
pierwszego ranka na tym nowym miejscu starczej nadzieji. Pokoik by³
wprawdzie maleñki, ale i stolik i komódka
tam by³a, to znowu zas³onki
nakrochmalone œwiat za oknem odgradza³y
wdziêkiem swym.
A¿ tu drzwi zaskrzypia³y
na szerokoœæ ca³¹
i olbrzymoœæ niewiasty do œrodka
siê wtoczy³a.
- No jazda dziadu, szoruj do dy¿urki. Krew
dzisiaj pobieraj¹...- Tym niemi³ym
powitaniem, sytuacje niemniej mi³e zgrzytnê³y
nag³oœci¹
sw¹ nieoczekiwan¹.
Papki jakieœ niesmaczne wylegiwa³y
siê na talerzu Pieczary. Jeœæ
ich nie chcia³ i grymasy straszne wydziwia³.
Z g³odu kupy ¿adnej
nie produkowa³, to prze³o¿ona
lewatywy z myde³ka wpuszcza³a.
A ¿e d³ugo
¿y³,
to i ¿ylaki mu tak powykrêca³y
stopy, co chód jego do spacerku powolnego zredukowany by³.
Posuwa³ siê
kroczkiem w miejscu prawie stoj¹cym, a
wsparty na lasce zamaszyœcie wygiêtej.
Denerwowa³o to personel rozbiegany, a
zniecierpliwiony atmosfer¹ starczej powolnoœci.
W k¹tach go ustawiali, gdzie gêby
obwis³e i sflacza³oœæ
koñczyn kamratów mu podobnych z wózków
inwalidzkich stercza³y, gdzie rêce
suche telepa³y siê
w trzêsawce nieustannej, a symfonia g³osików
cieñkawych jêcza³a
upierdliw¹ melodi¹
wieku sêdziwego.
Mierzi³o to Pieczarê
okrutnie, jako ¿e duch m³ody
hasa³ pod mask¹
staroœci jego, bunty rzeœkie
wymlaskuj¹c ustami bezzêbnymi.
Ale ¿e po cichu mlaska³,
to i nikt go nie s³ysza³.
Frustracje niema³e grzmotami smrodliwymi
portki mu rozdyma³y, co niesmaki otoczenia
wzbudza³o w niepopularnoœci
zje³czenia ogólnego.
Poniewa¿ Józef Pieczara nale¿a³
do trupy ³aski charytatywnej, opekunkowie
wnet siê domacali prawdy dziadoskiej, co to
nie zwiastowa³a nawet podmuchu nadzieji na
hojnoϾ stroskanych krewnych. Skargi jego
mia³kliwe marnoœci¹
bezg³osu w œcianach
starczej pokuty zanika³y.
Pieczara szybko wymaca³ nastroje otoczenia.
PrzyjaŸni ¿adnych
nie zawiera³, bo to suche gêby
wspó³lokatorów jak mumie rozsypane zaœwiatów
wypatrywa³y, si³y
jego witalne dusz¹c niemrawoœci¹
swoj¹.
Taki W³adys³aw
Cukinia. Ten by³ mrawy. K³u³
lask¹ przed siebie i bajkê
o Czerwonym Kapturku g³osem tubalnym
wykrzykiwa³. Kiedy skoñczy³,
zaczyna³ od nowa. Siedzia³
ci to pod okienkem w koñcu korytarza, by dŸwiêki
dla ucha wielce nieprzyjemne nie straszy³y
osobników mniej mrawych.
Pieczara poganiany by³ si³¹
witaln¹ i choæ
wolno, ale ³azi³
po otoczeniu i raz ha³asem bajki zwabiony,
dodrepta³ do Cukini.
- I czego krzyczysz dziadu!? - hukn¹³
gromkoœci¹
krtani swej niem³odej do kamrata pod oknem,
ale tamten ino lask¹ kujn¹³
przed siebie i szczerz¹c usta zapad³e,
wilka pod pierzyn¹ a przebranego za babkê
opisywa³.
Pieczara w miejscu ko³owrotki tworzy³
stop¹ przez minut piêæ,
nim oddaliæ siê
zdo³a³
o kroków kilka.
Strasznoœæ jego staroœci
odbi³a siê
echem o lat trzydzieœci wstecz, kiedy to
strachy na wróble produkowa³, by choæ
miska kartofli obecnoœci¹
aw¹ stó³
przyozdobi³a. Hej, to by³y
czasy, myœla³,
ironi¹ nag³¹
przy³echtany. A to ci kuk³y
starych dziadów na kijach przytwierdza³ iœcie
artystycznie. Osiem powiatów w nie przyozdobi³.
Chlub¹ jego by³a
smyka³ka oryginalnoœci
- ka¿dy strach by³
inny i straszniejszy od poprzedniego. Jego ostatni egzemplarz by³
tak straszny, ¿e ludzie ze strachu
umierali. Kupi³ go sam proboszcz ze wsi
Wróbelki P³ochliwe i ustawi³
na poletku kapusty tu¿ za plebani¹.
Pijak, Jan Korniszon, wraca³ ano por¹
wieczorow¹ ze stypy ( ojczym piêty
œwiatu pokaza³
) i przechodz¹c obok, tak siê
przestraszy³, co pomar³
na miejscu. To samo spotka³o Paw³a
Dzidziusia ( te¿ pijak ). Po nich byli i
inni, nale¿¹cy do sfery piwoszy. I tak to
w nieca³y miesi¹c,
pijañstwo we Wróbelkach P³ochliwych
zosta³o zlikwidowane.
Proboszcz z ambony czyn twórcy stracha pochwali³
g³oœno,
pieszcz¹c po cichu zarobek niema³y
od pogrzebów za³ogi pokalanej, a w³aœciciel
pijalni piwa do s¹du Pieczarê
na ten przyk³ad zaci¹gn¹³,
jako ¿e pieœciæ
nie mia³ co.
Wyprostowa³ siê
na te wspominki os³awienia nag³ego.
Bo jak¿e, w gazecie o nim pisali!.. Czy to
nie widzia³ jak w okolicy szeptali na jego
widok? S³awa ta powag¹
do g³owy mu uderzy³a.
Po raz drugi znalaz³ siê
w s¹dzie za sprzeda¿
zdech³ych kur.
Najpierw próbowa³ kradzie¿y
koni, ale wnet zaprzesta³, gdy¿
pierwszy do którego siê zbli¿y³
odgryz³ mu pó³
ma³¿owiny usznej. Kury nie gryz³y
i ³acniej by³o
je podejœæ, tylko ¿e
te, ha³as straszny czyni³y
przy upychaniu do worka. A¿ wymyœli³
sposób. Wymiesza³ worek pszenicy z trutk¹
na myszy, i “dokarmia³” ptactwo ³akome
po wsiach odleg³ych. Potem czeka³
w krzakach przyczajony. Procedura prostot¹
sw¹ a¿
kusi³a. Najpierw ³eb
gospodyni w chustkê przyodziany na œwiat
z izby wygl¹da³,
potem by³o cip-cip, krzyk, a na koniec
padlina drobiowa na stercie gnoju za stajni¹...
Zakrada³ siê
tam o zmroku i ³adowa³
w worki owoce nicpoñstwa swego, a iœcie
zdradliwego jak siê potem okaza³o.
Zdech³e bowiem miêsiwo,
choæ smakiem równe temu co nie zdech³o,
fermenty kiszek okrutne wywo³ywa³o
po skonsumowaniu.
A Pieczara nieœwiadomy afery tej kiszkowj,
na targu co dni parê postaæ
sw¹ ukazywa³
i sprzedawa³ strupienie niekoszerne.
Raz piêæ worków tam przyniós³
i nim rozsprzedaæ zd¹¿y³,
ch³op pewien z krzykiem tam przylecia³.
W³aœnie
co dopiero dwa skrzyde³ka spo¿y³
z rana zakupione, i domaga³ siê
zwrotu tego co zap³aci³,
bo ponoæ miêso
bóle parszywe jamy brzusznej weñ wywo³a³y.
Wnet i inni przytwierdzali co i u nich niecnoty podobne hasa³y,
a Jasiu Kurka, co to za g³upiego we wsi
uchodzi³, podpatrzy³
ponoæ co Pieczara drób zdech³y
z gnoju wybiera³...
Po tych sprawach s¹dowych, Józef
poczynania swe zrehabilitowa³ i za wró¿a
po jarmarkach pozowa³. Brodê
okrutn¹ po kolana zapuœci³,
kapelusz ze s³omy splót³
i dwa nietoperze suszone u ronda zawiesi³
dla ozdoby mistycznej - by ciekawoœæ ³echtaæ.
Wró¿y³
ze stóp. Intryga nowoœci tak zahasa³a,
co t³umy nañ
nalega³y panoram¹
stóp swoich. By³y wielkie i ma³e,
kszta³tne i pokraczne, nieœwie¿e
a co niektóre myde³kiem pachn¹ce,
aczkolwiek tych ostatnich ma³o by³o,
jako ¿e bywalcy jarmarków twarze jeno pod
studni¹ przemywali.
Dwa sezony ³azi³
ci to z misj¹ tajemnicy kabalnej, wycmoktuj¹c
zakamarki naiwnoœci. Drogo nie liczy³,
pobo¿nym “co ³aska”
skromnoœci swe obna¿aj¹c,
ale ¿e beztalencie niema³e
warcza³o zdradziedzk¹
nut¹ nieudolnoœci,
to i pokrótce ma³o kto podchodzi³.
Raz dziad stary spocz¹³ pobok, nogê
brudn¹ a powykrêcan¹
na sto³ku wysuwaj¹c.
- Powie, ile ta noga ma lat, a rozg³osu
robi³ nie bêdê
- us³ysza³
- Dobry kamracie, a to widzi mi siê,
co siedemdziesi¹t...- orzek³,
po licu dziada wiek oceniaj¹c. Wtedy stary
nogawicê podsun¹³,
granicê protezy obna¿aj¹c.
- Ha! a to ci powiem ¿e dziesiêæ..!
- I ju¿ jak siê
nie rozwrzeszczy, co oszusta nakry³.
Pieczara pomiêdzy budki z wiatraczkami
wskoczy³, z miejsca nies³aw¹
zbeszczeconego uciekaj¹c.
Po wydarzeniu tym w cha³upie siê
zaszy³, znachora od spraw sercowych udaj¹c.
To i œci¹ga³y
doñ baby, a dziewcz¹tka
przez kochanków porzucone, a on ci wywary jakieœ
iœcie szatañskie
z mysich ogonów i kaczych piór sporz¹dza³.
Nakazywa³ niewiastom co by poœladki
tym naciera³y co dnia o poranku. Szeœædziesi¹t
z nich naciera³o, a tylko do jednej ch³op
wróci³. Ale i to pokrótce siê
wyda³o, co bieda ci to, a nie czary go do
domu znarowi³y. Moczymorda z niego by³
a lekkoduch przygody ³akn¹acy,
to i ponios³o go we œwiat,
a œciœle
mówi¹c, do zagrody s¹siadki.
Ale ju¿ na drugi dzieñ
wyfrun¹³, jako ¿e
akrobacje pr¹cia pijaczyny równe by³y
podrygom staruchy na ³o¿u
œmiertelnym. Tydzieñ
po polach ³azi³
g³odem przymieraj¹c,
bo to póŸna jesieñ
by³a i nawet kartofelka ju¿
w ziemi nie wygrzeba³. Zimnica te¿
okrutnie go szczypa³a po bokach koœcistych,
to i dnia pewnego do drzwi cha³upy swej pó³¿ywy
zapuka³, lico pokornoœci¹
przyodziewaj¹c.
Wiosn¹ nastêpnego
roku, pewnej s³onkiem uca³owanej
soboty, Józef Pieczara w Tatry pojecha³,
gdzie czapki-niewidki góralom sprzedawa³...
Gada³, co moc ich czarodziejska dnia nastêpnego
siê objawi, a w godzinach wieczorowych.
Sprzeda³ wszystkie. A by³o
ich sto-dwadzieœcia sztuk.
Pieczara pekaesem do wsi swej na pó³nocy
kraju dobija³, gdy w tym samym czasie na po³udniu
kraju, górale krzyk wielki podnieœli...
Zmrok ano zapad³ i czas próby czapek nasta³.
Zbigniew Podhalak sk³onnoœci
ekshibicionistyczne miewa³, i teraz, po
raz pierwszy móg³ zapuœciæ
siê w nagli¿u
na szlak turystyczny, co to pobok jego chaty przebiega³.
Wy³oni³
siê to ano przed kilkoma niewiastami,
wartko moszn¹ potrz¹saj¹c.
Krzyk wielki w krzaki go przegoni³, gdzie
czapkê zdradziedzk¹
o ska³ki cisn¹³,
a do domu uciekaj¹c.
Inni te¿ nicnoœci
wyczyniali. Prawie po³owa co to czapki naby³a,
biega³a nago po okolicy, a reszta z³odziejskie
fantazje urzeczywistniæ próbowa³a...
Taki Micha³ Baca na ten przyk³ad.
Do sklepiku lokalnego wlaz³, a za ladê,
i czêstowaæ
siê pocz¹³
czym smaczniejszym. Ale nim trzecim kêsem
usta swe nadzia³, sklepowa krzyk wielki
podnios³a.
Tego wieczoru milicja zaaresztowa³a 58-miu
ekshibicjonistów i szeœædziesiêciu-dwóch
z³odzieji - w jednej niewielkiej gminie.
Pieczara z dum¹ niema³¹
ego swe g³aska³,
bo o sensacji tej te¿ w gazecie pisali.
Dobrze mu siê w czas owy wiod³o.
Cha³upy dzieciom pobudowa³
i miêso trzy razy dziennie jada³,
to znowu placek s³odki podniebienie jego
pieœci³.
W cieple sypia³, a w szubie z lisów zim¹
spacerowa³.
A¿ czas niedol¹
losu zadudni³ dnia pewnego, jak kopyta
szatana pod drzwiami zakrystii. Do kolacji ano zasiad³,
jak szczur spasiony srodze na stole siê
pojawi³, œwiecê
w pop³ochu przewracaj¹c.
Wnet obrusik niebieskawy w pochodniê siê
obróci³, a w minut parê,
cha³upa ca³a
p³on¹æ
poczê³a...
Nad ranem zgliszcza do syna Pieczarê
przegna³y. Kapcie filcowe ano mia³,
a pi¿amê
w paski. Nic wiêcej. A potem? Co by³o
potem? - Wycug u syna i dom starców na pocieszenie.
Sta³ ci to teraz jak pos¹g
skamienia³y, a oci¹gniêty
ca³unem wspomnieñ
lat przesz³ych. A¿
opis chaty Czerwonego Kapturka przymerda³
rzeczywistoœæ teraŸniejszoœci...
Spróchnia³e cia³o
W³adys³awa
Cukini kiwa³o siê
rytmicznie za ka¿dym wymachem laski.
“...i mamusia pos³a³a
do babci...” - przy³apa³
ostatnie zdanie Pieczara, i nie wytrzyma³.
Z³oœæ
w si³y wielkie go oblek³a,
¿e niemal skoczy³
do Cukini. Laskê mu z rêki
wyrwa³ i ok³adaj¹c
gdzie siê da, wrzeszcza³:
- Ja cie zaras poœle do babci!!! Tam na cie
czekaj¹! Tam, na koñcu
korytarza! Nudz¹ siê,
a ty tu bajki pleciesz?!!! - Lask¹ przegoni³
Czerwonego Kapturka.
Nastêpnego dnia, Cukinia opowiada³ bajkê o kijach-samobijach..., a pogodzony z losem Pieczara, wzi¹³ siê za szycie czapki-niewidki.
KONIEC 21.10.04